Napisane przez: futrzak | 23 Maj 2018

Amerykanie biednieją….

Jestem pod wrażeniem – wreszcie jakaś polska gazeta napisala o tym.. I to z jakim tytułem!
Amerykanie biednieją. Niemal połowy gospodarstw domowych nie stać na czynsz i jedzenie.

Nie, żeby to jakaś sensacja była, nie, jest to temat znany, a zjawisko postępujące w zastraszająco szybkim tempie od czasu Wielkiej Recesji. No ale w Polsce media do tej pory nabierały wody w usta, o ile dobrze pamiętam nigdzie tak otwartym tekstem nie było o tym pisane:

Mimo że amerykańska gospodarka rośnie, to nadal wielu Amerykanów nie stać na absolutnie podstawowe wydatki: czynsz oraz żywność.
Niemal 51 mln gospodarstw domowych nie zarabia wystarczająco dużo, by pozwolić sobie na miesięczny budżet zawierający opłaty za czynsz, żywność, opiekę przedszkolna, opiekę zdrowotną, transport oraz opłacenie rachunków za telefony komórkowe – wynika z raportu United Way ALICE Project. Według raportu jest to aż 43 proc. wszystkich gospodarstw domowych w USA.

Dotąd przeciętnemu Polakowi na myśl przychodził tzw. margines, któremu nie chce się pracować, tymczasem:

Według raportu United Way ALICE Project wśród osób nie będących w stanie utrzymać rodzin z pensji są m.in. osoby pracujące jako opiekunowie przedszkolni, pracownicy socjalni, pracownicy biurowi niższego szczebla, a także ekspedienci. W około 66 proc. zawodów w USA pracownicy zarabiają mniej niż 20 dolarów na godzinę.

Reklamy
Napisane przez: futrzak | 21 Maj 2018

Argentyna tym razem już na skraju prawdziwego bankructwa…

I nadszedł ten dzień, kiedy Macri zwrócił się do IMF o pozyczkę….. bo jego rządowi grozi bankructwo. Oraz wypowiedział słowa, które odbiły się szerokim echem w Republice na Wschód od Rzeki Urugwaj: powinniśmy byli oszczędzać, tak jak Urugwajczycy...

No ale po co, nie? Macri wierzył magiczną moc tzw. „wolnego rynku”, to „wolny rynek” pokazał mu swoje oblicze. Rezerwy dolarowe bardzo stopniały, zaś kapitał zagraniczny, co to miał niby w Argentynie inwestować, nie inwestował. Rok temu pisałam, ze trup lezy w szafie i aby patrzeć, jak wypadnie.

No to wypadł, nie? Ów kapitał nie inwestował, tylko zapakował kasę w bardzo wysoko oprocentowane bondy, które z kolei bank centralny musial wyemitować, zeby sciągnąć z rynku nadmiar peso, które z kolei bylo wynikiem tlumenia inflacji metodą podnoszenia interest rates. Ze w obecnym modely finansowo-gospodarczym ta metoda nie dziala, pisalam juz nie raz. Nie zadziałała i teraz, rzecz jasna.
Poszedł impuls – czy były to zapowiadane podwyzki podatków od zysków kapitałowych, czy podwyzka interest rates w USA – dosc ze ci, ktorzy byli załadowani w peso argentyńskie, postanowili się go pozbyć i zaczeli kupować dolary. To spowodowalo spadek wartosci peso argentynskiego na pysk, a wzrost dolara. O ile bank urugwajski jeszcze kilka miesięcy temu pracowicie emitowal peso zeby się za bardzo nie umacniało, tak teraz nie musi, bo dolar kosztuje już prawie 31 UYU.

Także, albo znów będzie spektakularne bankructwo Argentyny, albo powtórne zadłuzenie u IMF, które oczywiscie doprowadzi kraj do ruiny kompletnej, bo IMF wymaga oczywiście „reform” które polegają na „austerity” czyli wyciąganiu kasy od biednych i klasy średniej. A oni i tak już ledwo dychają.

Nic, nic się durnie jedne po rządach Menema nie nauczyły. Nic.

Napisane przez: futrzak | 20 Maj 2018

Zima nastała….

Przez ostatnie 3 dni zdrowo nam dupska wymroziło. Zima przyszła, to i zimno… tj. w dzień jakieś kilkanaście stopni, ale w nocy temperatura spadła do 7-8, na dodatek jeszcze wczoraj wiał wiatr prosto w okna do salunu. Brrrrr! (przypominam, w chałupie nie mamy ogrzewania, poza przenosnym elektrycznym pierdolniczkiem).

