Napisane przez: futrzak | 28 maja 2017

Jeszcze o kuchni urugwajskiej

Pisałam już wcześniej, że oryginalnością nie powala. Jeśli już czymś, to jakością składników (witamy w krainie mięsożerców). Niemniej, zdarzają się im genialne połączenia. Na przykład pasztet – wiadomo, foie gras i innym topowym francuskim nie dorównuje ale….mają tutaj taki własny, co go nazywają pate campagna. Powiedzmy, że nazwa jest dalece myląca.
Pierwszy raz kupiliśmy go ze dwa lata temu i wydał się nam dziwaczny nad wyraz: jakiś taki ostry smak, kupa zielska i w ogole..eeeee…taaaam….A potem, potem spróbowaliśmy paszteciku pod tutejsze czerwone wytrawne wino Tannat. BINGO! Absolutna rewelacja. Jedno z drugim komponuje sie genialnie, a pasztet bez wina taki no, średnio nadający się do konsumpcji…

Dziś Chłop dokonał analogicznego, epokowego odkrycia. Najpierw ser – „gruyere picante”. Na targowisku był zapakowany w oddzielną tackę, owinięty szczelnie folią. Podano nam do spróbowania. Znów, nie do końca jak szwajcarski gruyere, taki młody jeszcze i dosć miękki, ale wali już na kilometr :))) – zapewne potemu był oddzielnie zapakowany, żeby wrażliwych tubylców nie odstraszać. No nic, po spróbowaniu kupiliśmy. No i dylemat – ser bardzo dobry, i w ogóle, ale taki ostry, że faktycznie – jak zeżrec te pół kilo???
No ale.
Poszlismy na zakupy do tutejszego supermarketu i nawinęła się rzeczoprzyprawa słoikowa ulubionej marki tutejszej czyli „Del Gaucho”. Nazywa się to „pesto” ale z klasycznym włoskim pesto nie ma nic wspólnego, może poza bazylią. Skład: bazylia, czosnek, pietruszka naciowa, olej slonecznikowy, ocet, kwasek cytrynowy…. eeee uuuuu….ja się przestraszyłam, bo wyobraźnię smakową mam na tyle rozwiniętą, ze juz na koncu jezyka czułam, co to będzie. Ale Chłop sie uparł, więc kupiliśmy.

Nastąpiło otwarcie. Smak taki, jak przypuszczałam. Nic to, nada się jako sos do wołowiny z parilli, ot następne chimichurri….ale Chłop posmarował śmierdzącego gruyera i zeżarł.
Żarł dalej, kroił i żarł, az zaczeło to wyglądać podejrzanie, więc sama spróbowałam. BINGO! Następna rewelacyjna kombinacja :)))))

MNJAM :)

Napisane przez: futrzak | 27 maja 2017

Język, ze swoją gramatyką i specyfiką to jeszcze nie wszystko. Za językiem stoi kultura. I jakoś tak niestety muszę przyznać, że mentalnie zdecydowanie bardziej utożsamiam się z anglosaską kulturą niż latynoamerykańską. Pół biedy jeszcze hiszpańska, ta z Półwyspu Iberyjskiego – to jednak nadal Europa. Ale Ameryka Południowa już nie. Inna mentalność i inny sposób myślenia. Ja jednak jestem geekiem, w moim umyśle jest reason, technology, science – a to nie jest coś, co dominuje w latynoamerykańskiej kulturze.
Tak więc nie czuję tego jezyka. Nie i chuj.

PS:
I nawet przekleństwa w angielskim potrafią być odlotowe – ale to dzieło Irlandczyków, bo amerykańska wersja angielskiego jest płaska i nieciekawa pod tym względem…
„Dear Jaysus, bless this rasher sambo I’m about to horse into”, „Yeah, ya will in your hole”.
Takie tam. Sama łagodność, ale jaka poetyka…

Napisane przez: futrzak | 23 maja 2017

Czym właściwie jest bieda?

Bo właśnie nawinął mi się ciekawy TED talk na ten temat.

Facet zaczyna od pytania, które prawdopodobnie zadawało sobie wielu ludzi nie znających zycia w biedzie: dlaczego biedni podejmują tyle złych decyzji? Przynajmniej ci biedni w USA, nie da się ukryć, pozyczaja więcej, mają mniej oszczędności, palą więcej, piją więcej i nie jedzą zdrowo. Dlaczego?
Standardowa odpowiedź, która i u mnie w komentarzach przewijała się, jest cytatem z Margaret Tatcher: bieda to „a personality defect” czyli, mówiąc po polsku, to defekt osobowości. Brak charakteru. Lekkomyślność, lenistwo i tak dalej. Biedni sami są sobie winni, prawda? „Ja pochodzę z biednej rodziny, nigdy nam sie nie przelewalo, ale skonczylem/am studia i wlasną pracą doszedłem do tego co mam. Jak ja mogłem, to oni też” – znacie tę mantrę, prawda? Najczęściej w tym kontekście przywołuje się panów spod budki, którym sie pracowac nie chce… I juz wszystko wiadomo, common wisdom answered.

