Afryka

Afryka

I
Pojechalismy cos zjesc do jednej kawiarni i tutaj jest bezprzewodowe
polaczenie z internetem. Nie rozpisuje sie bardzo, bo mam 30
nieprzeczytanych majlow sluzbowych. Ale pokrotce pierwsze wrazenia z
Afryki:
To co zobaczylem w Kigali wymyka sie wszystkim wyobrazeniom na temat
tej czesci swiata. Czyste profesjonalne lotnisko. Mili usmiechnieci
pogranicznicy usilujacy za wszelka cene pomoc, a nie zaszkodzic i nie
wolno nawet probowac im czegos za to dawac. Na zewnatrz swieze
powietrze troche w stylu prowansalskim, tyle ze wieczorem zimno –
lotnisko jest na wys. 1400 metrow, wiec klimat swietny, mimo ze kolo
rownika. Wlasciciel motelu wprowadzil nas do czystego auta i co
wiecej, nie widzialem na ulicy jednego, ktore nie byloby umyte (nie to
co moje auto w Polsce). Najwiekszy szok w tej czesci swiata – kierowcy
przestrzegaja wszystkich przepisow i moglibysmy sie od nich uczyc
kultury jazdy. Jako ze znalem jazde w egzotycznych krajach przez
prryzmat Egiptu czy Pakistanu, to mnie to zszokowalo. Tak przy okazji –
na ulicy byly watachy kibicow wracajacych z meczu. Smiali sie,
rozmawiali – normalni ludzie. Zwazywszy na moje doswiadczenia z
kibicami…
Dzisiaj jechalem w dzien wiec moglem wiecej zobaczyc.. Drogi boczne
sa bez asfaltu, ale w niezlym stanie. Glowne sa z bardzo dobrym
asfaltem, pozamiatane. Na rondach trawniczki i klomby. Cale milionowe
miasto na wzgorzach, wic sie jedzie caly czas w dol albo w gore i to
stromo.
Do tego wszyscy ludzie jakich do tej pory spotkalem bardzo
sympatyczni, a po ulicy mozna spokojnie chodzic z laptopem w rece, co w
wiekszosci miast afrykanskich graniczy z samobojstwem.

Oczywiscie przychodzi czesto na mysl to, co sie na tych sympatycznych
uliczkach dzialo w 94 roku – zabic 800 000 ludzi w 2 miesiace to wynik
ktorego Hitler by sie nie powstydzil. Zwlaszcza ze kolega z ktorym
pracuję zna nieco szczególow i opowiadal, co sie dzialo w
poszczegolnych miejscach.
Jesli chodzi o rozmowy sa dwa tematy tabu – ludobojstwo z 94 roku i
przynaleznosc etniczna. Nigdzie nie wolno sie pytac lub podawac czy
jest sie Tutsi czy Hutu i oznaczenia (wprowadzone przez Belgow)
zniknely z dowodow osobistych.

W tej chwili jestem w kawiarni w jakims domu towarowym, ktory rownie
dobrze mogl by byc w Krakowie czy Paryzu. Mila obsluga, wysprzatane.
Ruandę nazywaja Izraelem Wielkich Jezior (mala ale najsilniejsza
armia i bardzo profesjonalne sluzby). Jesli dodac do tego 20 proc.
wzrost gospodarczy, to mozna by ja nazwac tez lokalna Szwajcaria. Nie
tylko ze wzgledu na gospodarosc, ale fanatyczne trzymanie sie przepisow
– nie bylo szans, zeby facet zatrzymal sie na zakazie, chociaz mogl
spokojnie.
Na koniec informacja z lotniska dla potencjalnych inwestorow –
dzialalnosc gospodarcza w calosci zaklada sie przez Internet i trwa
to… 1 dzien.

Jeszcze kilka slow o Ruandzie. Jak wspominalem w ostatnim „raporcie”
nie nalezy tu wspominac o wydarzeniach z 94 roku. Ale wczoraj sam o
tym zaczal mowic jeden z rozmowcow. Kiedy powiedzialem mu jak
sympatyczni sa ludzie ktorych spotykam powiedzial, ze to rzeczywiscie
nie miesci sie w glowie, ze ludzie tak sympatyczni i goscinni jak
Ruandyjczyc zrobili cos takiego.
W wolnej chwili pojechalismy do bylych koszar armii poprzedniej
wladzy. Obecnie jest tam pomnik ofiar z flaga belgijska. Tam zostali
zastrzeleni belgijscy zolnierze ONZ ktorzy dostali sie w zasadzke w 94
roku i zostali wzieci do niewoli. W tym samym czasie kiedy ich
rozstrzeliwano w bialej budce, moze 150 metrow od tego miejsca
siedzial ich szef – Kanadyjczyk – I negocjowal z armia jak maja sie
zachowywac zolnierze ONZ.
Po jakims czasie jeden z Hutu wpadl w rece Belgow, ktorzy znalezli
przy nim bron jednego z zabitych. Karabin… oddano armi ruandyjskiej i
przeproszono… Chodzilo o to zeby nie zadrazniac i nie dawac pretekstu
do zarzutu, ze ONZ wbrew mandatowi stanal po jednej ze stron i bierze
udzial w walce…
Co warte byly sily ONZ, ktore strzelaly wylacznie do psow i nie
reagowaly jak na ich oczach mordowano cywili, mowilo sie sporo
(polecam film „Shooting dogs”). Nadal jednak szokuja detale. Np grupa
belgijskich zolnierzy usilowala sie schronic na stadionie gdzie
stacjonowalo 600 ich kolegow z Pakistanu. Zolnierzy belgijskich bylo
chyba 6. Na terenie stadionu bylo bezpiecznie – to jest betonowa
forteca. Dowodztwo pakistanskie nie otworzylo bramy. Belgowie zostali
otoczeni przez pijany tlum z maczetami i uratowali sie strzelajac w
tlum. Podobno do dzisiaj sie z tego tlumacza. Ale coz – jak to nieraz
podkreslam, lepiej byc zdegradowanym za zycia niz awansowanym po
smierci.
Jeszcze jedna ciekawostka – inna grupa Belgijskich zolnierzy probowala
sie schronic na terenie swojej ambasady. Ambasador ich nie wpuscil
twierdzac ze sa pod rozkazami ONZ wiec nie ma obowiazku ich chronic. W
Belgii nie zostal pociagniety do odpowiedzialnosci.
Zeby przejsc do mniej drastycznych rzeczy. Chyba zaczalem rozrozniac
Tutsi I Hutu po wygladzie. Jest oczywiscie wiele osob mieszanych,
jednak niektorzy sa „typowi” – Tutsi to glownie ludnoc nilocka, a wiec
z nosami europejczykow, zazwyczaj wysocy („haslem ludobojstwa w 94
roku nadawanym w radio bylo „musimy sciac wszystkie wysokie drzewa”).
Hutu to ludnosc Bantu – typowe „murzynskie” szerokie nosy).
Jak wspominalem jest duzo osob mieszanych wiec klasyfikowanie na
pierwszy rzut oka nie zawsze sie udaje. Zwlaszcza ze historycznie
rzecz biorac jest to raczej podzial klasowy nie etniczny. Tutsi w
dawnych wiekach podbijali ludnosc Bantu, lecz sam termin oznaczal
klase, ktora nie zajmowala sie rolnictwem tylko hodowla i wojna. Hutu
to rolnicy, oraz ludnosc podlegla. Jesli Tutsi cos zbroil to zabierano
mu krowy i stawal sie Hutu. Jak krol Tutsi posylal w poselswtwie do
innego krola swojego syna to przekazywal wiadomosc „posylam ci mojego
Hutu”. Notabene syn krola nie byl przyszlym krolem. Wladza dzielila
sie na sezony – z 4 glownych rodzin Tutsi wybierano po kolei
kandydatow odpowiadajacych potrzebie chwili: – wojna (podboj terenow),
dyplomacja, gospodarka (nie wiem co czwarte). Nie znam szczegolow ale
jest to ciekawostka z ktora warto sie zaznajomic przy okazji.
Wracajac do wspolczesnosci – Kigali to naprawde piekne miasto. Coraz
bardziej przypomina mi Prowansje. Niestety nie bardzo mozna
fotografowac bo wszedzie jest cos urzedowego i grozi to
nieprzyjemnosciami – ten kraj choruje na szpiegomanie. Moze z naszym
statusem nie trafilibysmmy do „1930” (popularna nazwa tutejszego
wiezienia) niemniej moglibysmy miec problemy.

Natomiast teraz jestem w mijscowosci na obiedzie w drodze do granicy
kongijskiej. Krajobraz przepiekny – cala droga to raz na gore raz w
doline. I sa to konkretne gory – okoliczne szczyty dochodza do 3000
metrow.

Dookola glownie bieda – wsie bez pradu i bez wody – ludzie czesto
boso. Juz wyjezdzajac z Kigali przejezdzalismy przez biedne dzielnice
– ale co warto podkreslic bylo w nich znacznie czysciej niz na Matonge
w Brukseli (niektorzy odbiorcow maila znaja dzielnice). Pozamiatane i
schludne. To podobno typowo ruandyjskie podejscie. Zobaczymy co bedzie
dalej.

A co do ciekawostek:
– Fascynujace jest ile mozna uniesc na glowie. Jest to wbrew prawom
fizyki a im sie to udaje
– Tutejsze karaluchy sa wielkosci slonia… no moze troche przesadzam.

Afryka 3

Przekorczenie granicy kongijskiej stanowi szok cywilizacyjny.
Wlasciwie wszystko jest na odwrot niz w Ruandzie. I nie chodzi o to
zeby Ruande idealizowac, zwlaszcza ze jest dyktartura, ale jak pisalem
wczesniej, jest ona zaprzeczeniem wielu steerotypow afrykanskich.
Kongo jest ich poglebieniem. Wlasciwie powinienem napisac Goma nie
Kongo. To wielki kraj i trudno pisac o nim znajac jedno graniczne
miasto. Wiec moze o miescie. Choc ci ktorzy znaja inne miasta twierdza
ze sie za bardzo nie wyroznia.
Bieda jakiej nie widzialem chyba nawet w Afganistanie. Walajace sie po
ulicach smieci, ktorych nikt nigdy nie sprzatal. Ulice nie reperowane
od czasu uzyskania niepodleglosci, ktorej piecdziesiata rocznice
bedzie sie chucznie obchodzic 30 czerwca. I wszelkiego rodzaju uslugi
przypominajace zlote czasy PRL-u, kiedy to czterech kelnerow podawalo
kawe przez 20 minut. Albo nie podawalo wogole. I do tego tragiczna
wrecz korupcja na kazdym kroku.
Wsrod przecietnych tutejszych domkow czyli pozbijanych z
czegokolwiek szop bez pradu i wody, wyrastaja willowe dzielnice,
strzezone przez uzbrojona ochrone, z wysokimi murami i drutem
kolczatym. Taki dom (zazwyczaj dramatyczny nowobogacki kicz) kosztuje
od 150 do powiedzmy 400 tysiecy dolarow. Budowane sa albo do
mieszkania albo pod wynajem dla cudzoziemcow. Wlascicielami sa czesto
miejscowi politycy lub wyzsi dowodcy wojskowi zarabiajacy oficjalnie
powiedzmy 200, niech bedzie i 400 dolarow miesiecznie. I konia z
rzedem temu, kto by sie smial spytac skad pan general wzial pieniadze.
W Kongu dobrze byc generalem. Pieniadze na pensje dla jednostki
przychodza moze nieregularnie, ale czasem przychodza. Zolnierzy mozna
zawsze wykazac wiecej niz jest w rzeczywistosci i pensje wziasc dla
siebie. A pieniadze prawdziwych zolnierzy tez mozna wziasc dla
siebie, dzielac sie powiedzmy z pulkownikami i majorami. Zolnierz ma
bron to sie wyzywi. Stad miedzy innymi zachowanie tutejszych zolnierzy
wobec ludnosci cywilnej nie rozni sie specjalnie od zachowania
nieformalnych grup zbrojnych przed ktorymi ci zolnierze maja ich
teoretycznie bronic.

