Napisane przez: futrzak | 29 Kwiecień 2016

Wege być

Dzis na pracowy lunch dostałam przez przypadek miskę koleżanki weganki. Byla to cazuela de lentejas czyli cos w rodzaju gęstego stew składającego się z soczewicy, tyle że bez żadnej wkładki mięsnej. Normalnie ląduje w tym kiełbasa i boczek i wtedy potrawa jest całkiem kompletna i sycąca oraz całkiem dobra. No ale że miała być wersja wege, to żadnego mięsa i robione na oleju roślinnym.

Zjadłam.
Bez smaku było, ot rozgotowana soczewica z innymi warzywkami.
No wiec zjadłam i… po dwóch godzinach zrobiłam sie głodna. Po trzech już trąbi mi w brzuchu na całego.

Nie mam pojęcia jak weganie sobie z tym radzą. Ja chyba musiałabym jeść co 2-3 godziny oraz spędzać w kuchni 3/4 mojego życia, bo przygotowanie tych wszystkich roślin jest bardzo pracochłonne.
Hm.

Zdecydowanie pozostanę przy diecie mięsnej…

Napisane przez: futrzak | 27 Kwiecień 2016

Terror sweterkow

Ten tydzien stoi pod znakiem potwornego zimna tj. w nocy spada ponizej 10 stopni C, w dzien ledwie do 13 dociaga i wiatr lodowaty wieje.

Z temperatura na zewnatrz nie mam problemow – kurtka ocieplana, buty do hike i welniane skarpety. Ale siedzenie w zimnym biurze… to dopiero jest problem. W obecnej firmie niestety centralnego ogrzewania nie ma, tylko klima dwustronna. A ze budynek stary, z wysokimi sufitami, to wiadomo jak to dziala – czytaj: nie dziala.

Po raz kolejny zaluje, ze wszystkie swoje ubranka do snowbordu zostawilam w Kalifornii w pudlach :-/
Od przydalyby sie teraz te portki z fleece, termoaktywne koszulki, bluzy polarowe i cala reszta. Ale kupa, nie ma.
Wybralam sie wiec do lokalnych sklepow w celu nabycia przynajmniej jednej cieplej bluzy polarkowej.. a tu tez kupa.

Znaczy sie oferta zimowa jest, jak najbardziej. Masa kurtek z podbitka, zatrzesienie szalikow, czapek i rekawiczek, termofory, koce elektryczne i….. sweterki.
Chrystepanie, cala masa SWETERKOW. Brzydkich jak listopadowa noc. Normalnie poczulam sie jak w Polsce lat 90-tych – wszyscy chodzili w sweterkach. Paskudnych.

Nie wiem, co oni maja z tymi sweterkami. A juz damskie to w ogole szczyt wszystkiego. Koszmar. Nie dosc, ze kolorystyka przypomina szmaty wymoczone w blocie, to jeszcze wszystko ze sztucznego materialu i obcisle. A ja nie znosze obcislych ubran.
Jedyne, co jest godne uwagi, to rekodziela z naturalnej welny z Manos del Uruguay – niestety ceny maja coskolwiek z kosmosu…

Droga Zosiu, co robic, jak zyc?!

Gdybym pracowala z domu to okrecilabym sie kocykiem, na leb zalozyla szlafmyce, a do gardla wlala herbatke z rumem. A tak, coz, nie da sie.
Chociaz z drugiej strony kwestia koca jest rzecza do przemyslenia…oczywiscie wszyscy beda ze mnie polewac, ze ja tu prosze, z Polski, z zimnego kraju, a w kocu latam. No i kij im w ucho…

Napisane przez: futrzak | 24 Kwiecień 2016

Czy podwyżka płacy minimalnej powoduje podwyżkę cen?

W USA od jakiegoś czasu trwa dyskusja na temat minimum wage.
Zwolennicy argumentują, że obecna federalna – 7.25 USD/hour – nie wystarcza na przeżycie zakładając, że ktoś wyrabia cały etat (czyli 40 godzin tygodniowo).

I to prawda, nie wystarcza, a jeśli ktoś ma na utrzymaniu dzieci, to musi juz korzystać z pomocy zewnętrznej (bony żywnosciowe, charities, etc.).
Dzisiejsza minimum wage (z 2014 r.) w porównaniu z tą z 1968 roku jest niższa o 24% (po uwzględnieniu inflacji) pomimo tego, że produktywność od tego czasu wzrosła prawie dwukrotnie, a kwalifikacje i edukacja low wage workers są wyższe.

Przeciwnicy przytaczają najróżniejsze argumenty, z czego jeden z najważniejszych brzmi: tak, podnieście płacę minimalną, to zobaczycie jak ceny wszystkiego skoczą w górę.

Tylko, że nie.
Seattle podniosło minimum wage na swoim terenie do 15 USD/h. rok temu. Wyniki badań przeprowadzonych przez naukowców z uniwersytetu stanowego zaskoczyły ich samym. Okazalo się bowiem, ze ceny nie wzrosły.

Argument polegający na straszeniu wzrostem cen i wizją bankructwa ma zresztą dluga tradycję w USA….

CorporateWhining

Napisane przez: futrzak | 23 Kwiecień 2016

Prezydenckie kłamczuszki

Nie trzeba bylo dlugo czekac. Jeszcze na poczatku tego miesiaca Macri twierdzil, ze byl tylko figurantem w Fleg Trading zarejestrowanej i obslugiwanej przez Mossac Fonseca, a sama firma od 2008 roku jest nieaktywna.