Tylko, że nie.
Pewna grupa psychologów wybrała się do Indii i przeprowadziła nader ciekawe badania w temacie nędzy. Pod lupę wzięli farmerów trzciny cukrowej – specyficzną grupę, która większosc swojego dochodu rocznego osiąga zaraz po żniwach. Ich „cykl” roczny życia w praktyce wygląda tak, że przez krótką część roku są relatywnie bogaci, a potem dośc biedni.
Psychologowie postanowili zmierzyć IQ tych farmerów w okresie „biednym” czyli przed żniwami, i „bogatym” czyli zaraz po. Różnica pomiędzy jednym i drugim pomiarem (dla tych samych osób!!) wynosiła (średnio) aż 14 punktów. Mniej-więcej tyle, gdyby badanie robiono po jednej nieprzespanej nocy albo gdyby ta sama osoba zaczeła nałogowo pić.

Rzeczone badania doprowadziły do sformułowania nowej teorii na temat biedy, której sednem jest scarcity mentality – mentalność niedoboru. Okazuje się bowiem, że ludzie zachowują się bardzo różnie w zależności od tego, czy cierpią na niedobór jakichś zasobów, czy nie. Nie ma przy tym wielkiej różnicy, co to będzie: pieniądze, żywność czy czas. Wtedy myślenie koncentruje się na tej jednej, jedynej rzeczy i niczym więcej. Jakiekolwiek myślenie perspektywiczne, planowanie etc. idzie wpisdu. Prawie kazdy zna to uczucie, kiedy zdarzyło się wam nie jeść przez bardzo długi czas, jesteście cholernie głodni i jedyne, o czym jesteście w stanie myśleć to tak kanapka na lunch i kawa i…. nic nie jesteście w stanie innego zrobić, na niczym sie skupić. Got it?
Ludzie zyjący w nędzy mają tak cały czas. Ich perspektywa życiowa ogranicza sie do następnego dnia. Do tego, skąd wezmą jedzenie zeby nakarmic dzieciaki. Skad wezmą brakujace pieniadze na czynsz, zeby nie wylądowac na ulicy. Skad wezmą pieniądze na ten mandat, co dzis dostali bo nie zauwazyli, ze im nie dziala swiatlo w samochodzie (w USA za to dostaje sie mandat kilkudziesieciu dolarow). I tak wyglada ich kazdy dzien. I następne badania pokazały, że większość ludzi w takiej samej sytuacji… zachowywalaby sie tak samo. Byc moze uruchamia się wtedy jakis podstawowy instynkt przetrwania, który ogranicza zdolnosci mózgu tylko do tego, co za minute, co za godzine – bo inaczej czlowiek zwariowalby?

George Orwell, który sam doświadczył nędzy w latach 20-tych, tak to podsumował:
„The essence of poverty is that it anihilates the future. How people take it for granted they have the right to preach at you and pray over you as soon as your income falls below a certain level”.

To dlatego żadne jałmużny nie działają. Osoba bezdomna niespodziewany datek odczuwa jako zrzadzenie losu. Dzis jest, jutro nie, wiec myśli: przynajmniej sie napiję albo sprawię sobie przyjemnosc w inny sposob – byc moze to bedzie ostatni raz przed smiercia?
To dlatego „wielki gest” zaoferowania komus dorywczej pracy nie dziala: zarobie te 50 zl myjąc komus szyby i nosząc meble i co z tego? Mojej sytuacji to nie zmieni. Jak bylam w gównianej sytuacji, tak będę nadal.
Nic się nie zmieni, dopóki ludzie zyjący w nędzy nie znajdą się w sytuacji, w której będą mogli przestać się martwic o zaspokojenie najbardziej podstawowych potrzeb. Po prostu. Tylko tyle, albo aż. Jak to zapewnić, to zupełnie inna bajka.

I jeszcze jedno: powoływanie sie na czasy komuny z Polski nie jest tutaj argumentem, chociaz pewnie większosc slyszala „ja pochodzę z popegeerowskiej wsi, tam bida az piszczala”. Owszem, bylo biednie, owszem, ludzie mieszkali w okropnych warunkach, ale w PRLu (poza kilkoma latami po wprowadzeniu stanu wojennego) nikt nie musiał się martwic tym, ze go wyrzucą z mieszkania komunalnego albo ze przez rok nie znajdzie pracy. Mozna bylo miec gowniana prace i gowniana place – ale dzieci nie glodowaly, w szkole byla dentystka i pielęgniarka, w panstwowym szpitalu przyjmowano kazdego. Ludzie nie żyli w ciągłym strachu o jutro, więc nie włączał im się survival mode. Wiedzieli, ze jak ich dzieci bedą ciezko pracowac i uczyc sie w szkole, to beda mialy szansę dostać sie na panstwowe, bezplatne studia i znaczaco poprawić swoje perspektywy zyciowe.

Czy teraz rozumiecie, dlaczego żadne retoryki pod tytułem „weź się do roboty” „jesteś panem własnego losu” etc. nie działają? Odnoszą one dokładnie taki sam skutek, jak rady „weź się w garść” udzielane osobie z depresją – czyli żaden. To tylko mantra służąca zgrabnemu zamieceniu problemu pod dywan i uspokojeniu własnego sumienia.

