Napisane przez: futrzak | 21 września 2018

Z cyklu: scenki rodzajowe. Odcinek z pająkiem.

Wchodze do kuchni i widzę, jak z lampy umieszczonej pod sufitem na pajęczynie zsuwa się w dół PAJĄK.
Jako, że mam arachnofobię, to uderzyłam w bębny wrzaskunowe, wobec czego przybiegł Chłop.
Zobaczył, ze to „maleństwo” i oświadczył, co następuje:
– zaraz zostanie eksmitowany na zewnątrz i niech se szuka innego pomysłu na życie.

Kurtynaaaaaaa :)

Reklamy
Napisane przez: futrzak | 19 września 2018

Żyjesz po to, żeby pracować, czy pracujesz po to, żeby żyć?

Gdy to pytanie zadawałam ludziom w USA, wiekszość z nich w ogóle nie rozumiała, o co chodzi. Zinternalizowali kategorię pracy jako celu samego w sobie tak bardzo, że samo wyobrażenie życia bez pracy nie mieściło im się w horyzoncie poznawczym. Wśród polskiej klasy średniej (lub aspirującej) też zresztą nie jest w tej kwestii znacząco lepiej. Mit pracy, jako celu samego w sobie, cnoty wynoszonej na piedestały, trzyma się mocno. Doszło do tego, że ostatnio pewna znajoma świętowała rocznicę pracy non-stop w trzech różnych pracach. Walnęła odę do pracy, szło to mniej-więcej tak:
„Własnie minął rok, odkąd pracuję w trzech różnych pracach. Bywało ciężko, był pot i krew i łzy, moczenie obolałych nóg w wodzie, żonglowanie logistyką, zeby zdążać z jednej do drugiej, ale dałam radę! Jestem dumna, ze sobie poradziłam, ze ciągnę to już rok!”.
A pod spodem długa lista gratulacji….

Jakie to kurwa smutne.
Zarobić się na śmierć i umrzeć z dumy. A gdzie czas na życie? Rozumialabym jeszcze, gdyby to była praca naukowa czy badawcza, albo stricte artystyczna. Ale stanie za lada cudzej knajpy czy kawiarni? Mind boggling. Ja tam nigdy nie ukrywałam, że pracuję dla pieniędzy.
I tak samo pracuje ogromna większość ludzi zyjących na planecie Ziemia. Nie dlatego, ze chcą realizowac jakieś aspiracje i spełniać się, ale dlatego, ze muszą jakoś przeżyc. Wielu z nich, zwlaszcza z klasy średniej pierwszego świata, dorabia do tego racjonalizacje. Ze zasuwaja non-stop bo muszą miec lepszy samochód, dom, wczasy. Bo na emeryturze sobie odpoczną. Bo zeby ich dzieci mialy lepiej. A zapytajcie dziecka co woli: spędzać czas z rodzicami, czy mieć drogie zabawki, ale bawić się samemu ze sobą, a potem chodzic do prestizowej szkoły, która ma mu dać „dobry start w dorosłe zycie”? Pamiętacie taki film pt. „Dead Poets Society”? (Stowarzyszenie Umarłych Poetów). Warto obejrzeć.

Na szczęście to, co ja powtarzam od lat, zaczyna powoli, powolutku przebijać się na saluny:

RAFAŁ WOŚ: – Zazwyczaj ekonomiści nie mówią takich rzeczy jak pan.
HARRY CLEAVER: – Ekonomiści bardzo często się mylą. Do tego nie muszę chyba nikogo mocno przekonywać.

Ale pan podważa ich najbardziej podstawowe założenia. Na przykład to, że praca jest krwiobiegiem każdego systemu gospodarczego. Że bez pracy nie ma wzrostu. A bez wzrostu nie ma bogactwa, które dałoby się potem podzielić.
Większość ekonomistów to strażnicy wielkiego obozu pracy, w którym żyjemy. A ja mówię, że trzeba spróbować ucieczki z tego obozu. Nie tylko dlatego, że niewolnictwo to coś złego z samej definicji. Chodzi również o to, że praca to dziś główny hamulec osiągnięcia dobrobytu przez ogromną część ludzkiej populacji.