Tylko, ze nie. Dziennikarze Ambito Financiero znalezli dokumenty zaprzeczajace wersji Macriego.
Ciekawe co teraz powie, pewnie ze nic nie wiedzial, bo cala sprawa zajmowal sie ksiegowy jego ojca, a on jak wiadomo nie wtajemnicza w detale dzialania firmy takich ludzi jak wlasciciel i CEO :)

Tymczasem.
O ile zwykli Argentynczycy dostaja w tylek inflacja i masowymi zwolnieniami, o tyle jest juz jedna grupa, ktora na ruchach nowego rzadu oblowila sie – tzw. inwestorzy. Wyglada bowiem na to, ze wtorkowa sprzedaz bondow argentynskich poszla po zanizonej cenie, dzieki temu ci, ktorzy je zakupili, mogli zaraz odsprzedac z zyskiem na wtornym rynku. Zysk wyniosl 600 mln dolarow. Sprawa smierdzi na kilometr, ale o szczegolach pewnie nie bedzie dane publice sie dowiedziec…

Napisane przez: futrzak | 20 Kwiecień 2016

Z cyklu muszę, muszę, bo się uduszę

Dostalam w pracy w spadku automated framework oraz zautomatyzowane testy do czesci aplikacji.
Sa one nieczytelne, o czym pisalam juz wczesniej. Nieczytelne mimo tego, ze owa framework zostala zaprojektowana tak, zeby zarazem slużyc za wysokiego poziomu dokumentację features, czytelną nawet dla części byznesowej.

Cóż.
Przebijam sie linijka po linijce analizując i wykonując kod oraz wykonując te testy manualnie, żeby w ogole zrozumiec, co też to do ciezkiej k* nędzy robi.

Im dalej w las, tym wiekszej kociej mordy dostaję albowiem… albowiem autor tego kodu wypełnia punkt po punkcie opis z ksiazki z rozdzialu pod tytulem „what can go wrong”.
Seriously. Kazdy jeden pieprzony punkt.
Ja pierdolę. Po prostu w pale mi się to nie mieści.
Teoretycznie powinien był przerobic tę ksiazkę – tak samo jak i ja. Teoretycznie powinien podazac za guidelines, napisanymi notabene przez szefową. To ona robila implementację tej framework i napisala bardzo duzo testow 2 lata temu. Obejrzalam sobie JEJ kod – bardzo elegancki i czytelny, zrobione wszystko jak trzeba.

Jak, jak mozna było spieprzyć cos, co bylo zrobione dobrze???
Nie pojmuję.

I jeszcze to: gdy poruszylam w/w problemy, szefowa odparla, ze oh moze R. powinien był zrobic testy bardziej modularne, ale przecież się wykonują* i to wcale nie jest tak, ze kod nieczytelny.

Dlaczego kłamie w żywe oczy? O co tu chodzi?
Gościu ma potężne problemy z komunikacją – i to opinia nie tylko moja, ale całego zespołu z Montevideo. Raporty błędów i jego kod wyglądają, jakby autor cierpiał na ciężką sraczkę umysłową. Taka osoba nie powinna była zostać programistą, a już tym bardziej SQA.
To wszystko miałabym daleko w d* – w koncu nie ja jestem szefową tego pana – gdyby nie jedno ale.
To mnie zwalono na łeb niedorobione wypłody owego osobnika i na dodatek zakazano refactoringu przy jednoczesnym wymogu utrzymywania całego bajzla w ruchu.
Podsumowujac: bedzie zabawnie…

* – to, ze jakis program sie wykonuje, o niczym nie swiadczy albowiem mozna zrobic to tak, jak kilka lat temu zrobil zespol z Indii, z ktorym pracowalam. Byli odpowiedzialni za testowanie incoming feeds z danymi. Setki tysiecy rekordow wrzucanych do bazy danych codziennie, najpierw musialy byc konwertowane na .csv (bo szly z jakiegos przedpotopowego mainframe) a potem trzeba bylo sprawdzic, czy wszystko trafilo do odpowiednich tabel w relacyjnej bazie danych. Oczywiscie, nikt nie robil tego recznie, tylko automatycznie. Wszystko ladnie pieknie, ale klienci narzekali coraz bardziej na ilosc bledow w systemie – takich, ktore powinny byly zostac zauwazone przez automatyczne testy zespolu z Indii. Sprawa zaczela sie robic coraz grubsza, az wreszcie dyrektor dzialu jakosci dostal ochrzan od swojego zwierzchnika i polecenie zajecia sie sprawa. Sprawa w koncu trafila do mnie. Pogrzebalam, pogrzebalam i cos mi sie nie zgadza: recznie zmodyfikowalam pare rekordow w bazie tak, zeby celowo wygenerowac bledy. Wykonuje automatyczne testy a one nic – wszystkie zwracaja „pass” jako rezultat. WTF?
Zagladam do kodu i co widze? Otoz na zakonczenie kazdego testu widze hardcoded result=1
Slowem: niezaleznie od tego, jak dany test sie wykonal, zawsze zwracal do framework wartosc 1 czyli pass.
Kurtyyyynaaaaa.
Myslicie, ze po tym wydarzeniu zespolowi z Indii anulowano kontrakt? A skad.

Napisane przez: futrzak | 19 Kwiecień 2016

Tornado w Dolores

To jak na Urugwaj rzecz niezwykla, bo jak dotad tornada raczej sie tu nie zdarzaly. Ale klimat sie zmienia na skutek ocieplania i dopoki nie zostanie osiagnieta nowa rownowaga, caly glob bedzie arena gwaltownych fenomenow pogodowych nie zdarzajacych sie w danych miejscach wczesniej.

Dolores to mala, dwudziestotysieczna miescinka przy granicy z Argentyna, jakies 20 km od ujscia rzeki Urugwaj.
Tornado (tutaj video, gdyby ktos chcial sobie obejrzec) przeszlo w piatek, zabijajac cztery osoby i raniac kilkaset, zmiatajac po drodze kilkadziesiat domow.
Antel – panstwowa firma telekomunikacyjna – juz kilkanascie godzin po zorganizowala akcje SMSowa zbierania datkow. Oprocz tego ruszyli z idywidualna pomoca ludzie – w tym kolezanka z pracy w weekend.

Ale to nie koniec problemow. Deszcz pada i pada, w ciagu 6 godzin potrafi spasc do 100 mm wody. W calym kraju alarm przeciwpowodziowy, ewakuowano ok. 4 tys. rodzin – wiekszosc z departamentow Colonia i San Jose. Pozamykano szkoly, ok 37 drog w kraju jest nieprzejezdnych.

