Napisane przez: futrzak | 3 Marzec 2015

Cywilizacja gwałtu

W BBC opublikowano właśnie wywiad (będący częścią filmu) z jednym z gwałcicieli i morderców – sprawców autobusowego gwałtu* z 2012 roku w Delhi – wydarzenia, które pociągneło za sobą falę protestów w całym kraju. Mukesh Singh składa właśnie apelację przeciwko wyrokowi śmierci. Wypowiedzi jego oraz jego obrońców są uhm… nad wyraz ciekawe ze tak powiem…

Przyzwoita dziewczyna nie włóczy się o dwudziestej pierwszej poza domem. Dziewczyna jest znacznie bardziej odpowiedzialna za gwałt niż chłopiec.

Ludzie mieli prawo dać im nauczkę.

Podczas gwałtu nie powinna się bronić. Powinna milczeć i pozwolić na gwałt. Wtedy wszystko skończyłoby się na gwałcie i pobiciu chłopaka.

Wypowiedzi adwokatów „autobusowych gwałcicieli”:

Mówisz o mężczyźnie i kobiecie jako przyjaciołach. Bardzo mi przykro, ale nie ma na coś takiego miejsca w naszym społeczeństwie. Mamy najlepszą kulturę. W naszej kulturze nie ma miejsca dla kobiety

Gdyby moja córką albo siostra splamiła honor swój i rodziny niedopuszczalnymi przedmałżeńskimi zachowaniami
na pewno zabrałbym ją do swojego wiejskiego domu i w obecności całej rodziny oblał benzyną i podpalił.

Nie jestem zwolennikiem kary śmierci, ale ci tutaj w pełni na nią zasłużyli. I prosze nie mowić mi o równości kultur, bo zaraz się porzygam.

* – dziewczyna i chlopak wracali z kina, wsiedli do autobusu. Chlopak zostal pobity, dziewczyna wielokrotnie zgwalcona, a na koniec zakatowana metalowym prętem – obrażenia wewnętrzne, które odniosła były tak poważne, że po paru dniach zmarła.

Napisane przez: futrzak | 1 Marzec 2015

Uber w Buenos Aires?

Poszła taka wieśc w eter. Nie, żeby oficjalnie, nie – po prostu ktoś zauważył ogloszenie online o poszukiwaniu kogos do rozwijania biznesu w BA.
Związki zawodowe taksówkarzy od razu zwarly szeregi i zaczely debatowac nad tym, jak nie dopuscic Ubera do stolicy. Najpierw będą składać petycje do burmistrza Macriego, a jak to nie pomoże, to strajk generalny.

Powiedzmy sobie: z palcem w tyłku zablokują kompletnie capital – bo jest ich ok. 38 000 właścicieli taksówek, plus 30 000 kierowców taksówek, plus 6000 personelu pracującego w uslugach radio taxi.

Licencja taksówkarska jest bardzo droga, taksówkarze i ich kierowcy przechodzą regularne inspekcje, płacą roczną opłatę, nie moga kasować sobie za kurs tyle, na ile akurat jakiś pasażer „wygląda”. Nie zdarzają się wypadki takie jak na Manhattanie, ze samochód brudny, taksówkarz śmierdzi czyms-tam i nie mówi po hiszpańsku… Wsiadając tutaj do taksówki nie muszę się bać, że ktoś mnie zgwałci albo obrabuje (co niestety miało miejsce w wypadku kierowców Ubera w Indiach).

Z punktu widzenia komunikacji, Buenos nie potrzebuje żadnych dodatkowych middle-man.
Jest metro, jest duża sieć autobusów jeżdzących dosłownie wszędzie. Jest ciągle rozbudowujący się metrobus, jeżdzący po wyznaczonych pasach (w szczycie to zaprawdę błogosławieństwo).
Sa taksówki – jeździ ich tyle, że praktycznie wszędzie wystarczy wyjść na róg i najdalej po 5 minutach już jedziemy – nawet w środku nocy.
Są remisy (też podlegające licencjonowaniu i kontroli) oraz małe busiki – te jeżdzą też poza kapital.

Nie ma miejsca ani potrzeby na Ubera – porównując opisy dzialania firmy z innych miast, tutaj taksówki sa szybsze i pewniejsze, poza tym jeszcze mają tą zaletę, że nie wymagają posiadania smartfona…

Po co psuć coś, co działa dobrze? Uber być może ma sens w Dolinie Krzemowej i wielu miastach USA, gdzie transport publiczny jest mierny lub wcale go nie ma, a taksówek tez nie za wiele. Ale tu? Rynek transportowy jest wysycony; pieniądze z licencji i działania taksówek, remisów i busików idą do lokalnego budżetu. Zagraniczna corpo raz, że pozbawi tysiace taksówkarzy pracy, dwa, nadwyżkę zgarnie sobie i nie trafi z tego nic do lokalnego budżetu. Na co to komu?
Oczywiście, jakaś część klasy wyższej będzie się mogła pochwalić, że maja taki cool serwis jak w USA i innych miastach na świecie – o, klikasz panie w aplikacyjkę i przyjeżdza samochód…

Napisane przez: futrzak | 26 Luty 2015

Ekonomia skapywania

czyli trickle-down economics to jeden z ulubionych mitów neoliberałów. Dane ekonomiczne z Europy oraz USA za ostatnią chociażby dekadę pokazują, że to nie działa – górny procent społeczeństwa wzbogacił sie o procent dwucyfrowy, podczas gdy cała reszta, o ile uwzględni się inflację, biednieje. I to mimo wzrostu produktywności. Klasa średnia się kurczy. Fakty falsyfikują teorię: bogacenie się właścicieli kapitału nie przekłada się na tworzenie nowych miejsc pracy, innowacyjność ani wzrosty płac. Po co otwierać nową fabrykę, męczyć się, wymyślać i kombinować skoro można zarobić krocie na „produktach finansowych”, derywatach, pożyczkach bez pokrycia etc. a jak bania pęknie dostać pieniążki z bailoutu?

Nawet gdy typowy neoliberał zaabsorbuje jakoś powyzsze fakty to zaraz doda, że przecież żeby komuś coś „dać” (podwyżki) to trzeba komuś zabrać. A jak się komus coś zabierze pod przymusem, to odechce mu się robić czegokolwiek. Brzmi na pierwszy rzut oka sensownie, nie? Tylko, że znów pies pogrzebany jest w szczegółach oraz faktach.