Większość ludzi uważa, że obozy pracy zniknęły razem z III Rzeszą, stalinowską Rosją i zniesieniem poddaństwa osobistego chłopów oraz czarnych.
Obóz pracy, o którym mówię, jest dużo szerszym zjawiskiem. I ma dziś charakter globalny. Zaczęło się to w czasie rewolucji przemysłowej, gdy ludzi zaprzęgnięto do wytwarzania rzeczy. Wielu rzeczy. Potem obok robienia rzeczy ludzkość zaczęła wytwarzać usługi. Coraz więcej usług. Racją istnienia współczesnego człowieka stała się konieczność produkowania towarów.

To źle?
To miało swoje fundamentalne konsekwencje. Wielu ludzi zaczęło spędzać większość swojego życia, pracując. Nie dla siebie, bądźmy szczerzy. Większość ludzi nie pracuje dziś nad tym, co sprawia im przyjemność, poszerza horyzonty, pozwala się rozwijać albo pomagać innym. Większość ludzi pracuje, bo musi. Pracuje, żeby przeżyć. Jak nie będzie pracować, to – w zależności od miejsca, w którym żyje – albo umrze z głodu, albo się spauperyzuje, albo trafi do zakładu zamkniętego jako jednostka antyspołeczna.

Polecam do przeczytania caly wywiad. Jest krótki, rzeczowy i daje do myślenia….

Napisane przez: futrzak | 17 września 2018

Bajka z cyklu: jak być geniuszem i pierdołą równocześnie

Nadszedł ten dzień, kiedy trzeba bylo wyczyścic filtr pralki.
Niestety, klapka ni wuja nie dawała się otworzyć. Szarpał się z nią Chłop jakiś czas, próbowałam i ja. Gdy już straszliwe widmo zerkania do manuala zakwitło na horyzoncie — a trufel jeden raczy wiedzieć, gdzie on ci, musialabym znowu przetrząsnąć cała chałupę, czego nienawidzę — doznałam olśnienia! I otworzyłam gada za pomocą dwóch wykałaczek i palca. Tadaaaa! Call me genius (byle nie stable!).

Przyszedł Chłop, stwierdził, ze jak odkręci filtr, to się pewnie woda wyleje, więc lepiej coś podstawić. Ok. Talerz – bo tylko to sie zmieścilo w prześwicie 2 cm. Otworzył, wodę zebrał na talerz i…. dał mi do opróznienia. I to był, psze państwa, błąd okrpny. Nie dość bowiem, ze w drodze z pralki do zlewu wylałam mu wodę na spodnie, to jeszcze na szafki i na podłogę.
No. I po chuj było coś zbierać? Pikanterii sprawie dodaje fakt, że filtr o dziwo… był czysty.
I tak to zapewnia się sobie niepotrzebną robotę…..

Napisane przez: futrzak | 14 września 2018

Jeszcze w temacie biednych, polskich przedsiębiorców

oraz prywatyzacji, która jest lekiem na marnotrawstwo i złe zarządzanie!

W okresie od 2010 do 2017 r. spółka Ruch SA odnotowała blisko 600 mln zł straty. W tym samym okresie firma wypłaciła zarządowi łącznie ok. 80 mln zł wynagrodzeń. Prezes Igor Chalupec do niedawna zarabiał 350 tys. zł miesięcznie, a dodatkowo jego spółka Icentis w latach 2010-2016 otrzymała od Ruchu 34,5 mln zł za „usługi zarządzania”.
[…]
Z relacji Tomasza Jóźwika, redaktora naczelnego PAP Biznes wynika, że zarząd, który w 2010 r. przyszedł do spółki wraz z jej prywatyzacją, finansował bieżącą działalność z wyprzedaży nieruchomości, a gdy ta możliwość się skończyła, w firmie zabrakło pieniędzy – czytamy w „Super Expressie”.

„SE” relacjonuje także za „DGP”, że spółka płaciła za usługi zarządzania firmie Icentis, należącej do prezesa Ruchu Igora Chalupca – w latach 2010-2016 zapłacone przez Ruch faktury opiewały łącznie na kwotę 34,5 mln zł. Na opłacenie tych usług oraz na wynagrodzenia dla zarządu Ruch wydawał rocznie ok. 10 mln zł, a w rekordowym 2015 r. aż 12 mln zł. Jednocześnie firma nie płaciła wydawcom za gazety i jest im winna wielomilionowe kwoty, co niektóre mniejsze wydawnictwa może doprowadzić do bankructwa.

