Bylismy, ziemi nie kupilismy.
Chciano nas naciągnąć. Zaczelo sie od tego, ze agentka nieruchomosci ni z gruchy ni z pietruchy zaczela teatr: ze wlasciciel podwyzszyl cene o kilka tysiecy dolarow, ze teraz to juz za tyle co spisalismy umowe przedwstepna sie nie da, etc.
Potem poznalismy wlasciciela i pojechalismy ogladac mieszkania jakie mial do wynajecia, jako ze wspomnielismy o tym, ze bedziemy chcieli wynajac.
Wlasciciel okazal sie cyganem i mega-cwaniakiem żerujacym na biednych ludziach. Chalupa numer jeden to byl dom komunalny zbudowany przez miasto – tam sa cale osiedla, to bylo na zadupiu poza miastem. Nawet drogi asfaltowej jeszcze nie dociagnieto. Jakims swędem udalo mu sie taka chalupe dostac, poczem chcial ja odnajac frajerom-cudzoziemcom za kupe szmalu. Poniewaz zas do mieszkania tytulu wlasnosci nie mial, to w kazdej chwili moglo by tam wkroczyc miasto i nas po prostu wyrzucic, a jakakolwiek umowa nie bylaby w tym wypadku wazna.
Zreszta, widzielismy wczesniej inne mieszkanie z innej agencji. Tansze, blizej i sensowniejsze, wiec bylo porownanie.
Po nieprzespanej nocy zdecydowalismy sie wycofac z transakcji. Zaliczke niestety trafil szlag (odzyskalam tylko 100 dolarow), ale na szczescie nie wkopalismy sie bardziej.
Na prowincji dziala to mniej-wiecej tak: sa baaardzo bogaci wlasciciele ziemscy, ktorzy maja uklady z lokalnymi wladzami, prawnikami etc. oraz sa biedni rolnicy z malymi poletkami. Nie ma miejsca na sredniakow, takich jak my.
Jesli jakis sie pojawia, jest wykanczany dosc szybko: gdy pojawiaja sie pierwsze plony, musi je gdzies sprzedac. Jesli nie ma wlasnej tloczni, silosu etc., przetwórni oraz transportu, ktoryby pozwolil mu zawiesc wszystko na rynek do Buenos Aires, jest zdany na lokalnych. Lokalni sa zmonopolizowani. Co z tego – na przyklad – ze cena oliwy na Mercado Central pod Buenos jest jaka jest, skoro trzeba ja najpierw wytloczyc, potem zaladowac i dowiesc? Jesli nie ma sie wlasnego sprzetu i transportu, miejscowi zedra taka cene, ze produkcja przestanie sie oplacac, skoncza sie srodki na zycie i bardzo predko trzeba bedzie sprzedac to, co sie posiada, zeby nie umrzec z glodu. Sprzedac oczywiscie po jakiejs smiesznej cenie komu? Tym samym ludziom. Bo to sa jedyni, co maja kase. A oni potem sprzedadza to za wygorowana cene nastepnym frajerom…
Tak wiec narazie wycofujemy sie spowrotem do Buenos. Rozejrzymy sie za zwykla praca najemna, zeby nie przejadac kapitalu. Nauczymy sie jezyka, poznamy lepiej tutejsza sytuacje, zeby nie dac sie oszukiwac. Bedziemy sie rozgladac za ziemia lokalnie, po cenach dla miejscowych, a nie dla naiwnych cudzoziemcow. Bo w tym kraju kazdy cudzoziemiec traktowany jest jak skarbonka bez dna. O wszystko trzeba sie wyklocac, jesli nie ma podanej ceny, to sprzedawca widzac gringo juz na wstepie rzuca cos z kosmosu wzietego, tak jak to bylo w Polsce za czasow komuny i bezposrednio po.
Przyklad: hotel, w ktorym sie zatrzymalismy, ten sam co ostatnio – posiadal klimatyzacje. Tyle, ze po wejsciu do pokoju okazalo sie, ze nie dziala. Poprzednio dalismy sobie spokoj, teraz jednak temperatury panowaly zabojcze a i ceny jakies tanie nie byly. Coz sie okazalo? Otoz klima dzialala, ale trzeba bylo o to specjalnie POPROSIC. Na dole przy recepcji byl panel, gdzie kazdemu pokojowi odpowiadal oddzielny wylacznik. Pstryk – jest klima. Pstryk – nie ma.
Ze oszczedzaja, na czym sie da, przekonalismy sie podczas sjesty. Poprosilismy o wlaczenie klimy, ok, dziala, po czym po godzinie przestala. Pomysleli sobie, ze skoro juz poszli sie przespac w poludnie to na co im klima, mozna przeciez oszczedzac prad.
Zreszta, w calym pokoju nie bylo ani jednego gniazdka. Instalacja wpuszczona w sciany i dwa swiatla w suficie – finito. O podlaczeniu laptpa, telefonu czy czegokolwiek – zapomnij.
Iles tam kasy co prawda na podroz, zaliczke etc. poszlo, ale z drugiej strony spokojniejsza jestem, ze nie zalatwilismy sie na cacy na najblizsze pare lat…
Najnowsze komentarze