PS:
Scarce mentality wyjaśnia też dlaczego w Polsce, mimo pozornego braku nędzy, tak wielu ludzi żyje w mentalnej beznadziei i rezygnacji. Co prawda mają pracę, ale ledwo wiążą koniec z końcem i byle wypadek losu sprawi, że wylądują na ulicy. I oni o tym doskonale wiedzą…

Napisane przez: futrzak | 23 maja 2017

Praca zdalna…

…taaaaaaaa.
IBM, który przez ostatnią dekadę czy coś koło tego mocno promował pracę zdalną swojej workforce (notabene oszczedzili na tym grube miliony dolarow), nagle zmienił front. Otoż oswiadczyli ze wszyscy pracujący z domu – ok. 40% wszystkich zatrudnionych – ma tydzień na przeniesienie się do najblizszego lokalnego biura z pracą, a jak nie to dowidzenia.

Jak nie wiadomo o co chodzi, to o pieniądze. IBM ostatnimi czasy ma klopoty finansowe, więc najlatwiejszym sposobem na chwilową poprawę jest zredukowanie workforce. Jak to zrobić jak najmniejszym kosztem, bez zadnej odprawy i niczego zwlaszcza w wypadku ludzi pracujacych na pełen etat? Otóż postawić im nagle warunek nie do spełnienia…
Wiadomo, ze istniejace jeszcze biura IBMa nie pomieszcza wszystkich oraz wiadomo, ze ludzie ktorzy mieli zorganizowane zycie opierajace sie na pracy z domu, z dnia na dzien nie przeniosa sie o np. 500km. odleglego biura. I o to chodzi, zeby jak najwiecej mozna bylo zwolnic bez wyplaty severance.

Kilka lat temu Marissa Mayer miala podobny pomysl na „uzdrowienie” Yahoo. Jak to się skonczylo, wszyscy wiedza…

Napisane przez: futrzak | 22 maja 2017

Lekarstwo na biedę

najlepsze, wg tuzy wyspiarskiej polityki, Theresy May, to praca.

I think work is the best route out of poverty
.

To zupełnie tak samo jak z utonięciem – najlepszym lekarstwem na utonięcie jest umiejętność pływania! Nie wiem, zupelnie nie wiem, dlaczego jak ktoś się topi, nie powiedzieć mu, że przecież sam sobie winien – siedział i nic nie robił, zamiast uczyc sie pływać! Jakby sie nie lenił, to dziś nie byłoby problemu, nie? I dlaczego w ogole reszta spoleczenstwa ma mu pomagac, ze swojej ciezkiej krwawicy placic za jakies kola ratunkowe, ratownika czy łodzie?

Napisane przez: futrzak | 18 maja 2017

Cabildo w Ciudad Vieja

Bo dawno zdjęć nie było, no nie? :)

Cabildo, czyli dawny urząd gminy (?) był przez długi czas zamknięty, ale wreszcie skonczono remont i otworzono dla gawiedzi. Ekspozycja skromniutka i na kolana nie powala, niemniej sam budynek jest bardzo przyjemny: w środku tradycyjny dziedziniec i krużganki dookoła, bardzo, bardzo klimatycznie….

Czytaj dalej…

Napisane przez: futrzak | 16 maja 2017

Młodości…

.. ta chwila, kiedy zauwazasz, że koleżanka równolatka zrobiła sobie botox – a to widać, bo śmieje się ona do obiektywu i nagle połowa twarzy zamrożona. Nie rusza się, i już – zaszpachlowana.
Wygląda cośkolwiek groteskowo.
Czy jej powiem? Nie, oczywiście że nie. Jej twarz, jej sprawa co z nią robi. Co nie zmienia faktu, że z mojego punktu widzenia to jest pointless. Tak, masz tyle lat, co masz. Tak, masz zmarszczki. I co? Przecież do ciężkiej kurwy nędzy to jest normalne w tym wieku. Równie dobrze można udawać, że pory roku nie istnieją, albo że ukochany pies będzie żył 30 lat. No nie będzie, ile by mu skóry na pysku i tyłku nie ponaciągać.

Czy to ładniej wygląda? A co to ładniej znaczy? Nie dalej jak sto lat temu ludzie mieli inne zapatrywania na wiek i jego objawy. Siwe włosy i zmarszczki były czymś, czemu należał się szacunek. Dzis jest zupelnie odwrotnie. Panuje kult młodości. Chocbys miał/miała 70 lat, trzeba wygladac i zachowywac się jak trzydziestolatek! Ludzie naciągają się więc, nastrzykują, farbują, fiokują, wszczepują…. wszystko po to, zeby wyglądać. Jednym wychodzi lepiej, innym gorzej – kwestia genów oraz kasy. Co nie zmienia faktu, że to tylko wygląd i na dodatek zdeterminowany modą, a nie zdrowiem. I bynajmniej nie dotyczy to tylko kobiet – dość wspomnieć Silvio Berlusconiego…albo Trumpa, z jego nieodłącznym groteskowym tupecikiem…