Dziś na szczęście trochę słońca, w dzien ponoć nawet 19 st C było!
No, ale nawet zima tutaj bywa piękna. Jest sobie taki park, Plaza de la Armada (Plac Marynarki Wojennej). Na cyplu Punta Gorda, wrzynającym się w morze. Na wzgórzu. Pięknie tam jest, co tu dużo mówić. I cieszę się bardzo, że miejscówki takie jak ta są publicznie dostępne, a nie prywatne, zabudowane wieżowcami i odgrodzone płotem od reszty świata…
Czytaj dalej…

Napisane przez: futrzak | 18 Maj 2018

……

…. ale żeby nie bylo tak różowo:
Nie dostaliśmy ostatniej faktury za Internet, co zauwazyłam juz po okresie płatności tej faktury. Jak minął termin, to nie mozna juz zaplacic online ani w Abitabie, musiał więc Chłop pofatygowac sie osobiscie do biura Antela.
Faktura zapłacona, żadnych karnych odsetek nie naliczyli ale…. w biurze się nie dało załatwic, żeby od dziś faktury przysyłali emailem, zamiast słać papierowe. Jest to część polityki firmy, która stara sie odzwyczaić ludzi od fatygowania się osobiście z rzeczami, które można zalatwic przez Internet.
Forlumarz okazał się łatwy i prosty do wypełnienia, po prostu wczesniej nie mielismy pojęcia, ze tak w ogole mozna to zrobic.

Napisane przez: futrzak | 17 Maj 2018

Antel rulez!!

I nadszedł ten dzień, kiedy budzę się rano i widzę, ze Internetu nie ma. Na routerze zapaliła się lampka „line out of service”. Oczywiscie panika i wkurw, bo to znaczy, ze musialabym poginać do biura.
A w biurze maja gówniane WiFi, na którym videokonferencji nie pociągnę, a kablem ethernetu do Della XPSa nie podłączę, bo nie mam przejściówki do thunderbolta, oni tez nie mają, na dodatek to 40 min co najmniej autobusem, a leje deszcz……
….słowem groza zapanowała w mej duszy.

No ale nic to, Chłop dzwoni do serwisu Antela (państwowa firma dostarczajaca Internet po swiatłowodzie prosto do naszej chałupy).
Zadzwonił o 9.50 rano, pani miła przyjeła zgłoszenie i powiedziała, że technicy będą najszybciej, jak się da. Od razu ogarnęły mnie czarne myśli, bo w poprzednim mieszkaniu prędkość naprawy była dzień-dwa. Inna sprawa, ze tam musielismy najpierw przejść przez kompletnie nieużyteczną administrację budynku, a tutaj sprawa prosta, bez zadnych głupich pośredników – od razu rozmawiamy z Antelem.

Panowie technicy wparowali do mieszkania o 11.24. Uszkodzenie naprawili szast-prast – okazało sie, że wtyczka łacząca światłowód z modemem/routerem się zepsuła. Wymienili, 10 minut po sprawie, DONE.

Jestem pod wrażeniem. Takiej prędkości serwisu nie miałam nigdzie w Kalifornii w Dolinie Krzemowej, jak tam mieszkałam kilkanaście lat. Jeszcze się trzeba bylo wykłócać z Comcastem, zeby przysłali technika – zajęło to dwa dni, podczas gdy uszkodzenie polegało na tym, ze ktos podpiął się pod moją linię, a pan technik raczyl mnie opieprzyć tak jakbym w ogole miala klucze do skrzynki rozdzielczej! Innym razem debil-technik zjebał mi konfig DNSa jak robił instalkę linii.
O Argentynie już nawet nie chce mi się wspominac….

Tak, Antel RULEZ!!!! I niech mi ktoś powie teraz, że państwowa firma nie ma prawa dobrze działac i zarabiać na siebie. GOWNOPRAWDA. W USA cud, miód malina, tylko prywatni dostarczyciele Internetu, i co??? Chujnia z grzybnią, ot co.

Napisane przez: futrzak | 16 Maj 2018

Bo w Polsce jest rynek pracownika!

Jolanta Czernicka-Siwecka, prezes Fundacji Iskierka zwraca z kolei uwagę, że obecny system edukacji kształci młodych narcyzów.

– Z jednej strony młodzi są roszczeniowi. Chcą pracować 8 godzin, a później mieć czas dla siebie.

Proszę zwrócić uwagę na zrodlo. Pismo skierowane do grupy zawodowej HR. Obowiązujące w Polsce prawo odnośnie zatrudniania na etat – coś, co jest oczywiste w Unii Europejskiej, uważa się za „roszczeniowość” i objaw narcyzmu. No paradne.

Ale czego spodziewać się w kraju, w którym wg szacunków Freedom Foundation, wykonuje pracę niewolniczą ok. 181 tysiecy ludzi? Na tle innych krajów świata Polska znajduje się na bardzo wysokiej, 24 pozycji – pierwsza w UE i druga w Europie, po Macedonii. Prawdopodobnie pierwsze co wam przychodzi na myśl w związku z pracą niewolniczą to Północni Koreańczycy, pracujący w Polsce pod ścisłym nadzorem swoich pobratymców, tak? Ale to nie tylko oni. To też kobiety zza wschodniej granicy, zmuszane do pracy jako prostytutki. Oraz 70 restauracji w Wawie korzystających z usług Mirosława K., który dostarczał z Białorusi i Ukrainy ludzi do pracy przymusowej. Przeciwko niemu toczy się teraz postępowanie w prokuraturze – ale to tylko jeden handlarz
zywym towarem!.