W normalnych krajach za takie przewały idzie się po prostu do więzienia, co najmniej dlatego, że nie zgłoszono upadłości na czas. W Polsce niby taki paragraf w kodeksie karnym jest, ale jest to zapis martwy. Idę o zakład, że panu Chalupcowi włos z głowy nie spadnie.
I to jest wlasnie clou tego bandyckiego państwa: nieuczciwi ludzie i przewały zdarzają się wszędzie, ale w Polsce ich autorzy pozostają całkowicie bezkarni. A potem piewcy opozycji pierdolą coś na temat demokracji, sądów i takich tam. Fucking joke.

zrodlo

Napisane przez: futrzak | 13 września 2018

„Dam pracę”

Skończmy z tą idiotyczną nowomową, która wprowadza ludzi w błąd.

Pracodawca, który jakoby „dawał pracę”. Tworzył „miejsca pracy” i tak dalej.

Otóż, nie. Dawał pracę do zrobienia to pan niewolnikom, albo chłopom pańszczyźnianym. We współczesnym świecie, w państwach demokratycznych, gdzie nie ma niewolników ani pracy przymusowej, pracodawca nic nikomu nie daje, a KUPUJE cudzy czas i wykonane usługi. W tej relacji jest klientem, a nie łaskodawcą.

Tak jak pracodawca wybrzydza i decyduje, od kogo kupic usługi i czas, potrzebne mu do zarobienia pieniędzy, tak samo pracownik decyduje, komu sprzedać swój czas i usługi, i wybierze najlepszą ofertę.
W Polsce przez dlugie lata był rynek pracodawców. Stawiali absurdalne wymagania, oferowali żenujące płace i najlepiej na umowę śmieciową, a nie etat. Robili tak, bo mogli.
Teraz karta sie odwróciła. Ludzie w końcu – ci co mogli – poszli po rozum do głowy i zaczeli emigrować za lepszą pracą i lepszymi warunkami życia. Oględne szacunki są takie, ze ponad 2 mln Polaków wyemigrowało od 2004 roku, czyli otwarcia rynku pracy UE.

Tymczasem od jakiegoś czasu trwa żalosne zawodzenie i użalanie się nad polskimi pracodawcami, że braknie im rąk do pracy. No braknie, bo niby dlaczego ludzie mieliby zasuwać za gównianą płacę, być traktowanymi bez szacunku, nie mieć normalnych umów? Chyba tylko masochista godzi się na takie coś, jeśli ma wybór czegoś lepszego. Gdy ludzie zaczeli mieć wybór, odpłyneli.

Także, poprawka: braknie rąk do pracy za gówniane płace i na gównianych warunkach. I tyle. Oraz: biznes, który opiera się o konkurowanie ceną robocizny, to biznes poganiaczy niewolników….

Napisane przez: futrzak | 11 września 2018

Zachodki i wychodki…

To jest, chciałam powiedzieć, zachód słońca i odpływ w jednym, na plaży przydomowej czyli Buceo.
Tak to dziś wyglądało:

A tu video dla ludziów spragnionych action!

Napisane przez: futrzak | 10 września 2018

Tymczasem w Montevideo

W całym mieście trwają planowe remonty kanalizacji i odpływów wody burzowej, rozkopali główną arterię zaraz obok naszej chałupy. Długo będą robić, bo wymienić wzystko to nie w kij dmuchał, zajmie więcej niż dekadę. A to wszystko są przygotowania do postępujących zmian klimatycznych, które tutaj będą skutkować zwiększonymi opadami, gwałtownymi burzami i wiatrami. Bez wymiany infrastruktury miasto byłoby regularnie podtapiane.