Tak, fakty są już bowiem dostępne.
Oto miliarder Mike Dayton objął fotel gubernatora Minnesoty w styczniu 2011 roku. Odziedziczył po poprzedniku, republikaninie Timie Pawlenty deficyt 6.2 miliarda i 7% bezrobocie. Pawlenty w latach swojego urzędowania 2003-2010 stworzył ledwie 6200 nowych miejsc pracy i twardo trzymał się polityki niepodwyższania podatków.

Co zrobił Dayton? Podwyższył podatek stanowy (dochodowy) z 7.85% do 9.85% dla wszystkich zarabiających (rozliczajacych sie indywidualnie) ponad 150,000 USD rocznie oraz małżenstw (rozliczajacych się wspolnie), zarabiających powyzej 250,000.
Podwyżka zwiększyła wpływy w budżecie o 2.1 miliarda dolarów.
Poza tym zgodził się na podwyżkę płacy minimalnej do 9.50 USD/h do 2018 roku oraz wprowadził prawo stanowe gwarantujące „equal pay” dla kobiet.
Republikanie zrobili raban rzecz jasna krzycząc, ze wszystkie biznesy uciekną z Minnesoty.

Tylko, że nie uciekły.

W latach 2011-2015 w Minnesocie powstało 172,000 nowych miejsc pracy. Unemployment jest na poziomie 3.6% (piąty, najniższy wskaźnik ze wszystkich stanów) a mediana zarobków wyższa o 10 tys. niż średnia krajowa.
W końcu 2013 roku ekonomia Minnesoty była piątą najszybciej rosnącą w USA, a wg. Forbesa stan jest na dziewiątym miejscu w rankingu najlepszych do robienia biznesu.
Ludzie jakoś też nie uciekli przerażeni wyższymi podatkami: 6230 więcej (niz za poprzedniej kadencji Pawlentego) osób kwalifikujących sie na najwyższy próg podatkowy złożyło swoje deklaracje właśnie w tym stanie.

Styczeń 2015 rok: Minnesota ma nadwyżkę budzetowa w wysokosci jednego miliarda dolarów, a Dayton obiecal jedną trzecią z tych pieniędzy zainwestować w system szkół publicznych.

I nie, sukces Minnesoty nie wziął się z ogólnego „wzrostu” recovery i innych takich, co to ogarnęły całe USA. Gdyby tak było, to Sam Brown, gubernator Kansas działający w tym samym czasie, odniósłby swoją konserwatywna polityką obniżania podatków i obcinania wydatków spektakularny sukces – tymczasem poniósł sromotną klęskę.

Czy ktoś ma jeszcze jakieś wątpliwości?

Napisane przez: futrzak | 24 Luty 2015

Tango porteno

Mogę napisać: tam byłam!. Koleżanka, zawodowa tancerka, załatwiła za darmo wejściówki na sam show – bo opłata, przyznać trzeba, zwala z nóg:
sam show – w zależności od miejsca: 45-137 USD
cena (obiad) i show – 127-255 USD
Słowem, kroją turystów aż sie kurzy na niebiesko :)
Miejscówka bardzo dobra – zarówno lokalizacją jak i wnętrzem – przepieknie odnowiony w stylu niemieckiego art deco Teatro Porteno. Poczułam się jak na planie Metropolis co najmniej….

tp2

Nawet w kiblu mieli stylowe bardzo lustra, klapy i uchwyty do papieru dopasowane, o. Zdjęć oczywiście w trakcie przedstawienia zakazali robić – oczywiście probowałam, ale i tak na razie nie zobaczę czy cokolwiek wyszło, ponieważ do czasu wymiany dysku w kompie nie mogę ich zrzucić z karty na komputer. Muszą wam więc wystarczyć cudze, ale różnicy zbyt wielkiej nie będzie, ponieważ ten show od nie wiadomo ilu lat jest taki sam dzień w dzień, inni więc widzieli i sfocili dokładnie to samo, co ja, minus selfiki…

vertic_880_0

W skrócie: bardziej podobał mi się tango show dla miejscowych.
W tym nie bylo zbyt wielu zbiorówek, a te na początku były kiepskie. Za dużo rutyny, za mało synchronizacji, dwie panienki tanczyły tak, jakby miały cięzki artretyzm kręgosłupa. Jako atrakcję przewidziano także występ pary sławnych nauczycieli/solistów tanga – staruszków już dziś. Fajnie, że jeszcze tańczą i w ogóle, ale podziwiać nie było czego. Może gdyby poprzedzono to kawałkiem historii i wyjaśnienia? No ale nie poprzedzono…

Śpiewających, niby na żywo, było dwoje solistów. Nawet nieźli, ale z playbacku śpiewali…
Na poziomie i godna zapamiętania była orkiestra, stroje oraz dekoracje. Full wypas i robiące wrażenie. Słowem szoł na bogato :)
Co poza tym? solówka/wariacja dwóch tancerzy tańca współczesnego. Bardzo dobra choreografia i wykonanie, historia opowiedziana ciałem, nawiązująca do rzewnych czasów wspaniałości Baires lat czterdziestych:

20120729.TangoPorteno-01.jpg

solowka

Jak widać wynalazek zasłonięcia kobiecie oczu nowy nie jest, tyle że tutaj tańczyła ona znakomicie zamiast oddawać się podrzędnemu sortowi BDSM :)

Czy warto było pojść na taki show? Za darmo tak. Czy zapłaciłabym ponad 100 USD, zeby go obejrzeć? Nie….
Ale nic to, jak mawiał Mały Rycerzyk, albowiem turyści z całego świata mają odmienne zdanie i lecą jak ćmy do lampy zwabione zawsze pochwalnymi recenzjami z przewodników i komercyjnych websajtów. No bo czy widział ktoś dziś gdzieś uczciwie napisaną recenzje z tego typu rozrywek? Może przez niezależnych i nie znaczących blogerów :)))

Napisane przez: futrzak | 20 Luty 2015

Lektura na weekend

Bardzo dobry wywiad z neoliberalną kapłanką polskiego byznesu, szefową lobbingowej organizacji pracodawców Lewiatan.

Spodobał mi się zwłaszcza ten kawałek:

Lewiatan postawił sobie zadanie, żeby zmieniać świadomość. W gruncie rzeczy wyręczamy państwo, przygotowujemy projekty reform, które powinny powstawać w ministerstwach. Alarmujemy, że grozi nam zapaść systemu emerytalnego, bo w Polsce władza boi się rozmawiać o realnych problemach, które wybuchną w przyszłości. Już w przedszkolu dzieci powinny się uczyć, że trzeba co miesiąc odkładać choćby dziesięć złotych na emeryturę.