Ta, rynek pracownika, my ass.

Napisane przez: futrzak | 14 Maj 2018

Produkcja parapetowa

Ostatnim rzutem na taśmę, przed zimą, udało sie uhodować na patio taką oto papryczkę. Obok niej sałata:

Papryczka pewnie po żniwach zdechnie, bo wpierdzielają jej liście jakieś robale (co nawet widać nieco na zdjęciu). Tutaj w ogóle zycie obfite – amatorów na warzywa i inne jadalne roślinki, oprócz ludzi, wielu jest. Fasolę i miętę też ciągle jakieś szkodniki wpierdzielają, sałata aż im chrumka, nawet gady (tj. ślimaki) rzuciły się na opuncję! Mam jeszcze rozmaryn, bazylię i kapustę, narazie są wporzo, ale czujnym trzeba być.

No i tutaj taka uwaga: każdy chciałby wpierdzielać organiczne warzywka i owoce, jasne, jasne… ale weźcie je sobie najpier UHODUJCIE. Ja właśnie próbuję, i po prawdzie bez pestycydów to kiepsko idzie – siedem fasolek już wrąbanych – a stosowałam ekologiczny preparat do pryskania, składający sie głownie z octu i lekkiego mydła. Ha ha i ha. Ha ha. Ta, powiedzcie to tym robalom, że im szkodzi :-/

Eh.

Napisane przez: futrzak | 12 Maj 2018

Ciąża Shroedingera

Bo Polska to kraj zaawansowanej fizyki kwantowej zygot:
zygota jest równocześnie dzieckiem poczętym oraz zlepkiem tkanek. Co jest momentem rozstrzygającym? Obserwator!
Badania w szpitalu. Jeśli okazuje się, ze ciąża jest nieprawidłowa i badania np. wykazały, że płod jest obciążony śmiertelną wadą genetyczną – wtedy jest dzieciątko, matka ma się dla niego poświęcić, urodzić i jeśli przeżyje, to patrzeć jak umiera.
A co się dzieje, kiedy np. ciąża obumiera i następuje poronienie? Ooooo wtedy to już zupełnie inna sprawa! To dziesiąty tydzień, o co chodzi, jak można rozpaczać po czymś, co było tylko zlepkiem tkanek?!?!

Absurd ciągnie się dalej, gdy lekarze odmawiają aborcji w późnej ciąży, nawet jeśli życie matki jest zagrożone*, natomiast jak matka poroni w początkach siódmego miesiąca, to w szpitalu nie pozwolą pochować ani nawet zobaczyć płodu, tylko od razu posyłają „martwe tkanki” do szpitalnej spalarni.
Oto pierdolona Polska. Dziecko poczęte? jakie kurwa dziecko???? Wystarczy, że kobieta jest w trakcie poronienia i zgłosi się do szpitala i nie ma mowy o żadnym dziecku. Są tkanki, płód, a w ogóle to co pani ryczy, pani spuści wodę, bo się muszla klozetowa zapcha!

Chuj, a nie „dzieciątko” i „dziecko poczęte”. Gównoprawda. Ten sam lekarz, który potrafi wykręcić sie klauzulą sumienia i „dzieciątkiem”, potrafi wprost powiedzieć kobiecie, ze ma spuścić to „dzieciątko” w kiblu, jeśli akurat poroniła. Kraj jebanych zasranych hipokrytów, dla których kobieta traci podstawowe prawa człowieka w momencie, kiedy zachodzi w ciążę. I wcale nie chodzi tutaj o żadne dziecko, gdyby tak było, to po śmierci dziecka na skutek poronienia pozwalanoby rodzinie zorganizować pogrzeb i nie kazano spuszczać wody w kiblu. Bo kibel to nie cmentarz, a spuszczenie wody to nie pogrzeb.

* – przypadek Agaty Lamczak, której lekarze w kolejnych szpitalach kazali martwić sie o ciążę, a mieli w dupie leczenie wrzodziejącego zapalenia jelita grubego, bo przecież ojej ojej – może leczenie mające uratować kobietę spowodowałoby poronienie? Agata zmarła, po okropnych męczarniach.
** – wpis powstał na podstawie zwierzeń Polek, dotyczących ich poronień i tego, jak zostały potraktowane (grupa istnieje w mediach spolecznosciowych, zrzesza kilka tysięcy kobiet i jest grupą zamkniętą – gdyby była otwarta prawdopodobnie żadna nie zdecydowałaby się opisać swoich przeżyć z poronienia….).