Napisane przez: futrzak | 14 maja 2017

Rzeczywistość Afryki

Nie wiem, czyje to zapiski – zostały opublikowane na tym blogu przez komentującego kryjącego się pod nickiem robert6_666666, który zresztą też zaznaczył, że z autorem stracił kontakt.
Zebrałam do kupki oraz wywieszam, bo szkoda, aby się zmarnowało…

Pojechalismy cos zjesc do jednej kawiarni i tutaj jest bezprzewodowe
polaczenie z internetem. Nie rozpisuje sie bardzo, bo mam 30
nieprzeczytanych majlow sluzbowych. Ale pokrotce pierwsze wrazenia z
Afryki:
To co zobaczylem w Kigali wymyka sie wszystkim wyobrazeniom na temat
tej czesci swiata. Czyste profesjonalne lotnisko. Mili usmiechnieci
pogranicznicy usilujacy za wszelka cene pomoc, a nie zaszkodzic i nie
wolno nawet probowac im czegos za to dawac. Na zewnatrz swieze
powietrze troche w stylu prowansalskim, tyle ze wieczorem zimno –
lotnisko jest na wys. 1400 metrow, wiec klimat swietny, mimo ze kolo
rownika. Wlasciciel motelu wprowadzil nas do czystego auta i co
wiecej, nie widzialem na ulicy jednego, ktore nie byloby umyte (nie to
co moje auto w Polsce). Najwiekszy szok w tej czesci swiata – kierowcy
przestrzegaja wszystkich przepisow i moglibysmy sie od nich uczyc
kultury jazdy. Jako ze znalem jazde w egzotycznych krajach przez
prryzmat Egiptu czy Pakistanu, to mnie to zszokowalo. Tak przy okazji –
na ulicy byly watachy kibicow wracajacych z meczu. Smiali sie,
rozmawiali – normalni ludzie. Zwazywszy na moje doswiadczenia z
kibicami…
Dzisiaj jechalem w dzien wiec moglem wiecej zobaczyc.. Drogi boczne
sa bez asfaltu, ale w niezlym stanie. Glowne sa z bardzo dobrym
asfaltem, pozamiatane. Na rondach trawniczki i klomby. Cale milionowe
miasto na wzgorzach, wic sie jedzie caly czas w dol albo w gore i to
stromo.
Do tego wszyscy ludzie jakich do tej pory spotkalem bardzo
sympatyczni, a po ulicy mozna spokojnie chodzic z laptopem w rece, co w
wiekszosci miast afrykanskich graniczy z samobojstwem.

Dalsza część tekstu

Napisane przez: futrzak | 12 maja 2017

Tymczasem w świecie nauki


Choć wiara i religia wydają się obszarami mało związanymi z nauką, to neuronauka poznawcza często przyczynia się do wyjaśnienia zachowań uznawanych za domenę religii. Pokazuje to często, że przejawy wiary nie należą tylko do domeny kultury, ale też „twardej” nauki.

Takich właśnie kwestii dotyczy badanie opublikowane w piśmie Neuropsychologia. Naukowcy przebadali 119 weteranów wojny w Wietnamie, którzy doznali urazów mózgu zlokalizowanych w obszarze zwanym brzuszno-przyśrodkową korą przedczołową. Ten region już we wcześniejszych badaniach został zidentyfikowany jako biorący udział m.in. w podejmowaniu decyzji i ocenie ich długofalowych skutków, wyczuwaniu sarkazmu i ironii oraz otwartości na nowe koncepcje. Ten obszar określano również jako „centrum krytycyzmu” w ocenie wierzeń. Uważany jest on za jeden z najmłodszych ewolucyjnie rejonów mózgu.

Badano osoby z uszkodzeniami tego obszaru, a za grupę kontrolną przyjęto 30 weteranów bez uszkodzeń mózgu. Wszystkich uczestników poddano ocenie radykalizmu ich przekonań religijnych przy zastosowaniu standardowych w psychologii testów.

Wyniki pokazały, że w badanej grupie uszkodzenie brzuszno-przyśrodkowej kory przedczołowej związane było z nasileniem fundamentalizmu religijnego wywołanym ograniczeniem elastyczności poznawczej (czyli obniżonej zdolności do formułowania pojęć, rozwiązywania problemów związanych z jedną modalnością zmysłową – niezdolności do angażowania innych zmysłów w rozwiązywanie problemu, niezdolności do słownego przedstawienia reguł, według których porządkuje się pojęcia abstrakcyjne). Upośledzona była zdolność do zmieniania przekonań w świetle nowych dowodów oraz obniżona otwartość na nowe koncepcje.

To jedno z wielu badań łączących określone struktury mózgu z pojawianiem się danych wierzeń czy zachowań religijnych. Oczywiście, co podkreślają autorzy badania, wpływa na nie również środowisko, kwestie psychologiczne oraz fizjologiczne. Ograniczeniem jest tu też dobór grupy składającej się z mężczyzn o zbliżonym wieku, pochodzących z jednego kraju. Choć temat wymaga dalszego badania, to kolejny powód, by szukać w naszym mózgu ścisłych związków z powstawaniem i rozwojem religii.

zrodlo

Napisane przez: futrzak | 10 maja 2017

Soft skills

Ze takie niby są poszukiwane w branży IT i w ogóle.
Poszukiwane może i są, ale….