Wszyscy czekaja na srode, kiedy ponoc ma przestac padac…

Tyle zostalo z kosciola w Dolores. Zdjecie z CNNespanol.

dolores-iglesia

Napisane przez: futrzak | 17 Kwiecień 2016

Śpiewać każdy może…

W USA jest zwyczaj karaoke tj. śpiewania przez amatorów do znanych kawałków muzycznych – np. ktoś robi wokal do Stairway to Heaven zastępując Planta…

A w Urugwaju jest zwyczaj gitarowego karaoke. Serio, spiewać nikt się nie rzuca, ale jeśli zbiera się jakaś impreza, to zawsze idzie komunikat: ci, co grają, mają zabrać gitarę. A potem.. potem właśnie zaczyna sie gitarowe karaoke.

Ja nie wiem, co gorsze.
Jak dla mnie jedno i drugie tragedia – chyba że trafi sie samorodny talent….

A tak poza tym, wszystkim, którzy twierdzą, że mamy „erę Internetu”, że praca zdalna nie problem, że są tysiące ogłoszeń – otóż wszystkim takim ludziom mam do powiedzenia jedno: nie masz zielonego pojęcia, o czym mówisz.
Owszem, wrzucenie odpowiedniego filtra na search w temacie ofert pracy na branżowych websajtach zwraca tysiące ofert, które mają zaznaczone „praca zdalna”.
I co? I kupa. Bo to jest praca zdalna raz, dwa razy w tygodniu albo w najlepszym wypadku pojawiasz sie w biurze raz na miesiąc, plus na każde „wezwanie”. Oczywiscie interview, pierwszy miesiąc i tak dalej są na miejscu.
Jak dla mnie – odpada.
Firm takich jak poprzednia — gdzie cały interview odbył sie via Skype, gdzie potem pracowalam całkowicie zdalnie z Ameryki Południowej dla firmy w USA przez dwa i pół roku – nie znając osobiście NIKOGO ze wspołpracowników – otóż takich firm jest tyle, co kot napłakał.
W związku z tym proszę mi nie zawracać tyłka nudzeniem, jak to „są tysiące ofert, tylko ty sie nie nadajesz”.
Nie wiecie o czym mówicie miśki, ale chlapać jęzorem jest łatwo, 2 minuty obejrzenia zajawek ogłoszeń i myślicie, że macie opanowany temat.
Ta….

Napisane przez: futrzak | 14 Kwiecień 2016

Wolna wola to złudzenie

Tam, gdzie wcześniej spierali się filozofowie z teologami, dziś rozstrzyga nauka:

Okazało się, że rejestrowana za pomocą fMRI aktywność neuronów związanych z decyzją była widoczna nawet siedem sekund przed świadomym wyborem pomiędzy przyciskami. Naukowcy wiedzieli kiedy ten świadomy wybór następował dzięki informacji o zapamiętanej literze, którą badani widzieli w momencie podjęcia decyzji. Nie to jednak było najważniejszym osiągnięciem eksperymentu.
Dzięki specjalnej metodzie, nazywanej wielowariantowym rozpoznawaniem wzorców, okazało się, że po pewnej liczbie powtórzeń procedury dało się odgadnąć, który przycisk nacisną badani zanim ci uświadomią sobie swoją własną decyzję. Przewidywanie było możliwe już w momencie pojawienia się w ich mózgach aktywności neuronalnej – a zatem wspomniane siedem sekund przed świadomym wyborem. Wynika z tego, że decyzje nie są efektem świadomości, a nieświadomej aktywności mózgu. Świadomość w pewnym sensie zostaje „poinformowana” o efekcie nieświadomych procesów, nie ma jednak dostępu do algorytmu decyzyjnego, więc wydaje jej się, że to ona jest autorem wyboru. Mówiąc bardziej dosadnie – wygląda na to, że wolna wola nie istnieje.

No i tak to. Nasz mózg podejmuje decyzje bez użycia naszej świadomości, a co za tym idzie woli.
W związku z tym koncepcje religijne oparte na pojęciu grzechu i wpychaniu z tego powodu do gardła przytłaczającej winy można sobie w dupencję wsadzić.

żródło.

Napisane przez: futrzak | 13 Kwiecień 2016

O deszczu i demokracji

Rok El Niño daje o sobie znac i w Urugwaju.
W zeszlym roku przez cały kwiecień i maj byla piekna, sloneczna pogoda, a ludzie wylegiwali sie na plazy az do konca kwietnia wlasciwie.
W tym roku – kupa. Od poczatku kwietnia deszcz – słonce jak sie pokazuje, to góra na dwa dni i jak na zlosc sa to dni robocze :-/
Normalnie jak Polska przez 3/4 roku z ta roznica, ze tutaj temperatura jednak oscyluje w granicach 20 w dzien i 15 w nocy, a nie w przedziale od zera do 10 st C…

Eh.
Tymczasem zas w Kraju Kwitnacej Demokracji aresztowano ok. 400 osob. Za co? Ano śmieli w stolycy urzadzić sobie siedzacy protest przeciwko korupcji politykow (czytaj: overturn Citizens United i ukrocic lobbying).
Powod aresztu: The arrests were made under anti-crowding, anti-hindering and anti-obstruction by-laws

Oficjalne media milczą.
W tym momencie zbiera mnie na pusty smiech jak slyszę pohukiwania w Polsce jak to zrobiło sie państwo autorytarne i jak to sie tlumi opozycję. Ze słucham? Demonstracje se chodza, jakie chca, nikt nikogo nie aresztuje, prywatne stacje telewizyjne pokazuja sobie co chca, a niektore grupy ludzi dostaja ciezkiej histerii.
W USA aresztuja ludzi setkami, media mainstreamu milcza jak grob, no ale wiadomo, to jest ok, bo Kraj Kwitnacej Demokracji :-/ Do tego dochodza stada durni uwazajacych, ze Trump to dobry kandydat na prezydenta.
Rece opadaja po prostu…

PS:
A tu jeszcze lepsze w temacie Kwitnącej Demokracji. Otoż.
According to a new offender manual from Texas Department of Criminal Justice, prisoners whose families maintain a social media presence to call attention to their incarceration will be liable to harsh punishment, including up to 45 days in solitary, loss of privileges, and extra work duty.