General ma jeszcze inne mozliwosci niezlego zarobku. Wiekszosc okolic
to kopalnie mineralow. Nad Goma lata wiecej samolotow niz nad
Warszawa. Wiekszosc z nich to transportowce latajace w strone
wyrabanych w dzungli pasow startowych. Pan general stacjonujacy w
danym regionie monopolizuje kopalnie i prywatne odkrywki miejscowych
chlopow nakladajac prywatny podatek. Kto sie nie podporzadkuje ten
zginie. Podobnie postepuje kilkanascie dzialajacych na tym terenie
grup zbrojnych o najbardziej wyrafinowanych nazwach, w ktorych zawsze
jednak pojawia sie demokracja, patriotyzm, wolnosc, lud.
Ja oczywiscie nie mam powodow do narzekan. Mieszkamy we wspolnie
wynajmowanym domu, w ktorym zazwyczaj jest prad (grzyb niestety
zawsze) i prawie zawsze woda, nawet zazwyczaj ciepla. Biuro mam na
terenie jednoski wojsk ONZ i nawet da sie polaczyc zazwyczaj z
Internetem. W dodatku nad samym brzegiem jeziora Kivu.
Jezioro wyglada bardziej jak morze. Lezy na samej granicy z Ruanda –
granica przechodzi posrodku. Znajduje sie w pasie Wielkich jezior
Afrykanskich wskazujacych miejsce pekniecia tektonicznego. Dookola
wulkany i gory o wysokosci dochodzacej do ponad 4000 metrow. Sama Goma
i jezioro Kivu lezy na 1400 m dzieki czemu jest dosc chlodno i
zmniejszone jest ryzyko zachorowania na malarie. Kilka wulkanow jest
czynnych. Pod kilkumetrowa warstwa wody w jeziorze Kivu zalegaja zloza
metanu. Na szczescie z jakichs przyczyn gaz nie wydostaje sie na
zewnatrz. Niebezpieczenstwo wydostania sie gazu zwiazane jest z
ewentualna erupcja wulkanu pod woda, lub nagrzaniem podloza
wynikajacym z erupcji w okolicy. W takim przypadku naukowcy przewiduja
ok 2 miliony ofiar. Jakby cos sie zaczelo bardziej dymic (bo troche
dymi regularnie), to nalezy szybko uciekac do Ruandy.

Afryka 3 – cd

Co do milionow ofiar: liczbe ofiar miejscowych porachunkow
miedzyplemiennych od 96 roku szacuje sie na 5-6 milionow. I az dziwne
ze nie slyszy sie o tym w telewizji. Ale telewizja ma wazniejsze
tematy – ile zarabia Tomasz Lis, z kim sie rowiodl jakis inny
celebryta.
Dzieki wysokosci na ktorej polozone jest miasto zmniejszona jest ilosc
insektow i roznych innych zyjatek. Podobno sa zmije, ale bardzo zadko i
prawie nikt ich nie widzial. Pozatem tu wszystko jest jadalne, a ludzie
sa glodni.
W jeziorze nie ma tez krokodyli, co nie ukrywam ze mnie cieszy.
Wystarczy mi swiadomosc ze sa bardziej zielone niz dlugie (dlugie
tylko od nosa do ogona a zielone jeszcze na lapach) i wcale nie
potrzebuje ich ogladac.
I na koniec polski accent w regionie: jest niewielka polonia..
Glownie ksieza i zakonnice, zazwyczaj pracujacy w znacznie
trudniejszych warunkach niz ja i bez onzetowskiej pensji.
I to narazie tyle.
Jeszcze
CIEKAWOSTKI:
– Czy mozna jechac na motorze w dwie osoby z koza? Mozna,
widzialem. Koza tez nie miala kasku.

– Czy mozna niesc na glowie miednice w ktorej siedza dwie kury, kaczka
i costam jeszcze? Tez mozna, niestety nie sfotografowalem.
– Jak mozna obrazic kobiete w Gomie? Powiedziec jej
ze mlodo wyglada.

– Grzeczny sposob przywitania i okazania szacunku polega na podaniu
prawej reki i zlappaniu sie lewa za swoje prawe przedramie.

– Przyjaciele witaja sie podajac sobbie rece i stukajac z lewej i
prawej strony glowami.

– Biali sa tu ogolnie znani, niemniej w niektorych dzielnicach
wzbudzaja zainteresowanie zwlaszcza dzieci. Wiec nalezy sie
przyzwyczaic do machania i okrzykow muzungu – okreslenie bialego.
Niektore chca dotknac tak nienormalnego zjawiska jak biala reka.
Okreslenie muzungu w niektorych kontekstach uzyte przez doroslego
moze byc rowniec negatywne, zalezy jak sie je wypowie i w jakich
okolicznosciach. Mniej wiecej tak jak okreslenie murzyn w Polsce,
ktore w zaleznosci od okolicznosci i sposobu uzycia moze miec rowniez
character negatywny. Zachowanie dzieci przypomina mi, jak w wieku 4 lat
pierwszy raz zobaczylem prawdziwego Murzynka i bylem tak
zafascynowany odkryciem ze oni istnieja naprawde, a nie tylko w bajkach,
ze namowilem ojca z ktorym jechalem tramwajem do przejscia do tego
wagonu w ktorym on jechal. I musialo to byc przezycie skoro pamietam
do dzisiaj.

Afryka 4

Gdyby wszystko w Kongu bylo robione na takim poziomie jak ser z Masisi,
to byloby to wysoko rozwiniete panstwo. Zolty ser jest wysmienity.
Przypomina nieco bulgarski Kaszkawal, ktory uwielbiam.
Masisi to wogole ciekawy region. Mozna sie tam dostac samochodem
przy duzej ilosci czasu i mocnych nerwow, ze nie wspomne o bardzo
mocnych resorach. Mozna tez samolotem, gdyby miec uklad z rosyjskimi
pilotami latajacymi na tzw pas startowy w tym regionie. To poprostu
kawalek wyrownanej drogi, z ktorej nalezy uciekac jak laduje samolot,
na ktory beda ladowali kasyteryt. Kasyteryt to jeden z wielu mineralow
wystepujacych w Kongo. Mineralow, ktore eksportuje sie masowo, choc
ciezko znalezc slad w jakichkolwiek dokumentach.

Kopalnie czesto organizowane sa na zasadzie przydomowych pol. Rolnicy
zamiast sadzic ziemniaki, szukaja, mineralow. Z kopalni czesto trzeba
niesc torby z kopalinami nieraz po kilkadziesiat kilometrow, w
miejsce gdzie cos moze dojechac lub doleciec. Po drodze trzeba oplacic
rozliczne podatki. Oczywiscie nie dla panstwa, ktore czesci swojego
terrytorium wogole nie kontroluje. Podatki nakladaja albo miejscowe
grupy zbrojne, albo miejscowa jednostka wojskowa. Albo jedni i drudzy
zwlaszcza ze czesto ci teoretyczni przeciwnicy sa sojusznikami.
Szczegolnie po tak zwanej integracji, w ramach ktorej niektore grupy
zbrojne lub ich czesci wstapily do armii kongijskiej. Zmienili
mundury, dostali kongijskie pensje, lecz zastrzegli sobie ze zostaja w
tych regionach, ktore wczesniej okupowali nielegalnie. Teraz robia to
samo tylko legalnie.
W niektorych miejscach grupy zbrojne daja nawet pokwitowania za zbierany haracz
Oczywiscie podatki to jeszcze nie najgorsze z mozliwych rozwiazan.
Czasem wprowadzana jest praca przymusowa, np. raz w tygodniu, na
zasadzie takiej samej jak kiedys panszczyzna w Polsce. Czasami jest to
normalne lapanie niewolnikow i zmuszanie do pracy.
Jeden z satyrykow kongijskich w Kinszasie opublikowal w gazecie
nastepujacy kawal:
Trafia Busz do piekla, zobaczyl Bin Ladena. Idzie do recepcji i pyta
czy moze zadzwonic do Obamy ze Bin Laden nie zyje. Mowia mu ze tak,
ale to kosztuje million dolarow. Wypisuje czek, dzwoni. Kiedy skonczyl
do recepcji przychodzi Mobutu i dzwoni do Konga placac 3 dolary.
Oburzony Bush pyta skad ta roznica. Odpowiadaja mu coz, pieklo
Kongo to polaczenie lokalne.

Mai mai
Trwajaca od kilkunastu lat inwazja rozlicznych grup zbrojnych, czy
panstw osciennych ( ze o armii kongijskiej nie wspomne), spowodowala
masowe powstawanie tzw mai-mai czyli lokalnej samoobrony. Samoobrona ta
przeradza sie jednak szybko w kolejne grupy rozbojnicze. Sam termin
pochodzi z Tanzanii, gdzie dawno temu powstala tego typu grupa. W
ostatnich latach jest to jednak specjalnosc kongijska. Termin pochodzi
od maji czyli woda. Woda sie polewa, czy tez pije, ale wczesniej
poddawana jest ona specjalnym magicznym zabiegom. Magiczne zabiegi
wiaza sie rowniez ze specjalnym tancem, podczas ktorego wpada sie w
rodzaj transu. Niestety nie widzialem tego, ale mam nadzieje zobaczyc
(jednak w sytuacji gwarantujacej mozliwosc pozniejszego opowiedzenia
tego, co nie przy wszystkich mai-mai bylo by pewne). Zabiegi te maja
bardzo praktyczny uzytek, a mianowicie powoduja, ze bojownikow nie
imaja sie kule. Jesli sie strzeli do takiego bojownika, to kula
zblizajac sie do jego ciala zmienia sie w wode. I prosze sie nie smiac
(choc wiem ze nie jest to latwe). Pewien mezczyzna, z ktorym
rozmawialem przekonywal mnie, ze jest to prawda i mai-mai nie imaja sie
nawet wystrzelone rakiety. Twierdzil nawet ze kiedys widzial takie
prawdziwe mai-mai do ktorego bezskutecznie strzelano.
Bojownicy mai-mai dzieki temu nie boja sie w czasie walki i szturmuja
miejsca gdzie nikt inny by sie nie odwazyl.

