Napisane przez: futrzak | 27 Czerwiec 2015

Wyprawa do Fortu Artigasa

czyli do Fortaleza del Cerro.

Przyroda sama zadbala o idealne umiejscowienie: najwyzsze wzgórze w departamencie Montevideo (ha ha, cale 134 metry…) tuż przy zatoce Montevideo i wejściu do portu. Nic, tylko zbudować fortecę, obsadzić ją armatami i port będzie nie do zdobycia…tak tez sie stalo: w 1839 roku zakonczono budowę.

Dziś w forcie jest muzeum – dostępne dla wszystkich, jednakże jak większość tego typu przybytków w stolicy – w godzinach mocno niewiadomych. Tj. zgodnie z przybitą tabliczką na drzwiach powinno byc otwarte gdy przybyliśmy, ale nie było. No trudno.

Ale zacznę może od początku.
Na wzgórze nie dojeżdza żaden autobus komunikacji miejskiej, wybraliśmy się więc byli samochodem.
Samochód miał coraz większe problemy z wspinaniem sie po krętych uliczkach, kasłał, czkał aż…. wreszcie sobie stanął. TADAAAAm! Benzyna sie skonczyła.
Tyle lat jeżdze samochodem, a nigdy nie zdarzyl mi sie podobny „wypadek przy pracy”… no ale coz, prawda jest, ze nigdy nie jezdzilam takim zabytkiem motoryzacji, ktory mialby wiekszosc czujników i kontrolek zepsutych.

Co robi sie w Urugwaju w podobnych sytuacjach? Ano dyma na piechotę na najblizsza stację benzynowa (na szczescie byla niedaleko) i kupuje benzynę w… worku! Worek wygląda tak:

IMG_8234

Uprzejmy pan ze stacji dodał do kompletu rurkę (za darmo, bo sam worek kosztuje 20 peso urugwajskich czyli 0.7 USD) – do zwrotu…

Dojechanie na sama górę nie jest trywialne, bo co prawda sam Fort widac, ale uliczki nie maja zadnego oznaczenia ani drogowskazów, a ciagną sie przez….slumsy. Mimo, ze okolica wygladala malo ciekawie, to jednak nic sie nam nie stalo oraz nikt nie wykazywal wrogich zamiarów. Droga na szczyt jak i same okolice fortu mocno zaniedbane..ale widoki powalają na kolana.

Sami zresztą zobaczcie…

Napisane przez: futrzak | 22 Czerwiec 2015

Skąd się biorą tyrani


Wiadomo dzisiaj, że mózg człowieka w momencie narodzin nie jest jeszcze w pełni ukształtowany. Maltretowanie lub zaniedbywanie dziecka powoduje, że jego mózg, poddany ciągłemu działaniu hormonu stresu, doznaje uszkodzeń i zasklepia się w kalekiej formie nie rozwijając pewnych partii m.in. odpowiedzialnych za wyższe emocje, takie jak współczucie czy altruizm. U dzieci maltretowanych części mózgu zawiadujące tymi emocjami są nawet o jedną trzecią mniejsze niż u pozostałych. Doświadczenia na małpach wykazały, że zwierzęta pozbawione we wczesnym dzieciństwie troskliwej opieki stawały się agresywne i skłonne do zabijania przedstawicieli swego gatunku. U dzieci brak ciepła fizycznego i emocjonalnego kontaktu z opiekunem oraz przemoc wiodą do podobnych skutków.

[….]
Aby przetrwać nieludzkie traktowanie – tłumaczy Miller- dziecko musi wyrobić w sobie mechanizm obronny. Musi wyprzeć się swego bólu, a maltretowanie uznać za normę. Dlatego poniżanie i przemoc, przy braku jakiejkolwiek pomocy, alternatywy czy możliwości ucieczki, mogą wpoić ofierze podziw dla okrucieństwa i przekonanie, że bicie jest nieszkodliwe, a kary cielesne usprawiedliwione. Przekonanie to, zakodowane w podświadomości, może dojść do głosu wiele lat później, ponieważ dzieci brutalnie traktowane często nie wykazują natychmiastowych objawów zadanego im gwałtu. Zawsze jednak, wcześniej czy później, najczęściej wówczas, kiedy dręczone dzieci same zostają rodzicami, dochodzi do powtórzenia rodzinnej tragedii. Jako dorośli czynią swym dzieciom dokładnie to, czego doświadczyli od własnych rodziców.

[…]
Małe dziecko narażone na przemoc ze strony najbliższych nie może ani obronić się, ani uciec. Porównując jego sytuację z położeniem więźnia obozu koncentracyjnego Miller twierdzi, że jest ona w pewnym sensie gorsza. Dorosły więzień obozu jest w pełni świadom wyrządzanego mu zła, odczuwa nienawiść do oprawców, może o swych odczuciach porozmawiać z towarzyszami niedoli, może w swej rozpaczy obwiniać ludzi, Boga lub los. Dziecko nie ma żadnej z tych możliwości. Wobec braku wcześniejszych doświadczeń nie wie, że znęcanie się nad nim jest wynaturzeniem, więc choć cierpi, przyjmuje to za coś naturalnego. Pomimo zadawanego mu bólu kocha rodziców, gdyż miłość ta jest mu niezbędna do życia. Nienawiść do nich jest wypierana ze świadomości tym bardziej, że jest ona zakazana
kulturowo. Dziecko nie ma zwykle komu zwierzyć się ze swoich uczuć – tym trudniejszych do wyrażenia, że nie zawsze uświadomionych, zawsze natomiast bardzo skomplikowanych. Według Miller nie tyle samo cierpienie, co niemożność jego wyrażenia staje się przyczyną psychicznej patologii.
Zdławione reakcje znajdują więc ujście dopiero po latach w aktach samo estrukcji (nerwica, uzależnienie od narkotyków, samobójstwa, choroby psychiczne) albo w agresji skierowanej przeciw słabszym (w tym własnym dzieciom) lub przeciw mniejszościom. Obiekty nienawiści różnią się w różnych krajach i kulturach, ale mechanizm jest ten sam. Dziecięce fantazje o zemście znajdują zastępcze ofiary i budują zastępcze ideologie nienawiści, by uzasadnić swą paranoję.