Nie podejmuje się tlumaczenia „offender manual” na język polski. Oba systemy prawne nie przystają do siebie – w każdym razie chodzi o coś w rodzaju „regulaminu więziennego” – dokumentu, który kodyfikuje sposób postępowania z osadzonymi w danym stanie. No więc teksański stwierdza, że jeśli rodzina więźnia przejawia jakąś aktywność w mediach społecznościowych (facebook, tweeter, blogi, etc.), która to aktywność „zwraca uwagę” na fakt osadzenia danej osoby – ta osoba będzie ukarana izolatką (do 45 dni), utratą przywilejów i dodatkową przymusową pracą.

Co to jest, jak nie brutalna cenzura z pogwałceniem praw z pierwszej poprawki do konstytucji?
Wyobraźmy sobie sytuację: ktoś zostaje niesłusznie osadzony w areszcie. Rodzina i supporters robią raban w mediach spolecznościowych odnośnie całej sprawy. Co z tego wynika? Osadzony zostaje ukarany dodatkową izolatką i odebraniem i tak nikłych już praw.
Albo:
Ktoś się chce na osadzonym zemścić. Wszczyna kampanię w mediach społecznościowych, w wyniku czego osadzony zeświruje w efekcie zbyt dlugiego czasu w izolatce. DONE.

TO ma być demokracja???
(Z podziękowaniami dla andsola za podrzucenie teksańskiego lynka.

Napisane przez: futrzak | 8 Kwiecień 2016

Rób to co kochasz, a pieniądze same przyjdą..

Mawiaja ludzie „rob to co kochasz”.
Piękna maksyma, ale w większosci wypadkow podążając za nią czlowiek umarłby z glodu – NAWET jesli faktycznie robi to, co go kręci.

Weźmy takiego programistę. Bawić sie kodem, patrzeć, co wychodzi jak sie robi to czy tamto, napisać własną aplikacyjkę – nawet niech będzie to głupotka czy rzecz slużaca tylko rozrywce – to jedno.
Debugować cudzy kod, pisany z pogwałceniem zasad wszelakich i być skazanym na utrzymywanie tego w ruchu – to zupelnie co innego.
W wypadku pierwszej aktywnosci mozna spokojnie spędzic kilkadziesiąt godzin i nie zauważyć upływajacego czasu (bo cieszymy sie czystą radoscią tworzenia), w drugim wypadku usunięcie jednego buga po dwoch godzinach kopania w gównie powoduje wyczerpanie prawie takie, jakby się przerzuciło tonę węgla łopatą.

Nie wiem jak maja inni, ale mnie fizycznie BOLI kiedy jestem zmuszona robić cos, co jest paskudne, byle jakie, chaotyczne i bez sensu. Wszystko jedno, czy bedzie to poprawianie/pisanie kodu, malowanie sciany czy tworzenie grafiki.
W kazdym jednym wypadku gdy ktos zmusi mnie do wyprodukowania wadliwego/złego/paskudnego efektu końcowego, bede cierpieć.
Ba. Gdyby moja praca polegala li tylko i wylącznie na kopaniu rowu, a potem pod koniec dnia zasypywaniu go, też cierpiałabym z powodu ciezkiej bezsensownosci tego zajecia (pewnie dlatego zawsze cierpialam okrutnie pracujac w Corpo..).

Niestety, w obecnych czasach money is the king, a terror klienta-ignoranta-aroganta jest potworny.
Dlaczego gdy ludzie idą do lekarza to ufają, że ten lekarz jednak wie co mówi i nie próbują go uczyć zawodu i wtrącać się w przebieg operacji, a w wypadku grafika tak? Owszem, ja rozumiem, każdy widzi obrazek, ale co z tego?
Podobnie w wypadku programisty. Mówi, że coś się nie da zrobić prosto i szybko, bo a,b,c – jednakże przyjdzie byznesmen od siedmiu boleści i będzie się upierał, że to się da w tydzień napisać. Coś jak w dowcipie o menegerze projektu: szef działu software developmentu mówi że niestety, ale żeby dziecko się urodziło, trzeba poczekać 9 miesięcy. Na to menedżer: oh, nie ma problemu, zatrudnimy dodatkowo 8 kobiet i damy radę w miesiąc urodzić!

Niestety, tacy ludzie decydują o pensjach, z których utrzymywane są całe rodziny. W konsekwencji dostają więc 27 tygodniowy płód z nieprzeciętą pępowiną… a potem końcowy użytkownik rzuca się, że co za debile, nie umieja „prostego” websajta napisać tak, żeby działało porządnie…

No i tak to. Życzę państwu miłego łykendu oraz braku konieczności użerania się z absurdem w pracy zawodowej.
A na koniec trochę dowcipu branżowego….

leniwiec

gorylek

wielblad

swinka

zaba

Napisane przez: futrzak | 6 Kwiecień 2016

A co tam, panie, w Argentynie slychac?

No coz, kraj zawraca w strone, o ktorej pisalam pare miesiecy temu.

Inflacja wcale nie zmniejsza sie, wrecz przeciwnie. Bedzie rosla, skoro rzad zaplanowal juz podwyzki pradu, gazu, wody, benzyny, telefonow, biletow autobusowych i kolejowych. Same ceny supermarketowe wzrosly o 2% w marcu.

Ba. Zostala przyklepana ustawa w mysl ktorej Argentyna wybeknie calkiem sporo kasy na rzecz vulture funds:

The bill repeals articles of the Padlock Law and the Sovereign Payment Law and authorizes the government to issue US$12.5 billion in bonds in order to pay its creditors.