Napisane przez: futrzak | 9 Maj 2018

Feudalizm XXI wieku

CEO Wallmartu, jednej z największych korporacji w USA, zarabia 1188 razy więcej niż wynosi przeciętna pensja pracownika w tejże firmie, zaś rodzina Waltonów – właścicieli Wallmartu – posiada majątek o wartości takiej samej, jak 40% biedniejszych Amerykanów (bottom 40%).
Jednakże, jak twierdzi CEO, firma nie jest wystarczająco bogata, żeby płacić pracownikom pensje wystarczające na nie życie w nędzy. Doug McMillon w zeszłym roku zarobił 22.8 miliona, podczas gdy średnia pensja to $19,177 rocznie.
Tak wielkie różnice to efekt ostatnich dekad, bo jeszcze w 1965, CEOs największych amerykanskich korporacji zarabiali (przeciętnie) 20 razy więcej, niz przeciętna pensja pracownika.

Ale problem rozwarstwienia dochodów i majątku nie dotyczy tylko USA, bynajmniej:

Szacuje się, że majątek Marka Licyniusza Krassusa, jednego z najzamożniejszych ludzi w historii Imperium Rzymskiego, przynosił roczny dochód stanowiący równowartość sumy zarobków 32 tysięcy rzymskich obywateli. Dysproporcje między zarobkami Carlosa Slima, w latach 2010–2013 najbogatszego człowieka na naszej planecie, a dochodami obywateli jego rodzinnego Meksyku są dwunastokrotnie większe. Jednym z najczęściej używanych mierników nierówności jest tak zwany współczynnik Giniego. Gdy wynosi on 0, to opisuje sytuację idealnej równości. Gdy wynosi 100, to mamy do czynienia z rzeczywistością, w której jedna osoba posiada wszystko. W Imperium Rzymskim za czasów Krassusa współczynnik Giniego wynosił 45. Dziś w USA zbliżony jest on do tego poziomu, ale w skali globalnej oscyluje wokół 70.

Mowa tu o różnicach dochodów. Nierówności majątkowe są jeszcze większe – sięgają aż 92 punktów w skali całego świata. Czy zatem dualna rzeczywistość Dubaju – gdzie turbokapitalizm ekonomiczny miesza się ze społecznym neofeudalizmem – jest zapowiedzią naszej zbiorowej przyszłości? Czy rację ma Thomas Piketty, pisząc, że krach 2008 roku był „pierwszym kryzysem kapitalizmu patrymonialnego XXI wieku”, czyli systemu opartego na wielkiej własności zgromadzonej w rękach małej grupki niebywale zamożnych rodzin? Czy faktycznie, jak twierdzi Paul Mason, żyjemy w momencie równie przełomowym jak moment przejścia od feudalizmu do kapitalizmu? Jak miałby wyglądać rzekomy postkapitalizm? A może mamy do czynienia z powrotem do przeszłości i to właśnie feudalizm stanowi przyszłość kapitalizmu?

To są bardzo ważne pytania, a w całym artykule jest też sporo na temat tego, jak to wygląda w Polsce. Bo w Polsce też pojawiła sie – calkiem niedawno – klasa transnarodowa, często opisywana jako górny 1% społeczeństwa.
Zachęcam do przeczytania całego
artykułu.

Napisane przez: futrzak | 7 Maj 2018

…i urzędy emigracyjne…

Sprawa mojej stałej rezydencji ciągnie się jak guma w majtach, wszystko dlatego, że w strefie hiszpańskojęzycznej nazwisko nadane raz dziecku zostaje z nim przez całe życie – i dotyczy to też kobiet.
Tak więc fakt, ze na akcie urodzenia mam inne nazwisko a w paszporcie inne, wymagał interwencji prawnika i całkiem sporych przepraw (oczywiście, bynajmniej nie za darmo). Sprawę przedłużał też fakt, że musiałam mieć zaświadczenie o niekaralności ze wszystkich krajów, gdzie mieszkałam dłuzej niż 2 lata – z czego najtrudniej było pozyskać ten dokument z USA, rzecz jasna :-/ (dobrze, ze dalo sie to zalatwić przez lokalne biura Interpolu, bo inaczej musiałabym sie bujać spowrotem osobiście do USA i nie wiem ile czasu czekać na wydanie tego papieru – tutaj przez Interpol zajęło to „ledwie” pół roku…).

Po ostatniej interwencji prawniczej czekałam, czekałam i gryzłam pazury – aż wreszcie przyszedł email od Migraciones (tak proszę panstwa, tutaj urząd imigracyjny z petentami komunikuje się za pomocą emalii – SHOCKING!) że mam sie umówić na wizytę i stawić z paszportem. Przy umawianiu obowiązuje kolejka, a jakże, więc termin telefonicznie z automatem udało się zaklepać dopiero na za miesiąc.
I W PIATEK NASTAPIL TEN DZIEN.
Szłam i nie wiedziałam czego sie spodziewać – tymczasem co się okazało? Otóż panowie celnicy przy moim ostatnim przekraczaniu granicy źle wpisali do systemu moje nazwisko i teraz potrzebowali mnie z paszportem, żeby sprawić, że ja to ja :-/

Ulżyło mi, rzecz jasna, ale nie zmienia to faktu, że cala procedura przedluzy sie o nastepnę miesiące, bo zanim dokumenty znowu pójdą do ministerstwa spraw wewnętrznych, zanim znowu wrócą do Migraciones, to 2-3 miesiące miną, jak powiedziała miła pani urzędnik.