– Z czego ludzie mają odkładać? Z pensji? Wasza ulubiona pensja, którą chcecie płacić zatrudnianym pracownikom, wynosi 1600 złotych na rękę. To wynika z badań – zapytano was o to i połowa przedsiębiorców wymieniła tak niską sumę.

– Myślę, że zawsze można coś odkładać.

Myślę, że pani Bochniarz powinna pożyć pół roku za pensję 1600 PLN i poodkładać – być może wtedy byłaby bardziej zorientowana w temacie.
Trudno też powiedzieć, skąd bierze sie jej błyskotliwa wiedza o prowadzeniu firmy – wszak sama do zakładania byznesów nie spieszyła się. Przez dwadzieścia lat siedziała sobie na milusim i fajniusim etaciku akademickim w Instytucie Koniunktur i Cen. Etat porzuciła też nie po to, aby firmę i byznes zakładać – przeszła znów na utrzymanie z pieniędzy podatników i została ministrem przemysłu i handlu. Widocznie w ministerstwie zdobyła odpowiednie kwalifikacje i znajomosci, bo potem, już w wieku 44 lat założyła swoją jedyną firmę:

Możliwe że jej firma Nicom Consulting robiła niesamowite rzeczy, ale wyskakuje mi głównie doradzanie przy sprzedaży Banku Zachodniego, TP SA, Gdańskiej Stoczni Remontowej i Siarkopolu Gdańsk.
Według Ministerstwa Skarbu analizy były niekompletne, z licznymi błędami. Według MSP w prywatyzacji Banku Zachodniego doradca rekomendował ministrowi podpisanie umowy, mimo że nie dopełniono wymogów ustawowych. Choć analizy wykonano z kilkumiesięcznym opóźnieniem, doradca dostał pełne wynagrodzenie – 6,6 mln zł.
Ja bym z chęcią doradzał przy prywatyzacji i brał za to tłusty pieniądz, ale niewiele już zostało. Nie miałem też szansy wyrobienia kontaktów w wielkiej polityce, a co gorsza nawet w gminnej. To że niewiele zostało do sprywatyzowania może być powodem, dla którego Henryka Bochniarz nie jest przedsiębiorcą. Zasiada w radach nadzorczych, prezydenci Lewiatanowi, ale nie posiada własnego biznesu.

Powyższe najlepiej podsumowuje kompetencje pani Bochniarz. Smutne jest jedynie to, że ciągle zbyt wielu Polaków kupuje jej bzdurną narrację, zasuwa ze zgiętym karkiem, a w cichości ducha liczy, że przecież jak zniosą już wszystkie ograniczenia, to oni się odkują, oni też zarobią te 6.6 mln złotych….

Napisane przez: futrzak | 19 Luty 2015

Zabezpieczony: Jak kończą się przyjaźnie

Treść jest chroniona. Proszę podać hasło:

Napisane przez: futrzak | 18 Luty 2015

O stadnej naturze…

porteños – czyli o czymś, czego chyba nigdy do końca nie zrozumiem.

Bo tak: Buenos Aires to miasto o bardzo dużej gęstości zaludnienia na kilometr. W kapitalu (ciudad autonoma de Buenos Aires) na 203 km kwadratowych, czyli mniej niż połowie Warszawy upchane jest ok. 3 mln mieszkańców, zaś cała konurbacja liczy ok. 15 mln ludziów.

Ten tłum, poza okresem urlopowo-wakacyjnym na codzień na ulicach naprawdę widać, słychać i czuć. Możnaby pomyśleć, że w celach wypoczynkowych mieszkańcy stolycy udadzą się w miejsca raczej odludne – ale nie.
Najbardziej majętni kierują się do Punta del Este – wypasionego kurortu przypominającego Miami, również cenami. Tam zbijają się w malownicze kupy – w dzień na plazach i roznych specjalnie organizowanych atrakcjach, w nocy w modnych klubach.

Mniej majętni wybieraja lokalizację Mar del Plata gdzie równiez kultywują stadną formę tak zwanego wypoczynku:

mar-del-plata-1-580x348

Jak juz wypoczną, to znowu kupą, zbici w malownicze autostradowe korki, wracają do stolycy…

Napisane przez: futrzak | 16 Luty 2015

Nową modę…

…zauważam wśród znajomych:

moje dziecko lepiej spędzi czas na kreatywnych zabawach i na nauce, sprzątanie nic nie wnosi do życia, zresztą od tego jest sprzątaczka.

W pedantycznie wysprzątanym domu dzieci są nieszczęśliwe

Sprzątanie nie sprzyja kreatywności, nie rozwija krytycznego myślenia

Uh. Sama nie jestem pedantką ani perfekcjonistką i nie obchodzi mnie, jak ktos wychowuje swoje dzieci. Tylko ze te dzieci potem stają się doroslymi. Takimi doroslymi, ktorzy w publicznej przestrzeni – np. kuchni biurowej – z okazji lunchu robią syf, a potem jak gdyby nigdy nic wstają od stołu i mają kompletnie w d* ze koledzy z pracy tez by chcieli z tej kuchni skorzystać i nie mają ochoty zaczynać od sprzątania po kimś brudnych naczyń. Tacy ludzie nie mają tez najmniejszych problemów z zostawianiem po sobie śmietnika na przykład na plaży czy po pikniku – no przeciez nie nalezy do ich obowiazków sprzątanie! Nie mówię już o przypadkach, jeśli trafi się taki współlokator. Wtedy od razu najlepiej spuścic go na drzewo.. bo kuchni i łazienki dzielić nie sposób. No, ale sprzątanie jest niekreatywne i dla plebsu….

PS: dziś jest poniedziałek i dwa dni wolne z okazji konczącego się karnawału. Napawam się przecudną ciszą…

Napisane przez: futrzak | 11 Luty 2015

Koniec złotej epoki…

Dziś odeszła w przeszłość pewna epoka – odeszla wraz z R., który opuścił właśnie Mountain View.

Ci, którzy czytają mnie od lat wiedzą, kim był. Stały bywalec pubu Mollys, organizator niezapomnianych imprez i dusza towarzystwa, ale przede wszystkim fachowiec w swojej działce: hardware design.