Tymczasem przez miedzę Argentyna ciągnie już tylko na kroplówce i żebrze o pożyczki.
Przecudowna strategia rozwoju ekonomicznego Macriego, oparta o przyciągnięcie zagranicznego kapitalu, nie zadziałała. Mialo byc tak: znosimy wszelakie ograniczenia nałozone przez rządy kirchnerystów, uwalniamy kurs peso i dolara, dajemy dobre interest rates, a „kapitał” zlatuje się z całego świata i ochoczo inwestuje na dlugie dekady w Argentynie.
AHA. Jasne. Oczywiscie, nic takiego nie mialo miejsca. Po pierwsze inflacja szybko wymknęła się spod kontroli, uderzając w najbiedniejszą część społeczenstwa. Cięcia w publicznych sektorach pozbawiły pracy setki tysięcy ludzi. Przy rozkręcającej się inflacji i bardzo złej sytuacji gospodarczej kto chciałby cokolwiek tam robić? Ba. Znajomi, ktorzy sprzedaja dom, inni chcą się pozbyć restauracji – nie znajdują nabywców już od miesięcy. Biznes i handel staje. A „kapitał”? Cóż, odpływa na bardziej stabilne rynki, tym bardziej ze po dekadzie śmiesznie niskich interest rates FED właśnie je w USA podwyższył.

Urugwaj oczywiście odczuwa problem potężnego sąsiada – wpływy z turystyki spadły bardzo znacząco. Nie jest to jednak tragedia taka, jaka miala miejsce po 2001 roku i bankructwie Argentyny – wtedy i Urugwaj prawie całkowicie sie przewrócil (ratunkowe pozyczki spłacają do dziś). No ale wtedy gospodarka Urugwaju (poza rolnictwem) opierała się o tzw. „usługi bankowe”. Troche podobnie, jak Islandia z czasów przedkryzysowych. To właśnie wtedy do władzy doszła lewicowa koalicja Frente Amplio, która rządzi do dziś. Zaczeli przebudowywać gospodarkę, odrywając ją od zależnosci od sektora finansowego. Zaczęto inwetycje w infrastrukturę i przede wszystkim w sektor IT. To dzisiaj popłaca, podobnie jak polityka ministra finansów.
Jeszcze ponad rok temu, gdy kapitał spekulacyjny płynął w tą część świata radosnym strumieniem, Argentyna po prostu nagły przypływ kasy przejadła, natomiast Urugwaj pracowicie drukował peso i ściągał z rynku dolary, ładując je do skarbca. W efekcie teraz mieli dolary na interwencyjny skup peso – bo oczywiscie poleciały obie waluty, jako efekt grupowej paniki walutowej. Po początkowym wahnięciu kurs peso urugwajskiego sie ustabilizował, tymczasem peso argentyńskie dalej spada…

No i tak to.

PS:
Tymczasem do Polnocnej Karoliny zbliza się huragan Florence, ktory ma szanse osiągnąć kategorię 4/5. Warto przypomnieć, ze w 2012 roku prawicowi członkowie parlamentu stanowego w NC przepchnęli ustawę…. zabraniającą używania nauk o klimacie do prognozowania i planowania stanowych policies odnośnie ochrony/umocnień wybrzeża….

Napisane przez: futrzak | 9 września 2018

Z annałów seksizmu i dyskryminacji w nauce

Skłodowska miała bardzo dużo szczęścia – gdyby nie postawa jej męża, pewnie nigdy nie dostałaby Nobla.
Nie wszystkim naukowczyniom poszło tak dobrze…. tutaj krótka lista:

Cecilia Payne – odkryła skład słońca. Henry Norris Russel, jej recenzent, powiedział, żeby nie publikowała swojej pracy. Cztery lata później powtórzył jej badania, opublikował ich wynik i został uznany za odkrywcę.

Jocelyn Bell Burnell – odkryła pierwszego pulsara. Jej przełożony Anthony Hewish dodał swoje nazwisko na jej publikacji, a potem otrzymał za odkrycie nagrodę Nobla.

Lise Meitner – współodkrywczyni rozszczepienia jądra atomowego. Koledzy celowo opublikowali badania bez jej nazwiska i otrzymali za nie potem Nobla. Meitner została zapomniana.

Nettie Stevens – odkryła, że płeć ludzka jest determinowana przez chromosomy. Wysłała swoją pracę do Thomasa Morgana. Publicznie ją zbył, mówiąc, że była „tylko technikiem” i niczym więcej. Później opublikował swoją własną książkę na temat determinowania płci i zebrał za nią wszystkie credits.