No ale potem juz będę miała prawilny kartonik, jak reszta Urugwajczyków i będę mogła przekraczać granicę bez dodatkowej zbędnej papierologii.
W sumie, jeśli zmieszczę się w terminie poniżej trzech lat, to będzie to i tak prędzej, niż załatwianie permanent residency w USA – które zajęło mi ponad 3 lata – z czego czekanie w kolejce na interview/decyzję to dwa, a potem następny rok bo skurwle zasrane zgubiły moje dokumenty i część z nich musiałam załatwiać od nowa, przy czym dowiedziałam się o tym przypadkiem, bo oficjalne zawiadomienie (wysłane normalną papierową pocztą) nigdy do mnie nie doszło, bo w pakiecie, co zgubili, był również formularz o zmianie adresu… lalala.

No i tak to….

Napisane przez: futrzak | 4 Maj 2018

Emigranci…

Ludzie to jednak naiwni są. Rozmawiam z polskimi emigrantami i wciąż przerazająco duzo wsrod nich takich, którzy na pytanie o drugie obywatelstwo odpowiadaja „nie czuję się Niemcem, Amerykaninem, Australijczykiem, Holendrem, Francuzem” itd. Albo: „to byloby jak zdrada”. Albo: „a na co mi to”.
Mówią tak nawet ci, co siedzą w UK, mimo tego, co się tam ostatnio wyrabia w temacie prawa emigracyjnego. Doprawdy.

Paszport to tylko papierek, i to papierek, ktory sluzy selekcji na lepszych i gorszych ludzi. Papierek, ktory w okreslonym czasie moze przewazyc o życiu i śmierci, a już napewno o jakości tego życia. Ludzie juz chyba zapomnieli, jak to bylo w Polsce za komuny, kiedy tylko wybrani mogli dostąpić zaszczytu wydania paszportu – a więc mieć mozliwosc wyjazdu za granicę. Prawo emigracyjne w danym kraju może się zmienic z dnia na dzien – i zwykle tak sie dzieje, kiedy zaczyna napierac zbyt duza fala emigrantów. Zawsze tak bylo i nadal tak będzie, dopoki jest podział na kraje pierwszego, drugiego i trzeciego świata, dopóki są wojny i fale głodu.
Emigrantów klimatycznych będzie przybywać, i kierunek emigracji będzie wlasnie taki: od biednych krajów południa, które już teraz mają problemy (Pakistan, Bangladesz, Bliski Wschód) z temperaturami, suszą albo powodziami, do krajów północnych.
Ze polska wieś spokojna? A wyobraźmy sobie sytuacje, ze rynek pracy pod wplywem nastepnego kryzysu finansowego załamuje się. I nagle jest mnóstwo bezrobotnych – nie wyłączając tych ponad miliona Ukraińców na terenie Polski. I ponad dwóch milionow Polaków na wyspach brytyjskich…jak myślicie, co się stanie w takiej sytuacji? Czy Polska albo UK nagle tym milionom ludzi zafunduje przyzwoite zasilki? Czy moze jednak zmieni regulacje dotyczace pobytu nie-obywateli, zeby się ich pozbyć? Co jest tańsze, za czym będą głosować podatnicy? Co się stanie, jeśli taka fala emigrantów ekonomicznych skieruje się w stronę innego państwa UE? Czy to panstwo przyjmie ich z radością, czy tez może zmieni regulacje dotyczące własnego rynku pracy?

Ludzie.
Kurde.
MYŚLCIE do diabła. Myślcie. Zeby potem nie bylo płaczu i zgrzytania zębów. Myślcie i róbcie cos, kiedy jeszcze macie pole manewru i nie pierdolcie o jakichś patriotycznych wartościach. Patriotyzmem się nie najesz, ani twoje dziecko nie, kiedy nie będziecie mieli pracy i możliwości jej legalnego zdobycia. „Rząd się zawsze jakoś wyżywi” jak mawiał Urban, i dotyczy to rządu każdego kraju. A w dupę zbierają normalni ludzie, żyjący z pracy najemnej.

Napisane przez: futrzak | 2 Maj 2018

Kiedy cisza zalega nad miastem….

… to staje się ono miejscem wręcz magicznym.
Ale tak dzieje sie w Montevideo tylko raz w roku – 1 Maja. Bo wtedy wszystko jest pozamykane i nikt nie pracuje (oprócz słuzb typu pogotowie, straż pożarna). Nikt nie pracuje do takiego stopnia, że nie jeździ nawet komunikacja publiczna. Czyli miasto jest wolne od potężnego ryku silników Detroit Diesel i innych diesli, wolne jest też od czarnych, śmierdzących spalin.