Ja sama zawdzięczam mu bardzo wiele: w czasie, gdy rozwodziłam sie (pierwszy kryzys 2001 roku i pad dotcomow, zostalam bez pracy bo layoffs) i nie mialam do kogo nawet gęby otworzyc, bo wszyscy znajomi z roboty szybciutko zaczeli mnie obchodzić jak smierdzące jajo – wiadomo, znają jego i ją, nikt nie chce „zająć stanowiska” wiec na wszelki wypadek odsuwają sie – on wtedy wyciągnął do mnie rękę – obcy człowiek.
Któregoś dnia poszłam (po raz pierwszy) do Mollys, zamowilam piwko i usiadlam w kącie, a on zaprosił mnie do Okrągłęgo Stołu, zaraz potem do siebie na party z okazji 4th of July. Tak poznałam wszystkich.

Pamiętam kiedys na jednej z hucznych letnich imprez, u niego w domu, gdzie bawila sie ponad setka osob – pamietam pomyslalam, ze to jest jak piękny sen, który już niedlugo odejdzie w przeszlosc. Był rok 2007, a moje słowa prędko okazały się prorocze. R. jako jeden z pierwszych został zwolniony wraz z falą nadchodzącego kryzysu. Na początku, jak wszyscy, nie przejmowal sie. W koncu byl bardzo dobry w swojej dzialce (verilog, motherboard design, chip design, encryption), kilknascie lat doswiadczenia, wiec czemu mialby miec problemy? Ale mial. Praca nie nadchodzila a on ciągle wierzyl, ze sytuacja nie jest nadzwyczajna. Mial dom kupiony na kredyt i samochod na kredyt, bo przy zarobkach dobrze szesciocyfrowych nie bylo problemu ze splatami. Wierzyl, ze juz-juz znajdzie prace, więc najpierw wymaksowal karty kredytowe, potem skasowal 401K i wyciagnal z niego kase a wszystko po to, zeby nie stracic domu.
Ja w tym samym czasie bylam w takiej samej sytuacji i wbrew wszystkim mundrym radom dookólnym zdecydowalam, ze przestaję splacać chałupę.

On placil do konca. Najpierw bank przejąl jego samochod, potem zabral mu dom. Do konca nie wierzyl, ze bedzie sie musial wyniesc, wiec po przybiciu kartki na drzwi z informacja o eviction mial kilka dni. Wszystkie swoje rzeczy (a jako zapalony i utalentowany kucharz mial caly jeden pokoj klamotów i profesjonalnych akcesoriow kuchennych) upchal w storage i przeniosl sie do pokoju, ktory zaoferowala mu u siebie B. Nie chciał zadeklarować bankructwa.
Rozpił się – pił w Mollys na kredyt – ale powiedzmy sobie szczerze, ile osob psychicznie wychodzi bez szwanku z walnięcia łbem o dno?

W czasie, kiedy ja nadal bylam bezrobotna, on w koncu znalazł pracę przez znajomego, który to znajomy szukał swojego zastępstwa (z kregu Mollys, of course). Juz nie te same pieniadze, ale nadal więcej niz dwa razy wyzsze od sredniej. Zyl u B. skromnie i staral sie splacac dlugi. Taki byl stan na dzien, kiedy ja wyjechalam z Mountain View w 2011 roku.

Minęły trzy lata i co widzę? R. wyjeżdza z Mountain View i USA i wraca do rodziny w UK. Powód: skonczyly mu sie pieniądze, a pracy nadal nie ma. Od znajomych wiem, ze byl na kontraktach tu i tam, szukal stalej pracy, byly interviews, ale nic jakos z tego nie wyszlo…

I tak myslę sobie: o co chodzi z tym zatrudnianiem na hurra w działce IT w Dolinie Krzemowej? Czyzby to jednak ściema? A moze zatrudniają tylko w okreslonych dzialkach i tylko ludzi w okreslonym wieku? R. ma mniej-więcej tyle lat co ja, w swoim zawodzie pracuje juz prawie 20 lat, swoja wartosc zna. Nie daje sobie wciskać bullshit, nie chcial sie przemianowac na programiste-od-wszystkiego-websajty-bazy-danych-co-tylko-chcesz.
Zawsze mówił, że on sie do tego nie nadaje, on jest hardware engineer, to jest to co kocha robić i to będzie robił. Być może to właśnie go zgubiło?

Oczywiscie, ma nadzieje, że to tylko tymczasowe i ze niedlugo wróci. Jego serce i tyłek jest w Mntv, w knajpie, gdzie oficjalnie przybito metalowa tabliczkę na jego zwyczajowym krześle, tabliczke z napisem „King R.”.

PS: z dawnego towarzystwa zreszta nic juz prawie nie zostalo. Wiele ludzi rozjechalo sie po USA i po swiecie, wszystko się rozpadło, do Mollys przychodzi już zupełnie inny tłum, tłum którego nic nie łączy i którego nikt nie zna. Nie chcą się socjalizować, nie są zainteresowani niczym poza uwaleniem się, odłączeniem i spławem. Reset po osiemdziesięciogodzinnym tygodniu pracy….

