Napisane przez: futrzak | 24 Sierpień 2016

Parodia pracy zdalnej…

Ostrzeżenie.
Jest sobie taka firma, nazywa sie Crossover. Jest to agencja poszukująca programistów i testerów, devops etc.
Kuszą przepięknymi ogłoszeniami: „automation architect – 100K” „java architect – 120K” „completely remote jobs, from anywhere in the world!” i tym podobne.
Nie dajcie się skusić.
Firma jak najbardziej istnieje, jak najbardziej zatrudnia – ale na jakich warunkach i jak płaci, to jest dopiero kuriozum.
Otóż: musisz sie pracowniku zgodzić na instalację specjalnego oprogramowania do monitoringu na swoim komputerze. Owo oprogramowanie co 15 minut uruchamia kamerę i robi zdjęcie. Jeśli na zrobionym zdjeciu cię nie ma to znaczy, ze nie pracujesz, wiec nie masz za ten czas płacone. Oprogramowanie rowniez ma keylogger – czyli, nie klepiesz w klawiature dluzej, niz okreslony przedzial czasu – znaczy nie pracujesz, wiec nie będzie ci za ten czas płacone….
Co więcej: jeżeli określone zadanie które masz wykonac, wykonasz poźniej (bo na przyklad miales wizyte u lekarza w godzinach pracy, ale konczysz o tę godzinę poźniej) – to wtedy tez płacą mniej bo „spóźnienie”.

Fucking mind boggling, jakby powiedzieli Amerykanie – bo aż słów braknie po prostu na inny komentarz…

Napisane przez: futrzak | 22 Sierpień 2016

Dlaczego soja to morderczy biznes

Głupi ekolodzy z pierwszego świata zachwycają się wegetarianizmem, bo jedzenie mięsa to ZUO. Jednym z zamienników mięsa, który proponują, jest soja.

Tylko że.
Biznes sojowy to sposób na niszczenie krajów rozwijających się, zwłaszcza Brazylii, Argentyny, Paragwaju i Urugwaju. Jaki jest schemat?
Najpierw zaczyna się od propagandy „rozwoju”, „inwestowania” i tym podobnych. Potem wchodzi wielki biznes z pierwszego świata, uzbrojony w tani kredyt. Jako „inwestorzy” dostają prawie zawsze cieplarniane warunki, ulgi, zwolnienia od podatków (kwestia przekupienia lokalnych rządów). W pierwszym świecie mają też już najczęściej zamówienia na przyszłe zbiory.
Oni nawet nie kupują ziemi – po co? Dzierżawią.
Zwrot następuje bardzo szybko – jeden, dwa sezony. Potem uprawia się aż do momentu całkowitego wyjałowienia gleby – co przy kiepskiej klasie ziemi (np. na terenach wyciętego amazon rain forrest) może nastąpić już po dwóch latach. Dalsza uprawa wymaga ciężkiego nawożenia, bo gleby są pozbawione azotu, fosforu i reszty minearłów. Do tego dochodzą problemy ze stosowaniem roundupu, który wybija też nitrogen-fixing rhizobium bacteria*.

Jeśli można się przenieść na nowe pastwiska – robi się to.
Co zyskują miejscowi? Wycięte lasy deszczowe, zniszczone i wyjałowione gleby i jakies nędzne ochłapy z podatków – nędzne, bo zbiory są sprzedawane w pierwszym świecie i tam też zostają zyski. W niektórych też krajach, takich jak Boliwia i Paragwaj, w związku z uprawami soi wyrzuca się z ziemi lokalnych, biednych farmerów, którzy zasilają szeregi berobotnych w fawelach i slumsach wielkich miast.

Drodzy ulepszacze świata – zanim zaczniecie coś propagować zastanówcie się, czy aby napewno wiecie, o czym mówicie. Wasz „wybór” w lokalnym supermarkecie, który bedzie polegal na kupieniu tofu czy sojowego burgera zamiast wołowiny albo wieprzowiny NIC nie zmieni. Dokładnie nic. Droga bowiem do zlikwidowania jednego zła (jakim sa bez wątpienia agrocorpo produkujące mięso w pierwszym świecie) nie wiedzie przez promowanie innego zła. Masowe przejście na wegetarianizm populacji pierwszego świata spowoduje co najwyżej głód w świecie trzecim i katastrofę ekologiczną tamże, a potem wojny wywołane walką o zasoby.
Jeśli faktycznie chciecie cos zmienić, to trzeba zabrać się za zmianę struktury własności ziemi, struktury handlu oraz skasowac dotowanie wielkich agorobiznesów w pierwszym świecie. O to walczcie, a nie o pierdolety nie mające znaczenia, typu „jedz soje, ulepszysz świat”.

* — soja jest, jak wiadomo, rośliną motylkową czyli taką, która wiąże azot z powietrza i wzbogaca nim glebę – dokładnie tak samo, jak znana w Polsce fasola, wyka czy łubin. Niestety, soja uprawiana w krajach trzeciego świata jest soją genetycznie modyfikowaną tj. przygotowaną pod stosowanie glifosatu, glifosat zaś w większych dawkach zabija bakterie wiążące azot. A że w trzecim świecie nikt specjalnie nie przejmuje się regulacjami, to efekt jest, jaki jest: martwa gleba nie nadająca się pod dalsza uprawę. Można ją oczywiście rekultywować, ale wymaga to sporych nakładów i czasu.

Napisane przez: futrzak | 20 Sierpień 2016

Servicio technico Uruguay

Wlaśnie.
Zaczął ciec boiler do grzania wody – ale że nie z żadnego zaworu i łącza tylko ze środka beki, to Chłop stwierdził, że dzwoni po serwis. Gwarancja skończyła się parę miesięcy temu, ale zrobić trzeba, trudno, zapłacimy.
Pan od serwisu przyszedł we wtorek, obejrzał, powiedział że trzeba to zataszczyć do fabryki i że maksymalnie najdalej za 48 godzin będzie spowrotem.