Afryka 4 – cd

Co lepsze system dziala, poniewaz w konfrontacji z mai-mai (ktorych latwo
rozpoznac po lisciach przyczepionych do ubrania) zolnierze armii kongijskiej czesto
uciekaja bez walki, zostawiajac bron. Postepowanie logiczne, bo
przeciez tylko glupiec strzelalby do kogos, kogo i tak nie da sie
zastrzelic bo jest chroniony przez czary.
Nieco inaczej juz podchodzili do tego zolnierze ruandyjscy, ktorzy
podobno niespecjalnie sie tym przejmowali i co najdziwniejsze
strzelali dosc skutecznie. Moj rozmowca wyjasnil mi, ze ci ktorzy
polegli albo udawali mai-mai (takich jest ponoc duzo), albo zrobili
cos co od rytualu do momentu smierci zniwelowalo dzialanie czarow (np.
ukradli cos). Proste? Proste chyba.
Mai-mai maja rozmaite nazwy – czasem od nazwiska szefa – np. mai-mai
Lafontaine, czasem bardziej wymyslne jak „Cheka”, „Mongols”, Simba”.
Postanowilem zalozyc z kolega mai-mai ‚Muzungu” i zrobic wreszcie
porzadek. Cos jak w tym kawale o partyzantach, Niemcach i zonie
lesniczego ktora wziela mietle i wyrzucila z lasu jednych i drugich :)
Jeszcze troche o czarach: armia kongijska z reguly jest bezbronna w
dzungli noca. Czesto nie wystawia sie patroli tylko zbija w grupe ze
strachu przed duchami, ktore wrecz przepadaja za przechadzaniem sie
po dzungli noca.

Afryka 5

Trudno pisac obiektywnie w stanie totalnej wscieklosci, a wlasnie do takiego stanu
doprowadzily mnie uslugi DHL swiatowej firmy przesylowej. Paczka na ktora czekam,
szla 3 dni z Polski a potem zalegla na cle na lotnisku w Entebe (Uganda).
Oczywiscie nikt z firmy DHL nie raczyl mnie powiadomic o tym, ze trzeba cos dodatkowo
oplacic i niewiadomo czy da sie cos zrobic dzisiaj. Tyle ze jutro rano wyjezdzam.
Przeprowadzone rozmowy przypominaja czesto te z czasow PRL i tylko ci z odbiorcow
moich raportow ktorzy te czasy pamietaja wiedza o co chodzi.
Klient jest na przegranej pozycji i jak w filmie Barei
ja tu jestem kierownikiem tej szatni i co mi pan zrobi.

Pozatem skoro o uslugach – jest jedna rzecz ktorej tutaj sie nie potrafi, a mianowicie
przyznanie sie ze sie czegos nie wie. Zapytany taksowkarz oczywiscie wie doskonale
gdzie jest dana restauracja po czym zawozi w jakiekolwiek miejsce twierdzac,
ze to napewno gdzies tu. I oczywiscie oburza sie ze klient nie placi.

No dobra wscieklosc na DHL spowodowala, ze zaczalem od aspektow negatywnych,
podczas gdy mialem zamiar zaczac od tego ze Kampala jest super miastem.
Nie jest to miasto piekne jak Kigali, ale nazwal bym je przyjaznym i sympatycznym.
Przyjaznym bo ma wszystko co potrzeba lacznie z teatrami, bo mozna chodzic
dosc bezpiecznie nawet w nocy i nawet jak sie jest Muzungu.
Bezpieczenstwo wogole jest dosyc mocna strona Ugandy, co pewnie w duzej
mierze wynika z obecnosci wszedzie policji i chroniarzy
(tez w mundurach i tez z kalachami). Moze to komus przeszkadzac,
mnie jednak widok munduru i kalacha niespecjalnie przeszkadza
zwlaszcza w porownaniu z widokiem bandy dresiarzy w polaczeniu
z niemoznoscia dodzwonienia sie na 997.

Trudno sie wypowiadac na temat Ugandy znajac niemal jedynie stolice
i to tez dosc powierzchownie. Mozna sie jednak wysilic na pewne porownania.
Z dalekiej Polski wszystkie kraje regionu wydawaly mi sie takie same,
tutaj widac, ze roznia sie i pod wzgledem tego jak wygladaja i jacy sa ludzie.
Kampala w wielu miejscach jest dosc zadbana. Nie ma tej czystosci
jaka rzuca sie w oczach w Ruandzie – tam nawet slamsy sa wysprzatane.
Jednak centrum jest calkiem sympatyczne, a i czesc dzielnic niecentralnych,
ze szczegolnym uwzglednieniem Kokolo polozonej na wzgorzu, z panorama
na miasto przepieknej dzielnicy willowej, w ktorej jednak ceny sa zaporowe.
Jest mase restauracji i kawiarni, w ktorych spokojnie mozna jesc
nie obawiajac sie specjalnie o zdrowie. Oczywiscie jak sie ma
europejska pensje. Bo ceny w nich sa zblizone do Polskich a np.
sprzataczka w dobrym hotelu zarabia ok 60 dolarow.

Oczywiscie oprocz tych dzielnic sa tez inne. Te biedne, po najbiedniejszych
nie chodzilem, lecz widac je w drodze miedzy Kamoala a lotniskiem w Entebe.
Mialem natomiast okazje wybrac sie na zakupy do lokalnej dzielnicy handlowej.
Nie tej z galeriami nie rozniacymi sie niczym od warszawskich czy krakowskich,
tylko takiej tradycyjnej. Cala dzielnica to jeden wielki bazar najbardziej
przypominajacy morwisko z tlumem ludzi mrowiacych sie wokol stoisk, wnek,
rozlozonych na ziemi kocow z roznosciami na sprzedaz, z przeciskajacymi sie
w tym wszystkim samochodami i motocyklami. Te tysiace ludzi sprzedaja,
kupuja, oferuja przerozne uslugi, jak ekspresowe naprawy krawieckie
przy uzyciu przedpotopowych maszyn. To powierzchnia mrowiska, wnetrze
jest jeszcze ciekawsze, bo sklada sie z labiryntow, schodow i korytarzy
w budynkach z wieloma wyjsciami, lecz rowniez slepymi wnekami,
rownie gesto zabudowanymi straganami, sklepikami czy poprostu
niezamykanymi wnekami. Te wneki oblepiajace budynki rowniez
z zewnatrz z daleka przypominaja ptasie gniazda czy dziuple.

Podobnie jak Ruanda, Uganda stara sie walczyc z korupcja. Moze nie az z takim
efektem, ale jednak jak na ten region swiata podobno dosc skutecznie.
Tak przynajmniej twierdzil jeden z rozmowcow.

Afryka 5 cd.

Podobno korupcje niemal zwalczono w wsrod celnikow (moze by to zrobic tez w Polsce?)
poprzez oddelegowanie funkcjonariuszy roznych sluzb, ktorzy sie
nawzajem pilnuja. Ale rozmowca rowniez twierdzil, ze wypleniono
korupcje w duzej mierze wsrod policjantow mundurowych, miedzy innymi
poprzez czeste zmiany miejsc pelnienia sluzby w calym kraju. Tu jednak
mam rozne relacje, bo pewien kierowca zapewnial mnie, ze policjanci
lapowki biora nagminnie, ale pracuja dobrze. Dziwilbym sie
gdyby nie brali. Jeden z najgorszych slamsow jakie widzialem w
Kampali to mieszkania policyjne, o ile tak mozna nazwac mini osielde blaszanych budek.

Oczywiscie walka z korupcja nie dotyczy najwyzszych szczeblow wladzy.
A skoro juz mowa o wladzy podobnie jak Ruanda, Uganda jest dyktatura.
Ale dosyc oswiecona zwlaszcza w prownaniu do czasow jednego z najstraszniejszych
dyktatorow nowoczesnej Afryki Idi Amina, ktory przez wiele lat
terroryzowal Ugande. W Ugandzie dyktatura jest jednak znacznie mniej
restrykcyjna niz w Ruandzie. W Ruandzie co 10 dom na kazdym osiedlu
pelni funkcje inwigilacyjna. Jakikolwiek artykul w prasie krytykujacy
prezydenta Kagame jest raczej niemozliwy. Prezydent, ktorego ugrupowanie
odsunelo zbrojnie od wladzy osoby odpowiedzialne za ludobojstwo
Tutsi w 94 roku z jednej strony slusznie stara sie zapobiec powrotowi
ekstremistow, z drugiej strony czesto uzywa retoryki antyludobojczej
do obrony wlasnych niecnych postepkow. W efekcie jakakolwiek krytyka
to wspieranie ideologii ludobojczej, albo negacjonizm.
Czyli typowe wykorzystanie ofiar jako argumentu w dyskusji politycznej.

Dlatego tez w Ruandzie nie mowi sie o innym ludobojstwie, tym w 96 roku
kiedy to wojska Ruandy scigajace zbrodniarzy z roku 94 wymordowaly
200 tysiecy Hutu we Wschodnim Kongu. Bo to sie nie wpisuje w
konwencje o ktorej wszyscy wiedza na calym swiecie. Zwlaszcza, ze
jestesmy tak skonstruowani, ze bardzo zle sie czujemy nie mogac
miec jasno okreslonej grupy zlych i dobrych.

W Ugandzie niewatpliwie panuje dyktatura. Niemniej opozycja ma
przedstawicieli w parlamencie i dziala. Choc wlasnie toczy sie
debata na temat nieformalnej grupy cywili napadajacych i bijacych
dzialaczy opozycji. Ci cywile jakos dziwnie w innych okolicznosciach
nosza mundury. Czyli cos jak nasi nieznani sprawcy z lat
siedemdziesiatych czy osiemdziesiatych. Tyle ze tutaj pisze o nich
wydawana oficjalnie prasa. Co wiecej, dziennikarze ich tropia i
umieszczaja w gazetach ich zdjecia, zadajac wszczecia sledztwa.
Prasa publikuje tez bardzo krytyczne artykuly pod adresem rzadzacych,
a nawet przesmiewcze np. zdjecie prezydenta Museveniego spiacego w
czasie obrad parlamentu.

Wogole warto poczytac lokalna prase czy nawet bilbordy. Ksieza i wladze
panstwowe walcza z czarami. I nie chodzi o posadzanie ludzi o czary – co
tez sie zdarza w tej czesci swiata, lecz o znachorow powodujacych
straszne skutki u swoich pacjentow i ludzi skladajacych ofiary z
dzieci w ramach praktyk czarowniczych. W jednej z ostatnich gazet
opis aresztowania dziadkow, ktorzy wlasnie zabili w ten sposob swoja
wnuczke. Nasuwa sie refleksja czy wszystkie osoby sadzone w dawnej
Europie za tego typu praktyki rzeczywiscie byly niewinne?
Pewnie czesc z nich nie. Choc pewnie wiekszosc tak. W tym samym dniu
dowiaduje sie, ze w Ugandzie przeprowadzono juz 6 operacji na otwartym
sercu. Sukces? Niewatpliwie.