Czekam na dzień, kiedy te wszystkie stare, obrzydliwe rzęchy zostaną zastąpione przez elektryczne pojazdy. Niestety, to potrwa, i to dlugo. Nie ze względu na niemożności techniczne czy kasę, ale ze względu na monopol CUTCSy i jej polityczne wpływy. Oni bardzo kiepsko ciągną, niemniej agonia będzie dlugo trwac :(

Z ciekawostek: wplywy z biletów CUTCSy oraz budżet sa bardzo podobne do tego przeznaczanego na komunikację publiczna w Wawie. Tyle, ze w Wawie oprócz podobnej liczby autobusów codziennie na ulice wyjeżdza prawie 500 tramwajów. W Montevideo tramwaje zlikwidowano chyba w latach 40-tych (do dziś są tu i ówdzie kawałki szyn w ulicach), a trolejbusy na początku 90-tych.
Fajnie byłoby, gdyby Ramblą (nadmorski bulwar przedzielony od reszty miasta ruchliwą dwupasmówką) puścić tramwaj i wywalić stamtąd samochody.
Eh!

Takie to człowiek marzenia ma z okazji święta pracy :)

Napisane przez: futrzak | 29 kwietnia 2018

Burzowa plaza Buceo…

Pomęczę was znowu widoczkami. Długi weekend, a wczoraj tj. w sobotę cały dzien lało i to lało okrutnie, aż nam sciana ponizej okna zaczęła przemakac.
No ale nic. Dziś znowu padalo, na szczescie poznym popoludniem przestalo, więc mozna sie bylo wybrac na spacer koło domu – niedaleko, bo chmurzyska burzowe.

Kilka ulic od nas kończy się avenida Batlle y Ordonez – konczy sie spektakularnie, na skarpie z której widok na plażę Buceo. Na szczycie skarpy jest pomniczek i ławeczki. Ludzie często przychodzą tu oglądać zachód słońca, bo miejsce wysmienite…
Czytaj dalej…

Napisane przez: futrzak | 29 kwietnia 2018

Problem kibli w Polsce – odcinek 7463524

Gdy jeszcze w Polsce mieszkalam, kazdemu „wyjściu na miasto” towarzyszyl zawsze problem logistyczny znalezienia kibla. Nie bylo to łatwe zadanie, zwlaszcza jesli czlowiek nie mial zadnego grosza przy duszy.

Dwadzieścia lat minelo i jak donosi znajoma, ktora z małym dzieckiem własnie odwiedziła stolycę:

W Łazienkach wysadzałam córkę w krzakach. W Lidlu nie było kibla, musiałam biec na stację benzynową. W zoo też łazienki może dwie na krzyż. O knajpach na otwartym powietrzu bez głupiego toi toia nawet nie będę się rozpisywać.

W KFC i McD kibel mozna otworzyc tylko, jesli wklepie się kod z paragonu z kasy…

Jak to jest, ze w takim Montevideo kazdy z ulicy moze wejsc do McD do kibelka, czy do innej knajpy i nikt nie wyrzuca i nie slyszy sie tekstów „tylko dla klientow”? W publicznych urzędach, bankach, supermarketach tez sa wszędzie kible i jak donosi znajoma, która na codzien w Kostaryce mieszka, tam jest podobnie. Dlaczego w Polsce się tak nie da?

Napisane przez: futrzak | 27 kwietnia 2018

Polskie dwójmyślenie


Kwietniowy sondaż IPSOS na zlecenie OKO.press przyniósł sensacyjny wynik w gorącym sporze o dopuszczalność aborcji. Okazało się, że Polacy mają dwa sposoby myślenia: abstrakcyjny o ustawie antyaborcyjnej i konkretny o sytuacji kobiet, które są w niechcianej ciąży. W tym drugim przypadku postawy liberalizują się – dominuje zgoda na aborcję.

Już po raz piąty zapytaliśmy Polaków i Polki o ocenę obecnej ustawy, która jest przedmiotem politycznej głośnej debaty, w której Kościół i prawica zajmują zdecydowane stanowisko pro-life. Tym razem jednak zadaliśmy także drugie pytanie, które odnosiło abstrakcyjny problem do konkretnej sytuacji znajomej kobiety, jaką badani mieli sobie wyobrazić.

Różnice są ogromne – przesunięcie postaw na rzecz liberalizacji sięga 20 pkt proc. Abstrakcyjny zakaz przegrywa z konkretną sytuacją: problemem niechcianej ciąży osoby, którą znamy i której sytuację rozumiemy.

Taka jest miara polskiej hipokryzji: deklarujemy przywiązanie do wartości, ale nie przestrzegamy ich w prawdziwym życiu.

Nie, żebym byla zdziwiona – nie wiem ile razy rozmawiałam na ten temat z najrozniejszymi ludzmi, i wylazilo to samo. „Aborcja to zło”, a jak nakreślić konkretna sytuacje np. „wyobraz sobie, ze to twoja dziewczyna przypadkiem zachodzi w ciążę” to wtedy jest „no ale to zupelnie inna sytuacja”.
Niemniej, anecdata i co mi się wydaje to jedno, a rzetelnie przeprowadzona ankieta na reprezentatywnej próbie to drugie.

zrodlo

Napisane przez: futrzak | 25 kwietnia 2018

Lew Morski

Zapewne większość ludzi z polskich internetów nie zetknęła się jeszcze z tym terminem. Niestety nie ma ładnego przełozenia z angielskiego oryginalu:
sealioning.