Ok. We czwartek nie pojawił się – więc gul mi skacze, bo po doświadczeniach argentyńskich z naprawą czegokolwiek już miałam wizje następnego miesiąca mycia się w zimnej wodzie.
Pan wrócił z naprawionym boilerem w piątek, szast-prast zainstalował, powiedział że należy sie 690 peso (ok. 24USD) oraz wyjaśnił, o co chodziło. Otóż, rozszczelnił się zbiornik boilera bo… w budynku jest za duże ciśnienie zimnej wody (jest elektryczna pompa, a nie zbiornik grawitacyjny). W związku z tym ustawił główny zawór wody w pozycji nie otwartej do końca i polecił nie ruszać go.
Problem solved – a przy okazji nie skasował nic za samą naprawę beki – tylko za fatygę, mimo tego, że gwarancja już wyekspirowana.
Nie chciało nam się nawet dzwonić do właścicielki i zawracać jej tyłka taką śmieszną ilością pieniędzy – tym bardziej, że niedawno bez mrugnięcia okiem zapłaciła za nową baterię prysznicową (chce tylko rachunki, ufa nam na tyle, że nie przysyła jakichś inspekcji zaufanych fachowców etc.).

Cóż, od tej strony Urugwaj jest zdecydowanie lepszy niż Argentyna. Jak narazie nikt nie próbował nas oszukać na takich małych rzeczach; właściciele nie skąpią, robiąc naprawy wszystkiego byle jak, zaklejając taśmą klejącą; nie cwaniaczą na wszystkim próbując urwać pare dolarów tam, parę tu. To są niby małe rzeczy, ale potrafią zatruć życie codzienne dość skutecznie…

Napisane przez: futrzak | 19 Sierpień 2016

Cywilizacja rzeczy…

Ludzie w pierwszym świecie mają całą kupę zbędnych sprzętów w domu.

Weźmy taką kanapę. Kanapa, fotele i tzw. jamnik, a wszystko zgromadzone dookoła przedmiotu kultu: telewizora. Kącik tzw. wypoczynkowy. Przy przeprowadzcce przyprawia o ból zębów.
Na co taki klamot? Ja na przykład od kilkunastu lat nie mam telewizora, a od ładnych kilku kanapy. Doszłam do wniosku, że jest ona całkowicie zbędna…

…albo takie wyposażenie kuchni. Jakies kopiate komplety talerzy, talerzyków, misek, miseczek, pierdoletów, sztucców, urządzen, garnków i gadżetów (np. na co komu chocolate fountain???)… łojezu. Dwa garnki i 3 patelnie na ogól w zupełności wystarczają…food processor fajny jest, ale więcej mycia tego po, niż faktycznego używania…

.. ubrania. Ludzie mają całe stosy ubrań, wręcz wyłażą one z szafy, a i tak chodzą w jakichś 20 procentach tego, co mają. Reszta leży, łapie kurz i pleśnieje, albo jest zżerana przez mole…

…albo tak zwane „dekoracje” czyli małe popierdółki, które może i są fajne, ale w ilości kilkudziesięciu zaczynają przyprawiać o ból zębów oraz gromadza kurz w tempie olimpijskim. Na co to komu? Albo jakieś z przeproszeniem kominki-atrapy. Serio. W zyciu do glowy by mi to nie przyszlo, ale po zetknieciu sie z polonia, która bywała dumna z posiadania kominka w domu to…. szczęka mi opadła i cała reszta. Why????
Kominek jako źródło ciepła, urządzenie do robienia mięsa…palenisko… ale funkcja DEKORACYJNA????

O samochodach już w ogóle nie wspomnę, bo zasadniczo powinny to być urządzenia do przewozu ludzi i towarów, a zrobiło się z tego targowisko próżnosci i demonstracja statusu. Nawet psy – biedne zwierzaki – są demonstracją statusu, bo przecież nie każdego stać na mastiffa!

Czemu ludzie sobie to robią? Od przybywania ilości klamotów szczęścia nie przybywa przecież.
Co innego, gdy kogoś stać na życie bez pracy zarobkowej w miejscu, które im się podoba. O, to jest zupełnie co innego i przyznam szczerze, zazdroszczę tym, którzy mogą to robić. W wiekszości wypadków jednak do takiego życia trzeba się po prostu urodzić w bogatej rodzinie, albo co najmniej we właściwym kraju, w którym dzieci pochodzące z biednej rodziny będą miały szansę skończyć studia i dopchać się do klasy średniej. Nawet jednak w takim wypadku typowy scenariusz jest inny: pracujesz całe życie, zarabiasz, żebys miał na starość na jakąś emeryturę, wtedy będzie czas na „cieszenie się życiem bez przymusu pracy zarobkowej”.

Jednak nawet taka perspektywa odjeżdza w siną dal w coraz większej liczbie krajów rozwiniętych – np. w USA. Po kryzysie 2008 roku sytuacja wygląda następująco:
– 33% Amerykanów nie ma żadnych retirement money (czyli emerytury);
– 23% ma mniej niz 10 tys USD (hehe starczy na kilka miesięcy życia…)

Proszę zwrócić uwagę, że to są ludzie, którzy całe życie płacili podatki, w tym większość z nich wpłacała jakąś kasę na retirement fund – tak jak ja. I co? Figa. Po zawale giełdy w 2008 roku zostało mi z moich oszczędności raptem….4%. Żegnaj domku w jakimś tanim kraiku na końcu świata. Dom w Dolinie Krzemowej też szlag trafił (został przejęty przez bank) – oczywiście dom był na kredyt, ale żeby dostać kredyt, musiałam wpłacić gotówką 20% ceny zakupu, i te pieniądze poszły sie paść. I tak dobrze, że wyszłam bez długów.
W takiej sytuacji jak ja, oraz znacznie gorszej, znalazły się miliony Amerykanów – obywateli kraju-imperium, ponoć rozwiniętego, ponoc potęgi, ha ha. O sytuacji ludzi w krajach biednych lepiej w ogóle nie wspominać. Mają fuksa, jeśli nie lecą im bomby na głowę i jeśli nie glodują.

A Polska? Ilu ludzi urodzonych między 1960-2000 będzie w ogóle miało jakąś emeryturę? W jakiej wysokości? Że co, prywatnie sobie odłożą z tej olbrzymiej kasy na śmieciówce, albo etatu za 2600 brutto? Eh.