No i jeszcze dwa slowa o Ugandyjczykach: w wiekszosci sa bardzo sympatyczni
i pomocni (zwlaszcza jesli pomoc nie nalezy do ich obowiazkow). I duzo sie
usmiechaja. Nawet jak nosza mundur, co nie jest takie czeste w
wielu krajach. Jest to niechybnie miasto i kraj do ktorego
chetnie bym wrocil, zwlaszcza z mozliwoscia zwiedzania a nie pracy.

Afryka 6

Kongo to najbardziej goscinne panstwo swiata. Na moje urodziny we
wszystkich miastach odbyly sie uroczystosci, wlaczajac w to parade w
Kinszasie z udzialem prezydenta Kabili i gosci z calego swiata. To
milo z ich strony.

A tak na powaznie. Dzisiaj obchodzono 50 rocznice niepodleglosci. I az
sie cisnie na klawiature dosyc niemile spostrzezenie, ze uroczyscie
obchodzono dzien w ktorym: przestano remontowac drogi, zrezygnowano z
powszechnej, bezplatnej opieki medycznej i szkolnictwa, przestano dbac
o rozwoj kraju na rzecz napychania sobie kieszeni i powszechnego
rabunku dobr narodowych przez wszystkich, ktorym pozwala na to
zajmowane stanowisko, czy zrezygnowano z realnego wymiaru
sprawiedliwosci i bezpieczenstwa obywateli.

Brzmi zlosliwie? Moze. Ale warto sie nad tym zastanowic. Z drugiej
strony jezdzac dzisiaj po Gomie odczuwalem tez pewne zrozumienia dla
tych ludzi, ktorzy poubierani w koszulki z nadrukami specjalnie na te
okazje, cieszyli sie z rocznicy. Bo z drugiej strony z czego ludzie
sie tu moga cieszyc? Moze ten dzien fikcyjnej jednosci narodowej
pozwolil niektorym na chwile zapomniec o tym ze dookola od lat trwa
wojna domowa gdzie wszyscy morduja wszystkich. Wszyscy to nie znaczy
oczywiscie kazda jednostka. I mysle ze warto rozroznic pomiedzy
analizowaniem spoleczenstw i jednostek. Jednostki jak w kazdym
spoleczenstwie sa i uczciwe i nieuczciwe, madre i glupie.
Spoleczenstwo jest niestety calkowicie zdemoralizowane i rozlozone na
czynniki pierwsze.

Rozmawiajac wczoraj z pewna Kongijka dowiedzialem sie, ze mieszka z
rodzina w Giseni tuz za granica Runady. Wyjasnila, ze tam jest
bezpiecznie, a tu wieczorem strach przejsc ulica. Rzeczywiscie w
Ruandzie jest zupelnie inny swiat. Nie smialem zapytac, czy cieszy sie
z rocznicy niepodleglosci. Czasem jak patrze na te radosc, to
przypomina mi sie kawal o owsikach dosyc popularny w Polsce stanu
wojennego. Dwa zwierzatka ojciec i syn, znalazly sie przypadkowo poza
organizmem zywiciela. Syn pyta taty o gory, slonce, trawe, niebo,
kwiatki. Na koncu zadaje pytanie jesli tu jest tak pieknie, to czemu
my mieszkamy tam? Ojciec odpowiada: bo tam jest nasza ojczyzna.

Analogie do tego co znajome, sa najbardziej nosne wiec nieraz staram
sie porownywac mozliwe odczucia Kongijczykow do wlasnych odczuc w
roznych sytuacjach. Kiedy np. na parkngu autostradowym w Niemczech
widze watachy polskich zlodziei, albo kiedy ogladam bandy dresiarzy w
roznych dzielnicach. Pomimo obrzydzenia powodowanego czescia moich
rodakow i checia zeby wreszcie ktos ich wzial za morde raczej wole
zeby ten ktos nie byl obcy. I nie niweczy to moich odczuc
patriotycznych. Byc moze cos w tym jest i tutaj, choc proporcje
degradacji sa nieporownywalne.

Nalezy jeszcze dodac, ze wiekszosc tych osob nie zna innego zycia. A
Ci ktorzy gdzies jezdza? Byc moze czesc podobnie jak nasi zlodzieje na
zachodzie wracaja i opowiadaja o glupich Niemcach czy Belgach ktorzy
sie daja naciac. A czesc prawdopodobnie widzi przepasc w rozwoju
kraju. A wlasciwie niedorozwoju, bo tu sie nic nie rozwija.

Podczas jednej z rozmow jaka prowadzilem z Kongijczykami na tematy
miejscowe, rozmowca zaczal swoj wywod od slow: Zdajecie sobie sprawe,
ze my jestesmy na poziomie rozwoju na jakim Europa byla w
sredniowieczu. To nie my powiedzielismy, tylko on. Choc uwazam ze
mial racje. I nie chodzi tylko o biede, o pieniadze. Chodzi o cale
spoleczenstwo z problemami charakterystycznymi w najlepszym razie
dla okresu rozbicia dzielnicowego, wiara w czary, miedzyplemiennymi
aliansami i ich zmiennoscia przypominajaca dynamike znana nam z
podrecznikow historii. A pieniadze i technika maja tu znaczenie
drugorzedne.

Afryka 6 part 2

Ta srednioweicznosc kontrastuje np z poziomem prac naukowych czy
analitycznych autorstwa Kongijczykow, ktorych wysoka jakosc i
przejrzystosc zaskakuje. Znow nalezy rozroznic miedzy spoleczenstwem a
jednostka. Na korzysc tej drugiej. Taka jednostka jak np pewien
profesor z Berlina, ktorego spotkalem pare dni temu w jego rodzinnym
miescie Bukavu. Profesor zreszta calkiem niezle radzil sobie z …
jezykiem polskim, gdyz jakis czas pracowal we Wroclawiu jako inzynier
jakiejs francuskiej firmy.

Oddzielenie analizy spoleczenstwa od postrzegania jednostek, czy rasy
jest chyba niezbedne, zeby nie wpasc w falszujaca rzczywistosc
skrajnosc. Bo mozna jak niektorzy politycznie poprawni aktywisci
udowadniac, ze wszystkie spoleczenstwa sa na tym samym poziomie rozwoju
i ze drewniana maska zrobiona jest z takim samym kunsztem jak Krzywa
Wierza, czy piramidy. Tylko po co, skoro jest to ewidentna bzdura.
Taka tendencja jednak istnieje i mozna ja rowniez bylo zaobserwowac w
Polsce w pracach histroycznych majacych udowadniac, ze panstwo Mieszka
bylo rozwiniete tak samo jak cesarstwo Ottona. Na szczescie nam juz
przeszlo, co pewnie pokazuje ze jako narod mamy coraz mniej kompleksow.
Ze polskie profesjonalne malarstwo zaczelo sie praktycznie w XIX
wieku? Prawda. No i co z tego. Czy mam udawac ze tak nie jest? Czy
czuc sie gorszy od Wlocha?
Z drugiej strony latwo wpasc w druga skrajnosc. No bo czy przecietny
Wloch jest ode mnie lepszy dlatego, ze on mial Giotta czy Da Vinci a ja
anonimowych malarzy trumiennych? Tez bzdura. I czy ja moge czuc sie
wazniejszy od Kongijczyka bo Szopen mowil po polsku? Czy ja mu
pomoglem w komponowaniu? Rownie dobrze moglbym byc dumny bo Einstein
mial takiego kota jak ja, a Mozart taka sama alergie…

Rocznica nastraja do zadawania pytan. Na przyklad o poczucie
wspolnoty narodowej. Jaka ona jest? Bo jakas sie ponoc wylsztalcila.
Czy mieszkaniec wioski z Polnocnego Kivu czuje ze jest tej samej
narodowosci co mieszkajacy 2000 kilometrow od niego mieszkaniec wioski
w powiedzmy Katandze?

Jednym z nagorszych byc moze spadkow kolonializmu sa sztuczne granice.
Wezmy przyklad okolicy jeziora Alberta. Po stronie Kongijskiej mieszka
lud Nande, ktorego stolica jest Butembo. To dobrze zorganizowa, dosc
hermetyczna spolecznosc. Maja opinie najleszych przedsiebiorcow. Po
stronie ugandyjskiej mieszka lud mowiacy tym samym jezykiem (Kinande).
Jedni i drudzy uwazaja sie za ten sam narod. Tylko jedni maja
oficjalna stolice w Kampali a drudzy w Kinszasie. Kinszasie oddalonej
o tysiace kilometrow, do ktorej nie prowadzi zadna droga. Nota bene na
starych kolonialnych mapach cale jezioro Alberta znajduje sie w
brytyjskiej Ugandzie a nie w belgijskim Kongo. Tylko potem
postanowiono sie powymieniac fragmentami terrytorium nie zwracajac
uwagi na to kto gdzie mieszka. No a potem przyszla niepodleglosc, w
zastanych kolonialnych granicach.

Nazwa Kongo pochodzi od krolestwa Konga, ktore utracilo niepodleglosc
mniej wiecej wtedy co my. Tyle, ze obejmowalo ono zachodni nadmorski
pas obecnego DRK, dzisiejsze Kongo Brazaville i czesc dzisiejszej
Angoli. Na zachodnim cyplu kraju nadal mowi sie jezykiem Kikongo ktory
uzywano w krolestwie. Bodajze juz w XVI wieku pierwszy obywatel
Krolestwa Konga zostal profesorem uniwersytetu w Lizbonie.

Na terenie obecnego kraju istnialo wowczas jeszcze jedno niepodlegle
panstwo Krolestwo Luby. Obejmowalo dzisiejsza Katange i Kassai. Do
dzisiaj mowi sie tam jezykiem Kiluba.

Reszta dzisiejszego panstwa to byly luzne wspolnoty plemienne o
organizacji i rozwoju raczej prehistorycznym i teren polowan na
niewolnikow z jednej strony dla dwoch wspomnianych krolestw jak i
Arabow, ktorych przegonili dopiero Belgowie w XIX wieku. Belgowie
zachowywali sie strasznie mniej wiecej do konca XIX wieku, kiedy to z
prywatnego folwarku bez zadnej kontroli, Kongo przeksztalcono w
kolonie.

Afryka 6 part 3

I nie twierdze ze kolonializm byl dobrym rozwiazaniem. Natomiast
pozbyto sie go wtedy, kiedy lokalna spolecznosc coraz mniej cierpiala a
coraz bardziej korzystala. Byc moze, gdyby 30. 06. 2010 nie bylo 50
tylo 20 rocznica uzyskania niepodleglosci, wszystko wygladalo by
inaczej. A tak… sytuacja praw czlowieka wyglada mniej wiecej tak jak
w najgorszym okresie XIX wieku. Tyle ze ekonomia tez nie dziala i
infrastruktura sie nie rozwija.

Za wszystko co tu sie obecnie dzieje chetnie sie wini kolonializm.
Moze wystarczy po 50 latach? Jak dlugo jeszcze bedzie sie uzywac
kolonializmu jako usprawiedliwienia popelnianych zbrodni?