Wpis dedykuję wszystkim rodzicom, którzy uważają bicie za niezbędną „metodę wychowawczą”.
Zanim podniosą znowu rękę na swoje dziecko, zanim znowu je upokorzą, niech przeczytają całość wywiadu z Alice Miller i zastanowią się nad tym, co robią.

Napisane przez: futrzak | 19 Czerwiec 2015

Retro wspomnień czar…

Postanowilam zapisac sie na lokalny portal dla szukających pracy http://www.buscojobs.com.uy i poczulam sie jak w Polsce lat 90-tych.

Obligatoryjnie trzeba podać datę urodzenia, stan cywilny (w USA dzięka demokratom i ustawom antydyskryminacyjnym, nie trzeba…), edukacje, doświadczenie zawodowe….
ALE. To ostatnie jakiś mundry zrobił jako drop-down z juz wyznaczoną selekcją, a nie free-txt. Tak więc nie mogę zgodnie z prawdą podać kraju, bo Polski na spisie nie ma. Podobnież nie ma kierunku, z ktorego się magistrowałam. Właściwie większości rzeczy nie ma, bo ja nie urodziłam sie w Urugwaju, ani tutaj nie konczylam szkol, tudziez nie pracowalam …a już w ogole wymóg podawania zarobków w kazdej poprzedniej pracy uwazam za outrageous – no chyba ze mamy ustawę, która nakłada na wszystkich (właścicieli firm też) obowiązek podawania swoich obecnych i przeszłych zarobków. A ominąć tego się nie da, bo trzeba miec wszystkie pola wypełnione, bo inaczej nie da się zaaplikować na żadną ofertę…a większość firm ma nazwę zastrzeżoną… (jak jest jawna, to mogę znalezc ich website i wyslać tą drogą resume, chociaż skuteczność takich akcji, jak nauczylam sie doswiadczalnie, jest prawie zadna…).

Ręce tak trochę opadają, bo ten sajt się szczyci byc liderem na rynku hiszpańskojęzycznym w temacie HR…a szukają nie tylko Urugwajczyków, bo są ogłoszenia po angielsku, francusku, portugalsku…a czasem i w innych językach. Ostatecznie w Urugwaju jest tzw. Zona America, strefa wolnocłowa i ze specjalnymi ulgami, są tutaj centra outsourcingu kilku światowych gigantów.
Ofert w ogóle w działce IT na tym websajcie (największym w kraju) jest 140. Jedyną zaletą websajta jest to, że jako aplikant mogę zobaczyć, ile osób na dana oferte wyslało swoje resume. To już coś. Ale poza tym bryndza i żalość.

No nic, nie spodziewałam sie niczego sensownego, ale oczywiście jak czlowiek se poczyta szumne zapewnienia, że Urugwaj będzie drugą Doliną Krzemową i sratytaty, to potem trochę się chce smiać. Nie, nie liczyłam na szukanie pracy tą drogą, po prostu stwierdziłam, że nie szkodzi spróbować i zobaczyc, co to.

No, to już wiem.

Napisane przez: futrzak | 17 Czerwiec 2015

Tempora et mores

Ciekawy artykuł ukazał się na lamach BBC.
Zmieniają się czasy, zmieniają i obyczaje. Technologia umozliwia łatwe kojarzenie mlodych, studiujacych dziewczyn ze starszymi mezczyznami, sklonnymi pokryc ich wydatki na studia.

Zanim zrobi się gównoburza w komentarzach, uprzejmie proszę zauważyć kilka faktów:

– gdyby studia były bezpłatne, a dorywcze prace dostępne kobietom* płatne wystarczająco, zapewne zjawisko nie występowałoby
– gdyby nie bylo męzczyzn, sklonnych finansowac tego typu uklady, zjawisko nie występowałoby
– tego typu układy są znacznie bardziej zblizone do tradycyjnych aranzowanych małzenstw niz do prostytucji – oraz bardziej korzystne dla kobiety niz jedno i drugie.

Aranżowane malzenstwa** są wbrew pozorom bardzo powszechne na swiecie. Indie, swiat arabski – tutaj malzenstwo to jest po prostu kontrakt biznesowy, z wyznaczonymi obowiazkami: mąz ma placic na utrzymanie rodziny, żona ma szereg obowiązków (zwykle domowych), z czego najwazniejszy to urodzenie i wychowanie dzieci. Przy czym w razie rozwodu to żona ma przesrane – w szarii całościowa opieka nad dziećmi nalezy sie męzowi i jego rodzinie, podzial majatku nie istnieje (żona moze zabrac ze soba tylko to, co wniosla w posagu). W Indiach prawo jest bardziej łaskawe, ale rozwódka albo wdowa, ktora cale zycie zajmowala sie domem, tez znajduje sie w bardzo nieprzyjemnej sytuacji i moze liczyc tylko na swoja rodzine.
W Chinach, Korei, Japonii sytuacja wyglada znacznie lepiej, ale nadal obowiazkiem mlodych jest znalezc partnera, urodzic potomstwo i je wychowac – przy czym wystepuje tu podzial ról. Kobieta, nawet jesli ma jakas kariere przed slubem, to po urodzeniu dziecka oczekuje sie od niej rezygnacji z tejze i poswięcenia sie zupelnie wychowaniu dziecka. Rozwody sa bardzo niemile widziane.