Napisane przez: futrzak | 9 Luty 2015

Śmierc kultur


Wiesz, czym jest śmierć: końcem istnienia struktury w formie stanowiącej o jej tożsamości – na skutek rozpadu lub przekształcenia w inną formę. Nie ma reguł silniejszych od Praw
Progresu, to najbardziej podstawowe zasady, zakorzenione głębiej niż prawa fizyki. Każda kultura, społeczność, każdy gatunek znajdujący się pod presją konkurencji, we wszechświecie o stałych warunkach nieuchronnie się doskonali, idąc po krzywej zmian ku Ul. Od form gorzej przystosowanych ku lepiej przystosowanym; te pierwsze zatem umierają. Progres jest w istocie historią zagłady kolejnych realizacji frenu. Ta Krzywa to mapa cmentarzyska kultur. Każda kultura balansuje na ostrzu noża, stanowi ofiarę rozdzierających ją sił: postępowej i zachowawczej. Jeśli przeważy postępowa, zatracona zostanie tożsamość – i to jest
śmierć. Jeśli przeważy zachowawcza, nic się nie zmienia aż do końca, gdy inne kultury, lepiej przystosowane, przytłoczą tamtą – i to też będzie śmierć. Różnica pojawia się w momencie takiego przyspieszenia wędrówki po Krzywej, że zależności powyższe zostają zaobserwowane jako twarde statystyczne prawa, formułuje się model – jak u was sformułował go Alphonse Remy – i podejmuje się w oparciu o jego znajomość działania mające na celu zarazem zachowanie tożsamości i zabezpieczenie się przed kulturami z wyżyn Krzywej – ponieważ istnieje już wówczas świadomość zagrożenia. I tak oto powstają Cywilizacje. Przynajmniej tak działo się w Czterech Progresach. Oczywiście to również nie jest rozwiązanie ostateczne, na wieczność, ale –
– A Deformanci? Na Polach publicznych znajduję wzory opisujące Progresy rozbieżne –
– Bełkot ideologiczny. Deformacja rodzi się zazwyczaj jako bunt przeciwko Cywilizacji. To też jest pewna linia zmian, ale oczywiście nie zmierza ku UL Zwać ją Progresem byłoby wielkim nadużyciem, bo skoro nie dąży ona ku doskonałości, czym mierzyć jej postęp lub degenerację? Zmiana nieukierunkowana to po prostu deformacja. Rzecz jasna, Deformacje – ani Cywilizacje leżące niżej na Krzywej – nie byłyby możliwe, gdyby wszechświat został bez reszty zagospodarowany, cała przestrzeń wypełniona życiem. Tak samo na Ziemi różne ekscentryczne kultury trwały, dopóki były izolowane, dopóki świat się nie domknął i zasady konkurencji nie zaczęły ich dotyczyć.
Możesz je nazwać „naturalnymi Deformacjami”. A wiem, że i potem mieliście różne takie enklawy archaizmu, motywowane religijnie lub politycznie – już Deformacje świadome, świadome ucieczki z Progresu: Cesarstwo Chińskie, a na zachodzie – amisze; muzea komunizmu na Kubie czy w Korei Północnej, talibowie, potem Protektoraty Krzyża, i Czarne Emiraty… Co się z nimi stało?
– Wchłonął je chrześcijański kapitalizm.
– Przegrały lub przystosowały się. W domkniętym środowisku nie ma ucieczki. Jak żeście to nazywali za twoich czasów, stahs?
Zamoyski wypuścił z płuc dym.
– Globalizacja.
– Globalizacja. Globalizacja jest zaledwie pierwszym przejawem tego fundamentalnego, uniwersalnego procesu: kosmologizacji. Wyścig zaczyna się na globie, ale w ostatecznym rozrachunku nie chodzi przecież o osiągnięcie Formy Doskonałej danego środowiska planetarnego – lecz Formy Doskonalej wszechświata, wszystkich możliwych wszechświatów.

Autor książki, z której pochodzi cytat, jest genialny, ale bardzo wielu ludzi uważa to, co wyżej, za bełkot, bo nie są w stanie przeczytac każdego zdania ze zrozumieniem. Bo tak to jest: jeśli czegoś nie rozumieją, to jest bełkot. Z drugiej strony, za bełkot uważa sie to, co nalepką bełkot opatrzone jest. Byle uniknąć myslenia, byle nie pytać, nie różnić się, nie odstawać. Ja, milion, bo za miliony bełkoczę i pieprzę głupoty…

Napisane przez: futrzak | 6 Luty 2015

Nakaz aresztowania presidenty?

Clarin triumfalnie opublikował tzw. „nakaz aresztowania presidenty” znaleziony ponoć w koszu na śmiecie w domu Nismana, a zagraniczna prasa, nie wyłączając Huffington Post, prasy polskiej i nawet BBC, informację przedrukowała.

Argentine prosecutor Alberto Nisman drafted an arrest warrant for President Cristina Fernandez de Kirchner.

Brzmi absolutnie sensacyjnie, bo robi z prezydenty kraju co najmniej bandytę zamieszanego w podejrzaną śmierć prokuratora… tylko że:

Clarin się czepia, że prokurator prowadząca sprawę nie poinformowała o tym opinii publicznej. Szczerze mówiąc, podejrzewam, że nawet jeśli by miała informować o wszystkich postępach śledztwa to ten fakt by uznała za pozbawiony znaczenia. Otóż konstytucja Argentyny jest dość podobna do konstytucji USA. Procedura skazywania głowy państwa wygląda formalnie tak samo. Oskarżającym jest izba niższa parlamentu, w roli sędziego występuje izba wyższa (Senat). Jakby kogoś interesowało art. 53, 59 i 60 Konstytucji Republiki Argentyny. Najwyraźniej ani dziennikarze Clarinu (z trudem, ale da się zrozumieć) ani ten kto pisał Nismanowi ten tekst (pytanie kto) ani sam Nisman nie miał zbyt dokładnego pojęcia o tych treściach. A może Nisman miał, dlatego spokojnie wyrzucił do kosza ten tekst, który może ktoś mu przysłał. Zresztą była na nim data z czerwca zeszłego roku. I wniosek o odebranie immunitetu, co ciekawe. Czyli użyto takiej instytucji prawnej jaka istnieje np. w Polsce, a nie tej, która funkcjonuje w Argentynie. To nieco narzuca podejrzenie, że mógł to pisać prawnik, ale nie argentyński. Co więcej, także nie z USA, tylko z państwa z kręgu prawa kontynentalnego.

No ale tego już w żadnej gazecie, BBC News nie wyłączając, nie napisali…bo cała sensacja znikłaby, a nakład spadł…I w ten sposób jeszcze długie miesiące będą powtarzane sensacyjne teorie spiskowe udowadniające, że to Cristina Fernandez de Kirchner stoi za całą aferą i że być może wydała nawet nakaz morderstwa Nismana :-/

Tu całość.

Napisane przez: futrzak | 3 Luty 2015

Z serii Państwo Policyjne

Wiele już odsłon było, ale tego, co dzisiaj, nie grali jeszcze.
Oto bowiem aresztowano publicznego obrońcę w trakcie wykonywania swoich obowiązków.

Policjant, ubrany po cywilnemu, podszedł do klienta reprezentowanego przez panią Tillotson celem zrobienia zdjęć i zadania pytań. Obronczyni nie zgodziła się, stanęła pomiędzy nimi oraz nie chciała „odejść na stronę w celu rozmowy”. Policjant wobec tego oświadczył, ze zaaresztuje ją z powodu… opierania się aresztowaniu :)

Na nagraniu słychać (i widać) ze obrończyni Tillotson nie stawiała oporu oraz głośno informowała, że wykonuje swoje obowiązki służbowe. Cóż, waaaadza wie lepiej, została więc zakuta w kajdanki i odtransporotwana do aresztu. Zdarzenie miało miejsce w budynku sądu w San Francisco, pod drzwiami sali rozpraw.