Problem z soft skills polega na tym, że są ciężko weryfikowalne podczas połgodzinnej czy nawet godzinnej rozmowy kwalifikacyjnej. No bo niby jak to sprawdzić? Odpowiedzi na tzw. „kluczowe” pytania każdy się moze nauczyc i wygra ten, kto jest lepszym aktorem. Bo rekruterzy zawsze zadają pytania ze skryptu czy książki, będącej tak samo na czasie, jak pięć razy odgrzewane kotlety.

W tym samym czasie weryfikacja „hard skills” jest relatywnie prosta tj. dajemy konkretne zadanie programistyczne do rozwiązania w języku X (o który nam chodzi, framework etc.) – i albo ktoś rozwiąże, albo nie.
A soft skills? Jak sprawdzić w pół godziny, że ktoś sobie poradzi w stresowej sytuacji? Że co, obrazimy go na rozmowie, a potem rozesmiejemy się w twarz jak stwierdzi, że ma do czynienia z nieprofesjonalnymi gówniarzami? Albo sprawdzimy jego zdolności komunikacji belkotając coś do sufitu?

Tego sie nie da sprawdzić w rozmowie kwalifikacyjnej.
Ale załóżmy, że ktoś z odpowiednimi kwalifikacjami został zatrudniony i faktycznie wykonuje swoją robotę. Jakie są efekty? Wszystko działa znakomicie, ale nie widać, że ten ktoś się „napracował”. Bo wungla nie przerzuca, nie koduje tysięcy linii, nie raportuje setek bugów, nie pisze manuali na tysiące stron.
Co robi? Dogaduje sie z dziesiątkami ludzi, w piętnaście minut wie, na czym polega nowa feature i potrafi to w następne piętnaście wytlumaczyc dowolnej osobie z firmy. Zawsze wie kiedy, gdzie, co i na jaki termin. Rozumie architekturę produktu. Potrafi się dogadać tak z autystycznym programistą jak i ekstrawertycznym klientem, który drze się do sluchawki przez godzinę, bo tak ma i już. Potafi tchnąć ducha nadziei na 3 dni przed release, jak już wszyscy mają dość, a on jeden jak nienormalny jakiś, skupia się na pozytywach ludzkich.

Czy ktoś to na codzień docenia? Na ogół nie, albo bardzo rzadko.
Czy jest wielka dziura, jak się taką osobę zwolni? Nie, na początku nikt nic nie zauważa, aż do czasu nowej release — bo każdy przecież zasuwa, pisze kod, testuje, nikt nie ma czasu na takie „pierdoły”. Taczki zasuwają puste, bo nikt nie ma czasu na nie ładować… że puste to wychodzi dopiero, jak się okazuje, że ci co kodowali, zaimplementowali coś zupełnie innego niż to, co testowali testerzy, a to co chciał zobaczyć product manager to było jeszcze coś innego. I wszyscy robią „check!!” (jak przy pokerze) za pięć dwunasta. Ale wtedy jest za późno, i zaczyna sie szukanie winnego. Kto zgadnie, kto pierwszy jest do odstrzału?

Koderzy dalej dziobią swój kod (niewazne ze potrafia nadziobać tysiące linii nikomu niepotrzebnych albo niezrozumialych – nikt tego i tak nie czyta). Testerzy dalej dziobią testy (niewazne ze potrafia nadziobać tysiące lini raportow nikomu niepotrzebnych albo niezrozumialych – nikt tego i tak nie czyta). Product manager zasłania się usability tests i innymi raportami od userów. A co robi taka osoba, która jest go-between, nie ma nawet pięknie brzmiącego stanowiska, ramek, certyfikatów, patosu i powagi korporacyjnej?

NIC NIE ROBI. JEST ZWALNIANA.

Co potem? A znowu jest jeden wielki chaos, dopóki nie znajdzie sie kogoś na to miejsce, nie wyssa, nie splunie i nie porzuci.

Amen. Smutne.
Jeszcze smutniejsze jest to, że w branzy High-Tech zwykłym ludziom można prawie-że dowolne bzdury wmówić i się nie zorientują, bo będą myśleć, że tak trzeba. Klasyczny przyklad: ile ludzi przyzwyczailo sie, ze ich komputer osobisty (z OS Windows) nalezy codziennie wyłączać, a jak sie zawiesi, to nalezy zrobic hard reboot – bo ten system „tak ma”?

Napisane przez: futrzak | 10 maja 2017

Wieści z Mountain View

Na fejsie zalajkowałam sobie profil policji z Mountain View kilka lat temu i obserwuję, co się dzieje. Od jakiegoś czasu wzrasta przestępczość. Najpierw było kradzenie paczek sprzed drzwi, potem włamania do domów, z ktorych wlasciciele wyjechali na weekend. Ostatnio trafiło nawet znajomą – pod nieobecność jej i rodziny wybito szybę w drzwiach od tyłu patio, złodzieje ukradli sprzęty elektroniczne, bizuterie i gotówkę oraz zwandalizowali dom obrzygując wnętrza pianą z gaśnic.