Czasownik ten oznacza dość subtelna formę trollingu, polegającą na celowym zadawaniu pozornie „niewinnych” pytań, proszących o wyjaśnienia w jakiejś kwestii. Sealion obarcza ciężarem wyjaśnien i edukacji drugą stronę po to, zeby ją zaabsorbowć, zając czas i skłócić ewentualnych uczestników dyskusji. Każda następna porcja podanych informacji jest traktowana w taki sam sposób: z niedowierzaniem i podważaniem credibility dyskutantów, aż do ich wyczerpania i rezygnacji.
Jest to jeden z lepszych sposobów niszczenia ruchów społecznych i wszelakich wartosciowych dyskusji zwlaszcza, jesli moderatorzy (jesli tacy są) są nieobyci i niedoświadczeni.

Napisane przez: futrzak | 24 kwietnia 2018

….

Ten dzień… w którym cieszysz się, że nie zdążyłaś kupic wykladziny na podloge. Ani ze nie ma klepki na owej podlodze..
Ten dzien…. kiedy doceniasz zniszczoną kamienna terakotę….
Ten dzień…. kiedy widzisz wielką fajansową michę pełna tłustego rosołu spadającą na ową kamienną podloge…
i ryż oraz kawalki kurczaka, rozpryskujące się po ścianach…meblach….podlodze…..i tłuszcz rozmazujący się wszędzie….
W tym dniu…. cieszysz się, ze to nie poleciało na dywan… I ze masz na ścianach w korytarzu tą obleśną plastikową boazerię.
Łatwiej wszak wytrzec gąbką niż skrobać, a potem malowac ścianę, prawda?

…. a potem sprzątali długo, a szczęśliwie…

Napisane przez: futrzak | 21 kwietnia 2018

A tymczasem w Dolinie Krzemowej…

Ma miejsce epidemia włamów do samochodów.

Rok 2017 był pod tym względem rekordowy dla trzech największych miast SV: San Francisco, San Jose i Oakland.
SF – 31,120
San Jose – 6,476 (17% więcej niz w 2016 roku)
Oakland – 10,007 (32% więcej niz w 2016 roku)

Policja jest bezradna, bo tylko 2% złodziei jest łapanych (a i sama policja twierdzi, ze tylko niewielki procent jest w ogole zglaszany, powyzsze dane dotyczą oficjalnie zgloszonych przestępstw).

Pamiętam zdziwienie CEO mojej obecnej firmy, która po powrocie z Bay Area powiedziala, ze zostala okradziona. Stwierdzila, ze TAM sie tego nie spodziewala. Jakby zaparkowala samochód w ktorejs ze slumsowych dzielnic Montevideo, to wiadomo (no, ale nie zaparkowalaby, prawdaż, bo wie). Ale tam?

No ale taka jest rzeczywistosc. Jak powiedzial znajomy (który nadal mieszka W SV): ale czego się spodziewasz? Od Wielkiej Recesji 2008 roku przepaść pomiędzy upper class i cała resztą jeszcze się powiększyła. Zwykli ludzie – nauczyciele, urzędnicy, ludzie pracujący w usługach – nie sa już w stanie udzwignąć kosztów życia. Ci, co mogą, uciekają – ale SV jest złudna, bo tutaj ciągle jest mnóstwo pracy – tyle, że płatnej niewystarczajaco, zeby sie utrzymac…
Od siebie dodam, ze ow znajomy zarabia w okolicach średniej krajowej, ale co z tego, skoro stać go tylko na wynajem pokoju przy rodzinie…
Nic więc dziwnego, że ludzie, ktorzy są jeszcze niżej w hierarchii społecznej, zabierają się za drobną przestępczość. Wszędzie na świecie tak jest – im większe nierównosci spoleczne, tym większa przestępczość.
Ba. Zeby tylko włamy. To juz któryś raz z rzędu, kiedy ktoś strzela i rozwala szyby autobusów wożących pracowników Appla i Google do/z pracy.
Na fejsie obserwuję profil policji z Mountain View (tam mieszkalam przez kilkanascie lat) – ilosc drobnych przestępstw, ale też i grubszych, z uzyciem broni (za moich czasów tego nie bylo) – staje się plagą. I pomysleć, ze w 1997, kiedy tam przyjechałam, można bylo trzymac na niezamkniętym patio deskę od snowbordu, rower, zapomnieć drzwi od samochodu zamknąc – I NIC.
Dzisiaj jest, jak widać. Okradziony samochód, powybijane szyby? Normalka. Ktoś cię obrobil z dobra, co miałes na balkonie? Normalka…Wychodzisz z knajpy i jest strzelanina na parkingu – staje się powoli normalnością….

Napisane przez: futrzak | 19 kwietnia 2018

Z cyklu: kuchnia pełna niespodzianek

Bieda-obiad czwartkowy wymyśliłam – znaczy, bez miensa. Z tego co się nawinęło pod rękę, a jeszcze było w lodówce*

Ziemniory ugotowane na sypko, ze specjalną omastą:

1. Pokroic na drobne świeże papryczki chili (maja tu takie miejscowe, baaardzo aromatyczne), posolić, dorzucić duuuuzo tymianku oraz curry, to wszystko wrzucić na duuuuuużo rozgrzanego ghee (masła klarowanego). 2. Potem dorzucic ugotowanej drobno pokrojonej marchewki i kukurydzy. Wymieszać z ziemniorami (proporcje powinny być takie, zeby konsystencja byla jak w puree).
3. Na to rzucić dwa jaja sadzone, na stronie polozyc ogóreczka korniszonka do złamania smaku.

Powiem wam, ze calkiem dobre wyszlo.
Na tyle dobre, że warte uwiecznienia.
Bo kto powiedział, że ziemniory tłuczone to maja byc ze smalcem ze skwarkami albo mlekiem i maslem i nic więcej? Nudne takie są…

PS:
Czwartek to u nas dzień pustek lodówkowych, bo dni targowe to piątek i sobota, jak się zrobi za małe zakupy, to lodówka w czwartek jak przednówek w Polsce kiedyś bywał :)

PS2:
Pisownia miensa zamierzona. Wiem, że poprawnie powinno być „mięso”. Ale ostatnio odchodzimy od mięsa i dlatego mienso.

Napisane przez: futrzak | 17 kwietnia 2018

Komunikacja miejska w Montevideo

Częścią mitów rozpowszechnianych przez neoliberałów jest to, że podatki trzeba obniżyć, bo w ten sposób przyciągnie się kapitał, a potem z tego kapitału kraj zainwestuje w infrastrukturę, szkoły i te wszystkie fajne rzeczy, co pomagają ludziom żyć.

Otóż nie, to tak nie działa.
Weźmy ostatni przykład z Montevideo.
Jakiś czas temu został opracowany plan przebudowy głownej arterii miasta 18 de Julio na ulicę z ograniczonym ruchem: srodkiem miała przebiegać ścieżka rowerowa, ruch samochodów miał byc zamknięty za wyjątkiem autobusów – ale te, które miały się tam poruszać, musiałyby być tylko elektryczne (dzisiaj w szczycie jeździ tam ok. 300 autobusów na godzinę, przy czym wszystkie mają silniki diesla, część stare dwusuwy Detroit Diesel, mozna więc wyobrazic sobie, jaki tam jest huk i syf).
Projekt zostal wykonany przez swiatowej klasy urbanistę, który projektował zmiany m. in. w Kopenhadze i innych wielkich europejskich miastach.

I co? Projekt właśnie upadł.
Wpływ na to miał przede wszystkim doradca prezydenta kraju, który jest wlaścicielem firmy CUTCSA – obslugującej większość ruchu autobusowego w mieście – oraz Amerykanski Bank Rozwoju (Interamerican Bank of Development).
Ten ostatni dlatego, że jest jednym ze źródeł finansowania projektów przebudowy infrastruktury komunikacyjnej w mieście. Niestety, bank ten konsekwentnie odmawia pozyczenia pieniędzy na jakiekolwiek projekty mające ograniczyć ruch samochodowy. Bo nie, i koniec.
Kasa za to znalazła się na niepotrzebny nikomu tunel w okolicach Parque Centenario. Bo tym tunelem mają samochody jechać. Kilkanaście milionów dolarów – no problem.

No i tak to…

PS:
CUTCSA jest finansowana przez miasto w ten sposób, ze dostaje paliwo po bardzo, bardzo niskiej cenie i ma sie utrzymywac z biletów. Efekt tego jest taki, ze komunikacja miejska w Montevideo to obraz nędzy i rozpaczy. Autobusy są to stare rzęchy, które kopcą, smrodzą i żlopią o 30% więcej paliwa niż wspolczesny autobus. Przy takim sposobie finansowania i zadnych innych warunkach po co mieliby inwestowac w nowszy tabor, spełniający jakiekolwiek normy emisji, skoro nikt tego od nich nie wymaga? Drugi skutek uboczny to są trasy tych autobusów. Owszem, dojeżdzają wszędzie, ale wiją się po malych, ciasnych uliczkach jak kupa ślimaka. Nigdzie nie da sie szybko i sprawnie dojechac, bo autobus zamiast jechac np. z centrum do innej dzielnicy prosto avenidą, jedzie przez wszystkie opłoty i dojeżdza na miejsce po godzinie, a moze połtorej…
Ścieżek rowerowych w miescie prawie nie ma, bo co większe projekty, ktore moglyby zagrozic interesom CUTCSY, sa po prostu utrącane, jak ten powyżej.

Older Posts »

Kategorie