Napisane przez: futrzak | 8 września 2018

Opowiastka z cyklu: ciężkie jest życie oszczędnej osoby…

W dziesięciolitrowym kartoniku wino się zaczęło było kończyć. Wyciągnełam worek, na dole ma pompkę. Naciskam, ale słabo leci, bo worek hermetyczny i zapowietrzony. No to odcięłam na górze rożek, żeby wpuścic troche powietrza….
…..tak sie ucieszyłam, ze az pompka i worek wyleciały mi z rąk, lecąc w stronę podlogi worek przekrecił sie o 180 stopni, a pozostałe wino radośnie z tej pozycji wychlustało sie na ścianę…. na szafki… na blat… na podłogę…

Nie dość, ze nie wypiłam reszty wina, to jeszcze mialam extra pol godziny sprzątania :-/

…takie jest życie pierdoły…

Napisane przez: futrzak | 7 września 2018

Co to jest exit tax

Warto wyjaśnić, bo w Polsce obecny rząd planuje wprowadzenie od przyszłego roku i już zaczęła się nagonka, jakie to straszne okradanie będzie. Np. Joanna Solska w Polityce przekonuje, że będzie to „tragedia wielu polskich menadżerów pracujących w międzynarodowych korporacjach” wystarczy bowiem, że zgromadzą 2 mln (i wyżej) w papierach wartościowych, a już przy wyjeździe będą musieli zapłacić exit tax. No i to straszne, bo przecież są to zasoby przeznaczone na emeryturę i z czegóż ah czegóż te biedne robaczki będą żyć?

W Internetach odezwały się głosy, że to niesprawiedliwe, że dlaczego „ludzie mają płacić podatek od wartości gromadzonej przez lata”. Wicie, rozumicie. Halyna, hono tu, bo nas bedom okradać! Jak już dorobimy się tych 2 mln w aktywach, to też bekniemy!

Tymczasem.
Exit tax to podatek od nierealizowanych jeszcze zysków kapitałowych, nakładany w związku z przeniesieniem przez podatnika aktywów jego przedsiębiorstwa, stałego zakładu lub rezydencji podatkowej do innego państwa:

chodzi o przypadki utraty przez dotychczasowe państwo siedziby podatnika bądź miejsca prowadzenia działalności (Polskę) prawa do opodatkowania dochodów, które zostały faktycznie wypracowane w okresie, w którym dany podatnik (składnik aktywów) podlegał jurysdykcji podatkowej tego państwa.

„Podatek od niezrealizowanych zysków ze swej istoty nie dotyczy zatem każdego przeniesienia aktywów, a jedynie takiego, z którym wiąże się utrata przez dane państwo prawa do opodatkowania dochodu efektywnie wygenerowanego przed przeniesieniem” – napisał Gruza.

Jeśli chodzi o osoby fizyczne, opodatkowaniu będą podlegać osoby zamieszkujące Polskę od co najmniej pięciu lat, oraz:

Exit tax obejmie przychody związane z prowadzoną działalnością gospodarczą, ale też udziały w spółkach, akcje papiery wartościowe, instrumenty pochodne i fundusze inwestycyjne. Tak jak w przypadku firm, fiskus potrąci należność od niezrealizowanych przychodów powyżej 2 mln zł. Obowiązywać mają dwie stawki podatkowe: 3-procentowa i podwyższona, 19-procentowa, gdy możliwe będzie tylko oszacowanie wartości majątku.

Słowem, ma to być podatek, który w zamierzeniu ma ściągać jakieś pieniądze do kraju z ludzi/firm, którzy do tej pory transferowali całe (lub część) zysków do rajów podatkowych. Suma 2 mln PLN to nie jest kwota, która będzie dotyczyła wyższej klasy średniej, rozpuszczanie więc pogłosek jak to „dotknie zwykłego Kowalskiego” jest manipulacją. Sama stawka jest zresztą śmieszna – 3%, o ile ktoś uczciwie pokaże papiery. No serio, to ma być ta tragedia?