Rozliczne organizacje, rowniez europejskie chetnie tez winia zachodni
kapital. Owszem wsrod zachodnich przedsiebiorcow jest wielu takich,
ktorych najchetniej widzial bym w wiezieniu. Ale to nie oni morduja,
pala, popelniaja najgorsze zbrodnie, uniemozliwiaja sprzatanie ulic i
remontowanie drog. I nawet jesli daja lapowki, to nie oni je biora.

Czasem jeszcze wini sie Mobutu, ktory po zabojstwie Lumumby przez
Belgow wspolpracujacych z CIA objal dyktatorska wladze na 30 lat w
Kongu, ktore nazwal Zairem. Tak Mobutu byl tyranem. Nie najgorszym w
regionie ale wystarczajaco strasznym. Nazwa les hibbous sowy na
tajna policje pochodzi z jego czasow. Sowy bo przychodzili noca i
zabierali z domow ludzi, ktorzy juz nigdy nie wracali. Tyle ze jego
juz dosyc dawno nie ma. Pozatem ten idealizowany przez lewicowych
intelektualistow Lumumba oficjalnie zapowiadal w swoim programie, ze
wszystkich politycznych przeciwnikow nalezy wtracic do wiezien. A jego
zwolennicy podczas krotkiej walki dokonywali masakr. Wiec czy gdyby nie
bylo Mobutu bylo by lepiej. Czy raczej bylby to afrykanski komunizm w
stylu etiopskim czyli ludobojstwo polaczone z masowa smiercia z
glodu?

Na dzisiejszej paradzie w Kinszasie podobno byly czolgi. I nawet
amfibie. Te czolgi niedawno zakupiono z Ukrainy za jakies potworne
miliony dolarow. Dzieki temu Demokratyczna Republika Konga ma
najwiecej czolgow w regionie. Warto nadmienic, ze defilada jest
jedynym sposobem ich zagospodarowania. W tutejszych warunkach
geograficznych mozliwosc wykorzystania bojowego czolgow jest rowna
zeru. I to wszystko za pieniadze z pomocy miedzynarodowej na reforme
sektora bezpieczenstwa. W tym samym czasie zolnierze od lat nie
dostaja pensji, a ich wartosc bojowa jest nizsza niz harcerzy.
Natomiast dyscyplina przypomina bande kiboli.

No chyba ze czolgi beda sluzyc jako prezydenckie limuzyny. Bo sa jedym
pojazdem ktorym mozna sie bezpiecznie poruszac po drogach tutejszej
jakosci. Znaczy po tych drogach ktore choc w oplakanym stanie, jeszcze
istnieja i nie zarosly po 50 latach nieremontowania.

AFRYKA 7

Zaczne optymistycznie, choc na tej szerokosci i dlugosci geograficznej
nie jest to takie latwe. Jakis czas temu jechalem autem po Ruandzie.
Wracalem do Konga sam i postanowilem ze nie bede sie spieszyc.
Stwierdzilem ze zrobie sobie wakacje. Zatrzymalem sie w malenskim
miasteczku, zostawilem samochod na parkingu i postanowilem wejsc na
pobliska gore i zrobic kilka zdjec (mialem aparat Zorkie 5). Wycieczka
nieco sie wydluzyla. Gora byla co prawda tak stroma jak wygladala,
natomiast jest wysokosc zdecydowanie przewyzszala wrazenie patrzacego
z dolu. W efekcie wycieczka trwala kilka godzin. Po drodze spotkalem
miejscowego gorala, ktory mowil po angielsku. Byla to jedyn szansa
na porpozumienie sie, bo moja znajomosc Kinyarwanda jezyka
ruandyjskiego ogranicza sie ,mniej wiecej do dziekuje bardzo
(morakooze czani). W opisywanym dniu uzywalem mojego zasobu
ruandyjskich slow bardzo czesto, niemniej nie jest on w stanie pomoc
we wszystkich sytuacjach. Anglojezyczny ruandyjski Goral powiedzial ze
idzie tez na gore bo za gora mieszka jego rodzina, ktora chce
odwiedzic. Skorzystalem z zaproszenia i poszlismy razem.

Ciezko opisac wszystkie wrazenia estetyczne. Region to bardzo strome
gory wysokosci chyba naszych Gorcow (tylko znacznie bardziej strome).
Horyzont zamykaja wulkany dochodzace do 4500 metrow. Zbocza gor
poszatkowane sa poletkami przy ktorych galicyjskie mikrogospodarstwa
uchodzily by za farmy. Poletka sa niemal pionowe i obserwator
zachodzi w glowe jak sa uprawiane. Gdzieniegdzie zza zarosli wystaja
dachy chatek bardzo biednych i bardzo ladnie wygladajacych. Kiedy
Muzungu wspina sie sciezkami pod gore, wzbudza zainteresowanie
wszystkich napotkanych osob. Dzieci machaja z daleka ale zazwyczaj
boja sie podjesc, bo takki dziki bialy to nigdy nie wiadomo lepiej
uwazac. No i jeszcze jeden element zwracajacy uwage europejskiego
mieszczucha: kondycja tych ludzi. Nadazalem wylacznie wspierany
narodowa ambicja. Z drugiej strony trudno sie dziwic. Te wszystkie
dzieci chodza codziennie na dol do szkoly. I codziennie z niej wracaja
pod gore (przynajmniej nie maja pod gorke do szkoly). Pozatem
codziennie trzeba przyniesc wode. I codziennie rozne inne rzeczy,
wliczajac dosc ciezkie pakunki wnoszone na glowach. Tak wiec mozna
przyjac, ze ich kondycja jest zrozumiala.
W najwyzszym punkcie do jakiego dotarlem poczulem sie rzeczywiscie jak
w Gorcach. Nawet chatki troche podobne i sciezki dokladnie takie same.
Bylem prawie u siebie, tylko miejscowe gazdziny mialy nieco
ciemniejsza karnacje niz na Turbaczu.
No i zaczalem schodzic w dol, w kolejna doline. Inna, ale nie
ustepujaca pieknem tej z ktorej przyszedlem (Ruanda nazywana jest
krajem tysiaca wzgorz). Po jakims czasie doszlismy do gospodarstwa
rodziny mojego przewodnika. Starszy pan dogladajacy boso swojego
pooletka. Starsza pani dwie krowy, kozy i wlasciwie nic wiecej.
Rodzina nie spodziewala sie goscia. Mieli problem w domu nie bylo
jedzenia i nie bylo mnie czym poczestowac. Wcale nie chcialem jesc,
nie smialem nawet poprosic o wode, bo zdawalem sobie sprawe z tego ile
wysilku kosztuje jej przyniesienie. Gospodarze jednak koniecznie
chcieli mi sprawic przyjemnosc. Gospodyni wyrabiala na sprzedaz
plecione ruandyjskie koszyki, jeden dostalem w prezencie. Nie tylko
ze jest ladny, ale ma dla mnie wartosc emocjonalna.

Afryka 7 part 2

Dwa slowa o koszykach nie pamietam niestety ich nazwy. Ale sa to
koszyki typowe dla Ruandy. Uzywa sie ich wtedy, kiedy idzie sie w
gosci. W koszyku niesie sie prezenty dla gospodarzy. Oczywiscie
powinno sie niesc na glowie. Jak… tego nadal nie rozumiem.

W chatce nie bylo niemal nic. Nie bylo oczywiscie rowniez pradu.
Natomiast byly plakaty z prezydentem i emblematy prezydenckiej partii.
Moj gospodarz tlumaczyl, ze maja good leadership i dlatego moge
bezpiecznie chodzic, chociaz dawniej nie bylo by to mozliwe. I dlatego
nikt nie chce wyciagac ode mnie kasy tylko robic sobie ze mna zdjecia.
Nie wdawalem sie w polemiki bo po co. Wlasciwie mial racje podajac
swoje przyklady. Nie mowil tylko o cenie jaka za to placa ci, ktorzy
prezydenta nie lubia i ktorzy czasem znikaja. Ale o tym kiedy
indziej. Dzisiaj o Ruandzie tylko pozytywnie. Zreszta mozna zrozumiec
ludzi, ktorzy przezyli ludobojstwo (to ostatnie slawne, choc nie
pierwsze), ze silny absolutyzm oswiecony jest dla nich dobrym
rozwiazaniem (choc ja mam spore watpliwosci ale o tym nie dzisiaj).
Dowiedzialem sie rowniez o spolecznej kampanii rzadowej pod haslem
jedna krowa w kazdym gospodarstwie. Jedna krowa nalezy sie za darmo od
panstwa. Nasunelo mi sie na mysl ze to ma jeszcze jeden skutek (ale
nie smialem sie o to pytac). Moze mianowicie wspierac panstwowa
polityke w mysl ktorej nie ma juz Hutu czy Tutsi tylko Ruandyjczycy.
Tradycyjnie krowy mieli Tutsi, Hutu mieli pola. A tak wszyscy maja
krowe. Domyslam sie ze wbrew pozorom zwiazanym z ich rysami twarzy i
poparciem dla prezydenta moi gospodarze to byla rodzina Hutu ( a moze
mieszana). Wnioskuje po tym, ze powiedzieli, ze przez jakis czas po
ludobojstwie mieszkali w Kongu.
Faktycznie zaraz po ludobojstiwe, kiedy wladze przejela opozycja
Tutsi, Hutu zaczeli masowo uciekac bojac sie zbiorowej
odpowiedzialnosci. Wsrod uciekajacych Hutu byli rowniez ci niewinni.
Prawodpodobnie rowniez ci ktorzy pomagali swoim sasiadom Tutsi podczas
ludobojstwa. Wielu Hutu te pomoc przyplacilo zyciem zupelnie jak
nasze doswiadczenia wolynskie ( i nawet geneza nienawisci podobna).
Najwyrazniej moi rozmowcy nalezeli do tych, ktorzy bali sie
bezpodstawnie. Mieli pewnie szczescie mieszkac nie tam, gdzie
scigajaca zbrodniarzy armia ruandyjska wymordowala przy okazji okolo
200 tysiecy Hutu o czym malo kto wie, a w Ruandzie wrecz nie wolno o
tym mowic. Ale to byly moje relfleksje, ktorymi oczywiscie nie smialem
sie dzielic z moimi gospodarzami.