Po godzinie Tillotson zwolniono, a rzecznik policji oświadczył że „oficer miał prawo zaaresztować każdego, kto przeszkadzał mu w wykonywaniu jego pracy, a w sprawie podejrzanego trwało śledztwo kryminalne.”

Jeff Adachi, również publiczny obrońca dystryktu San Francisco, w ten sposób skwitował słowa rzecznika:
Nie jesteśmy w Guantánamo Bay. Ludzie mają prawo do obecności adwokata podczas przesłuchania.

No.
Ale naiwna publika wierzy w rzewne scenki z hollywoodzkich filmów, gdzie dobrzy policjanci z pompą obwieszczają jakie to też prawa ma aresztowany i czy musi odpowiadać na pytania policji. Buahaaaa.

Napisane przez: futrzak | 2 Luty 2015

Za chwilę dalszy ciąg programu…

Troche mnie nie ma, albowiem pada mi dysk twardy w laptoku no i w związku z tym są wazniejsze dzialania typu robienie backupow, produkowanie bootable flash drive z systemem i takie tam.

Jak narazie wstaje jeszcze bidok (po zwisie) w single user mode i potraktowany 2-3 razy przez fsck, ale powiedzmy sobie, że są to ostatnie podrygi zdychającej ostrygi i każdy raz moze być ostatnim.

Jak juz nie wstanie, to trzeba bedzie kupić nowy dysk, wypruc stary, wstawic ten nowy no i stawiac na nim system… strasznie upierdliwa robota, ale nowego laptopa nie kupie, bo nie ma sensu. Nie mowiac juz o tym, ze Appla w Argentynie nie ma, a uzywanego lapka od nikogo nie kupię, bo prawdopodobieństo, że spieprzonym będzie, wielkie jest.

PS: przy okazji uwalił mi sie tez klient do poczty z konta głównego – emaile na zwykły adres mogę czytac tylko srajfonem, proszę więc z większymi sprawamia uderzać na nina kropa mazur kropa miller a dalej gmail.

PS2: a pomysleć, ze jeszcze nie dalej jak 4 lata temu podchodziłam wielce sceptycznie do trzymania wszystkiego w tzw. „chmurze”… ta….

Napisane przez: futrzak | 29 Styczeń 2015

Moj kredyt, dysonans poznawczy i ja…

Już po zwyżce kursu franka, gdzieś w Polsce….

„Ale jesli chce sie miec wlasne a i tak jedyna opcja jest wynajem, to w sumie zadna roznica, czy sie pakuje te kase co miesiac w swoje czy cudze…”

„W przypadku problemow z wynajmem zostajesz bez dachu nad glowa. Tak przy wynajmie jak i splacie kredytu priorytetem jest kasa na czynsz/rate. Na tyle priorytetem, ze nie znam nikogo, kogo by zlicytowano i zostal z dlugiem, tak jak nikogo, kto z moich dobrych znajomych nie mialby na czynsz i zostal bezdomnym.”

„W przypadku posiadania mozna komus odnajac, a samemu byc i tak bezdomnym i tak splacac rate jesli cos. Jesli jest pensja i znajomi, ktorzy nawet wezma wynajma pokoj na rok albo cokolwiek. Wyjsc jest duzo, jesli nie jest koszmarnie zle (jest pensja, ma sie normalne stosunki rodzinno/przyjazne okolicznie i mozna poprosic o pomoc)”

Postawę powyższą świetnie podsumował Kochanowski. Cóż, niewiele się przez te kilka wieków od jego śmierci w mentalności rodaków zmieniło…:

„Cieszy mnie ten rym: „Polak mądry po szkodzie”;
Lecz jeśli prawda i z tego nas zbodzie,
Nową przypowieść Polak sobie kupi,
Że i przed szkodą i po szkodzie głupi.”

Napisane przez: futrzak | 26 Styczeń 2015

Modowy reality show….

Wydawaloby sie, ze nic bardziej glupszego i jałowego, prawda?

A jednak mozna inaczej. Oto bowiem najwieksza norweska gazeta, Aftenposten, postanowila wyslac do stolicy Kambodzy trzech mlodych blogerów modowych. Nie, nie na wakacje a do fabryki, gdzie są produkowane ciuchy, którymi się zachwycają.

Do fabryki. Popracować. Na miesiąc….
Na poczatku jest niezle. Jørgensen w pierwszym odcinku określa życie robotników jako „just okay; they have a job!”.

Z wolna, jak poznaja dokładniej warunki mieszkaniowe robotników, ich płace oraz życie, zaczyna im się zmieniać perspektywa. Noc spędzona na betonie, potem zmiana w fabryce i dzienny urobek – 3 dolary na osobę – otwierają oczy. Przecież za to nie da się wyżyc…a co dopiero utrzymac rodzine?

Palce powoli wyciągają się w stronę takich koncernów, jak H&M. Dlaczego nie płacą living wages, skoro mogą? A podobnie skandaliczne warunki pracy i płacy są też i w Bangladeszu, Pakistanie, Indiach…

Wszystkich tych, którzy pieprzą o dobrodziejstwach liberalizmu, outsourcingu, znoszeniu płacy minimalnej, przyciaganiu kapitału etc. nalezaloby wysłac na taką wycieczkę i kazac przeżyc miesiąc pracując w fabryce tekstylii w Phnom Penh. Albo w Bangladeszu. Albo na farmie w Kalifornii za 3 dolary na godzinę. A potem – przecież są wolni. Niech się doszkalają, podnosza kwalifikacje, ucza języków, niech ciężką pracą dojdą do stanowiska managera a potem zakładają własny biznes. Jak już to zrobią, niech zaniosą dobrą nowine i instrukcje tej szwaczce, która od 15 lat szyje ten sam szew w bluzce i której dziecko zmarlo, bo nie bylo jej stac na lekarza…(jaka publiczna sluzba zdrowia, przeciez kazdy sam sobie placi, nie?).

TU mozna obejrzeć wszystkie epizody z angielskimi napisami.

Napisane przez: futrzak | 24 Styczeń 2015

Jak to się robi….

…w Buenos czyli interwencja policji federalnej.