zrodlo
Gdzie jeszcze jest Exp tax

Napisane przez: futrzak | 6 września 2018

Z cyklu: wieści z kraju na wschód od rzeki Urugwaj

Przy Rambli (bulwar nadmorski) zaczęto budowę nowego apartamentowca. Budowę odwiedziła lokalna inspekcja budowlana i stwierdziła, ze rusztowania i inne konstrukcje nie spelniaja standardów bezpieczenstwa. Kazali budowę zamknąć i przyczepić tabliczkę, ze wstęp wzbroniony. Właściciel/developer sprawę olał i dziś rano na teren budowy weszli robotnicy. Rusztowanie zawaliło się. 3 osoby ciężko ranne, pozostałe 5 lekko, wszyscy w szpitalu.
Jak znam ten kraj, to odpowiedzialni za zlekcewazenie zalecen inspekcji dłuuugo sobie posiedzą. Sądy urugwajskie takie przypadki traktują bardzo serio, a i w Minas jest specjalne więzienie dla białych kołnierzyków…

Napisane przez: futrzak | 5 września 2018

Chujowym tłumaczem być

Porzebowałam wrzucic video z telefonu gdzieś, zeby było linkiem udostępnialne. Przypomniałam sobie, że mam przeciez swoje konto i tzw. channel na youtube.

Luzik.
Najpier uszarpałam się jak dzika świnia, zeby to ze srajfonu bezpośrednio na youtube wrzucić. Nie, „share” button z galerii zdjęc, a potem kliknięcie w ikonę „youtube” nie działa BO NIE. I zebym sie zesrała, nie zadzialalo. Ok, znalazłam obejście: zainstalowałam se appkę srutuba na srajfonie, odpaliłam, zalogowałam sie, nadałam jej uprawnienia do wszystkiego, łacznie z moim numerem buta i gut.
Wrzuciłam te nieszczęsne videa do chmury srutuba.

Aha.
No ale po obejrzeniu doszłam do wniosku, ze jednak część jest kijowa, więc kasuję. I tu zonk. Szukam i ryję jak świnia, a butonu do kasowania nie ma.
Uhhhhh.
Dobra, manual. Po angielsku, bo jak. W międzyczasie zauwazyłam, ze JAKIMS CUDEM moj interfejs od owego kanalu srutubowego jest cały po polsku. Da fuck?
W manualu stoi: ić do „my channel” a potem „video manager”. No proste, nie?
AHA.
Juźci.
Szukam.
I dupa.
Co się wkurwiłam, to moje, przyszedł Chłop zwabiony wrzaskami. Pyta. Wjaśniam sprawę. Porównuje on ci manual z interfejsem i mówi:

– a weź klinknij na to „studio twórców” może?

Zgadnijcie, co. Otóż owo „studio twórców” zaprowadziło mnie do tego samego interfejsu, ktory w wersji angielskiej ujawniał się pod linkiem „video manager”.

Drogi tłumaczu. JESTES CHUJOWYM TLUMACZEM.
Dziękuję. Tyle co miałam dziś do powiedzenia.

PS:
Cała pisownia powyżej jest ZAMIERZONA, więc proszę nie strzykać jadem i nie usiłować mnie poprawiać, bo jest i będzie srajfon, srutub i „ić”. Oraz przekleństwa.

PS2:
Te wszystkie interfejsy zakładają, że każdy, ale to każdy posługuje się jednym językiem. A jak ktoś operuje więcej, niż jednym, i na dodatek ma różne ustawienia do róznych serwisów, to ma przesrane jak w ruskim czołgu. I z tego powodu na przykład jak mi się smarkfon testowy przestawił z angielskiego na hiszpańską wersję (bo tak se gnida uznała po następnym updacie OSa), to mało apopleksji nie dostałam logując się kilkadziesiąt razy na pracowe konto, które ma „nina” w adresie, a ten smarkfon zasrany mi to pracowicie przerabiał na „niña”. Wrrrrrrrrr.

Napisane przez: futrzak | 4 września 2018

Bajka o automatyzacji testowania, skierowana do corpo-managerów.

Od jakiegoś czasu slyszę tę mantrę – ZAUTOMATYZOWAC, bo wtedy będzie szybko, dobrze i dokladnie przetestowane, a zatrudnianie SQA drogie jest i nieefektywne.
Od razu zaznaczam – nie mam tutaj na mysli unit tests ani nawet API tests. Te sa relatywnie łatwe do zrobienia (kupa juz istniejacych frameworkow do integracji tego, kupa bibliotek). Mówię o testach wyzszego poziomu – integration, smoke/acceptance tests (odpalane po kazdej zmianie pchanej do stage, a poprzedzajacej release) czy wreszcie samego interfejsu aplikacji.