Potem było coraz więcej napadów rabunkowych a to na sklep, a to na restaurację…
Dodam, że za czasów, kiedy tam mieszkałam, zwykli ludzie nie mieli nawet alarmów poinstalowanych w domach, bo po co.

No a wczoraj kumpel doniósł, że na parkingu za Mollys (ulubiony pub irlandzki wszystkich przyjaciół i znajomych) była strzelanina. Zaraz zjechało się dziesięc radiowozów policji, obstawili i zablokowali teren i ruszyli na poszukiwania. Nie znalezli nikogo potrzelonego, aczkolwiek łuski z jednej rundy amunicji (nieujawnionego kalibru) i owszem.

No i tak to.
Im większe rozwarstwienie społeczeństwa, tym większa przestępczość. W Mntv juz w zasadzie nie ma klasy średniej. Są ludzie bogaci, ktorych stac wynająć sobie nowe, ładne apartamenty za 4-5 tys dolarów miesięcznie i ci, którzy walczą o życie od pierwszego do pierwszego, podnajmując pokój od rodziny. Jest tez masowy exodus emerytów, którzy domy co prawda mają już splacone, ale z powodu wzrostu cen nieruchomości nie sa w stanie oplacac rocznych podatkow od nieruchomosci (ktore sa naliczane od rynkowej ceny usrednionej polrocznie). I tyle…

Scenki z życia kolegi, który projektuje i wykonuje sterowniki przemysłowe:


Dzwoni koleś, chce zamówić sterownik mikroprocesorowy, tani i żeby robił cuda na kiju. Może dać 500 zł. Zaliczki? Nie, za całość…
Potem taki leci do mediów i drze japę, że „panie, ale w Polsce to im sie w dupach poprzewracalo, jakie bezrobocie, ja tutaj będę fabryke otwieral, a nikt mi nie chce wykonac sterownika mikroprocesorowego!”

Napisane przez: futrzak | 7 maja 2017

Bajka o cywilizowanych polskich emigrantach

Jak wiadomo, polska emigracja (en mass, bo na szczęście są wyjątki) zwłaszcza ta z okolic Jackowa z USA oraz świeżaki z UK, mają dość radykalne poglądy na temat „ciapatych” „muslimów” i paru innych nacji, które określają niewybrednymi słowami, odżegnują od czci i wiary i generalnie uważają za prymitywną grupę podludzi, których należy z cywilizowanych państw wyrzucić.

Tymczasem oto zaszło takie zdarzenie. Polski katolicki chłopiec, Grzesiek Kosiec, lat 23, został aresztowany w East London z powodu morderstwa. Ofiara to dwudziestoletnia Karolina Chwiluk, zadźgana nożem. W miejscu, gdzie znaleziono ofiarę, znajdowały się też dwie inne osoby z ranami kłutymi od noża, które to ofiary zostały przewiezione do szpitala.
Zdarzenie jak zdarzenie, morderstwa są popełniane chyba we wszystkich krajach.

Ale reakcje, reakcje…
Poniżej znajduje sie zdjęcie ofiary z mordercą z profilu facebooka wraz z komentarzami znajomych Polaków. Większość z nich to autentyczne osoby, trzy zostały zindentyfikowane jako działacze parti Korwina…

Napisane przez: futrzak | 6 maja 2017

Siła wyuczonych reakcji

Łatwo powiedzieć – zmień to w sobie. Trudno zrobić – cholernie trudno.
Ludzie dziwią się ofiarom przemocy, że dlaczego nie odchodzą. Ale zmienić swój sposób myślenia i reagowania na cokolwiek jet pieruńsko trudno. Widzę to sama po sobie i to w rzeczach wydawałoby się całkowicie trywialnych.

Przez cały proces edukacji, jaki przechodziłam, pomyłka czy błąd zawsze były karane. Dostawało się lufę, nauczyciele potrafili krzyczeć i drwić. Klasówki, kartkówki to zawsze był potężny stres – że się zawali. Przy większych zaliczeniach potrafiłam cała noc z nerwów nie spać, przed egzaminem miałam rozwolnienie ze stresu. Było to tak obciążające, że zwykle miałam efekt „białej tablicy” – null, zero. Gdy nerwy opadły – nagle cała wiedza powracała. Nie muszę mówić, jak cholernie psuło mi to efekty osiągane w polskich szkołach..