Czyli, zeby zaplacic sepim funduszom, rzad zadluzy sie na kolejne 12.5 miliarda dolarow plus odsetki. No ale teraz dzieki „otwarciu” swiatowych rynkow kredytowych who cares, no nie?

Prosze zauwazyc zreszta sume: 12.5 miliarda! Podczas gdy jeszcze w polowie roku 2014, gdy zapadl pierwszy wyrok Griesy, wierzytelnosci wynosily…1 mld 300 mln…Potem, po osiagnieciu „porozumienia” suma urosla do 4.6 mld USD – a byl to koniec lutego tego roku.
Suma na dzis to 12 i pol miliarda, bo wicie rozumicie – trzeba rowniez pokryc koszta sadowe kilkunastu lat rozpraw, koszta, ktore poniosly vulture funds.

Macri oczywiscie oglosil to jako swoj sukces polityczny. Po nas chocby potop – zadluzy kraj podobnie, jak zadluzyl pod korek budzet Buenos Aires (gdy byl burmistrzem) a potem spierdzieli do raju podatkowego i pokaze wszystkim fige.

W zwiazku z afera „panama papers” premier Islandii juz zrezygnowal, rzad Hiszpanii zaczyna sledztwo w sprawie Messiego… a co z Macrim? A nic. Macri twierdzi, ze to wszystko bylo legalne, a w ogole to wspomniana firma „nalezy do jego ojca Franco Macri i nie miala zarejestrowanej zadnej aktywnosci”.
Ta……

Napisane przez: futrzak | 4 Kwiecień 2016

Zasłona dymna, czyli czemu znowu o aborcji w Polsce głośno

Otóż wszystko wskazuje na to, że histerię aborcjonistyczną tym razem rozpętał szanowny episkopat, a GazWyb i TVN24 podpieli się do konika bo myśleli, że coś ugrają przeciwko PiS – wszak temat wdzięczny….

PiS jak narazie tematu nie podjął – co prawda mają w swoich szeregach i nawiedzonych i kretynów, ale Gowin ani Szydło idiotami nie są i pętli na szyję sobie zakładać nie będą.
Dość, że na dzień dzisiejszy list episkopatu se leży, jakiś tam pseudo-projekt-pseudo-czegoś niejakiej pani Godek też, i nie ma pod tym żadnych podpisów. Dodajmy, że trzeba podpisów 15 posłów, żeby można było projekt ustawy złożyć do marszałka Sejmu.*

Skąd więc nagle ta histeria? Wszystko wskazuje na to, że szanownych biskupów strach obleciał w momencie, kiedy zaistniała realna perspektywa odtajnienia zbioru Z w IPN…i wyjścia na światło dziennie bardzo źle o nich świadczących faktów dotyczacych bardzo brzydkiej współpracy z czasów PRL…

* Inne procedury wniesienia projektu ustawy do laski marszałkowskiej:
– komitet obywateli składa do marszalka sejmu obywatelski projekt ustawy z tysiącem podpisów. Dalej marszalek ocenia, czy to w ogole jest ustawa i czy spełnia formalne wymogi. Jeśli spełnia, to jest czas 3 miesięcy na zebranie 100 tys. podpisów. Jeśli zostaną zebrane, dopiero wtedy oficjalnie staje sie to projektem ustawy, który będzie rozpatrywany przez Sejm.
– projekt ustawy może wnieść też prezydent, rząd albo senat.
Jak narazie żadna z tych dróg nie została zainicjowana tj. droga pierwsza niby tak, ale marszałek odesłał niby-projekt do poprawek i przedstawienia oceny skutków finansowych tegoż. Słowem – posłał go na drzewo.

PS:
Jakiekolwiek komentarze chamskie, pieniackie, fanatyczne i obraźliwe będą usuwane. Just saying.

Napisane przez: futrzak | 3 Kwiecień 2016

Obyś żył w ciekawych czasach..

Ludzie w Polsce emocjonują się aborcją znowu* a tymczasem na świecie…

Na światło dzienne wypłynęły dokumenty z 40 lat działania panamskiej firmy Mossack Fonseca zajmującej się organizowaniem unikania opodatkowania i prania pieniędzy z nielegalnych źrodeł. Ilość danych jest oszałamiająca – 2.6 terabajtów. Ponad 11 milionów dokumentów. Swoje files ma 72 byłych lub obecnych szefów państw, w tym:
– ojciec Davida Camerona
– król Arabii Saudyjskiej
– premier Islandii
– syn Kofi Annana (ex sekretarza generalnego ONZ)
– premier Pakistanu
– najbliźsi przyjaciele Putina
– obecny prezydent Argentyny Macri
– Petro Poroszenko

Zapewne dokopią się też do tuzów z USA i większości krajów Europy oraz Azji, narazie jednak co ktoś opublikuje jakiś link, to ludzie rzucają się czytać i serwery padają. Pół świata wisi na Twitterze i obserwuje.
Wyciek jest gigantyczny i zapewne pociągnie za sobą polityczne tsunami w wielu miejscach świata.
Będzie się działo…

* – aborcją znowu, bo temat zaostrzenia obecnej ustawy wypływa na szerokie wody średnio co półtora roku. Narazie żadnej inicjatywy ustawodawczej jeszcze nawet nie ma, bo żeby złożyć takową na ręce marszałka sejmu trzeba miec 15 podpisów posłów, których nie zebrano. Skończy się pewnie jak zwykle, tj. niczym, a zburzeni ludzi osiągną na pewien czas złudne zadowolenie, że coś wywalczyli…

Napisane przez: futrzak | 2 Kwiecień 2016

Obserwacje obyczajowe

O psach.

Jesli chodzi o popularnosc, dominuja dwa nurty: wszelakiej masci buldożki (najczesciej male) oraz labradory.

Do przewozu psow sluza pickupy. Serio. Nie sa to popularne samochody tutaj, ale jak juz sie jakis widzi na ulicy, to najczesciej na pace ma psiego pasazera.