Nie wiem, o co poszlo – prawdopodobnie policja zostala wezwana do jakiejs awantury. Gdy wyszłam na balkon, zwabiona migającym niebieskim światłem, zobaczylam radiowóz (samo światlo, bez włączonej syreny), dwóch funkcjonariuszy policji federalnej w normalnym rynsztunku (czarne mundury, kamizelki kuloodporne, broń) oraz jakiegos faceta drącego gębę na gliniarza.

IMG_0800

Gliniarz spokojnie mu coś tlumaczył, facet rzucał się oraz wyzwiskami, aż w końcu krzyknął „a co chcesz się bić???”

IMG_0799

I tu nastąpiła scena jak z filmu. Gliniarz sie wkurzył…. ściągnął kamizelkę kuloodporną…. i przyjął profesjonalną pozycję do sparringu…

IMG_0798

Awanturnik (a był to kawał chłopa, większy od policjanta) nie miał szans – został uziemiony pierwszym kopem podcinającym nogi, dostał po uszach z liścia; gliniarz poczekał, aż wstanie – dalej się awanturował – dostał jeszcze parę razy po uszach, znowu wylądował na glebie, aż wreszcie zrezygnował i.. poszedł.

Przybyłe posiłki naradziły sie, pogadaly, poobserwowały gościa jak se odchodził i odjechały….

Jak wyglądałaby taka scena w USA? Gdyby gościu był biały, to prawdopodobnie po pierwszej próbie dyskusji zostałby rzucony na glebę, skuty i zabrany do aresztu. Gdyby był czarny, to po 30 sekundach dyskusji pewnie zostałby zastrzelony.

A tu? Nic. Facet oberwał w walce wręcz ale tak, że nic mu sie nie stało i to bylo dzialanie celowe policjanta. Gościu dostał nauczkę, poczuł, ze kiepski z niego bokser, a policja odjechała do ważniejszych spraw.
Mnie zaś udało się zrobić kilka zdjęć telefonem z całej akcji, chociaż przyznaję, że były to klasyczne „strzaly z biodra” a to dlatego, ze zadzialal odruch z USA – tj. z telefonem w wypadku akcji z policja nalezy sie kryc…

Napisane przez: futrzak | 21 Styczeń 2015

Kim był Alberto Nisman?

O argentyńskim prokuratorze zrobiło się głośno, gdy znaleziono go martwego w swoim apartamencie w Puerto Madero (miał przydzielonych 10 agentów ochrony) w niedzielę. Drzwi były zamknięte od środka, klucz w drzwiach, ciało w łazience z kula w głowie, broń z której wystrzelono – obok. Brak śladów włamania.

Media ochoczo podchwyciły temat i wywołały zamieszanie, bo Nisman miał w poniedziałek złożyc raport dotyczący śledztwa w sprawie zamachu bombowego na AMIA, w którym to raporcie oskarzył ministra spraw zagranicznych Hektora Timermana oraz Prezydentową o próby zafałszowania sledztwa w celu ukrycia dowodów świadczących przeciwko irańskim oficjelom.

Publika łyknęła przynętę, zaczęły się masowe protesty i w świat poszła informacja o strasznym spisku, niesprawiedliwości, pojawiły się transparenty „yo soy Nisman” [jestem Nismanem] etc.

Tymczasem…dziś dokument został ujawniony. Nie ma dowodów na udział w „spisku” ministra, prezydenty czy agentów wywiadu. Jedyna osobą, która miała jakiekolwiek powiązania z rządem, a która pojawia sie na taśmach z podsłuchami, był niejaki Luis D’Elía, oficjel popierający kirchnerystów, który zresztą został odsunięty od sledztwa w 2006 roku po tym, jak usiłował wykluczyc linie śledztwa prowadzącą do udziału Iranu w zamachu.

Wróćmy zatem do pytania: kim byl Alberto Nisman?

Urodzil sie w 1963 roku, jego ojciec, Isaac A. Nisman, był biznesmenem z branzy tekstyliów oraz członkiem społeczności żydowskiej. Zaplacił za studia syna (tutaj znak zapytania, bo przeciez UBA nie pobiera czesnego od argentyńskich studentów, to uczelnia w pełni publiczna..) – prawo na UBA – które Alberto skonczył z wyróżnieniem, równocześnie pracując jako urzędnik w sądach miejskich Buenos Aires.
Alberto byl zonaty z Sandrą Arroyo Salgado, sędzią federalnym dystryktu San Isidro, mają dwie córki.
Sam został obsadzony na stanowisku prokuratora okręgu Moron (przedmieścia Buenos, słynące ze sporej przestępczosci); miał dość dobre stosunki z Nestorem, a potem z Presidentą.

Dziesięć lat temu (w 2004 r.) Nismanowi powierzono prowadzenie sprawy zamachu na AMIA. W 2008 roku wystąpił on o areszt byłego prezydenta Carlosa Menema oraz byłego sędzi Juana José Galeano (który dotychczas prowadził śledztwo). Wg. dyplomatycznych dokumentów ujawnionych przez Wikileaks, amerykańscy oficjele na naciskali na Nismana, aby podjął wątek irański w śledztwie oraz odstąpił od aresztu Menema, Galeano i bylego komisarza policji Palaciosa oraz innych, którzy blokowali śledztwo. Współpraca z Amerykanami odbywała się na dość wysokim poziomie: oficjalny attache przekazywał swoje „rekomendacje”, a z drugiej strony prokurator był bezpośrednim źródłem informacji dla strony amerykańskiej (BTW: już za samo to powinien być co najmniej odsunięty od sprawy i postawiony przed sądem dyscyplinarnym…).

W 2013 Argentyna i Iran podpisały „Memorandum of Understanding” – oficjalny dokument, w myśl którego miała zostać utworzona komisja do zajęcia się obustronnym śledztwem w sprawie zamachu. Mimo tego, ze dokument został przeglosowany w nizszej izbie parlamentu (131 glosow za, 113 przeciw), zostal totalnie skrytykowany przez Izrael, spolecznosc zydowska w Argentynie oraz organizacje zydowskie w USA. Nisman w tym czasie oskarzył rząd kirchnerystów (na czele z Presidentą i ministrem spraw zagranicznych Timermanem, notabene tez argentyńskim Żydem) o spisek i sabotowanie śledztwa w celu wyeliminowania winnych po stronie irańskiej, co miałoby posłużyć do sfinalizowania umowy ropa za zboże między Iranem a Argentyną.