No ale szkoly pokonczylam, studia tez, tyle lat minelo….dziś. Uczę się hiszpańskiego, robię lekcje online. Każda lekcja ma mniej-więcej 20 zdań do przełożenia (w obie strony tj. hiszpanski-angielski, angielski-hiszpanski). Za każdym razem, kiedy się pomylę, a komputer wypluwa ze siebie czerwony kolor i smutne buczenie, czuję ssanie we wnętrznościach, takie przykre odczucie – nie ból, ale coś jak najbardziej odczuwanego jako negatywne. Trzy pomyłki (najczęsciej są to rzeczy drobne typu brak article) i rzucam lekcję wpizdu. Jestem tak zniechęcona i przygnębiona, że po prostu nie jestem w stanie kontynuować. Muszę zająć się czymś innym, przykre emocje muszą odejść, zebym byla w stanie kontynuowac. Czasami zajmuje to 15 minut, a czasami i godzinę.
A przecież to nie są żadne lekcje, z ktorych będę odpytywana, oceniana – ba, nie są nawet płatne. Teoretycznie nie powinnam więc sie w ogóle denerwować, czy przejmowac błędem, prawda?

Teraz pomyślmy o ofiarach przemocy. Schemat najczęściej wygląda tak, że kiedy wybucha awantura, są krzyki i bicie, one potem automatycznie reagują obwiniając siebie. Że przecież gdyby się nie spóźniły… że gdyby nie zgubiły telefonu… nie byłoby awantury. Nie byłoby bicia. Wiele z nich w samym biciu nie widzi niczego złego, bo przeciez jak były niegrzeczne, to następowała kara w postaci klapsa. Wiadomo więc – zasłużyły sobie…I ten wyuczony w dziecinstwie schemat przenoszą potem do dorosłego zycia. Podporządkowują się, bo boją się kary. Sa przekonane, ze jak zrobią wszystko idealnie, to będzie dobrze. Do tego bardzo często przychodzi zależność ekonomiczna. Odwrócić to wszystko, zmienić, żeby znależć siłe na odejście – to jest praca wręcz heroiczna. Potrzeba bardzo, bardzo dużo wsparcia. Ostatnią zaś rzeczą, ktorej ofiara potrzebuje, jest obwinianie jej. „Dlaczego sie w to wpakowalas?” „Gdybys mu nie pozwolila, nie pomiatalby tak toba”, „Dlaczego nie poszlas na policje”, „Dlaczego od niego nie odejdziesz” itd, itp.

Nigdy, przenigdy nie mówcie takich rzeczy ofierze przemocy. Ugryźcie się w język, walnijcie łbem w ścianę – ale zmilczcie. Nie wbijajcie ofierze noża w plecy. Ofiara juz wystarczająco się ocierpiala..

Napisane przez: futrzak | 5 maja 2017

I zagłosowali….

I przegłosowali…Co prawda to dopiero house, ustawa musi jeszcze przejść przez senat, a senat już stwierdził, że głosować nie ma zamiaru…Cała sprawa odwlecze się więc, ale powiedzmy, że przy większości republikanskiej prędzej czy później w końcu w jakiejś formie jakiegoś potworka dotyczącego healthcare przepchną – uwalając oczywiście Obamacare.

Jakże się cieszę, że już tam nie mieszkam.. autentycznie. Odszedł mi stres martwienia się co będzie, jak mnie jakiś samochód potrąci, albo gdybym musiała wylądować w szpitalu z dowolnego innego powodu, niezależnego ode mnie. Gdy w 2009 roku straciłam pracę w związku z kryzysem, mój „plan B” wyglądał tak, że jak już ze szpitala wyszłabym (zakładając, że żywa..), to natychmiast pakuję manatki i zwiewam do Polski, nie czekając na rachunek medyczny. Bo będąc na bezrobociu nie byłam ubezpieczona – nie stać mnie było. Zasiłek dostawałam najwyższy jaki w ogole przyslugiwal – 1800 USD miesięcznie brutto (co Polakom moze wydac sie sumą zawrotną), ale co z tego, skoro ubezpieczenie tzw. Cobra (jedyne osiagalne dla bezrobotnych) wynosiło samego premium miesięcznie 500 USD, a moje opłaty za condo (kredyt plus media plus HOA) wynosiły ponad 3000…A przeciez jeszcze cos trzeba bylo jeść, benzyny do samochodu nalać (hint: w Silly Valley samochod jest niezbędny), telefon opłacić…

Dziś mam te problemy z głowy. Zycie w Urugwaju co prawda jest proste, spokojne, nie zarabiam aż tyle, ale co z tego? 15 minut spacerem od mieszkania mam takie widoki (klikamy w zdjęcie zeby zobaczyc wieksze):

Bo jutro kongres będzie głosował nad przepchnięciem republikańskiego healthcare plan, który ma zastąpić Obamacare. Twierdzą, że maja wystarczajacą ilość głosów.

Pisalam juz o tym że ich ustawa spowrotem da stanom możliwość odmowy ubezpieczenia ze względu na preexisting condition.
Natomiast nie wiedziałam, że do preexisting conditions zaliczają się:
– sexual assault (napaść na tle seksualnym)
– postpartum depression (depresja poporodowa)
– C-sections (poród przez cesarskie cięcie)
– victims of domestic violence (ofiary przemocy domowej).