Jesli juz ktos ma dom, to zwykle nie posiada jednego psa, ale kilka. Nie mam pojęcia, dlaczego. Żeby towarzystwo miały?
Wezmy nasz sasiadkę. Ma 4 biszkoptowe labradory. Fajne stado, ale wykazuje dziwne zachowania:
jeden pies zawsze, po zeżarciu swojej porcji zaczyna jezdzić miską po betonie. Metaliczny hałas niesie sie po calej okolicy…
Drugi z kolei ma jakies smutki egzystencjalne, bo od czasu do czasu włącza syrene dziamgajacą – osobliwie gdy zanosi sie własnie na deszcz….

Po drugiej stronie mamy sasiadke, ktora z kolei posiada kilka kotow – w tym jednego młodego. Oraz multum roslin doniczkowych. Koty jak koty, wiadomo – ale sasiadka… próbuje małego, zwanego Tito wychowywać tłumacząc mu podniesionym głosem co powinien, a co nie. Słyszę więc kilkadziesiąt razy dziennie „Tito! No come plantas!” (nie jedz roślin) albo „¿Qué te dije?” (co ci powiedziałam?)

O modzie

Codzienna praktyczność Urugwajczyków jest ożywczym powiewem. Na przykład: wśród panów modne są brody. Nie jakieś wielkie rozrosnięte krzaczyska, ale małe podstrzyżone bródki. Odpada problem codziennego golenia :)

Albo: wśród kobiet modne są buty na platformach. Koleżanka z pracy potwierdziła moje przypuszenia odnośnie źródła, a mianowicie „wiesz, my jesteśmy małe”. Chwała im, że nie dały sobie mózgów wyprać modą na zniekształcające stopy szpilki…

No.
Ale do mycia naczyń w zimnej wodzie to się chyba nigdy nie przyzwyczaję…

Napisane przez: futrzak | 31 Marzec 2016

Banki sa ponad prawem

A jesli ktos mial jakies watpliwosci, to tutaj zostają one rozwiane. Brytyjski makler giełdowy został oskarzony o to samo, co robia banki: high frequency trading.
Oficjalnie oskarżono go o tzw. „spoofing” — działanie polegające na składaniu wielkich zamówien, będących w stanie manipulować cenami na giełdzie, a potem anulowaniu lub modyfikowaniu tychże i zarabianiu na tym kasy.

Dokładnie to samo robią banki takie jak Goldman Sachs – i pilnie strzega swoich algorytmów. Oprócz tego sadowią swoje data centers w najliższej fizycznej odległości od centr światowych giełd.
W momencie, kiedy o zarobieniu miliardów dolarów decydują milisekdundy, dlugośc kabla i ilość bramek internetowych (gateways) zaczyna się liczyć…

W każdym razie owemu maklerowi, który próbował działac na własną rękę, grozi ekstradycja do USA i kilkadziesiąt lat więzienia.
Ha ha.

A cóż, ach cóż to stało się sprawcom skandalu stulecia tj. Libor scandal? Dostali (banki) jakieś śmieszne kary – tu kilkaset milionów dolarów, tam kilkaset; CEO Barclaysa, członek zarządu „zrezygnowali”. W stosunku do JPMorgan, Citigroup i Bank of America nadal „toczy się postępowanie”.
WTF? Gdyby stosować do nich to samo prawo, CEO i członkowie zarządu tych instytucji powinni byli dostać też po kilkanaście-dziesiąt lat gnicia w pierdlu. Ale.

Ale właśnie to. Kiedyś ponad prawem stali królowie i dyktatorzy (a i to nie do końca, bo czasami główki leciały albo odchodziło wieszanie na latarni) – dziś banki.

A wiecie, co jest najsmutniejsze w tym wszystkim? Że to przewał doskonały. Okradzione zostały miliony zwykłych ludzi – wszyscy ci, co wzieli kredyty hipoteczne, kredyty studenckie, w ogole jakiekolwiek kredyty. Ci co nie brali też – bo napompowana bania na nieruchomościach spowodowała wystrzelenie w kosmos cen nieruchomości, a potem oczywiście i cen wynajmu. Sflaczenie bani wszyscy znają – bezrobocie i cała reszta.
I CO? gówno jak powiedział zajączek! Bo przeciętny Kowalski czy Smith nie ma o tym wszystkim zielonego pojęcia, nawet jeśli stracił pracę i dom. Kiedys wiadomo bylo przynajmniej kogo powiesić na latarni, a dziś? Wsadzono na kilkanaście lat jakiego tradera – kozła ofiarnego – i reszta Smithów uwierzyła, że sprawiedliwości stało się za dość.

.. i dalej biorą kredyty, i płaczą….ba. Niektórzy nawet próbują hahaha zarabiać na handlu na giełdzie…

Napisane przez: futrzak | 27 Marzec 2016

Po co wynaleziono war on drugs

Cały czas natykam się na tlumy pożytecznych idiotów, którzy z wielkim przekonaniem mowią, jak to war on drugs jest potrzebna, bo inaczej swiat zalałaby plaga narkomanstwa. Na dyskryminację czarnych zwykle wzruszaja ramionami i mowia, ze przeciez gdyby nie popełniali przestępstw, nie wsadzanoby ich do więzienia i o co w ogole chodzi?

Otóż chodzi o to, ze osławiona war od drugs nie została wymyslona w żadnym światlym celu – co myslacy samodzielnie ludzie zauwazyli juz dawno – a wręcz przeciwnie.

Na światlo dzienne wypłynely ostatnio słowa doradcy Nixona ds. polityki wewnętrznej (chief domestic advisor),Ehrlichmana.

“You want to know what this was really all about?” he asked with the bluntness of a man who, after public disgrace and a stretch in federal prison, had little left to protect. “The Nixon campaign in 1968, and the Nixon White House after that, had two enemies: the antiwar left and black people. You understand what I’m saying? We knew we couldn’t make it illegal to be either against the war or black, but by getting the public to associate the hippies with marijuana and blacks with heroin, and then criminalizing both heavily, we could disrupt those communities. We could arrest their leaders, raid their homes, break up their meetings, and vilify them night after night on the evening news. Did we know we were lying about the drugs? Of course we did.”

Czyli:
Wiesz, o co chodzilo? Kampania i administracja Nixona miały dwóch wrogów: antywojennych lewicowców i czarnych. Rozumiesz, o czym mówie? Wiedzielismy, ze nie mozemy zdelegalizować ludzi o poglądach antywojennych ani bycia czarnym, natomiast moglibysmy zmanipulowac opinię publiczną tak, aby zaczęła łączyć hipisów z marihuaną a czarnych z heroiną, potem je skryminalizować i w ten sposób rozbić ich organizacje i społeczności. Moglibyśmy aresztować przywodców, robić naloty na ich domy, rozbijać ich spotkania i prezentować jako groźnych przestępców dzień za dniem, w wieczornych wiadomościach. Czy wiedzieliśmy, ze kłamalismy w temacie narkotyków? Oczywiście, że wiedzielismy.

No.
Od tego czasu minęło ponad czterdzieści lat, a miliony ludzi nadal cierpią z powodu chorych politycznych ambicji jakichś dupków, którym zamarzyło się rządzić imperium…

Napisane przez: futrzak | 26 Marzec 2016

Wielkanoc w Urugwaju

Bardzo mało osób wie, że Urugwaj jest państwem laickim – ale takim na serio laickim, a nie na niby, jak Polska. Rozdział religii od państwa został wpisany do konstytucji w 1917 roku, z jednoczesnym zagwarantowaniem wolności wyznania.
Rozwody zalegalizowano wcześniej – w 1907, a w 1909 zakazano jakiegokolwiek religijnego nauczania w publicznych szkołach. Aborcja to troche inna historia, zasługująca na osobny wpis.

W każdym razie: Wielkanoc w Urugwaju, w przeciwieństwie do innych krajów Ameryki Południowej, nie nazywa się „Semana Santa” ale „Semana de Turismo”. Nawiązań religijnych jest bardzo niewiele, a dnie wolne ustawowo to tylko piątek. W sklepach, podobnie jak w Argentynie, na okazję świąt pełno jest czekoladowych jaj – ale słodkiego ciasta z bakaliami i szampana nie ma.

W nowej pracy też wszyscy dostali świąteczne jaja:

jajo

Ku mojemu zdziwieniu koledzy zaraz chwycili jaja w ręce i… uderzli o siebie, kompletnie krusząc. Zapytani powiedzieli, że to taka tradycja, a czekoladowe jajo najlepiej rozbić podrzucając pod sam sufit :)

No cóż, prawdę mówiąc nie wiem, czy mnie nie wkręcają, muszę się odpytać innych.
Jajo w każdym razie było całkiem dobre – jak to uczciwa czekolada. W środku zawieralo mniejsze czekoladowe draże i dwie małe czekoladki.

Co poza tym robią Urugwajczy w Wielkanoc? Jeśli pogoda pozwala, to oczywiście całymi rodzinami wyjeżdzają z miasta, a potem robią parillę. Bez parilli nie rozbieriosz :) Nawet w tym tygodniu, mimo zapowiadanych deszczów przez cały weekend, miasto opustoszało już w czwartek. Cisza, spokój…

My zaś spotykamy się z przyjaciółmi dzisiaj spróbować własnoręcznie (przez Chłopa) zakiszonego żuru – z mąki bezglutenowej :)
Wszystko jest tak jak w normalnym żurku, tyle że zamiast mąki żytniej występuje mąka z siemienia lnianego i ryżowa.

Napisane przez: futrzak | 24 Marzec 2016

Bo najważniejsze to zajętym w pracy być….

Buka na dziś:

Im szybciej zaczniesz pracę, tym szybciej ją skończysz.
Im szybciej skończysz, tym szybciej dostaniesz następną

Dokładnie. Tak to wygląda w corpo. Jak zrobisz swoje, to zaraz zrzucą ci na głowę robotę kogoś innego. Każda normalna osoba po paru latach takiej zachęcającej polityki i zapieprzania za trzech (płacą niestety za jednego…) szuka tylko okazji i odchodzi – mało bowiem kto ma taką pozycję jak moj eks-maużonek, którego też tak chciano wrobić, ale się nie dał.
Otóż, w pewnym małym startupie dawno temu był on odpowiedzialny za portowanie linuxa na nowy procesor (MIPS). Swoje robił, wszystko szło zgodnie z planem, aż tu zatrudniono nastepnego programistę do pomocy. Niestety, programista mimo lat doswiadczeń w Wielkiej Tłustej Firmie Slawnej Na Caly Swiat, nie byl w stanie poradzic sobie z napisaniem sterownika do karty sieciowej. Biedził sie i biedził juz czwarty tydzien, szefostwo nie bardzo wiedzialo co z tym fantem zrobic aż… wymyslili, ze eksowi dorzuca do jego obowiazkow. W koncu on taki zdolny i co to dla niego, w kilka dni zrobi :)
Eks sie wkurwił i powiedział: dobrze, pokaże wam, ze ten driver da sie napisac w 48 godzin – ale pod jednym warunkiem. Mianowicie: jak skoncze po 48 godzinach, a potem przez nastepny tydzien nikt ni znajdzie zadnch bugów, to zwalniacie tego nieudolnego palanta.

Derehtora działu engineers najpierw zatkało, a potem się zagotował. Na co eks wzruszył ramionami i poszedł sobie stwierdzając, że w takim razie to on nie bedzie zadnych driverów pisał. Na drugi dzień Derehtor jednak wrócił i powiedział, że zakład stoi.
Driver zostal skonczony po trzydziestu paru godzinach, przez nastepny tydzien nikt nie znalazł w nim błędów. Derehtor nieudolnego programisty zwolnić nie chciał.
No to się eks zwolnił, jak tylko podpisał umowę w innej firmie. CEO chciał go zatrzymać, obiecywał złote góry, ale na nic się to zdało.

Cóż, to były jednak inne czasy. Dolina Krzemowa rok 1998, złote lata, kiedy pracownicy mieli coś do powiedzenia. Po padzie dotcomów w 2001 roku świat ów odszedł w zapomnienie.
Co więc zostaje dziś? Ci, którzy są zdolniejsi, robią swoje a potem udają, że zajmuje im to dużo czasu. Tak jest łatwiej i prościej – po co zapieprzać za trzech z pensją bez zmian?

No i tak to. Nie warto się wysilać, jeśli wysiłki nie będą docenione – a coraz rzadziej są doceniane, bo króluje fenomen gówno wartych prac…

Napisane przez: futrzak | 22 Marzec 2016

Miejsce w którym…

miałam napisać dużo i tłusto na temat stanu repozytorium w nowej firmie, a raczej w firmie-zleceniodawcy z USA.

To nie napiszę, powiem jedynie że programista, który po pół roku nie jest w stanie robić maintenance swojego własnego kodu (zaznaczmy, ze to są zautomatyzowane testy, które powinny byc wykonywane za każdym razem, kiedy nowa wersja oprogramowania jest „deployed to stage” a nie coś, co zostało porzucone) to jest kretyn, a nie programista. No ale tak to się kończy, jak mamy jednoosobową primadonnę, zero code reviews, zero czegokolwiek….
….
a potem po 2 latach przychodzi nowa osoba.
I ta osobą jestem ja. No i ja mam rozwijac ten, z przeproszeniem, „kod”.

Ta…..
Czy mogę już zacząć strzelać?

Napisane przez: futrzak | 20 Marzec 2016

O pracy zespołowej

W nowej firmie jest taki zwyczaj, że w piątek czyszczą lodówkę, w związku z czym nie mozna do niej wkladać swojego lunchu, w związku z czym firma funduje lunch. A żeby pozytek jakis z tego był, to zwykle zbiorczemu lunchowi towarzyszy jakaś prezentacja.

Generalnie na firmowe prezentacje mam wylane centralnie, bo tyleż się tego nasluchałam podczas zawodowego zycia, ze mdli mnie.
Ale dzisiejsza zaciekawiła mnie i zmusiła do zastanowienia.

Otóż. „Why teamwork and not hiring stars?”.
Tak, wiem, ludzie teamworkiem rzygają już, bo to kolejne buzzword nadużywane namiętnie przez pacanów z HR i zwykle oznacza „podporządkuj się temu, co mowi kieruwnictwo i z pokorą zasuwaj za dwóch jak ktoś inny zawali”.
Ale. Tutaj objawił sie zupelnie inny kontekst. Facet zaczął od podania przykladow z dziedziny sportu, a konkretnie pilki noznej. To sport wyjątkowo zespolowy. Zespół składający się z samych gwiazd może przerżnąć sromotnie, z kolei zespół składający sie z przeciętnych graczy potrafi wygrać mistrzostwa.
Potem przeszedl na przyklad wlasny – jest daltonistą. Niby kazdy wie, na czym daltonizm polega ale… nie zdawalam sobie sprawy, jak wyglada zycie na codzien z ta wadą wzroku. Że na przykład są kłopoty z odróżnianiem jedzenia nadającego się do spożycia oraz na przykład interfejsów graficznych …ze są zawody, w ktorych nigdy daltonista pracowac nie bedzie (pilot, strażak) a są takie, gdzie armia USA zatrudnia ich specjalnie…

W kazdym razie bądz wnioski wyszly z tego następujące: nie ma ludzi, którzy są alfami i omegami. Kazdy ma jakies mocne strony i słabe strony, dobry manager budujący zespół ludzi bedzie brał pod uwage przy zatrudnianiu właśnie powyższe.

Teraz krótka chwila refleksji. Jak wygląda typowy proces rekrutacyjny w Dolinie Krzemowej? Wiadomo, kazdy chce zatrudniać topowe gwiazdy. Kult indywidualizmu aż do szpiku kości.
Tylko, tylko że… branża się zmieniła. W High-Tech ale i bio-tech i science nie ma juz pojedyńczych geniuszy. Rezultaty i konkrety to jest praca zespołów. Duzych zespołów.
No i ilu jest managerów zdających sobie sprawe raz – z tego, jakie specjalizacje maja ich pracownicy? Ilu z nich zastanawia sie (zanim kogos wywala z roboty), czy aby na pewno ta osoba jest na właściwym miejscu, a moze bylaby bardziej produktywna na innym? Ilu z nich wymaga bycia alfą i omegą i doskonałości we wszystkim, a z drugiej strony dogłębnej specjalizacji w konkretnej działce?

To wszystko to jest jakis absurd. W Polsce (ale tez i w USA) w branży Hi-Tech jest coraz większe ciśnienie na zatrudnianie ludzi, którzy umieją niemalże absolutnie wszystko, w razie czego „be able to juggle multiple tasks with ease and efficiency in fast paced environment”. Wiadomo, taka osoba to oszczędność kasy. Ale ilu takich ludzi jest w danej działce? Kilka procent? Może i to nie. Trzeba się więc jakoś ratować. Jedni wierzą w procesy (jak agile) które mają sprawić cuda. Inni myślą, że jak zatrudnią samych autystów (bo słyszli, że oni sa genialni w komputerach) to będą mieć cudowne wynalazki i software.
Oczywiście, nic takiego się nie dzieje. Ba. Nawet zatrudnienie kilku geniuszy z tej branży może skończyć się klapą, jeśli nie będą potrafili się dogadać i podjąc sensownych decyzji na czas (tzw. syndrom primadonny).

Cóż.
Rzeczywistość to dziwka i zwykle okazuje się, że nie ma dróg na skróty. Wielu dowiedziało się o tym dopiero po bankructwie firmy, nie wszyscy wyciągneli wnioski na przyszłość.
I nie, problemu nie rozwiąże zadawanie na interview pytań typu „tell me your strengths and weaknesses”. Zbyt wielu bowiem może skończyć tak jak autorka tego bloga.

Older Posts »

Kategorie

Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Dołącz do 195 obserwujących.