Jak narazie śledztwo dotyczące śmierci Nismana nie wykazało udziału osób trzecich, jednak samobójstwo jest co najmniej wątpliwe z powodu pogróżek, które dostawał. Na razie nie wiadomo, kto i czym mu groził. Jedno jest pewne – opozycja bardzo sprawnie podchwyciła sprawę „spisku” żeby narobić złej prasy i zamieszania wobec rządu – w końcu wybory już w październiku…

źródło tu i tu.

Napisane przez: futrzak | 19 Styczeń 2015

Kredyt we franku – co robić?

I znów, panowie „eksperci” radzą: najlepiej poczekać, bo kurs jest różny, pewnie spadnie, a w zasadzie to nie wiadomo.. a tymczasem co można?
Zgromadzić dodatkowe zapasy gotówki….oraz przejrzeć umowę z bankiem, bo ten, w razie znalezienia się kredytu „pod wodą” (under water) może:
– zażądać aktualnej rynkowej wyceny nieruchomości na koszt klienta,
– zażądać dodatkowego zabezpieczenia kredytu;
– obniżyć kwotę kredytu (poprosić o częściową spłatę)
– zażądać dodatkowego ubezpieczenia.

Słowem: czekać, aż nas ostrzygą do gołej d*, potem zlicytują chałupę i puszczą w majtkach, a z długiem do końca życia. Milutkie i wesolutkie rady, no nie?

Jeśli ktoś ma kasę na spłatę wyższej raty i te kilkaset złotych miesięcznie więcej go nie zaboli, to faktycznie, moze sobie czekać…ale inni? Jedyne, co mozna zrobic, to jak najpredzej pozbyć się śmierdzącego jaja tj. spróbować sprzedać mieszkanie, a potem wynieść się do UK gdzie, po 6 miesiącach rezydencji, można ogłosić bankructwo konsumenckie zgodnie z prawem obowiązującym w UK (aczkolwiek jak dokładnie wygląda procedura i jakie są restrykcje, tego nie wiem).

Smutne jest to, że tak samo jak w USA wszyscy radzili ludziom z underwater mortgage: płać, zarżnij się, wypłukaj ze wszystkich oszczedności, zapożycz w rodzinie – ale płać – tak teraz radzą Polakom to samo. Nawet sami Polacy. I ta zawiść: dobrze ci tak, masz za swoje, zachciało ci się domu, to teraz masz.

Cóż. Ale Polska to nie Węgry i ja bardzo wątpię, żeby rząd zarządził przewalutowanie. Co najwyzej to moze będzie bailout banków tak samo, jak w USA, Irlandii, UK, a zwykli ludzie dostaną w tyłek jak zawsze…

Napisane przez: futrzak | 17 Styczeń 2015

Get Rich or Die Tryin’ …

Chyba nigdy nie zrozumiem ludzi, którzy dokonali w życiu jakiegoś wyboru, są z tego tytułu strasznie nieszczęśliwi i…. nie robią nic, aby ten stan zmienić…

Tytuł notki to oczywiście cytat, dotyczy jednego aspektu życia, ale ilustruje stara prawdę: lepiej umrzeć próbując, niż siedzieć na dupie narzekając.
Czasami zmiana może zająć miesiące, czasami lata. Im mniej od nas zależą warunki zewnętrzne, tym trudniej i dłużej, ale przeciez nie niemożliwie.

Zmiana zaczyna się w głowie. Z jednej strony najtrudniej jest zmienić swoje życie prywatne ale z drugiej strony… najłatwiej, bo najwięcej zależy od naszej własnej decyzji. Np. to, że tkwimy w toksycznym i jałowym związku, zależy najbardziej od nas i od nikogo więcej. To, że mamy denną i źle płatną pracę, może zająć znacznie dłuzszy czas, aby sytuację poprawić. Może czasem wymagać emigracji, ale przecież jest możliwe.

It’s all in your mind… dude…

Napisane przez: futrzak | 15 Styczeń 2015

A tymczasem na rynku walut…

zrobiło się niesamowicie zabawnie. Bank Szwajcarii postanowił skasować peg franka do euro oraz obniżył stopy procentowe do -0,75 proc. z -0,25 proc.

Tzw. „rynek” zareagował, rzecz jasna, paniką. Tzw. „eksperci” p*lą jak potłuczeni, rzucając frazy pod tytułem „takiej decyzji nikt sie nie spodziewał”.

No jasne. A czego się, do diabła, spodziewali??? Ze suwerenny bank suwerennego kraju będzie w nieskończoność podtrzymywał peg swojej waluty do euro? Że będzie działał na czyją korzyść? Gdyby te tępe tłuczki chociaż zadały sobie trud sięgnięcia do historii to dowiedziałyby się, że w zasadzie wszystkie pegi walutowe zawsze – prędzej czy poźniej – kończyły się spektakularnym bum. Dopóki jest dobrze, to jest, ale w razie jakichkolwiek zawirowań bank centralny drenuje całą gospodarkę w celu obrony kursu waluty. Od tej strony patrząc bank centralny Szwajcarii zachował się nad wyraz racjonalnie – a że nie po myśli światowych bankierów – to już zupełnie inna sprawa…

Prezes mBanku: Nie ma niepokojów o polskie banki. Rynek odzyska realny wymiar w perspektywie najbliższego tygodnia. Teraz mamy do czynienia z nadreakcją rynku, nie przywiązuję wagi do tego co się teraz dzieje.

Fakty:
Jak wynika z danych Komisji Nadzoru Finansowego, na koniec listopada wartość kredytów hipotecznych we frankach szwajcarskich zaciągniętych przez Polaków sięgała 131 mld zł. To 46 proc. wszystkich kredytów mieszkaniowych w portfelach polskich banków.

Spadek kursu franka w stosunku do dolara i euro to jedno – ale jest jeszcze jeden element: systematyczne obniżanie sie kursu złotówki w stosunku do dolara i euro.
W każdym razie zakredytowani we frankach będą mieli teraz wesolutką jazdę bez trzymanki.

A ja dalej nie mogę wyjść z podziwu nad bezmyślnością ludzi, którzy zaciągają kredyt w walucie, w której nie zarabiają, na 30 lat, w kraju, w ktorym w zasadzie nie istnieje prywatne bankructwo i moga być ścigani za długi do końca życia…
Bo wiecie – banki dostaną bailout jak zwykle. Normalni ludzie nie…w Polsce nie będzie ustawy o przewalutowaniu kredytów tak jak na Węgrzech…

(cytaty z forsal.

Older Posts »

Kategorie

Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Dołącz do 113 obserwujących.