Ich przywiazanie do kraju i wladzy nawet mi sie podobalo i nawet do
pewnego stopnia je rozumialem. Jeszcze bardziej je rozumialem dzien
wczesniej rozmawiajac z pewna kobieta Tutsi, ktora jako jedyna z calej
rodziny przezyla masakre. Ale koniec dygresji.
Wracajac natknalem sie na grupe weselnikow wybierajacych sie z wizyta
do panstwa mlodych. Odpoczywali na polance, czy moze mieli tam
miejsce zbiorki. Okolo 30 osob. Z prezentami dla gospodarzy. Wyszedlem
zza krzakow i wszscy umilkli. Najwyrazniej byli zszokowani. Moj widok
na dodatek z koszykiem w rece spowodowal ze na chwile oniemieli.
Poczulem sie nieco nieswojo widzac 30 par oczu wpatrzonych we mnie.
Pomachalem reka. Cala grupa wybuchnela smiechem i zaczela cos
krzyczec. Z okrzykow zrozumialem tylko jedno slowo Muzungu (czyli
bialy tak samo jak u nas Murzyn). Na szczescie zza krzakow
wyszedl tez moj przewodnik i wytlumaczyl ze nie ide w gosci tylko
jestem jego gosciem. Znowu wszyscy sie smiali, chociaz dokladnie nie
wiem z czego (chyba ze mnie). I wszsyscy postanowili miec ze mna
zdjecie, co oczywiscie bardzo mi odpowiadalo bo i tak chcialem robic
zdjecia. Swoja droga ciekawe jak by zareagowala grupa weselnikow np.
w Bieszczadach, gdyby z za krzakow nagle wyszedl Murzyn…

Afryka 7 part 3

Na koniec historia z zycia wzieta. Juz nie o Ruandzie tylko o innym
panstwie. I juz nie optymistycznie. W jednej z republik, gdzie nawet
odbywaja sie wybory i nawet nie sa falszowane, znam jednego bardzo
sensownego fachowca jak wspominalem w poprzednich raportach
jednostki sa czesto bardzo sensowne, chociaz panstwa dosyc dolujace.
Ten czlowiek jest lekarzem z europejskim doktoratem. Oprocz tego
fachowcem w wielu dziedzinach zwiazanych z szeroko rozumianymi
sprawami wewnetrznymi. Jego prace maja wysoki poziom, dorobek naukowy
i praktyczny ma taki, ze zaproszenia dostaje z calego swiata.
Wlasciwie jego kraj powinien na niego dmuchac i chuchac, bo dzieki
niemu zachodni fachowcy, ktorzy przywykli uczyc przedstawicieli
opisywanego kraju, nagle zaczynaja zadawac pytania i sami zapisywac
wiedze. Co powinno cieszyc oficjeli tego kraju.
Ten czlowiek w swoim kraju byl znienawidzony przez kolejne rzady.
Spadkobiercy bylego dyktatora ktorzy po oddaniu wladzy zmienili nazwe
lecz nie mentalnosc nienawidzili go w sposob wrecz patologiczny. Nie
wchodzil w uklady, byl fachowcem. Pozniejsze wladze, ktore walke ze
spadkobiercami bylej dyktatury uznaly za najwazniejszy punkt swojego
programu uznaly go za… zwiazanego z byla dyktatura mimo ze i on
jego rodzina za czasow dyktatury dzialali w nielegalnych
organizacjach. Znowu okazalo sie ze fachowiec to zagrozenie. Jakis
czas temu wybory wygrala partia, ktora za glowne haslo programowe
uznala fachowosc. I to byla trzecia partia, ktora wyrzucila go ze
stanowiska w instytucji, ktora chyba jako jedyna zerwala z
biurokratycznym belkotem i lapownictwem -. Wyrzucono go bo nie mowil o
interesach rzadzacych tylko swojego kraju. Bo nie wszedl w uklad z
firmami, z ktorymi nalezalo wejsc w uklad i osmielil sie zauwazyc, ze
nie ma sensu organizowac milionowych przetargow pod konkretne firmy
skoro przedmiot przetargow juz istnieje i nie trzeba za niego placic.
Ponadto pokazywal co nie dziala i co nalezy zmienic. Tak robil od 10
lat i dostawal po lbie bez wzgledu na to czy rzadzili spadkobiercy
dyktatury, czy moralni odnowiciele, czy apologeci fachowosci bedacy
jednoczesnie pupilkami zachodnich demokracji.
Opisywana jednostka przestala byc wiec po raz trzeci osoba z kregu
polityki. Natomiast nie przestala byc fachowcem. Kierowana wczesniej
przez nia instytucja zeszla na psy i przestala dzialac, lecz za to
dostala kolejne niepotrzebne etaty. Jednak fachowiec nadal dostawal
zaproszenia i nadal jak cokolwiek sie dzialo to dziennikarze dzwonili
do niego. I w kazdym z jego wywiadow wychodzilo na jaw ze on wie a ci
ktorzy sie go pozbywali nic nie wiedza. Sugerowano mu zeby sie gdzies
zaszyl i wiecej nie odzywal. Nie posluchal. Zaczal wiec dostawac
anonimy dotyczace jego prywatnego zycia . Nie poskutkowalo . Dostal
wiec wezwanie od policji skarbowej. Nagle ni w piec ni w dziesiec
prosze sie wytlumaczyc z wszystkiego z ostatnich pieciu lat.
Kiedy ostatnio z nim rozmawialem, zastanawial sie jakie beda kolejne
ataki. I jak daleko posunie sie wladza demokratycznych fachowcow.
Najwyrazniej postanowiono go zniszczyc, zeby juz nigdy nie przerywal
blogiej bezczynnosci swoim fachowym bredzeniem, ze cos gdzies nie
dziala, ze cos gdzies jest bez sensu. Jest jeden element laczacy
bylych dyktatorow, moralistow i prozachodnich fachowcow w opisywanym
panstwie nienawisc kacykow do kazdego kto zaczyna rozmowe na tematy
fachowe a nie na temat polityki i interesow. I jest to nienawisc ponad
podzialami.

Afryka (?) 7 part 4

Ta bananowa republika o ktorej pisze nazywa sie Rzeczpospolita Polska.
A fachowiec o ktorym pisze to dr. Gula moj byly szef z Rzadowego
Centrum Bezpieczenstwa i przyjaciel od czasow komuny kiedy organizowal
kolportarz dla wydawanego w moim domu pisma. I to co opisuje wlasnie
sie dzieje. Czy uda im sie go wykonczyc? I czy bananowa republika
kiedys sie zmieni? Nadal jest moja ojczyzna. I piszac ostatnie zdanie
czuje sie troche jak ci Kongijczycy co kochaja swoja ojczyzne mimo ze
czuja obrzydzenie do tego co sie w niej dzieje. I do jej tzw elit z
jakiejkolwiek opcji. Bo wszystkie robia to samo, choc mowia co innego.
Analogia jak kazda nie do konca trafna? Analogia niestety trafna. Na
szczescie proporcje inne.

Afryka 8

Jakis czas temu dostalem jako jeden z kilku odbiorcow maila sluzbowego
informujacego o tym ze w okolicy miejscowosci X bojownicy grupy Y w
liczbie okolo trzydziestu zalozyli oboz. Prowadza rekrutacje miedzy
innymi nieletnich (co jest zbrodnia wojenna). Nie tylko rekrutacje
dobrowolna ale rowniez porywaja. Wiadomo to z zeznan dwojki dzieci,
ktorym udalo sie uciec. W dalszej czesci maila nastepowaly rozwazania
jakie to badania i raporty trzeba na ten temat wyprodukowac bo sprawa
jest powazna. Nie wytrzymalem i odowiedzialem na szeroki rozdzielnik,
ze chyba lepiej by bylo, zeby zolnierze ONZ czyli MONUC (choc
zlosliwi mowia Monique) rozbroili ich i uwolnili dzieci. Uwaga
wydawala mi sie dosyc logiczna, bo mimo wszystko grupa szturmowa
pomoze tym dzieciom znacznie bardziej niz jakiekolwiek badania czy
raporty, a nawet rozne deklaracje i ostrzezenia. Zwlaszcza ze w
przypadku 30 bojownikow, prezentujacych lokalny poziom bojowy (czyli
akurat do zabijania cywilow w wioskach) wystarczyla by dobra grupa
szturmowa policji. Wiec tym bardziej trudno miec watpliwosci ze
tysiace zolnierzy ONZ, w tym sily specjalne ze wsparciem smiglowcow
bojowych nie powinny sie wachac.
Odpowiedziala mi jedna osoba piszac dziekuje oczywiscie ze tak by
bylo najlepiej. No wiec niestety logiczne moze tak ale nie realne. Bo
oczywiscie nikt tam nie poleci ani nie pojdzie i zaden (prawie zaden)
dowodca nie wyda takiego rozkazu. A gdyby np. Dowodzacy caloscia wydal
taki rozkaz, to miejscowy komendant odmowi jego wykonania i nikt mu
nic nie moze zrobic. Co wiecej dowodztwo sil rozmieszczonych na
wschodzie nie miesci sie w sztabie w Gomie tylko w odleglej o pare
tysiecy kilometrow Kinszasie. Znaczy dowodztwo tez tu jest, ale nie
moze podejmowac decyzji… konia z rzedem temu kto zrozumie o co w tym
wszystkim chodzi.
Wsrod zolnierzy ONZ jest mnostwo bardzo sensownych osob ktore w ramach
swoich kompetencji pracuja w dzien i wnocy, czesto wydajac dla
sprawy swoje prywatne pieniadze. W wiekszosci sa to Europejczycy,
ewentualnie Amerykanie. Wiekszosc oddzialow bojowych stajnowia
zolnierze z poza panstw wysoko rozwinietych. Chlubnym wyjatkiem sa
oddzialy urugwajskie, ktore pracuja dosc sensownie i nie poddaja sie
ogolnej modzie w mysl ktorej podstawowym obowiazkiem zolnierza jest
nie narazac sie i duzo zarobic. Nie najgorzej zachowuja sie obecnie
Pakistanczycy, jednak ich poprzednie wpadki z nielegalnym handlem
bronia i diamentami z rebeliantami, ktorych mieli zwalczac jeszcze sie
pamieta. O pierwsze miejsce w nicnierobieniu wspolzawodnicza Hindusi i
Marokanczycy. Marokanczycy w regionie dzialania LRA (najstraszniejsza
grupa Afryki) nawet staraja sie nie wiedziec co sie dzieje, nie mowiac
o reagowaniu. Hindusi zawsze chetnie by cos zrobili i sa za, ale…
Hindusi tez obsluguja helikoptery. Ciagle sie na nich szkola. Tylko na
misje bojowa nigdy nie moga poleciec. Taki hinduski oboz szkoleniowy
za pieniadze wspolnoty miedzynarodowej. Wymyslanie ale jest bardzo
tworcze.