O prostytucji nie będe wspominac, bo powiedzmy sobie szczerze procent kobiet, ktory z pelna swiadomoscia wybiera taki sposób na zycie jest na tyle nikły, ze pomijalny wlaściwie. Domy publiczne są pelne kobiet, ktore zostaly do tego procederu przymuszone bądź to biedą, bądź tez brutalną siła polączoną z szantażem.

A posiadanie sugar daddy jest dosc korzystne. Kobieta moze zdecydowac sie na taki uklad, a moze nie. Moze tez wybrac konkretną osobę. Przewagę finansową, którą zyskuje, przeznacza na inwestycję we własną przyszłosć w postaci dobrej edukacji. Uklad moze w kazdej chwili przerwac.
W historii cywilizacji ludzkiej kobiety chyba nigdy nie mialy takiej swobody i takiego wyboru…(z pominieciem niewielkich wyjatkow, takich jak spoleczenstwa matriarchalne czy pierwotne wspolnoty) – chociaż gorzki to wybór, bo oczywiście okupiony całymi kubłami pomyj wylewanymi na ich głowy przez tzw. straznikow moralnosci.

* – prace dorywcze typowo męskie są zazwyczaj lepiej płatne. W budowlance nikt nie chce zatrudnic kobiety, a przeciez malowanie, glazurowanie, elektryka czy spawanie moze byc równie dobrze wykonywane przez kobiety (czasami nawet lepiej, a to ze wzgledu na ich skupulatnosc i dokladnosc) i jest znacznie lepiej platne niz sprzatanie czy bycie niańką. Ja sama będąc studentką wpieniałam się na durne ograniczenia – nikt nie chcial mnie zatrudnić przy obsludze zwlok (mycie, ubieranie w kostnicy szpitalnej) – a kumple, ktorzy przy tym pracowali zarabiali w tydzien tyle, co ja jako sprzątaczka w 3 miesiące.

** – w aranzowanych malzenstwach kobieta nie zawsze ma mozliwosc wyboru, a w wielu przypadkach moze go przypłacić zyciem z powodu tzw. honor killings.

Napisane przez: futrzak | 15 Czerwiec 2015

Zima..?

A tak poza tym marznę i to marznę potwornie. Od kilku dni jest jakis kataklizm – kilka stopni C w nocy – a w tzw. Interiorze to nawet przymrozki chwyciły…

Myślałam, ze wczoraj bylo apogeum, ale nie. Dziś do kompleciku walnęła jakaś wichura z Antarktydy – tragedia normalnie. Niby sloneczko swieci, niebo niebieskie, ale jak powieje w ślepia, to łzy ciurkiem lecą, a uszy zamarzają i odpadają.
W domu wcale nie lepiej – tu przeciez nigdzie nie ma kaloryferow ani porządnego ogrzewania, a przenosny piec na gaz do bani, bo nie ma wylotu spalin kominem na zewnatrz, wiec trzeba wietrzyc, zeby sie nie udusic…więc o dupę potłuc takie rozwiązanie. A przenosny grzejnik elektryczny (1kw) nie wystarcza. Tak, wiem, moge sobie kupic drugi, a nawet trzeci – a potem z tymi klamotami sie przeprowadzac…

Tak więc siedzę i marznę. Nie pomagają wełniane skarpety i bambosze z kożuszkiem z owczej skóry – a nie przyszlo mi do glowy, zeby ciągnąć ze sobą z Kalifornii ubranka od snowbordu… *Wzdech*.
Chciał ktos znać wady Urugwaju? To wlasnie jedna z nich. Nikt nie buduje domów z super ogrzewaniem, bo i po co? Na tydzien, góra dwa w roku, nie opłaca się (za to klima jest powszechna). Tak więc naród cierpi w milczeniu.

Wiem, jest cała masa krajów, które mają bardziej przesrane od strony klimatycznej. Ot taka Polska, ze o Syberii nie wspomne. Problem jednak polega na tym, ze ja od 17 lat szczęśliwie żyłam w miejscach, gdzie zimy niet, więc sie odzwyczailam.

Na duchu podnosi mnie herbatka z cachaçą (wyjątkowo komponuje się z czarna liściastą i miodem…) oraz złośliwa myśl, że ja się tak pomęcze jeszcze z kilka dni, a potem wszystko wróci do normy. A w Polsce bedzie podobna i jeszcze gorsza pogoda co najmniej przez kilka miesiecy :)

Napisane przez: futrzak | 15 Czerwiec 2015

Aquí y allá

czyli spacer tu i tam, dookoła chałupy.