Otoz, to nie takie proste. Zeby te testy FAKTYCZNIE przyniosly korzysc realna, a nie tylko teoretyczna, to musi byc spełnionych szereg warunków.

Po pierwsze, trzeba miec stabilne środowisko testowe. Stage z prawdziwego zdarzenia, bedący mirrorem produkcji, a nie „quick hack” postawiony na jakiejs wirtualce w kącie i będący workiem treningowym dla kogo popadnie.

Po drugie, trzeba mieć caly proces continous development jakos ogarnięty, i to musi dzialac – a nie, ze odpalamy i „oooops znowu cos sie uwalilo” i trzeba inzynierskich dupogodzin na debugowanie i poprawianie za prawie kazdym razem.

Po trzecie: sama aplikacja/produkt musi być na tyle stabilny, zeby byly w nim moduły podstawowe, nie ulegające zmianie ze sprintu na sprint. Bo wicie, rozumicie, „automatyzacja testowania” to po prostu programista, ktory ten kod musi napisac. Tak, sa juz frameworki do popularniejszych jezyków/architektur itd. ale nie ma absolutne wszystkiego; poza tym te frameworki i biblioteki same mają w sobie bugi i problem zaczyna sie wtedy, jak trzeba jakas bibliotekę poprawic (a debuguj czlowieku te warstwy złogów narosłe przez dlugie lata :-/). To moze zrobic tylko programista.

Nie, „automatyzacji” nie ogarnie się jedna osobą, ktora będzie samograjem tj. pisac testplany, szacowac ryzyko, zarządzac outsourcowanym zespolem i no hej – a jak ci starczy czasu, to będziesz automatyzowac. Nie. To jest recepta na epicką klapę.

Co więcej – to co powyzej to są warunki konieczne, ale nie wystarczające. Najwazniejsza bowiem jest KASA. Jesli ze wstępnych szacunków wyjdzie nam, że koszty prawidłowo zrobionego srodowiska testowego plus dodatkowe roboczogodziny programistów piszących kod do automatyzacji nie zostaną zaakceptowane w budżecie na dany rok to kochani, DARUJCIE SOBIE. Zaganiając bowiem przypadkowych ludzi do wymuszonych nadgodzin zyskacie jedynie dodatkowe koszty, sfrustrowanych ludzi, ktorzy przy pierwszej okazji zmienią pracę, a efekt będzie zerowy. Ba, czasem nawet jeszcze gorszy, bo normalny człowiek jak mu dorzucą następne obowiązki na głowę to zamiast zrobić jedno porządnie, a drugie zacząć, najczęściej będzie ciągnął równoczesnie dwie i trzy rzeczy naraz, bo to NA JUZ – i spierdoli wszystkie.

A o robieniu performance tests to już nawet nic nie napiszę, bo to temat na następną bajkę, która jest jeszcze bardziej spieprzona i pokręcona…

Napisane przez: futrzak | 3 września 2018

Walka o płacę minimalną

Wiele miast w USA, nie czekając na legislaturę federalną ani stanową, uchwaliło sobie na swoim terenie wyższe niż federalna (7.78 USD/h) minimum wage (płacę minimalną).

Co zrobiły stany w których legislatura jest zdominowana przez republikanów? Otóz uchwaliły sobie ZAKAZ podnoszenia stawki minimalnej!

Te stany to (licząc od Zachodniego Wybrzeża):

– Oregon
– Idaho
– Utah
– Colorado
– Kansas
– Oklahoma
– Texas
– Iowa
– Missouri
– Arkansas
– Louisiana
– Wisconsin
– Michigan
– Indiana
– Kentucky
– Tennesy
– Missisipi
– Alabama
– Georgia
– Ohio
– Pennsylvania
– North Carolina
– South Carolina
– Florida

Dodajmy, że zadne przyzwoicie zrobione badanie porównujące hrabstwa z nizszymi i wyzszymi płacami minimalnymi nie znalazło negatywnego wpływu wyzszych na ilość i tempo wzrostu powstawania nowych miejsc pracy.
W USA na dzień dzisiejszy aż 42% pracowników zarabia mniej, niż 15 dolarów brutto za godzinę, co jest sumą niewystarczającą na pokrycie wszystkich podstawowych potrzeb przy pracy w pełnym wymiarze godzin czyli 40 tygodniowo.

Napisane przez: futrzak | 1 września 2018

Sałata na bogato

Dzisiaj kuchnia do obiadu serwuje sałatę a la lujo: z oliwkami (czarnymi), pietruszką (naciową), avocado i sosem zrobionym z serka śmietankowego z posiekanymi kiszonymi papryczkami. Do tego mlode ziemniaczki – MNIAM. Juz nawet mięsa żadnego nie trzeba…

Lujo – po hiszpańsku luksus.

Napisane przez: futrzak | 1 września 2018

Too many things, too little time

Dużo, za dużo o czym bym chciała napisać, a za mało czasu i cierpliwości :-/
Bo byle jak, to każdy tłuczek potrafi, ale jak się człek zabiera za sprawdzanie każdego newsa i reszty, to zajmuje czas. Oraz, wyszłam z wprawy z tłumaczenia ang-pol :-/
O.
I bulba.
No to tymczasem mjuzak którego slucham…

A to lepsze…. Aaaa to moje ukochane…

Napisane przez: futrzak | 30 sierpnia 2018

Bajka o płatnych nadgodzinach…

Jedna z małych, malutkich różnic między USA a Urugwajem:
gdy pracowałam w tym pierwszym państwie, nigdy nie znałam dnia ani godziny. Bo pracodawca mógł się ze mną skontaktować po godzinach pracy (chociaż zwykle było to z wyprzedzeniem, prawda) – np. w weekend i zarządać pracy. I nie musiał za takie nadgodziny płacić dodatkowej kasy. I to było jak najbardziej zgodne z prawem*.

W Urugwaju weekend rzecz święta, jak ktoś pracuje 40 godzin tygodniowo na etacie, to pracuje 40 godzin tygodniowo. Koniec, kropka. W piątek po 18.00 zamykam wszystkie pracowe sesje i otwieram je dopiero w poniedziałek o 10 rano.

* – w USA zgodnie z prawem tj. Fair Labor Standards Act wszyscy pracownicy pracujący full-time (z grubsza odpowiednik etatu) powinni mieć płacone dodatkowo nadgodziny powyżej 40h/week. Aliści są exempts czyli wyjątki. Dla tzw. białych kołnierzyków te wyjątki dawno temu zostały pomyślane tak, żeby ludzie, którzy są na menedżerskich stanowiskach i mają dodatkowe benefity, nie dostawali jeszcze dodatkowej kasy. Ale to było daaawno temu. Od 2004 roku próg zarobków, powyżej którego nie trzeba płacić nadgodzin, wynosi…. $23.660 brutto rocznie. Jest to kwota tak niska, że nawet pracownicy zarabiający PONIZEJ oficjalnego progu nędzy dla czteroosobowej rodziny łapią się na ten próg…
Obama usiłował to zmienic niestety zmiany zostały uwalone przez administrację Trumpa.
To jak, ma ktoś ochotę zapieprzać 80h tygodniowo za płacę należną za 40 przepracowanych godzin? Land of the free!

Napisane przez: futrzak | 29 sierpnia 2018

Plaża Buceo

Wczoraj było tak…

Widok na lewy koniec plaży…

Widok na prawy koniec plaży…

I panorama!
Miejsce jak widać cieszy się powodzeniem, w ciepłe dni przychodzi tutaj okoliczna młodzież zapalić, popić yerby i pooglądać zachód słońca…

Napisane przez: futrzak | 27 sierpnia 2018

Urugwajska scenka rodzajowa

Kilka cieplych, slonecznych dni. Urugwajczycy wylegaja na słonce. Na przyklad nasi sąsiedzi: wyszli na dach, na dachu maja laweczke zrobioną z palet.
Wyszli, siedli, odwrocili twarz do słonca i zajarali skręta z marychy…

Napisane przez: futrzak | 24 sierpnia 2018

Mechanizacja w domu i zagrodzie…

…czyli jak zrobić humus, żeby się nie narobić :)

Najpierw gotuje się cieciorę w wieeeeeelkim garze, a potem używa szczoty osadzonej na wkrętarce w celu jej obrania. Łupiny, które są lżejsze, wypływają na wierzch, potem wystarczy je zebrać cedzakiem i voila!
Pomysł made by Chłop :)

Older Posts »

Kategorie