Afryka 8 part 2

Nasuwa sie bardzo niepoprawne polityczne stwierdzenie, ze na misje
pokojowe nie powinni jechac zolnierze z panstw, ktorzy nie moga
zapewnic pokoju na wlasnym terytorium. I z panstw gdzie wojsko znane
jest z niewyszukanego podejscia do praw czlowieka. Byc moze dochodzi
do tego jeszcze rasizm, od ktorego Europa nie jest wolna, ale jest
jednym z nielicznych kontynentow na ktorym sie z nim jednak walczy. A
w tzw. A wielu panstwach nie nalezacych do kregu kultury europejskiej
rasizm jest dosc powszechny i nikt sie tym nie przejmuje.
Jeden ze znanych mi zolnierzy ONZ, tych ktorzy ciezko pracuja, w
chwili frustracji powedzial, ze przeciez czesci kolegow wcale nie
zalezy na tym zeby tu byl pokoj, bo wtedy nie zarabiali by pieniedzy.
Nasuwa sie tez refleksja nad sensem operacji peace keeping czyli
utrzymywania pokoju w rejonach gdzie trwa wojna. Bo zeby cos
utrzymac to to cos musi tam byc. A jak nie ma to ten pokoj mozna
ewentualnie zaprowadzic. Czyli peace enforcing zamiast peace
keaping. Tyle, ze przy takim ujeciu sprawy trzeba zalozyc ze jednym z
glownych elementow sa dzialania bojowe. A przeciez to jest
niebezpieczne. I wogole brzydko brzmi przeciez mam mowila ze
nieladnie sie bic.
Konflikt w Kongu wbrew pozorom jest znacznie latwiejszy do opanowania
niz w Afganistanie czy Iraku. Tu nie ma fanatyzmu. Tu jest tylko
wybuchajaca wscieklosc i okrucienstwo. Wyjatkiem jest pewnie LRA, ale
ich mozliwosci bojowe nie sa fascynujace. Zwlaszcza ze do 80 procent
zolnierzy to porwane wczesniej dzieci.
Ze sie da udowodnila pare lat temu operacja Artemis. Tyle ze to byla
misja UE, w ktorej brali udzial glownie Francuzi. I w krotkim czasie
posprzatali region Ituri, gdzie obecnie znowu trwa wojna. Ale wowczas
przestano sie bic. Przestano palic wsie, porywac ludzi, zabijac,
gwalcic, rabowac. I nie lepiej tak? Podejrzewam ze 1 batalion dobrze
wyszkolonego wojska ze wsparciem smiglowcow (sprawa kluczowa w tym
terenie) bylby w stanie spacyfikowac opanowujacy Wschodnie Kongo
bandytyzm w gora pol roku. A potem mozna by ten pokoj utrzymywac.
Tylko ze to wojsko mnusialo by chciec i umiec sie bic. I oczywiscie
sporo bandytow zostalo by przez to wojsko zabitych. A to znowu tak
nieladnie brzmi… Zolnierze ONZ mieliby bandycka krew na rekach.
Kwestia tylko, czy jesli tego nie robimy, to nie mamy posrednio na
rekach krwi tych milionow zabitych czy okaleczonych, ktorych staramy
sie bronic piszac memorialy i prowadzac monitoring lamania praw
czlowieka.
Jak rozni sa zolnierze sil miedzynarodowych, ilustruja dwa skrajne
przypadki. W jednym z nich zamknieci w bazie zolnierze pilnowali
bramy pod ktora tlum uciekinierow blagajacych pod brama o pomoc byl
cwiartowany maczetami przez goniacy ich inny tlum. Zolnierze nie
otworzyli ani bramy ani ognia. Wyciagneli aparaty i robili z za muru
zdjecia.
Obrazek drugi taka sama sytuacja. Z za bramy wychodzi trzech Belgow
z karabinami. Wiedza ze nie maja wsparcia i wogole sa tam przypadkiem
. Zaczynaja strzelac do tlumu z maczetami. Napastnicy uciekaja.
Belgowie, ktorzy do dzisiaj uznawani sa w Buni za bohaterow (jednego z
nich dobrze znam) ratuja kilkadziesiat osob. Kilku napastnikow zabili.
I ktorzy sa zbrodnairzami? Ci co strzelali czy ci co nie strzelali? Ja
nie mam watpliwosci, ze nie ci pierwsi.
Oczywiscie ktos mi moze zarzucic, ze stawianie sil europejskich jako
wzor nie jest uprawnione, bo przeciez Srebrenica, bo przeciez Ruanda
94. Oczywiscie. Tyle \, ze zakladajac ze jest to misja bojowa wysyla
sie oddzialy bojowe ze zdecydowana kadra dowodcza, poki jeszcze tacy
sa. (Juz pewnie niedlugo bo nasza deprawacja wynikajaca z dobrobytu w
powiazaniu polityczna poprawnoscia zrobia swoje). I daje sie im
okreslone uprawnienia bo w systemie oenzetowskim nie jest latwo
podjac decyzje o dzialaniach bojowych czesto wrecz nie wolno.

Afryka 8 part 3

Bo np. Trzeba miec decyzje o zmianie charakteru misji, ktora moze podjac
jakies grono w Nowym Jorku, ktore nie moze sie zebrac albo
zdecydowac.. A w tym czasie pod bokiem blekitnych chelmow trwa rzez.
Fascynujaca jest tez biurokracja. I bylejactwo od niedzialajacych
komputerow, ktorych nie mozna naprawic, przez najprostsze kwestie
logistyczne ktorych nie sposob zalatwic . I znowu ciezko nie wspominac
milo Uniii Europejskiej tak oskarzanej o biurokracje. To prawda, ta
biurokracja istniej w UE, razem z komicznymi nieraz regulacjami i
pakowaniem pieniedzy w rozne agendy majace sprawdzac zawartosc cukru w
cukrze i zawartosc kobiet w parlamencie. Ale i tak w porownaniu do
innych organizacji miedzynarodowych wypada bardzo dobrze. Pod wzgledem
biurokracji wypada tez bardzo dobrze w porownaniu z administracja
polska.
My mamy ten kofmfort ze robimy swoje i co prawda nikt nam specjalnie
nie pomaga, ale tez specjalnie nie przeszkadza. I dlatego pewnie
jestem bardziej zadowolony niz wspomniany przeze mnie wczesniej
francuski zolnierz, ktory tez by chcial robic swoje, tylko jest
czescia systemu na ktory ja mam szczescie patrzyc bardziej z zewnatrz.
Choc nie do konca.

Afryka 9

Niestety moja znajomosc Ugandy ogranicza sie niemal wyłącznie do Kampali.
A raczej jej części, zwłaszcza tej biznesowo-zagranicznej. Czyli pewnie nie
najciekawszej.
Ugandę już za czasów protektoratu brytyjskiego (protektoratu nie kolonii,
ktorą nigdy nie była) nazwano perłą Afryki. Czy trochę nie na wyrost?
Przejechałem paręset kilometrów i nie byłem zachwycony krajobrazem. Przede wszystkim brak ruandyjskich pejzaży.Niemniej kraj jest ciekawy. I zupełnie inny niż Kongo czy Ruanda. Turystów przyciaga pewnie głównie safari. Ja jednak wolałbym pojechac na przykład do omijanego przez turystów Masindi i zobaczyc polski kosciół z lat czterdziestych i sierociniec dla polskich
dzieci od Andersa. Jego wychowankowie porozrzucani po całym swiecie
odnajdują sie teraz za pomocą internetu. Przejezdzałem niedaleko – niestety zabraklo czasu i nie moglem zachaczyc o Masindi.
Droga z Kampali na północ, do Gulu – stolicy ludu Acholi – nie
jest specjalnie ciekawa. Z bliżej niezrozumiałych względów nazywają ją tutaj
„highway” . Z autorstradą ma tyle wspólnego że nie ma na niej ograniczeń
szybkosci…
Po drodze przejeżdża się przez małe miasteczka i wioski. Prowincja jak we
> wszystkich okolicznych krajach bardzo biedna. Ale uwagę zwraca duża ilość
> szkół. Łatwo rozpoznawalnych po dużej ilości uczniów ubranych w mundurki w najrozmaitszych kolorach.
Moją uwagę przykuły najbardziej okrągłe tradycyjne chatki z bambusa i gliny,
> kryte jakąś trawa – coś w rodzaju naszej strzechy. Tego typu chatki, ktore
> tutaj widziałem po raz pierwszy, są ponoć rozpowszechnione również w
> Południowym Sudanie i Kenii. Mieszkanie w nich dalekie jest zapewne od
> komfortu. Ale wygladają bardzo malowniczo. Ludzie mający zwykłe domy budują nieraz chatki w ogrodzie. Służą im wtedy jako altanki w których można się
raczyc kawa i przyjmowac gosci.
Chatki oryginalne stanowia czesto osady czy wioski. Buduje sie je w
> bliskiej odleglosci od siebie, na terenie otoczonym gestymi drzewami.
> Wyglada to troche jak europejskie osady plemienne z gier komputerowych.
> Pomiedzy chatkami moze stac zadaszenie z rodzaje stolu – lady, gdzie
> mieszkancy przygotowuja jedzenie. Tego typu rozwiazania widzialem
rowniez w miejskich mini-osiedlach gdzie chatki sa juz zrobione z blachy –
co, jak sadze, jest znacznie mniej funkcjonalne (kwestia izolacji).

Szkielet chatki na wsi stanowi bambus, obkladany pozniej glina. Od srodka
(tak mowia choc ja nie widzialem) wylozona jest specjalna trawa z
sawanny spelniajaca funkcje izolatora. Podobno nawet poslania sa roslinne.
Bliskosc chatek nie jest przypadkowa. Czesciowo wkopane w ziemie, sa
znacznie wyzsze niz sie to wydaje z zewnatrz. Jak mi wyjasniono w niektorych
osadach polaczone sa pod ziemia korytarzami, laczacymi je miedzy soba i
prowadzacymi do dodatkowych wyjsc poza osada. Dzieki temu w razie ataku z zewnatrz mozliwa jest ucieczka.
Droga do Gulu prowadzi w tym samym kierunku, w ktorym zmierza wyplywajaca z jeziora Wiktoria niewielka w tym miejscu rzeka o znanej nazwie. To Nil. Jej przekroczenie po okolo 300 kilometrach na polnoc od Kampali to przezycie.
Rzeka jest niewielka – mniej wiecej jak nasz Dunajec. Lecz jeszcze bardziej
rwaca i o wybitnie gorskim charakterze, co ciezko zrozumiec, jako ze dookola
niema gor. Mniej wiecej w okolicy mostu na Nilu rezyduje stado Babunow.
To malpy wielkosci wyrosnietego psa, ktore zwano niekiedy malpami-psami.
Maja cos psiego w twarzy. Sa ponoc bardzo inteligentne i bardzo
niebezpieczne. Dzialaja zawsze w grupie. Jesli jest ich duzo potrafia
podobno zaatakowac lwa. W wypadku, gdy ktorys zostaje ranny podczas walki, inne ewakuuja go w bezpieczne miejsce. Spotkanie z nimi w lesie moze sie skonczyc zle, zwlaszcza ze zlosliwoscia maja dorownywac nawet Homo Sapiens.
Jednak malpy spod mostu na Nilu sa do rany przyloz.