Najpiew flagowa ulica miasta, czyli 18 de Julio. Jej nazwa pochodzi od daty uchwalenia pierwszej konstytucji Urugwaju. Wsród budynków po jednej i po drugiej stronie można znalezc perełki architektoniczne, niestety tylko kilka zostało pięknie odrestaurowanych. Reszta stoi w milczeniu, przykurzona, wcisnięta pomiędzy koszmarne bloczyska z czasów dyktatury i poźniejsze klocki…

Następny rządek zdjęć to dzielnica Palermo, nazwę wzięła od włoskich imigrantów, którzy osiedlali się tutaj na początku XX wieku w sporych ilościach. Oprócz nich oczywiście Hiszpanie i inne nacje europejskie, ale też afrouruguayos czyli potomkowie różnych nacji afrykańskich, sprowadzonych jako niewolnicy do kraju podczas kolonialnych czasów hiszpańskich. Dzisiaj stanowią oni ok. 6 % ludności, przy czym jakąś domieszkę krwi murzyńskiej ma ok. 9% obywateli.

Trzeci rządek zdjęć to Rambla – nadmorski bulwar. W tym miejscu taki sobie, bo zastawiony paskudnymi blokami z lat (chyba?) siedemdziesiątych czy osiemdziesiątych, a potem starymi budynkami portowymi przy dawnych dokach, powoli popadających w ruinę. O dziwo wszędzie jest szokująco czysto – przynajmniej w porównaniu z Buenos Aires.

Reszta to Plaza Independencia i okolice. W środku placu pomnik i mauzoleum bohatera kraju, czyli José Gervasio Artigasa, któremu Urugwaj zawdzięcza niepodleglosc.

Tu wszystkie zdjęcia z podpisami.

Napisane przez: futrzak | 14 Czerwiec 2015

Jeden obrazek to tysiąc słów…

więc będzie obrazek pokazujący zmianę dynamiki emigracji na trasie Hiszpania/Włochy – Argentyna.

To, ze młodzi Hiszpanie w związku z kryzysem zaczeli opuszczać ojczyznę to nic nowego, każdy to wie. Natomiast ci, którzy wierzą oficjalnej propagandzie, mogą być nieco zdziwieni kierunkiem owej emigracji. Argentyna bowiem – zwlaszcza od czasu objęcia prezydentury przez C.F. Kirchner – w europejskich mediach przedstawiana jest jako kraj na skraju przepaści, który już-zaraz-za minutkę znów spektakularnie zbankrutuje. Tymczasem nic takiego nie ma miejsca, zaś pracy dla wykształconych jest dużo. Zabawne, prawda?

ImmigrationFlow

źródło.

Napisane przez: futrzak | 11 Czerwiec 2015

Ciudad Vieja (Stare Miasto) – okolice Mercado del Puerto

Wybraliśmy się byli pierwszy raz do Mercado del Puerto i to nie była dobra wyprawa, albowiem zamknięto nam przybytek przed nosem – a była zaledwie 17.30….

Wobec tego obeszłam przybytek dookoła, starając się uchwycić atmosferę ciszy, bezruchu i zachodzącego słońca na wyludnionej starówce.

Serio. To miejsce żyje tylko w dzień w godzinach urzędowania banków i biur, mających tam siedziby. Potem umiera: zwijają się obnośni handlarze, zamykają sklepy, knajpy…robi się ciemno głucho i ponuro – przynajmniej teraz, w zimie.

Tu zdjęcia z podpisami.

Napisane przez: futrzak | 9 Czerwiec 2015

Ubóstwo w Polsce cd.

Pisalam niedawno o ubóstwie w Polsce na podstawie wskaźników unijnych, a dziś będzie na podstawie GUS-u, ponieważ albowiem takie dane ukazały się za rok 2014.

Na początek definicje.

Ubóstwo skrajne: jednoosobowe gospodarstwo – poniżej 540 zł miesięcznie, czteroosobowe – 1458 zł

Ubóstwo ustawowe: (kwalifikujące się do interwencji socjalnej) jednoosobowe gospodarstwo – 542 zł, czteroosobowe – 1824 zł

Ubóstwo relatywne: jednoosobowe gospodarstwo – 713 zł, czteroosobowe – 1926 zł

Za rok 2014 mamy jak leci:

skrajne: 7,4%
ustawowe: 12,2%
relatywne: 16,2%

Proszę zwrócić uwage na progi. Czy można się utrzymać w Polsce za 713 zł bez pomocy z zewnątrz? Nie można. Dlaczego więc to jest poziom ubóstwa relatywnego?
No ale mniejsza z tym. Z poziomu Warsiawki jest dobrze, albowiem slumsów takich, jak w Ameryce Południowej czy Azji czy nawet gett z EU, nie widać.
Ci ludzie żyją z dala od stolycy, w jakichś dziwnych województwach i w ogole, prawdaz, nie widac ich.
Zresztą ci, co żyją za tyle, to są lenie, nieudacznicy i w ogole jakby się chcieli przeprowadzić tam, gdzie praca jest, problem byłby rozwiązany….
Zresztą, jakie znowu ubóstwo? Wg. ministry infrastruktury i rozwoju, Bieńkowskiej, za 6 tysięcy pracuje tylko idiota albo złodziej…
Aż się chce powiedzieć: HALO elity, HALO tu zieeeemiaaaaa!!

Yeah…

źródło.

PS: jak się komuś chce, niech przeczyta źródłowy raport a potem popatrzy na doniesienia prasowe. Wszystkie są dokladnie takie same, a napisane tak, zeby zamącić w głowie i nie poinformować o niczym….

Napisane przez: futrzak | 9 Czerwiec 2015

Plaża Carrasco

Jest sobie taka plaża w Montevideo. Rozciąga się wzdłuż najdrozszej dzielnicy miasta Carrasco.
Kiedyś Carrasco bylo eleganckim resortem wakacyjnym, dziś jest częścią miasta odległą od centrum o ok. 20 km.