Ciężką pracą ludzie się bogacą. Ta, jasne. Ciężką pracą dorabia się człowiek garba, i tyle.
Po co się więc wysilać? Czy nie lepiej cieszyć się chwilą i nie myśleć o dniu następnym, skoro i tak, jakby się człowiek nie wysilał, to z gównianej wegetacji dnia codziennego nie da rady wyjść, chyba że wygra jakąś loterię? To już nie te czasy, co kilkaset lat temu podczas kolonizacji, albo chociażby lat 50-tych zeszłego wieku, gdzie dzieci przeciętnej rodziny z klasy średniej miały szansę na lepsze perspektywy niż ich rodzice. Dzisiaj, jak mało kiedy w historii, mobilność społeczna i income inequality jest ogromny i ciągle rośnie.
A licznik tyka.

Napisane przez: futrzak | 18 Sierpień 2016

Koniec łagrowego biznesu w USA

Albowiem Departament Sprawiedliwości oświadczył, że będą rezygnować z prywatnych więzień. Powód: są mniej bezpieczne oraz mniej efektywne niż placówki państwowe – to wersja oficjalna.
Co się tam naprawde działo opisuje reporter, który zatrudnił się jako strażnik w jednym z takich więzień, a potem wszystko opisał. W skrócie: warunki na poziomie więzień trzeciego świata, przemoc, niejednokrotnie śmiertelne pobicia i pogwałcenie jakichkolwiek praw osadzonych.
Nieoficjalna przyczyna to spadek liczby więźniów, a więc zanik popytu…

Inna sprawa, że prywatne firmy żyjące z tego biznesu łatwo się nie dadzą. BTW: wiele z nich było notowanych na giełdzie. Ojej, jakże przykro, że ceny ich udziałów gwałtownie spadły…

Napisane przez: futrzak | 16 Sierpień 2016

Próby okiełznania mafii pośredników nieruchomości

Pisałam już wcześniej, że rynek wynajmu w Buenos jest dziki. Agencje robią co chcą, a przy standardowym kontrakcie wynajmu (2 lata, podpisywane u notariusza) trzeba mieć żyranta z nieruchomością w stolicy. Trzy miesiące temu nowe władze miasta wprowadziły limit w wysokości opłat, ograniczając je do 4,15% liczonych od całej sumy dwuletniego wynajmu.
I co? Nic. Wyniki kontroli: tylko osiem z 49 zarejestrowanych agencji nieruchomości zastosowały się do nowego prawa.
Na dobrą sprawę te agencje powinny zostać zamknięte, ale bardzo wątpię, ze tak sie stanie.

Pieniądze, o które toczy się walka, są dość spore. Agencje oprócz procentów za „pośrednictwo” kasują również inne opłaty, dość po uważaniu. Na przykład: za wynajem dwusypialniowego mieszkania w dzielnicy klasy średniej Palermo wynajmujący musiałby zapłacić ok. 930 USD za „pośrednictwo”, plus koszty sporządzenia raportu na temat żyranta plus depozyt. Czyste bandyctwo, tym bardziej, że agencje ze swojej strony nie gwarantuja nic i nie odpowiadają za nic.

W przygotowaniu jest następna ustawa, w myśl której zostaną również ograniczone opłaty przy odnawianiu kontraktu (po dwóch latach) do 1%. Rozumiecie: ktoś podpisał kontrakt na dwa lata, płacił właścicielowi czynsz, chce nadal tam mieszkać, ale musi *nadal* płacić agencji pośrednictwa za odnowienie kontraktu!

Czy jeszcze ktoś dziwi się, że slumsy w Buenos nie znikają? Obecne władze miasta i tak są lepsze od rządów poprzednich (obecnego prezydenta Macriego) – przynajmniej probują coś robić.
Inna sprawa, że jeśli najlepsze nawet prawo nie będzie egzekwowane, to nic z tego nie wyjdzie…

Napisane przez: futrzak | 11 Sierpień 2016

Droga do sukcesu

W wieku dorosłym Polak karmiony jest prawdami objawionymi odnośnie świetlanej ścieżki do osiągnięcia sukcesu. Kołcze zacierają łapki.

Jedna z prawd oczywistych: utożsamianie błędu z porażką. Że ci, co osiągneli sukces, uczyli się na własnych błędach, wstawali, szli dalej i tak w kółko. Niby prawda, ale…ale jak zwykle ten świat bardziej skomplikowany jest.
Trzeba walczyć nie tylko z porażką, ale i z nawykami utrwalonymi i zaklepanymi na beton przez dekady.

Czego uczy Małego Polaka (i nie tylko jego) system edukacji? Ano dokładnie czegoś przeciwnego. Błąd jest karany od najmłodszych lat, podobnie jak krytyczne myślenie. Pomyliłeś się w rachunkach? pała. Pała z klasówki, pała przy tablicy – w tym ostatnim wypadku można jeszcze liczyć na bonusowe upokorzenie: przypomina mi się tutaj koleżanka z klasy ze szkoły średniej, która pomyliła się na lekcji angielskiego pod tablicą tłumacząc zdanie. Reakcja nauczycielki? „Grace, ty powinnas krowy pasać na tej twojej wsi, a nie uczyć się angielskiego!”.
A taka reakcja nie należała do rzadkości. Co zrobi dorosła Grace? Czy będzie w ogole probowala mowic po angielsku? Nie. Czy byla osamotniona? Nie sądzę. Koleżanka, która pracuje jako tłumacz w UK mówi, ze na codzien tlumaczy dla Polaków, którzy rozumieją angielski, ale ze względu na blokadę nie są w stanie wydusić ze siebie skladnego zdania w lengłydżu.

Myślenie krytyczne, kreatywność? Jasne, jasne. A co spotyka dzieciaka, który odpowiada na źle sformułowane pytania nauczyciela* w sposób niestandardowy? Raczej nic miłego.
Jaka jest główna lekcja wyniesiona ze szkół? Obey, so you survive. Repeat, so you are rewarded.

Czy ktoś jeszcze się dziwi, że po 16 latach takiej pseudoedukacji przeciętny Kowalski boi się porażki, boi się wychylać, nie umie myśleć samodzielnie i daje sobą manipulować?

I tu wkraczają tzw. kołcze. Lekarstwo?
„Bądź świadom możliwości wystąpienia porażki! Zamiast ogłaszać kapitulację – wykorzystaj całą energie, która ci pozostała na wymyślenie sposobu, jak wrócić na właściwe tory!

A któryś mówi, jak właściwie od strony praktycznej zmienić nawyki zalęgłe w czaszce przez ostatnie 2 dekady? Właśnie. Recytują tylko wykute do łba regułki i przekazują dalej, a jak ktoś nie wie jak, to słyszy „bo się za mało starasz”.

Pomyśl o tym, Kowalski, zanim znowu dasz sobie wyprać mózg następną jedynie słuszną receptą na wszystkie niepowodzenia w życiu…zwłaszcza, jeśli to będzie recepta polegająca *znow* na bezmyslnym powtarzaniu i klepaniu czegokolwiek…

* – jednym z takich źle sformułowanych pytań jest klasyczne „co poeta miał na myśli” tudzież „co autor chciał powiedzieć”. Wiele, wiele razy dostałam pałę. Oczywiście bardzo szybko nauczyłam się, że odpowiedź „skąd mam wiedzieć, co miał na myśli, nie miałam okazji spotkać go osobiście i porozmawiac” skutkuje pałą. Potem jednakże też nie było wesoło – zwykle lektury wszystkie czytałam, bo byłam molem książkowym, ale przy „odpytywaniu ze znajomości” też często dostawałam pały – po prostu nie rozumiałam książki tak, jak pani od polskiego na lekcji objaśniała, więc „pani” bardzo szybko uznawała, że widocznie nie przeczytałam książki. Podobnie było z historii. Ponieważ podręczniki nudziły mnie potwornie, to sięgałam po inne źródła – np. historii Polski uczyłam się z książek Jasienicy. I to był mój błąd, bo jak tylko usiłowałam dyskutować, byłam usadzana pałą. Nawet z matematyki kiedyś zawaliłam egzamin komisyjny w szkole średniej, bo „pani” od matematyki uznała, że co z tego, że rozwiązałam wszystkie zadania poprawnie, skoro nie zrobiłam tego metodą, która była w klasie uczona, więc się nie liczy. Wytchnienie przyszlo dopiero na studiach, ale co z tego, skoro uraz pozostal i zajęło mi wiele lat pozbycie się go, a i do dziś czasami hydra podnosi głowę…

Napisane przez: futrzak | 9 Sierpień 2016

Praca zdalna

Pisałam już na ten temat wiele razy….tu czy
tu.

Powtórzę raz jeszcze: technologia tam jest. Ludzka mentalność – nie.
Obecny projekt, przy którym pracuję, jest dla klienta (haha a to ci niespodzianka..) z USA. Moja praca jest CAŁKOWICIE zdalna. Wykonuję ją w całości z mojego własnego, prywatnego komputera (bo jest lepszy niz to, co firma mi oferuje). Nie mam absolutnie żadnej, ale to żadnej potrzeby pojawiać się w biurze firmy macierzystej – tym bardziej, że na sali ogólnej jest hałas, ciągle ktoś łazi, gada, trzaska drzwiami, echo jak nie wiem co (bo łyse ściany i klepka na podłodze), na dodatek zimno jak diabli.
Moja wydajność, gdy siedzę w biurze, jest właściwie żadna. Nie mogę się skupić, jedyne co robię to pogadam se przez komunikator albo odpiszę na maile.
Jak mam z czymś problemy, to i tak muszę się sama nad tym głowić, bo w firmie nie ma nikogo, kto znałby Rubiego i test frameworks, których używam.

Ale nie, k* mać, nie, MUSZĘ być w biurze każdego dnia, chociażby na POŁ dnia. Dlaczego? BO TAK.
Durność tego podejścia mnie po prostu poraża.
W poprzednich firmach klienckich przebywanie u nich w biurze miało sens, bo część zespołu developerskiego to byli Urugwajczycy siedzący obok. Poza tym w biurze była wystarczająca ilość odseparowanych pomieszczen dla tych, którzy chcieli zaszyć sie w kącie i klepać kod albo dla tych, co mieli videokonferencje.
Tutaj – NIC.

Ale siedz w biurze, bo tak.
Po co, no PO CO mieć pracownika, który będzie parę razy bardziej wydajny, szcześliwy i na dodatek jeszcze dostosuje sie do strefy czasowej klienta? (wcześniejszej o 4 godziny niz czas lokalny)? Po co, skoro można być tępą dzidą i wymagać przychodzenia do biura na dziewiąta, BO TAK?

WRRRRRRRRRRRR.

Napisane przez: futrzak | 7 Sierpień 2016

Tam, gdzie zatrzymał się czas….

Jest sobie taki samotny bar…
Zapleśniały sufit z zaciekami, stoły i krzesła sfatygowane, jak każdy inny mebel w lokalu. Kamienica pamięta czasy świetności – stylowe mozaiki w stylu moorish i ciemna, drewniana zabudowa baru, aż pod sam sufit, dziś pokryta jest kurzem i zaniedbana.
Bar prowadzi para staruszków przybyłych z Hiszpanii dawno, dawno temu….pewnie nigdy nie przyszło im do głowy robić remont – łazienka w lokalu dla przybysza z pierwszego świata to horror – styl na narciarza (dziura w podłodze), pod ścianami rynny odprowadzające wodę, zepsuty kran i nic poza tym. Tu nie ma turystów…

…jest za to jedzenie robione przez właścicielkę, tanie….jest tanie wino de karton, a na szybie przyczepiony wizerunek świętej panienki…i ta senna atmosfera końca świata i końca czasu…

Bar_Montevideo

montevideo_sur01
Druga fotka z reboluciongutural.blogspot.com.uy

Napisane przez: futrzak | 3 Sierpień 2016

O potrzebie kupowania domu

Wlaśnie. Czy we współczesnym swiecie to rzecz niezbędna?

IMHO nie, ale z drugiej strony….czy nie jest tak, ze gdyby rynek wynajmu byl normalny, to bardzo wielu ludzi, niedysponujacych gotowka, nie szarpałoby sie z kredytami?

Jakie sa motywacje do kupna? Oczywiscie, wiele ludzi odpowie zaraz jednym tchem: INVESTMENT. Tylko, ze nie. Inwestycja w nieruchomosc jest wtedy, kiedy ceny rosna znacznie szybciej niz koszty utrzymania i amortyzacji, kreując ROI (return on investment). Takie okresy zdarzaja sie zwykle albo na początku bani na nieruchomosciach albo wtedy, gdy ktos ma dostęp do informacji pozwalajacej oszacowac przyszlosc w perspektywie ok. dwoch dekad.
Taki okres prosperity to w USA na przyklad były lata pięćdziesiąte, sześćdziesiąte i az do konca siedemdziesiątych. Wtedy ceny domów w relacji do przeciętnych zarobkow byly całkiem atrakcyjne, a stale rosnąca gospodarka (włączając w to rosnącą siłe nabywczą płac) zapewniala łatwe splaty kredytu.

Kluczowa informacja moze tez byc na znacznie mniejsza skale: np. wiemy, jakie są plany zagospodarowania przestrzennego w danym miejscu wczesniej, niz cala reszta „zwyklych” ludzi. Wtedy mozna na przyklad sprytnie wykupic za bezcen pozornie bezużyteczną działke w poblizu nieistniejacej jeszcze drogi czy centrum handlowego czy podobnego obiektu, zalatwic sobie pozniej jej odrolnienie i sprzedac z zyskiem kilkusetprocentowym. Ten scenariusz zbijania fortun jest znany nie tylko z Polski.

Pozostaje kwestia funduszy. Tutaj znow wygrywaja ci urodzeni we wlasciwych rodzinach (pierwszy milion dostaje sie od taty albo mamy) lub/i ci majacy dostęp do taniego kredytu.
Co dzieje się, gdy grupa ludzi jak powyzej jest bardzo ograniczona i stanowi niewielką procentowo ilosc ludnosci calego kraju? Coz, nawet jesli gospodarka mierzona za pomocą PKB rośnie, w takim rozwijającym sie kraju rosną też slumsy. Duże miasta przyciagają ofertami pracy rzesze ludzi i jesli nie znajdą oni relatywnie tanich mieszkan na wynajem, nie wymagajacych wielkich zabezpieczen, to zaczna osiedlac sie na ziemi niczyjej, budując slumsy.
W krajach bylych demoludów slumsów raczej nie bylo, bo tam, gdzie powstawala jakas fabryka, budowano rownoczesnie hotele robotnicze i mieszkania komunalne. Wszscy narzekali na ich jakość i była to krytyka jak nabardziej słuszna, ale jednak hotel robotniczy mial bieżącą wodę, kanalizację, niecieknący dach, ogrzewanie, elektrycznosc i inne takie frykasy, ktorych w slumsach dookoła świata po prostu nie ma. Kto nie wierzy, niech odwiedzi takie miasta jak Lima, Bombaj, Kalkuta, Manila czy Nairobi. Proszę zauważyć, ze PKB Peru czy Indii w ciągu ostatniej dekady rósł jak na drożdżach, ale slumsy jak były tak dalej są…

Mieszkańcy slumsów, gdyby mieli mozliwosc zapłacenia za wynajem czegoś normalnego, na co byłoby ich stac ze swoich skromnych zarobków robotnikow niewykwalifikowanych, zrobiliby to. Nikt nie chce mieszkaś w slumsach i tylko taki psychol jak Cejrowski twierdzi coś przeciwnego.

Aby nie dopuszczać do powstawania slumsów i problemów z nimi związanych, można zastosowac kilka rozwiazań. Budować mieszkania komunalne na państwowych gruntach (rozwiazanie znane z demoludow i innych krajow o wysokim poziomie redystrybucji dochodow); udostępniać państwowe grunty na długoterminowy wynajem (użytkowanie wieczyste); stosowac scisłą kontrolę wysokości czynszów (rozwiązania te na ogół jednak nie działaja – vide przyklad San Francisco) albo…udostępnić zwykłym ludziom kredyt.

Kredyt, kredyt is the king.
Pozornie to świetne rozwiązanie – zwykły Kowalski wreszcie ma dom, banki się bogacą, PKB rośnie.
Tylko, że nie – a pokazał to ostatni kryzys 2008 roku w USA, który mało co nie rozwalił światowej gospodarki w drobny mak.
Dobrze jest, gdy jest dobrze. Kiedy jednak przeciętny Kowalski traci pracę w wyniku recesji albo coś dzieje się z jego zdrowiem i nie może pracować – traci również dom. Najpierw żyje się i spłaca kredyt z oszczędności, potem maksuje karty kredytowe, pożycza od znajomych, wreszcie przychodzi czas na licytację. W warunkach polskich Kowalski kończy bez domu i z długiem niemożliwym do spłacenia. W warunkach amerykańskich można skończyć bez długu (bo odpowiada się tylko swoją nieruchomością, ale trzeba spełnić szereg warunków, a to zależy od prawa stanowego oraz tego na co był dom przeznaczony i czy robiło się refinance czy nie).

Kto zyskuje? W długiej perspektywie ci, którzy mają duży zasób żywej gotówki – w chwili zapaści rynku nieruchomości i totalnej zapaści cen idą kupować za półdarmo, oczywiście w najlepszych lokalizacjach. Reszta nieruchomości rozpada się i gnije (vide Detroit, Stockton i parę innych miast w USA), ludzie kończą na ulicach.

Z punktu widzenia ekonomii zasobów naszej planety to jest czyste marnotrawstwo. Z punktu widzenia dobrostanu społecznego też – znika klasa średnia, zwykli ludzie biednieją, bogaci sie klasa najbogatszych. Taki układ na dłuższą metę jest nie do utrzymania – jak pokazuje historia ludzkości przy zbyt wielkich nierównościach społecznych dochodzi albo do rewolucji, albo do niszczącej wojny, albo obu rzecz naraz.
A dziś? Cóż, jeszcze nigdy przedtem tak niewielu nie miało tak wiele…

PS:
Dzisiejszy wpis sponsoruje trzygodzinna przerwa w dostawie prądu. Wywaliło dwie główne linie przesyłowe, 85% Urugwaju było bez prądu. Zlożył sie na to przykry zbieg okoliczności: zero wiatru, zero słońca (95% energii elektrycznej pochodzi ze źródeł odnawialnych), niezwykle zimna pogoda, w związku z czym nastąpił skok zużycia rano, kiedy wszyscy poszli do pracy i odpalili wszelakie możliwe urządzenia grzejące.

Napisane przez: futrzak | 28 Lipiec 2016

Aktualności oraz filmik o Urugwaju

Niestety, nadal nie mam czasu, bo roboty na nowym projekcie mnóstwo :-(

Będzie więc cukiereczek dla oczu: reklamówka promująca Urugwaj jako znakomitą lokalizację do robienia filmów oraz innych projektów tzw. audiowizualnych.
Jak na mój gust jest o minutę za długa oraz szkoda, że nie ma wersji angielskiej – widocznie nie była przeznaczona (przynajmniej ta wersja) na rynek anglojęzyczny. Proszę się nie zrażać początkowymi tekstami po hiszpańsku, dalej będa fajne obrazki, efekty i te rzeczy ;)

Lista zachęt/zalet wymieniona na początku:
– zerowy VAT na zagraniczne produkcje
– najbezpieczniejszy i najbardziej transparentny kraj w Ameryce Południowej (czytaj: najmniej skorumpowany)
– zróżnicowane plenery w niewielkiej odległości, łatwa logistyka
– pory roku odwrotne w stosunku do północnej półkuli
– profesjonaliści z dużym doświadczeniem
– sprzęt najnowszej generacji
– krótkie terminy rezerwacji ekip i produktów
– różnorodni etnicznie statyści i aktorzy
– opłaty za plenery konkurencyjne cenowo
– szybkie załatwianie pozwoleń

Napisane przez: futrzak | 24 Lipiec 2016

Co jest ważniejsze?

Zasadniczo, psze państwa, dzieją się rzeczy ciekawe na świecie. Na przykład odkąd na światło dzienne wypłyneły emaile DNC, nie można już oskarżać zwolenników Sandersa o snucie teorii spiskowych – po prostu wierchuszka partii demokratycznej ustawiała Clintonową jako faworyta od początku, stosując wszelakie możliwe brudne zagrywki. Tyle w temacie tzw. demokracji, a może durnokracji, bo stada naiwniaków dają się nadal nabierać.
Jeszcze ciekawszą informacją jest to, że prokurator z departament stanu nakazał fundacji Clintonów dostarczyć wszelakie dokumenty dotyczące zagranicznych darczyńców w okresie sprawowania przez Hillary funkcji sekretarza stanu. [zrodlo].
Burn baby, burn. Nie ma znaczenia pochodzenie źródła Wikileaks. Jakby kózka nie beczała, to by w dupę nie dostała – najpierw kupa durni z partii demokratycznej miala gdzieś jakiekolwiek cyber-bezpieczeństwo swoich własnych serwerów z emalią, a potem zachowywali się jak udzielne książątka, kpiąc ze wszystkich.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje, a nawet jeśli zainteresuje, to z ulgą odetchnie on na nutę „ci durni lewacy”.
Dlatego, dla owych oświeconych politycznie czytelników, mam znacznie bardziej doniosłą nowinę:
testuję właśnie patelnię ceramiczną i zaprawdę powiadam wam – jest znacznie lepsza od teflonowej!!!
A jak ktoś wyrazi zainteresowanie, to zdradzę sekret następnej teorii spiskowej dotyczącej teflonu. No.

Napisane przez: futrzak | 22 Lipiec 2016

Upadek imperium…..

A tymczasem Trump został oficjalnym kandydatem republikanów. Niestety, ma on duże szanse wygrać, bo przy pokręconej amerykańskiej ordynacji kluczowe będą głosy z kilku stanów – tych raczej niesprzyjających demokratom.
Jeśli faktycznie tak się stanie, to cóż, przygotuj się świecie na jazdę bez trzymanki…

Napisane przez: futrzak | 19 Lipiec 2016

Edukacja – podejście wolnorynkowe

Pamietam lata 90-te w Polsce i propagande dotyczacą edukacji. Ta polska, panstwowa byla zła, bez sensu i w ogole do niczego. Jak zlotego jednorozca hołubiono przed studentami obraz wspanialej, cudownej prywatnej edukacji – zwlaszcza wyższej. Po przyklad zawsze zwracano sie w strone USA i ich prywatnych uniwersytetow będacych swiatową czołówka. Stanford, Harvard, Princeton, ten sprawy.
Czytaj dalej…

Napisane przez: futrzak | 16 Lipiec 2016

Meczet w Montevideo?

W weekend – ale ZESZŁY – nastapiło jakies niesamowite objawienie i objawila sie piękna, słoneczna pogoda. 18 st C i ZERO wiatru, a to przecież środek zimy. O matko!
Rzekomorze* wygladalo rano tak:

IMG_0595

Nic tylko siąść i medytowac, nie?
Czytaj dalej…

Napisane przez: futrzak | 15 Lipiec 2016

Bo ja sprytny jestem!

Gazeta doniosla o ekscesach pewnego Polaka w Chorwacji: zamowil wraz z rodzina posilek, skonczyli, przed ostatnim kesem Polak pobiegl z talerzem z pretensjami do kelnera, ze muchy znalazl.
Rachunek do zaplacenia darowano.
Jednak wlasciciel zaczal byc cokolwiek podejrzliwy, bo biznes jego rodzina prowadzi od 3 pokolen i jeszcze im sie taki przypadek nie zdarzyl. Przejrzal wiec nagranie z monitoringu i wyszlo szydlo z worka – Polak sam wrzucil sobie muchy do talerza, zeby uniknac placenia rachunku.

Zdarzenie jak zdarzenie, ale rozwalil mnie jeden komentarz:
Jak nic uczeń Kuźniara. Z cyklu: „dopłacą ci za podróż dookoła świata”.

Gdyby ktos nie pamietal, to przypomne co pan Kuzniar publicznie kiedys powiedzial:

Podróże są fantastyczne dla dzieci. Widzę, jak Zośka reaguje na wszystko, co nowe. Na ludzi, jedzenie. Na podróż z dzieckiem wcale nie jest trudno się spakować, nie trzeba brać wanienek, krzesełek i bóg wie czego jeszcze. Fotelik samochodowy? Nie ma sensu – stwierdził. – Do Kanady i USA nie braliśmy żadnych gadżetów. Pojechaliśmy do Walmartu, kupiliśmy wszystko, co było nam potrzebne, a pod koniec podróży wszystko oddaliśmy, mówiąc, że nam nie pasowało.

Taki Janek Kowalski uslyszy podobne stwierdzenie w telewizornii, uzna ze o, jaki zajebisty sposob – i sam zaczyna kombinowac, jakby tu nie placic w wojazach.
Rosnie nowe pokolenie „spryciarzy”, rosnie…

Napisane przez: futrzak | 14 Lipiec 2016

Co dalej w Argentynie

Sama dobroc wolnego rynku dala o sobie znac w Argentynie.
Obecny rzad, dochodzac do wladzy obiecywal zlote gory, rownoczesnie krytykujac poprzednikow.
Zdaje sie, ze dopiero teraz zaczyna do Macriego i spolki docierac, ze gospodarka to nie jest magiczne pudelko opisywane przez neoliberalnych piewcow. Ze wystarczy obnizyc podatki (zwlaszcza najbogatszym), puscic na zywiol wszystko co sie da i zapanuje wielka szczesliwosc.

Jak narazie zapanowala inflacja: 40% w polowie roku, wobec planowanych rzadowych 25% rocznie;
Rowniez minister ekonomii Prat Gay przyznal oficjalnie, ze rzad nie spodziewal sie podwyzek utilities w wysokosci.. 1000%..

Jakas czesc problemow zwiazana jest ze zwolnieniem gospodarki krajow osciennych i recesja, jasne, ale jak pokazala praktyka wielu krajow (w tym Polski po 89 roku), nagle uwolnienie cen i puszczenie wszystkiego na zywiol powoduje uderzenie w zwyklych ludzi – bo podwyzki plac nawet jesli nastapia, to sa nizsze niz inflacja i opoznione. Przez te pare miesiecy albo i wiecej ludziom nie starcza na podstawowe potrzeby (oplaty, jedzenie), obcinaja wszelakie inne wydatki, opozniaja sie ze stalymi platnosciami i recesja tylko sie poglebia, poczem kolejna grupa ludzi laduje poza granica ubostwa.
Argentyna cwiczyla ten scenariusz w 2001 roku, a rzad Macriego nic, ale to nic sie nie nauczyl i nie wyciagnal z tego spektakularnego bankructwa zadnych wnioskow…

Rozmawialam ze znajoma z Buenos – pod koniec roku planuja sie przeniesc do USA (jakims cudem udalo im sie wizy H1B zalatwic) – ale tez nie do konca wiadomo, jak pojdzie, bo kupcow na biznes i dom nie widac.

Napisane przez: futrzak | 12 Lipiec 2016

Przeklenstwo bycia overqualified

Od prawie 30 lat, odkad zaczelam parac sie praca w celach zarobkowych, gdy tylko stwierdzalam ze cos jest nie tak, slyszalam: bo jestes zle wykwalifikowana/niedokwalifikowana/malo wyspecjalizowana etc. Znaczy: zrob dodatkowa szkole/kursy/certyfikaty/doswiadczenie etc. a potem napewno znajdziesz dobra prace, bo specjalisci sa poszukiwani.

Yo.
Minely trzy dekady, doszlam do etapu pracy jako kontraktor, ktory jest rzucany na odcinki specjalne w celu blyskawicznego gaszenia pozarow. Opinie od klientow mam nieskazitelna, sa szczesliwi, laurki, te sprawy i….po 3-4 miesiacach moj kontrakt sie konczy, a karuzela zaczyna zaczyna od poczatku.
Prawda jest taka, ze firmy nie chca zatrudniac kogos takiego jak ja na stale. Mam „zbyt duze doswiadczenie” – czytaj: boimy sie, ze mozesz nas wygryzc.
W zwiazku z tym moja praca w tzw. systemie agile polega na wyrywaniu z gardla strzepow informacji o produkcie, ktora to informacja jest w glowach ludzkich tylko i wylacznie, a tzw. system agile sprzyja temu podejsciu: wszak dokumentacja to strata czasu, czytaj kod albo zapytaj sie Janka product ownera, jakie mial plany i jak to mialo dzialac rok temu. O, dzisiaj tak nie dziala? Ojej, widocznie sie cos zmienilo, wiesz, nie dotykalem tego kodu od roku, nie wiedzialem…

Firmy najchetniej zatrudniaja ludzi w srednim wieku, najlepiej wasko specjalizowanych, najlepiej z rodzina na utrzymaniu i z kredytem i najlepiej facetow. Waska specjalizacja i niezbyt duze doswiadczenie gwarantuje, ze taki czlowiek nie znajdzie szybko dobrze platnej pracy, a nawet jesli znajdzie (zalozmy, ze akurat jest minimalne bezrobocie a ludzie z dzialki IT sa pilnie poszukiwani), to dziesiec razy sie zastanowi, bo przeciez co miesiac musi zaplacic kredyt i wykarmic dziecko. To ogromna odpowiedzialnosc, nie bedzie wiec czynil zadnych gwaltownych ruchow. Z drugiej strony dobrze zeby to byl facet, bo w razie czego zostanie bez problemu po godzinach, a jeszcze jak sie go postraszy zwolnieniem, to nie bedzie nawet domagal sie zaplaty za te nadgodziny…

Inwestowanie w pracownikow, uwazanie ich za asset? To coraz bardziej piesn przeszlosci. Po co inwestowac w pracownikow, skoro to, ile firma zarobi, zalezy od podpisanych kontraktow, a te z kolei zaleza od kasy wydanej na lobbying/lapowki a nie od jakosci sprzedawanych produktow?
Jakosc liczy sie tam, gdzie koncowy uzytkownik jest w stanie zauwazyc roznice – np. porowna sobie dwa chleby, jeden jest dobry, a drugi zakalec. Wiadomo, ze bedzie wolal ten lepszy. Zreszta, nawet w tym przypadku tez nie do konca moze to dzialac w ten sposob: starczy, ze producent syfiastego chleba przekupi lokalne wladze, zeby nie wydaly pozwolenia na zbudowanie nowej piekarni. Problem solved, konkurencja wyeliminowana, tanim kosztem.
Powie ktos, ze gdyby wladze nie regulowaly podobnych rzeczy, to nie byloby problemu. Otoz bylby, co pokazuje historia kolonizacji nowych terenow z bogatymi zasobami. Tam, gdzie nie ma solidnej struktury lokalnych wladz, wchodzi mafia ze swoimi prostymi metodami: tajemnicze zaginiecia, podpalenia, niewyjasnione wypadki samochodowe albo wrecz proste i malownicze odstrzeliwanie konkurencji na ulicach.

Wrocmy jednak do tematu: jakie stad wnioski plyna? Jesli nie jestes czlowieku z kasty bogatych* a pracujesz zarobkowo, to lepiej zapewnij sobie sam wlasna emeryture najdalej po czterdziestce, a przed piecdziesiatka, bo laska panska panska na pstrym koniu jezdzi i dzis masz prace, a jutro mozesz nie miec. Jak jej nie bedziesz mial wystarczajaco dlugo, to przezresz wszystkie oszczednosci i bedziesz w punkcie wyjscia swiezego absolwenta collegu – z tym, ze ich zatrudniaja z checia, a ciebie odkopia na smietnik historii….

PS:
kasta bogatych to ludzie, ktorzy w dowolnej chwili zycia nie musza pracowac zarobkowo, bo moga zyc z dochodu pasywnego. W sklali swiata ogromna wiekszosc tych ludzi po prostu urodzila sie w bogatych rodzinach i nawet jesli wniesli cos do puli ludzkosci (np. taki Gates…) to przeciez pierwszego miliona na rozkrecenie biznesu nie musieli pozyczac, bo dostali od tatusia lub mamusi w prezencie, i nawet jak im nie wyszlo, to mogli jeszcze probowac raz drugi, trzeci i czwarty, bo przykry reality check w postaci wyladowania na ulicy nigdy im nie grozil.

PS2:
zostaje jeszcze kwestia dochodu podstawowego. Obawiam sie jednak, ze zanim zostanie powszechnie wprowadzony w zycie, to moje pokolenie zdazy juz dokonac zywota..

Napisane przez: futrzak | 10 Lipiec 2016

Posłowie – o rasizmie

13_n

A demonstrator protesting the shooting death of Alton Sterling is detained by law enforcement near the headquarters of the Baton Rouge Police Department in Baton Rouge.
[Osoba biorąca udział w proteście przeciwko zastrzeleniu Altona Sterlina jest aresztowana przez funkcjonariuszy w pobliżu komisariatu policji w Baton Rouge].
Autor Jonathan Bachman of Reuters.

Komentarz pewnego internauty, a konkretnie pisarza mieszkającego w San Francisco:

This is one of the most powerful images I’ve seen in years.

You’re peeking directly into the laboratory of white supremacy. A system that will send TWO men in full riot gear to arrest ONE Black woman for one purpose: give her a criminal record.

If she is charged (most Black protestors are) for participating in a peaceful protest, she’ll be forced to disclose her new criminal record on ALL job applications and applications for rent.

That one small change can limit where she works, how much she can get paid, and where she can rent.

The implications are LIFE CHANGING. This act of arresting peaceful Black protestors is SYSTEMATIC RACISM AT WORK, BEFORE YOUR VERY EYES.

„You’re a Harvard Law graduate? 7 years of experience? Nice! Ooh, it looks like you have a criminal record… Sorry!”

[To jeden z najmocniejszych obrazów, jakie widziałem w ciągu ostatnich lat. Patrzysz bezpośrednio na system stworzony przez białą supremację: system, który wysyła dwóch funkcjonariuszy w pełnym wyposażeniu żeby aresztować jedną czarną kobietę po to, by była notowana. Jeśli zostanie oskarżona (a większość czarnych prostestantów tak kończy) o udział w pokojowym proteście, będzie zmuszona poinformować o tym fakcie na wszystkich aplikacjach o pracę i o wynajem. Posiadanie criminal record ogranicza możliwe oferty pracy i płacy oraz to, gdzie będzie mogła wynając mieszkanie. To będzie miało wpływ na całe jej życie. „Oh, skończyłaś prawo na Harvardzie? 7 lat doświadczenia? Świetnie! Ooooo ale byłas notowana. Dowidzenia!”]

I jeszcze jedno zdjęcie. Jak policja traktuje białych uzbrojonych protestujących:
[Confederate Rally in Stone Mountain]

23f

Napisane przez: futrzak | 8 Lipiec 2016

Strzelanina w Dallas

To była własciwie kwestia czasu, niczego wiecej.
Powszechny i niekontrolowany dostep do broni, nie wyłączajac karabinow szturmowych; stany, w ktorych każdy – nawet podejrzany znajdujacy sie na liscie potencjalnych terorystow, osoba chora psychicznie czy ktos notowany – moze wejsc do sklepu i kupic sobie dowolną broń, no questions asked; wreszcie zamiatanie pod dywan kolejnych przypadkow strzelania do czarnych Amerykanow jak do kaczek – to się musiało tak skonczyć.

Teraz następują rytualne potępienia, płacze i tak dalej. Atmosfera nienawiści już buzuje, a podziały się pogłebiają. Każdy rasista i white supremacists uważa, że oto potwierdziły się ich teorie – czarnuchy zabijają policjantów, wytłuc ich wszystkich, a ci co nie zdechną, niech idą pracować na pola bawełny jak za dawnych czasów, bo tam ich miejsce.
Czarni są coraz bardziej wkurzeni, bo coraz trudniej zwykłym ludziom przeżyć w tym kraju a ci, którzy zabijają bezbronnych czarnych, są oddelegowywani na „paid administrative leave” i na tym sie sprawiedliwość kończy.

Ciekawe, co jeszcze musi się stać, żeby uregulować dostęp do broni palnej oraz zreformować policję? Kiedy do tych tępych debili w kongresie dotrze, że sytuacja jest na granicy? Czy musi znależć się następny desperat snajper, który tym razem zacznie wybijać jak kaczki skorumpowanych kongresmanów i szefostwo CIA, zbierające na nieprzewidziane wydatki handlem narkotykami?

Older Posts »

Kategorie

Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Dołącz do 230 obserwujących.