Afryka 9 part 2

Oczywiscie nie probowalem ich glaskac i wymienilismy grzecznosci jedynie przez okno samochodu. Niemniej widzialem ze przechodzacy ludzie niewiele sobie robili z
ich obecnosci. Wyglada na to ze tutejsze malpy nie wchodza sobie z ludzmi w
droge. Siedza przy drodze i czekaja grzecznie na przejezdzajace samochody, z ktorych ludzie rzucaja im jedzenie.
Most na Nilu to jednoczesnie brama Acholilandu. Acholi to lud
zamieszkujacy polnoc az do granicy sudanskiej. Z dosc dramatyczna historia
zwlaszcza w ostatnim czasie. Za Brytyjczykow byli zolnierzami. Gdy
Brytyjczycy odeszli tez w duzej mierze opanowali wojsko, dopuszczajac sie
potwornych zbrodni na ludnosci Muganda w prowincji Luwero. Kiedy wojna
domowa wyniosla do wladzy obecnego prezydenta nowe wladze dopuscily sie
potwornych zbrodni na ludnosci Acholi…
Oczywiscie najstraszniejsze chwile to lata dzialalnosci LRA, przegnanej
obecnie i kontynuujacej zbrodnie w polnocnym Kongu i Republice Srodkowej
Afryki.
Ale nie zamierzam sie o tym rozpisywac. Moze dlatego ze o tym duzo sie
pisze. I mam wiele do zarzucenia tym ktorzy to opisuja. Zauwazylem ze wielu
dziennikarzy czy badaczy, ktorzy chetnie grzebia w nieszczesciach innych
niechetnie dzieli sie swoja wiedza z tymi, ktorzy mogliby z niej zrobic
użytek praktyczny. Nie wszyscy oczywiscie. Niemniej spora czesc wydaje sie
nie byc zainteresowana dzialalnoscia osob ktore nie chca zbrodniarzy
opisywac tylko zlapac. Lub przynajniej zlapac tych, ktorzy im pomagaja. Na
czym polega mechanizm – trudno mi zrozumiec. Wyobrazam sobie, ze dla
dziennikarza sledczego najwiekszym sukcesem jest nie tylko opublikowanie
materialu, lecz rowniez jezeli na podstawie ich informacji mozna bandyte
zniszczyc. Najwyrazniej nie wszsycy tak uwazaja. Podobnie rzecz sie ma z
roznymi ekspertami i badaczami, strzegacymi zazdrosnie swoich informacji. A
gdzie tu interes ofiar? Obecnych i przyszlych? Pamietam jednego dziennikarza
w Polsce, ktory po rozpracowaniu siatki pedofili zglosil sie na policje i
przekazal wszystkie dane przed publikacja, zeby nie sploszyc sprawcow swoim artykulem. I to chyba jest najuczciwsze, choc ryzykowne z punktu widzeniadoraznego interesu wlasciciela „newsa”. Niektorzy strzega niestety „swoich”spraw nawet po publikacji. Lenistwo? Egoizm?
Ale dosyc o rzeczach niemilych. Obecnie Gulu wydaje sie podnosic z zapasci.
Miasto nieciekawe ale pelne obcokrajowcow, glownie z instytucji
miedzynarodowych. Z niezwykle mila ludnoscia. Acholi stale sie usmiechaja. I
sa bardzo uczynni. Usmiech i chec pomocy powoduje ze wszystko jest
latwiejsze do zalatwienia. Tylko jezyk tak skomplikowany, ze ciezko rozroznic
poszczegolne slowa. Patrzac na tych ludzi trudno nie odczuwac sympatii. I
ciezko sobie wyobrazic, zeby wsrod nich moglo sie dziac cokolwiek zlego…
Posrodku dosc brudnego i przygnebiajacego miasta przypadkowo znalezlismy
pizzerie – piekarnie – restauracje. Z uroczym postawionym na zewnatrz,
metalowym wiadropodobnym rezerwuarem wodnym zaopatrzonym w kranik, pod ktorym mozna umyc rece. Bardzo sympatyczny design i przesympatyczna obsluga,wysprzatane wnetrze. Gdyby zostac dluzej, moglo by to byc ulubione miejsce w miescie.
Ale na zostanie dluzej nie bylo czasu.
Natomiast ulubione miejsce znalazlem zupelnie przypadkiem w Kampali.
Naprzeciwko amerykanskiego centrum rekreacyjnego zwanego ARA, w zupelnie niecentralnej, raczej niezbyt zamoznej dzielnicy stoi pietrowy pawilon z
fryzjerem i sklepikami. Na pietrze wypatrzylem kawiarnie. Jeszcze nieczynna- wlasciciele wykanczaja wnetrze i wkrotce otwieraja. Ale zaprosili mnie do srodka i posadzili w gotowym juz pomieszczeniu. Urzadzone ze smakiem z
elementami afrykanskimi, lecz eksponowanymi nienachalnie, wnetrze nieco w
stylu retro. Jeden z wlascicieli jak sie okazalo ma rowniez firme
designerska. Nastroj troche jak na krakowskim kazimierzu. Muzyka klasyczna,
docelowo ma byc puszczana naprzemiennie z jazzem.

Afryka 9 part 3

Dostalem herbate z czyms slodkim. Kawiarnia jeszcze nie dziala, wiec… nie
moglem zaplacic. Bylem gosciem. Nie jedynym – kolo mnie siedzial znajomy
wlascicieli i degustowal kawe. Niespelna trzydziestoletni wlasciciel dobrze
prosperujacej firmy – milosnik Betowena i historii. Drugie z jego
zainteresowan pozwolilo mi na przejscie przyspieszonego kursu kultury i
historii krolestwa Mugandy. Jednego z kilku krolestw na terenie kraju, od
ktorego nazwy zapożyczono Ugande. I najwiekszego krolestwa, ktorego plemie to prawie 8 milionow ludzi.
Uganda podzielona jest na królestwa i „wodzostwa” (chiefdom). Krolowie i
wodzowie nie maja wladzy politycznej, maja jednak spore znaczenie spoleczne
i kulturalne. Krolowie zarzadzaja czescia szpitali i szkol. Przy pomocy
ministrow i parlamentow dbaja o zachowanie kultury i o swoja spolecznosc. W
okresie strasznej dyktatury Idi Amina krolestwa byly zabronione. Zreszta
krol Mugandy ewakuowal sie z palacu juz w 1966 roku, po szturmie sil
prezydenta Obote, obalonego potem przez Amina – szefa armii, naturalizowanego w Ugandzie Sudanczyka. Krol uciekinier dotarl do Wielkiej Brytani, gdzie po jakims czasie wyslannicy dyktatora otruli go.
Dziewietnastowieczny palac zostal calkowicie zniszczony i w jego miejscu
zbudowano koszary. Obote zniszczyl tez kawalkade Rolsroysow i Benteleyow
podarowana wczesniej krolowi przez krolowa brytyjska. Ich resztki mozna
dzisiaj ogladac kolo odbudowanego niedawna palacu.
Obote, ktory pochodzil z polnocy, twierdzil ponoc, ze dobry Mugande to
martwy Mugande i masowo ich zabijal. Wielu falszowalo swoja tozsamosc, zeby uniknac smierci. Inni emigrowali. Amin byl nastawiony mniej
nacjonalistycznie. Mordowal wszystkich bez rozroznienia przynaleznosci
etnicznej. Mozna powiedziec ze postepowiec – podobnie jak komunisci uznajacy rownouprowanienie etniczne w doborze ofiar. (moze dlatego postepowa mlodziez nie nosi koszulek z Hitlerem, ale Che Guevara im nie przeszkadza). Za Amina najbardziej zagrozone byly osoby wygladajace na silne i na wyksztalcone.
Kolo palacu mozna zobaczyc bunkier z tego okresu. Jak wiele obiektow w tym
czasie, wybudowany zostal przez Izraelczykow jako sklad broni. Warto dodac,
ze Izraelczycy wybudowali rowniez lotnisko w Entebe, co prawdopodobnie
pomoglo im kilka lat pozniej w zaplanowaniu brawurowaej akcji odbicia
pasazerow samolotu El-Al z rak wspieranych przez Amina palestynskich
porywaczy. Grupa szturmowa odbila zakladnikow, zniszczyla wszystkie
ugandyjskie samoloty bojowe i odleciala do Izraela, zanim Amin sie
dowiedzial, ze cos sie stalo.
W bunkrach dyktator nie skladal broni. Zrobil tam katownie, w ktorej
mordowal swoich prawdziwych czy wyimaginowanych wrogow. W betonowych wnekach trzymano nieszczesnikow w warunkach prowadzacych niejednokrotnie do smierci.
Gdy bylo ich za duzo, wyciagano ich na korytarz, do wysokosci lydek
napelniony woda. Nastepnie oprawcy wychodzili i przelaczali kontakt
doprowadzajacy do wody prad. Ciala wywozono i wrzucano do jeziora Wiktoria i do Nilu w miejsca gdzie zyly krokodyle. Dzieki temu nigdy nie dowiedziano sie ile osob zamordowano.
To na szczescie historia. Obecnie na wzgorzu znajduje sie
odbudowany palac. Na wzgorzu naprzeciwko widac parlament krolestwa.
Parlament byl ponoc instytucja znana w krolestwie od setek lat. Droga
laczaca oba budynki nosi nazwe Kabaka Anjkagda, co oznacza „Krol mnie
kocha”. Wysadzana jest 52 drzewami symbolizujacymi 52 klany skladajace sie
na plemie Mugande. Wiekszosc klanow nosi nazwy zwierzat. Tych zwierzat nie moga jesc. O ile w wypadku klanu Leoparda nie jest to trudne, o tylo klan
Krowy ma juz pewien problem. Sprawe rozwiazano w ten sposob, ze mozna sobie znalezc zwierze zastepcze do niejedzenia. Np. Zabe.
Klany maja tez tradycyjnie przydzielone funkcje na dworze. Np. Tylko „Lwy”
moga otwierac krolewska brame w palacu. A tylko „Mamby” (rodzaj ryby) moga palac sprzatac.

Afryka 9 part 4

Natomiast kazdy klan moze sie dochrapac krola. Wg miejscowego zwyczaju
krolewska korone dziedziczy syn. Jednak przynaleznosc klanowa dziedziczona
jest po matce. Krol nie moze poslubic kobiety z klanu swojej matki, dzieki
czemu przy kazdym dziedziczeniu, korona przechodzi w rece innego klanu.
Kazdy Mugande powinien jaknajlepiej znac swoje drzewo genealogiczne, ktorego opisywanie okresla sie mianem „chodzenia jak Mugande” (taambula mga o Muganda). Na czubku drzewa znaduja sie legendarni przeodkowie z przed okolo szesciuset lat – krol Kindu i krolowa Nambi. W dawnych czasach dzieki pytaniu o drzewo genealogiczne wykrywano osoby podszywajace sie pod Mugande.
Trzy inne wzgorza naprzeciwko palacu zwienczone sa budowlami
nalezacymi do trzech wyznan poddanych krola – muzulmanow, katolikow i
protestantow. Ich przybycie wiaze sie z z listem jaki w 1875 roku krol
Mugande wyslal do krolowej brytyjskiej. W liscie prosil o przyslanie
misjonarzy w celu edukowania niepismiennych wowczas poddanych. Juz w 1887 roku doszlo do pierwszej wojny religijnej – miedzy katolikami i
protestantami. Jej wybuch przerwal prace nad sztucznym jeziorem, ktore
Mugandyjczycy wykopali w okolicy palacu. W zamysle mialo zostac polaczone
kanalem z oddalonym o 4,5 mili jeziorem Wiktoria. Wojna przerwala prace.
Trwala 3 lata – do 1890 roku. Jezioro istniej do dzisiaj, jednak kanalu juz
nie zbudowano.
Pod wplywem opowiesci mojego kawiarnianego rozmowcy postanowilem zwiedzic zgorze palacowe. Wlasciciel kawiarni przyniosl kluczyki od samochodu i zaproponowal, zeby jego kolega zawiozl mnie tam i oprowadzil. Nie za pieniadze. Ot tak – zeby zrobic gosciowi przyjemnosc. I jak tu nie tesknic za Kampala ?

%d blogerów lubi to: