To nie moj swiat. Ja tu nie pasuje. Wszystko takie piekne,wymuskane wkolo – slonce, ludzkie twarze i nawet psy, ktore merdaja ciagle ogonem. Sielanka, cieplosc, jasnosc i tak co dnia, az do obrzydliwosci. Tymaczasem we mnie szary robak szalenstwa podgryza korzenie mysli. Wydala szybko szlam nostalgii, ktory zastygajac wokol mnie tworzy obrzydliwa skorupe.
Bardziej zolta, bardziej szara skorupa staje sie coraz grubsza. Echa, krzyki, glosy i inne objawy aktywnosci zewnetrznej gestnieja az wreszcie milkna. Nogi grzezna w mule, juz nie moge nigdzie isc. A niby caly swiat przede mna.
Ale to nic, ja nie chce nigdzie isc. Ja swoj swiat nosze w sobie. On musi mi wystarczyc, zastapic wszystkie cuda zawnetrza. One sa uluda, znikaja jak smrod na wietrze.
Jedno slowo wypowiedziane nieopatrznie odslania prawde jak noz rzeznika wnetrznosci zwierzecia, tylko ze ja nie jestem zwierzeciem, ja sie nie dam wypatroszyc. Nie chce juz sluchac zdumiewajacych obietnic, ktore potem nierealizowane gnija wydzielajac przykry odor wspomnien. Rana sie jatrzy i ropieje, nie pozwala zapomniec. Radosc, usmiech, optymizm, wznioslosc – co to takiego? Ja nie pamietam. To umarlo i juz sie nie obudzi, kazde zdarzenie utwierdza mnie w tym. Nigdy tego we mnie nie bylo. Wsycha zrodlo, umiera radosc.
Szkoda tylko, ze nie moge gryzc. Na zewnatrz malowana kolorowymi farbkami twarz smiejaca sie do wszystkich, bo tak przeciez wypada. Tego wlasnie najbardziej nienawidze, tej glupiej gry pozorow. Przeciez mowienie o szczesciu nie czyni nas szczesliwymi, opis skrzydel nie wystarcza zeby latac. Inny swiat, inne wartosci, inne zycie. Co ja tu robie? Sama juz nie wiem co ma sens a co nie.
Wszedzie, gdzie ide chwieje sie jak slon na malej kepce trawy w bagnie. Zeby przezyc, trzeba skakac na nastepna kepke, i tak w kolko. Powrotu nie ma, trawa zapada sie w czarne bloto przeszlosci. Dobrze, nie ma czego zalowac, wspomnienia zielonosci tla sie jeszcze przez chwile przed oczami, jasnieja az wreszcie nastepuje implozja i znikaja.
Caly czas mam nadzieje, ze kiedys wreszcie dobiegne do stalego ladu, ze bede mogla usiasc, popatrzec w gore i zobaczyc zielone drzewo i swiatlo, w tym moim swiecie. Bo teraz w gorze kroluja popielate chmury a ja mam za krotkie rece zeby je zetrzec i splukac.
I musze pamietac, ze nikt nie poda mi patyka. Tu jest bagno, nie ma drzew i nie ma patykow, tylko zgnilizna i sine ognie oswietlajace nastepna kepe trawy.
O trupach tez sie nie mowi, tez musze pamietac. One leza na dnie, przykryte szlamem niepamieci. Ja tez tam pewnie spoczne. ………
Metafory uzyte w tym wpisie wprawily mnie w dobry nastroj
Nie jest tak zle z tymi zapadajacymi sie kepami traw na bezkresach bagien.
Co czyni zycie dynamiczne, to wlasnie owe wspomniane wyspy traw.
Goraca pozdrawiam i bede tu systematycznie zagladal.
Tomek
UK
By: Anonymous on 13 November 2011
at 13:26
Z Polski wyjechali ci co musieli a inni nie widzieli swej przyszlosci, w marazmie owczesnej Polski. Wiele powodow sklada sie na to ze Polske opuscili.
Moze przyblize Ci perspektywe emigranta, moze zrozumiesz co za tym slowem sie kryje. Moze, jesli nie jestes idiota typu: Idiota zrozumiesz mnie i innych takich jak ja?
Tylu ich znam, emigrantow zyjacych kazda noga w innym swiecie. Sa to tacy, ktorzy tesknia strasznie za SWOIM domem i chca wracac do niego, ale jak tylko pojada na miesiac wakacji, to tesknia strasznie by wracac spowrotem (sam to znam z autopsji. Bylem – po 21 latach – w Polsce w ub. roku.
Moj dom w “GH” (Golden Horseshoe) jest moim domem. Czego chciec wiecej? Spedzone tu lata uwazam za najlepsze jakie mi sie przydarzyly, a jesli mialabym umrzec jutro, uwazalabym nadal ze wyjazd z Polski byl
najlepsza rzecza jaka mi sie w zyciu przydazyla.
Oswajanie nowych terytoriow trwa czasem dluzej, czasem krocej. Dosc szybko oswoilem sie z miejcem ktore lubie – bez tego, zawsze trawa jest bardziej zielona po drugiej stronie plotu.
Znam takich, ktorzy nie wracaja bo ich wiza dawno stracila waznosc, wiec wyjazd oznaczalby opuszczenie Kanady na zawsze. Siedza tu nadal nielegalni obiecujac sobie ze jeszcze tylko kilka tygodni, jeszcze kilka dolarow na koncie i juz koniec tej meki. Wreszcie wyjada, na zawsze. Jedni i drudzy i trzeci – jakkolwiek ich sytuacje dziela lata swietlne – kiedy mysla dom – mysla o innym miejscu, innym kraju. Chocby siedzieli tu niewiarygodnie dlugo. Wracaja, czasem na stare lata dopiero.
Wyjezdzaja ci co emigracje traktuja jako stacje przesiadkowa – epizod – szanse na ekonomiczne odkucie sie, nauczenie czegos, zobaczenie innego swiata. Ale i ci, pelni energii i ciekawosci zalamuja sie kiedy okazuje sie ze bez wzgledu na bagaz umiejetnosci i doswiadczen w nowym kraju, trzeba zaczac wszystko od zera.
Wracaja zdolne, wyksztalcone dziewczyny zmeczone praca sprzataczki czy kelnerki, ktora okazala sie byc jedynym dostepnym sposobem zarabiania na zycie – i ci, co po wielu latach, nieraz wypelnionych sukcesami
zawodowymi i osobistymi nie potrafia odnalezc sie w kraju, ktory na zawsze pozostanie dla nich obcym. Czasem, potrzeba masy czasu by zrozumiec, ze Polska jest prawdopodobnie jedynym na ziemi krajem, gdzie obcych traktuje sie lepiej niz swoich i nawet dlugie lata przezyte tu, nie gwarantuja wpasowania sie w dlugi ciag ludzkich pokolen ktore ten kraj tworza. Ze nie wystarczy umiec odpowiedziec bezblednie na wszystkie pytania w tescie na obywatelstwo by przynalezec, byc czescia, byc u siebie. Sa tu w miejscu ktore wybrali z takich czy innych powodow, ale bez wzgledu na to skad pochodza i co tu przezyli – tesknia. Za zbieraniem grzybow w lasach lubuskich. Za domowym drim-sum i pora deszczowa na Tajwanie. Za gremialnym szalenstwem malomiasteczkowych Oktoberfest. Za dziadkiem w Pendzabie ktorego pewnie juz nie zdaza zobaczyc. Za pewnym magicznym miejscem w parku miejskim w Seulu, o ktorym nikt nie wie…
– Paradoksalne! – to zwykle male rzeczy budza najwiecej tesknot. Ci co mowia ze chca wracac nie uzywaja wielkich slow. Mowia; “mama” ale, nie “Ojczyzna”. Mowia; “przyjaciele” ale, nie “Patriotyzm” (slowo patriotyzm =
“patriotism” tu jest prawie nie uzywane). Mowia; “domowy krupnik” ale, nie “tradycja”. Tych wielkich rzeczy, ktore sa suma malych jakos w nich nie widac – dopoki, nie wyjada naprawde, nie stopia sie ze zrodlem swoich tesknot, nie powroca do tego, co – choc moze nie wiedzieli o tym – pozwala im czuc sie czescia czegos wiekszego, stabilnego, dajacego poczucie sily.
Znam tez innych, takich co zostali tu i najpewniej zostana juz na zawsze, ktorzy zyja ponad tesknota, zadowoleni z losu przesadzonego drzewa. Najczesciej, zostaja ci ktorych trzymaja tu mieszane malzenstwa – i dzieci urodzone tu, albo sukces w interesach, czy fakt nabycia swojego, pierwszego domu, takiego ich, prawdziwego. Ci predzej czy pozniej zaczynaja czuc sie u siebie, nawet wtedy, gdy po latach tu spedzonych nie umieja zaspiewac urodzonemu dziecku kolysanki po angielsku, nie rozumieja wszystkich angielskich dowcipow. Po czesci, dlatego zapewne ze nowa, kochana amerykanska rodzina daje rownie mocne poczucie przynaleznosci jak tamta, zostawiona gdzies tam. Pewnie jest w tym takze cos z ciazenia rzeczy, ktore zgromadzone, wytwarzaja wlasne pole grawitacji – co trzyma mocniej niz stare tesknoty.
Sa jednak i tacy, ktorzy nie maja tu nic, nie dorobili sie niczego godnego. Nie zasiadaja w zarzadzie zadnej wielkiej korporacji, a mimo to zostali i zostana i nawet tesknia mniej niz inni lub zgola nie tesknia wcale. Czasami dlatego ze swiadomosc mizerii ekonomicznej kraju z ktorego przyjechali, jest wystarczajaco mocna by nie miec najmniejszej ochoty porzucac kraju masla orzechowego i taniej benzyny.
Czasami dlatego, ze zbyt boja sie zaczynac wszystko od nowa, po raz kolejny, tym razem w kraju co powinien byc bliski, a stal sie obcy, bo nic nie stoi w miejscu, ludzie i miejsca sie zmieniaja. Powstale od czasu ich wyjazdu i zapetlone przez lata nici miedzyludzkich zaleznosci tworza juz siec w ktorej nikt, kto nie uczestniczyl w jej budowie, nie zdola sie polapac. Czasami powrot rowna sie przyznaniu do porazki, a ambitna dusza woli raczej dac sie upokarzac obcym w obcym kraju, niz znosic ironie i docinki ziomali. Czasami… – oh, bywa tyle powodow zupelnie roznych, czasem madrych czasem nie. Jednak fakt pozostaje. Dlaczego?
Emigracja nie jest dla kazdego, gdyby bylo inaczej, zapewne nikt z tych co urodzili sie w biednych lub miotanych niepokojami krajach nie zostalby w miejscu skad pochodzi. Nawet nie to jest najtrudniejsze ze czasem wyjazd, rowna sie dlugiemu okresowi wyrzeczen, odkladania na bilet kazdych zarobionych pieniedzy, czasem ryzykowaniu zdrowiem czy zyciem by dostac sie do upragnionej Coca-Cola plynacej ziemi obiecanej. I nie tym ze bilet czasem, bywa w jedna strone. Najtrudniejszy jest krok, ktory wyrywa ze znanego, ze wspolnoty pokolen budujacych wspolna rzeczywistosc, jezyk, obyczaje i prawa, historie i legendy. Wszystkiego, co pozwala czuc sie bezpiecznie, mogac liczyc na czyjas pomoc w potrzebie, na czuly gest w smutku, slowo pociechy czy rade w zgryzocie.
Ci co zostaja, czesciej niz inni potrafia zyc ze swiadomoscia nieustannego bycia odmiencem-Guliwerem w krainie Liliputow, lub odwrotnie. Odmiencem, jakkolwiek czesto uznanym za pozytecznego czlonka spolecznosci i porzadnego w sumie czlowieka. Nawet wtedy, gdy bez chwili zastanowienia odpowie na pytanie; “Crunchy or smooth”, albo; “Yankees or Mets”. Nawet, jesli z niepoprawnie obcym akcentem wyrecytuje tekst: “Star Spangled Banner”. Dowodza miliony przykladow, daje sie tu zyc w taki sposob i niekoniecznie trzeba sie w tym celu zamykac w etnicznym getcie Chinatown, dzielnicy zydowskiej, ruskiej, Little Poland czy innych.
Czesto lapie sie na tym, ze nie rozumiemy sie zbyt dobrze. Jest jednak cos, co nas laczy. Ameryka wierzy bardziej w prawo ziemi niz w prawo krwi. Ktokolwiek wybral jej ziemie na miejsce gdzie narodzi sie jego dziecko, automatycznie czyni je amerykanskim obywatelem – niezaleznie z jakiego kraju sam pochodzi w jakim mowi ojczystym jezyku, do jakich modli sie bogow. To pewna emocjonalna wlasciwosc. Cenie sobie bardziej wiezy wynikle z wyboru – niz te, co wynikly z niezaleznego od mojej woli zbiegu okolicznosci. Bardziej wierze w przywiazanie wynikajace z glebokiego szacunku do osob ktorych dotyczy, niz z biologicznego pokrewienstwa. Moich rodzicow kochalem duzo bardziej za to ze byli cudownymi, prawymi i ciekawymi ludzmi, niz za to ze podarowali mi calkiem przyzwoity zestaw chromosomow. Ludzi z ktorymi sie wiaze, kocham za to jacy sa, a nie za to ze sa w ogole. Niby drobiazg, a robi caly hektar roznicy.
Nie wroce do Polski. Obserwowanie glupot zycia tam codziennego, malych i podlych politykow. – I nie dlatego ze paczki u “Blikle”-go nie tak juz dobre jak kiedys. Nie wroce bo w odroznieniu od pierwszego – ten drugi dom, to sprawa wyboru i choc kochac mozna oba ta wybrana milosc znaczy dla mnie wiecej. Jakkolwiek zdarza sie – jak to w zyciu – czasem ubolewac nad konsekwencjami raz podjetych decyzji, to moj wybor, akt woli, may way!
Najpiekniejsza i najstraszniejsza konsekwencja bycia doroslym czlowiekiem. Dom moj jest tam, gdzie sam sie mecze, poce, by go od fundamentow budowac, czasem blogoslawiac, a czasem przeklinajac wybor, zawsze powtarzajac (a jakze – z ciezkim, obcym akcentem) moze zbyt podniosle w calej tej do gruntu zwyczajnej sytuacji zdanie, od dwoch wiekow martwego Amerykanina: “Give me liberty, or give me death”…
Byc Polakiem… – to ani zaszczyt, ani chluba, ani przywilej. – To samo jest z oddychaniem. Nie spotkalem jeszcze czlowieka, ktory jest dumny z tego ze oddycha. Polakiem jestem jednak, bo sie w Polsce urodzilem, wzroslem, wychowalem, nauczylem, bo w Polsce bylem szczesliwy i nieszczesliwy. Polak, bo dla czulego przesadu, ktorego zadna racja ani logika nie potrafie wytlumaczyc. Polak, bo mi tak w domu rodzicielskim po polsku powiedziano, bo mnie tam polska mowa od niemowlectwa karmiono, bo mnie matka nauczyla polskich wierszy i piosenek. Polak, bo po polsku spowiadalem sie z niepokojow pierwszej milosci i po polsku belkotalem o jej szczesciu i burzach. Polak dlatego takze, ze brzoza i wierzba sa mi blizsze niz palma i cyprys, a Mickiewicz i Chopin drozsi niz Szekspir i Beethoven. Drozsi dla powodow, ktorych znowu zadna racja nie potrafie uzasadnic. Polak, bo przejalem od Polakow pewna ilosc ich wad i zalet narodowych. Polak, bo moja nienawisc dla homofobow i faszystow polskich jest wieksza, niz homofobow i faszystow innych narodowosci. I uwazam to za bardzo powazna ceche mojej polskosci.
Ale, przede wszystkim Polak dlatego, ze mi sie tak podoba!
By: Ryfer on 13 December 2012
at 14:46