W weekend urzadziliśmy sobie spacerek ową plaża, spacerek ciągnący sie od Sofitelu aż do ujścia rzeki. Jakieś 6 km w jedną stronę, bosą nogą po piachu, który zresztą okazał się być nad wyraz twardy. Pięty aż sobie poodbijałam, ale warto było, bo tam pięknie jest…

Zresztą, sami sobie zobaczcie…

Napisane przez: futrzak | 7 Czerwiec 2015

Odrabiamy zaległości zdjęciowe – Tango Porteno

Tadaaaaam! Tak więc nadeszła wielkopomna chwila i właśnie po 4 miesiącach (ma się ten refleks szachisty, nie?) zrzucilam wreszcie z aparatu na dysk zdjecia, oraz nawet je obrobilam!

Będziemy iść od początku, tj. od końca :) czyli od najstarszych.

Sam show opisałam już dawno, teraz można obejrzec kilka moich skromnych zdjęć.

Pierwsze dwa pochodzą ze zwykłej milongi – za wjazd placi sie kilkadziesiat peso, przychodzą Argentyńczycy potańczyć sobie tango. Mozna zamówić wino, napoje i chyba jakieś przekąski, ale nie ma to znaczenia, bo zasadniczo przychodzi się tam tańczyć, a nie jeść :)

Oprócz tego trochę różności – zdjęcia z jazdy Buenos – Montevideo i z okien pierwszego mieszkania.

Napisane przez: futrzak | 6 Czerwiec 2015

O motywacji do pracy

Temat wydawałoby sie oczywisty, ale gdy przyjżeć się bliżej, to wcale nie.

Wiekszosć osób ma jakieś pojęcie na podstawie doświadczeń własnych, ale ekstrapolowanie ich na całą populację bardzo często prowadzi na manowce.
Na przykład: pieniądze. To warunek konieczny, ale dalece niewystarczający. Powyżej pewnego pułapu (dla większosci ludzi sytuuje sie on na zapewnieniu sobie i rodzinie w miare komortowego i bezpiecznego zycia oraz mozliwosci odkladania co miesiac gotówki „na czarną godzinę”) przestają one działać. Milion więcej czy mniej przestaje robić różnicę, jeśli poziom życia nie ulega jakościowemu obniżeniu*, a calości pieniędzy nie da się wydać.

Oczywiście, najwyrazniej widac to na przykladzie milionerów i to zapewne oni ukuli powiedzenie „pieniądze szczęścia nie dają”. Ha ha, prawda?
Otóż nie do końca. Nawet ludzie zarabiający niewiele, przy wyborze pracy i jej kontynuowaniu nie kierują się tylko i wyłącznie względami finansowymi.

Co jeszcze odgrywa więc rolę?

1. Możliwość oglądania owoców własnej pracy
2. Im mniej czujemy się doceniani, tym więcej pieniędzy chcemy za wykonywaną pracę
3. Im trudniejszy projekt/praca, tym bardziej dumni jesteśmy, jeśli sobie z nim poradzimy
4. Wiedza, że nasza praca pomaga innym (potocznie „jest pozyteczna”), zwiększa naszą motywację (podejrzewam jednak, że nie dotyczy to psychopatów..)
5. Pomoc innym poprzez zachowania prosocjalne (prosocial behavior) zwiększa motywację
6. Potwierdzanie naszych zdolności i idukowanie pozytywnych emocji podnosi wydajność wykonywanej pracy

Powyższe punkty nie są oparte na żadnym „wydaje mi się” ale na bardzo konkretnych eksperymentach z zakresu psychologii społecznej.
Tyle nauka.

Jak wygląda praktyka?
Jeśli chodzi o prace najniżej płatne, jest fatalnie. Ludzie nie dość, że nie są opłacani na poziomie pozwalającym na normalne przezycie (dotyczy to bardzo wielu krajów, w tym Polski i USA), to jeszcze jedyną motywacja stosowana przez pracodawców jest strach. Strach o postaci „nie podoba ci się to won, mam stu na twoje miejsce”.
Pracownicy pracujący za głodowe pensje i w ciągłym strachu są oczywiście fatalnymi pracownikami, co pracodawcy wykorzystuja do usprawiedliwiania gównianych płac i kółko się zamyka…

W pracach nieco lepiej płatnych też nie bywa wcale lepiej. W korporacjach (jak juz ktos dostanie sie na posadę białego kołnierzyka) co prawda płacą ok, ale rzadko (zeby nie powiedziec wcale) którykolwiek z powyższych punktów ma zastosowanie. Zwykle stosuje się zachęty pieniężne – rowniez w sposob nagatywny (nie wyrobisz „targetu” nie dostaniesz premii), konkurencję i zawody między pracownikami typu „najlepszy pracownik miesiąca” z nagrodami typu gift certificate do bardzo trendy miejsca, wydarzenia kulturalnego etc.
Oprócz tego oczywiście tworzenie tzw. korporacyjnej kultury („nasz rodzina pracownikow x”) no i wpędzanie ludzi w poczucie winy: że wypada zostać dluzej, nie wypada odmowić, no jak możesz „zostawic niedokonczony projekt” „przeciez deadline goni” etc.

Efekt? Całe tłumy wypalonych, zmęczonych wyścigiem szczurów ludzi, którzy nie bardzo wiedzą, co ze sobą zrobić, ale zdają sobie sprawę, że jeśli czegoś nie zmienia relatywnie szybko, to zejdą na zawał albo rozpadnie im się rodzina (bo są chodzącym kłębem nerwów non-stop).

Oczywiście, ktos zaraz powie, że rolą pracodawcy nie jest uszczęśliwianie pracowników, tylko zarabianie pieniędzy. I TO PRAWDA. A powyższe punkty czego dotyczą? WYDAJNOŚCI PRACY PRACOWNIKÓW. Czy wydajność przekłada się na zyski pracodawców? TAK.
Ci, którzy tak nie uważają, niech przestaną gderać i narzekać na „źle wykwalifikowanych pracowników”, którzy „nie spełniają oczekiwań rynkowych”, „są źle przygotowani”, „nie traktują swoich obowiązków poważnie” „nie wykazują odpowiedniego zaangażowania” etc.

Jeśli nie potraficie znaleźć odpowiednich pracowników, to widocznie nie oferujecie odpowiedniej płacy i warunków, albo nie potraficie ich wyszkolić, czy wręcz nie dajecie szansy na przyzwoitą pracę (najczęściej przybiera to postać wydawania poleceń i nie zaprzątania sobie głowy tym, czy w ogóle w danych warunkach są wykonalne i w jakim czasie). It’s that simple….

* mówiąc jakościowe obniżenie nie mam na myśli konieczności przesiądnięcia sie z posiadłości z pałacem do dwustumetrowego apartamentu czy też z mercedesa do „zaledwie” opla. Jakościowe obniżenie to np. niemożnosc wyjazdu na wakacje (podczas gdy poprzednio mozna bylo miec dwutygodniowy urlop raz na rok), niemoznosc kontynuowania nauki (podczas gdy poprzednio stac nas bylo na oplacenie sobie utrzymania i studiowanie) etc.

Napisane przez: futrzak | 4 Czerwiec 2015

Samochodowo

Takie oto chińskie ślicznotki można spotkać na ulicach Montevideo…

SamochodRzesy

A dwadzieścia kilometrów dalej, w małej dziurce zwanej Pando czas się zatrzymał…i takie oto autobiusty jeżdzą po ulicach. Tak, podwozie to mercedes, za to nadwozie autorstwa firmy Facansa… przestano je produkować w 1983 roku…

Facansa

Napisane przez: futrzak | 1 Czerwiec 2015

We can do it!

Amerykanie – a przynajmniej feministki – być może słyszeli o Margaret Hamilton, ale w Polsce ta programistka-naukowiec jest kompletnie nieznana, a szkoda.

To dzięki jej pracy udało się uratować misję lądowania na księżycu Apollo. Margaret wraz ze swoim zespołem (była wtedy dyrektorem Instrumentation Laboratory w MIT) napisała oprogramowanie do komputera umieszczonego w module orbitującym dookoła księżyca i na samym lądowniku.
Tzw. rendezvous radar (używany do naprowadzenia kapsuły lądownika w celu połączenia z modułem orbitalnym) i komputerowy system naprowadzający lądownik miały niekompatybilne źródła zasilania. Radar w którymś momencie zaczął wysyłać do komputera tony danych będących zwykłym szumem. To zeżarło zbyt wiele zasobów obliczeniowych komputera i groziło brakiem mocy obliczeniowych potrzebnych do wykonania poprawnego lądowania.
Margaret przewidziała podobną sytuację i wymyśliła koncept asynchronous executive polegający na priorytyzacji procesów wykonywanych przez CPU. Dodatkowo maszyna była zaprogramowana tak, zeby sie zrebootować i uwalić w ten sposób śmiecące procesy [flush out unimportant tasks].

Tak, wiem, dziś to jest trywiał. Kazdy unix ma polecenie renice, a reboot jako remedium na wiszące, osierocone czy zrące (zasoby) child processes jest oczywiste, jak to, że słońce wschodzi na wschodzie…

Wtedy jednak nie było i to ona je wymyśliła w postaci konceptu teoretycznego, zanim praktyka pokazała, że to w ogóle może mieć jakiekolwiek znaczenie.

Czy studenci kończący informatykę dziś, słyszeli coś o Margaret Hamilton? Nie. I to jest smutne, ale nie dziwne. Rose Eveleth wyjaśnia, dlaczego:

To nie tak, ze dawno temu szefowie doceniali kobiety bardziej, niż dziś. Nie. Po prostu wtedy uważano programowanie za trywialną pracę. Coś jak pisanie na maszynie albo wypełnianie formularzy. Pisanie oprogramowania było mniej ważne niż rozwijanie hardwaru. Z tego powodu to kobiety pisały programy i radziły swoim kolegom jak budować lepszy sprzęt.

Napisane przez: futrzak | 28 Maj 2015

O stałości zatrudnienia

Kilka notek temu pisałam o amerykanskim sposobie robienia czegokolwiek: get the plan and stick with it.

No mozna se planować, a życie sobie. Oto bowiem wczoraj oznajmiono mi, ze od jutra nie pracuję w firmie, w ktorej pracowałam 2 lata. Ot, uroki zatrudnienia na kontrakcie i „at will” – czytaj firma może ci wypowiedzieć umowe z dnia na dzień i nic im nie zrobisz.

Nie do konca wiem, o co chodzi.
Oficjalny powód to oczywiście słynny reorg. Zawsze tak się mowi.
Tutaj ponoć wlasciciel i CEO wpadli na pomysl reorganizacji takiej, zeby ulepszyć dział QA. W ramach tego ulepszania zwolnić QA managera, a szeregowych testerów przenieść do działu programistów i kazać im raportować bezpośrednio do dev leads.

Owszem, pracowałam kiedyś w firmach, w ktorych struktura była płaska: programiści mieli swoich dev leads, testerzy swoich qa leads. Jedni i drudzy raportowali bezpośrednio do director of engineering. To ma szansę działać, o ile w rolach leads obsadzeni są doświadczeni ludzie, wykonujący oprócz swojej zwykłej roboty (programowanie, testowanie) też pracę zarządzającą (czyli project managera).

Niestety, w tejże firmie tak nie jest. Z pięciu osób, którymi zarządzałam (team w Indiach na szczescie raportowal do kogo innego…) tylko jeden jest bardziej doświadczony (pracuje w firmie od początku czyli od dziesieciu lat). Ale on jest na wylocie, bo wreszcie skończyl szkołę i juz nawet obwieścił, ze odchodzi, bo znalazl pracę admina etc.
Pozostałe osoby to co prawda inteligentni i ciężko pracujący testerzy, ale naturszczyki. Zaden nie ma wyksztalcenia kierunkowego czy nawet zblizonego, zostali awansowani z działu supportu rok temu. Produkt znają doskonale, ale jeszcze trochę im brakuje, żeby udźwignąć ogarnianie projektów, szacowanie ryzyka, obmyślanie strategii testowania przy ograniczonym czasie i środkach, komunikację z resztą działów etc. Nie mówiąc o tym, że żaden nie zna unixa (3/4 produktów firmy działa na serwerach linuxowych i tutaj to ja im testkejsy pisalam krok po kroku, zeby jakos to szło). Z kolei chłopak robiący automatyzację nie jest zainteresowany niczym więcej, jak skryptami i ich pisaniem..

Także, czarno widzę.
Nie sądzę, aby powodem zwolnienia był mój własny performance – w takiej sytuacji byłyby znaki ostrzegawcze oraz szef nie oferowałby się, że mi zapewni referencje.
O co więc chodzi?
Koncepcje mam dwie.
1. Kasa.
Zbliza sie koniec roku finansowego, a wraz ze mna wypowiedzenia dostaly jeszcze 3 osoby. Moze te pensje brakowały do zamknięcia bilansu, cholera wie.
2. Maja kogoś na moje miejsce.
Nowo zatrudniony director of eng przyszedl z firmy, z którą odnowiono niedawno więzy biznesowe, stamtąd przyszedł też CEO. Bardzo możliwe, ze chcą stamtąd ściągnąć i qa managera, więc trzeba było dla niego zrobić miejsce…
3. Ktoś upadł na głowę…

Jak było, dowiem się może za jakiś czas. Kontakty pozostają, a ludzie rozmawiają.

Tak więc szukam znowu pracy. Jeśli ktoś-coś, to proszę o kontakt.

Napisane przez: futrzak | 26 Maj 2015

Mityczna Krzywa Laffera

Polecam do przeczytania ze zrozumieniem tenże tekst.

Krzywa Laffera. Legendarny mechanizm przywoływany przez konserwatystów z całego świata broniących się przed podwyższaniem podatku. Koncept, z której ma wynikać, że zbyt wysokie podatki zniechęcają ludzi do pracy i prowadzą do spadku dochodów budżetowych. Najbardziej znany i zaprzeczający popularnej intuicji argument przeciwko podwyższaniu podatków w celu zwiększenia przychodów.

Fakty są jednak inne. Liczba dowodów na potwierdzenie istnienia krzywej Laffera jest znikoma. Historia jasno pokazuje, że obniżenie podatków nie zwiększa przychodów. Krzywa Laffera to jedynie idea polityczna służąca do uzasadniania obniżek podatków dla najbogatszych. Badacze gospodarek potwierdzają — nie ma ona podstaw.

Oryginał: http://whistlinginthewind.org/2012/09/07/the-mythical-laffer-curve/;
tłumaczenie: Jarosław Hirny-Budka;
dalsze rozpowszechnianie i cytowanie dozwolone za podaniem źródła oryginalnego i tłumacza.

Napisane przez: futrzak | 25 Maj 2015

Wurw komputerowy, niesmaczny i niezdrowy

I znowu mam ochotę wyp* za okno wszystkie komputery.

Bo nie mogę zdjęć zgrać z aparatu.

Piździk (Asus Transformer z win 8.1) najnormalniej w świecie po prostu aparatu nie widzi, i co mu zrobisz?? (nic – wiele ludzi już ten problem miało z win 8.1, chwilowo nie mam siły z tym gównem się szarpać).
Stary laptop HPeka z Win 7 też aparatu nie widzi, a karty wsadzić się nie da, bo slot nie pasuje..

A do makówy jak wsadzę kartę SD to automatycznie odpala się iPhoto, które niestety zawiesza najpierw siebie, a potem cały kernel task i zostaje tylko reboot. Próby rebuild library nic nie dają (start z option command, co ma manu odpowiednie wywołać, też powoduje wieszanie); zmiana konfigu, zeby iPhoto automatycznie NIE startowalo przy wsadzeniu karty wymaga niestety odpalenia iPhoto :-/ — no chyba, że ktoś mnie oświeci jak zrobić to z poziomu terminala.

Update:
z poziomu terminala najwyrazniej nie da się. Mozna odistalować iPhoto czyli wywalić do kosza i to pewnie jest najlepsza opcja :)

Napisane przez: futrzak | 23 Maj 2015

Mercado del Puerto

sławne odwiedziliśmy dziś. W każdym przewodniku jest to atrakcja pod tytułem cannot miss.

Mieści się w budynku starego targu portowego. Miejsce w istocie klimatyczne i bardzo sympatyczne, w weekendy odgrywa rolę centro gastronomico y cultural. Niestety, roli owej towarzyszy również inna, zwana złupimy naiwnego turystę z ostatniego grosza.

Czytaj dalej…

Napisane przez: futrzak | 22 Maj 2015

Amerykański sposób na robienie czegokolwiek

Get the plan and stick with it.

Jak to słyszę, to cos mi sie wywraca w żoładku, a maly kotek zaraz umiera przy drodze.
Ta wiara, wiara że jak coś zaplanujesz, każdy krok na każdy dzien, godzine, minute, posiłek, ćwiczenie – że ten plan będzie miał magiczną moc motywacji i sprawstwa.
A jak nie zaplanujesz, to nigdy nic nie zrobisz, bo przeciez bez planu to jesteś jak pijane dziecko we mgle, napewno wpadniesz pod samochód, umrzesz jutro albo wdasz się w niewłaściwe towarzystwo….

Nie, nigdy nie rozumiałam i nie zrozumiem tej części mentalności amerykańskiej. O zgrozo, przenosi się ona i rozsiewa wraz z tanimi poradnikami i wszelakiej maści kursami udoskonalenia zawodowego, treningów well being i tym podobnych.

Straszne. Bo człowiek to taki chomiczek w kieratku, prawda, musi sobie kieratek zaplanować, ustawić, wprawić w ruch i jak zrobi pierwszy krok to nie ma odwrotu – musisz biec aż do upadłego, bo właśnie dokładnie to – przestajesz, to upadniesz, a rozpędzone koło wyrzuci cię na brzeg historii i wkręci w szprychy, połamie kości i na koniec odgryzie łeb.

I ludzie sami sobie zgotowują ten los. A potem są miauki, że nie ma radości życia… nie ma spontanu…że nic się nie chce, że chodzę w kieracie, mam wszystkiego dość, coś wyssało ze mnie wszystkie siły… lekarstwo? Tak jest, zaplanuję swoje wyzwolenie, krok po kroku, MUSI się udać….Just get the plan and stick with it….

SzczurGlowa

Mnie osobiście w zupełności wystarcza, że planowania mam aż do rzygu w pracy i co, mam jeszcze sobie dokładać więcej tego zuego w czasie wolnym, w swoim własnym życiu??? No thank you.
Jak coś lubisz, sprawia ci owo radość, to znajduje się motywacja i zdolności organizacyjne, mimochodem. Po co jakakolwiek konkurencja i ściganie sie? Robisz to dla siebie, prawda? Nie trzeba sobie wmawiać dziecka w brzuch i zmuszać się do każdego następnego kroku. It’s that simple. A jak sie zmuszasz, to nie robisz tego dla siebie.
To, co każdy musi robić, to zarobić na chleb i dach nad głową. Inaczej się w dzisiejszym świecie nie da. Ale poza tym? Po co wsadzać ogon w szprychy i biadolić potem, ze trzeba biec za kołem, bo ogon urwie…?

PS:
Mam na aparacie zdjęcia z dwóch tygodni, zdjęcia których nie zrzuciłam na kompa, bo jedyny sposób to zrzucenie na piździka. A obrabianie zdjęć na 10 calowym dotykowym sprzęcie to jak próby przyszycia oderwanego guzika za pomocą widelca. Głupiego robota, prawdaż, a motywacja też niewielka, bo jak publikuję jakieś zdjęcia, to pies z kulawą nogą nie komentuje i oglądalnośc niewielka… sama dla siebie to przewalam na pendrajwa i już, jest dostępne pod ręką…

Napisane przez: futrzak | 21 Maj 2015

Jak NIE należy sie odchudzać

Zaczynamy od zakupu za prawie darmo na targu kilograma sczernialych na zewnatrz bananów. W środku są one jeszcze calkiem dobre, ale nalezy je zjesc DZIS.

Potem przez następne 2 godziny zastanawiamy się, co z nimi zrobic. Dochodzimy do słusznego wniosku: pizgamy do michy, rozgniatamy na papkę widelcem. Wbijamy 4 jaja, roztrzepujemy. Lekko solimy, dorzucamy sporo gałki muszkatołowej oraz slodkiego (albo nie, jak kto woli) kakao.
Konstytencja w tym momencie jest półpłynna, więc trzeba concoction zagęścić – najlepiej skrobią. Ja użyłam tej z mandioki (manioku) bo akurat miałam pod ręką, ale każda zadziała tak samo, jak to skrobia.
Dorzucamy tyle, żeby konsystencja przypominała rzadki budyń.

Paćkę nakładamy stołową łyzką na rozgrzany tłuszcz na patelni – nie za duże porcje, bo to miękkie i za łatwo nie przewraca się.
Potem żremy. Raz z dżemem, raz ze śmietaną, a i z salami prawdaż, smakują znakomicie.

Żremy, aż nie padniemy – bo takie dobre.

Następną godzinę spędzamy na kanapie kontemplując przeżarcie oraz termin ewentualnego odchudzania się. Wypada, jak zwykle, jutro, prawdaż :)

PS: dla zapalonych początkujących kucharzy: przykro mi, ale ilości odmierzanych nie podam. Gotuję, jak ten chłop, co w szpitalu umarł: na oko :)
W ogole miarki i wagi w kuchni to sorry, ale wynalazek ostatnich dekad. Któraż to gospodyni miała w domu wagi aptekarskie??? A jakoś sobie radziły, prawda?
Tak więc, drogie dzieci, uczta się gotować po staropierdawnemu :) praktyka czyni mistrza :))))

Older Posts »

Kategorie

Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Dołącz do 135 obserwujących.