Witamy w „raju” prywatnych ubezpieczeń, gdzie ofiary przemocy i napaści, pospołu z kobietami, które śmiały urodzić przez cesarkę, nie będą się w stanie do końca życia ubezpieczyć. BTW: wiecie, ile kosztuje zwykły poród siłami natury w szpitalu w Silicon Valley? Ok. 15 000 USD, zaś w San Francisco 29 000 USD. Cesarki są oczywiście droższe. A teraz proszę to sobie opłacić z pensji 8 dolarow brutto za godzine.
To już jest trzeci świat.

zrodlo

Napisane przez: futrzak | 2 maja 2017

Cholerne articles

No więc powiedzmy sobie, że nawet gdy znałam tylko angielski, z pieprzonymi articles zawsze miałam problemy. Tak, regula niby prosta, ale wszystko zaczynało się plątać w zdaniach złożonych, gdzie ciągle zastanawiałam się, czy w ogóle ma być jakiś article, czy nie (bo który, to łatwe do zdeterminowania).
Teraz doszedł hiszpański i już w ogóle dostałam kociokwiku – bo reguły w jednym i drugim języku są inne.
Przykłady:

eres carpintero? ale are you a carpenter?
el solo piensa sobre la fama ale He only thinks about fame
Mi hijo juega al fútbol ale My son plays football

Tak więc teraz już zupełnie posrało mi się i wymieszało i do szału doprowadzają mnie jakiekolwiek testy w których tłumaczę hiszpanski-angielski albo na odwrót i wykładam się na takich pierdoletach jak te cholerne articles.

Czy ktoś to ogarnia i mógłby mi wyłożyc?
I jak odróżniamy rzeczowniki policzalne i niepoliczalne? Teoria głosi, że policzalne występują w liczbie pojedyńczej i mnogiej i że mozemy je policzyć na sztuki. I przed nimi stawia się articles. PIKNIE. Czyli information jest policzalnym rzeczownikiem, bo „information” and „informations”. A tu kurwa bulba, bo:

Information is important to any organisation.
Tak jest. Nie ma obsranego article. Podobnie nie ma w zdaniu „Crime is a problem”. Oczywiście problemu nie mam z „news” i „data”, bo te są ewidentnie niepoliczalne.

HALP??

Napisane przez: futrzak | 1 maja 2017

Majówka

Pierwszy maja w Montevideo jest fascynujący, albowiem wszystko pozamykane i nawet autobusy zadne nie jeżdzą! Co notabene jest genialne, bo spokoj i cisza…

W tym roku pogoda objawila się cudowna wręcz: 25 st C w dzień, oślepiające słońce i bajecznie niebieskie niebo. Sielankę psuły tylko komary, które z powodu wysokiej temperatury obrodziły chmarami bydlaki. Z konieczności więc nie zapuszczaliśmy się w żadne zaroślinnione rejony, ale i tak było pięknie.

Tereny rekreacyjne przy Rambli. Widać chodnik, murek, za murem ścieżka rowerowa, a potem kilometry trawy, palm i drzewek. Każdy moze tam pójść i grac w piłkę albo uprawiać dowolne inne sporty. Rambla ciągnie się przez 26 kilometrów od centrum miasta. Tyle przestrzeni…

Przy co ładniejszych punktach widokowych specjalne ławeczki – bo normalne są przy chodniku w regularnych odstępach.

Tu plac zabaw dla dzieci. Rodzice zwykle siedzą we własnym towarzystwie i rozprawiają przy mate, jakoś specjalnie nie cierpią na ból tyłka z powodu, że dzieciaki szaleją na drabinkach, zjeżdzalniach czy na murku…

Jest też sztuka. Z urwaną ręką, ale zawsze :)

Oraz sztuka surrealistyczna. Nie mam pojęcia kto, po co i kiedy przyciągnął ten fotel na plaże, ale wrazenie sprawiał dość kosmiczne.

Godzina trzynasta, więc wszyscy na tradycyjnej parilli, pustki…

No i oczywiście ulubiona forma spędzania wolnego czasu przez miejscowych: leżaczkowanie z przyjaciółmi, dyskusje i popijanie mate. Pewnie dlatego są tacy spokojni i nienerwowi..

Niektórzy zaś medytują przy pomniczku…

Co zabiorę się za obróbkę kolejnej porcji zdjęć, to wyłazi jakiś news, którego po prostu nie da, no nie da się nie opublikować…

Wczoraj, podczas wywiadu udzielonego w Gabinecie Owalnym Bialego Domu do Trumpa wreszcie dotarła mrożąca krew w żyłach rzeczywistość jego obecnego urzędu. Alleluja!!! Już po trzech miesiącach bidok zauważył, że:

I loved my previous life. I had so many things going — the president told Reuters in a wide-ranging Oval Office interview. „This is more work than in my previous life. I thought it would be easier.

Czyli, rozumiecie, prezydent światowego mocarstwa poskarżył się prasie, że wolał swoje poprzednie życie dzieciora urodzonego w bogatej rodzinie magnatów nieruchomości i gwiazdy reality shows. Bo prezydent USA ma tyle pracy! A w ogóle to jemu wydawało się, że bycie prezydentem będzie łatwiejsze!

*FACEPALM*. Popiątny, a może podziesiątny. A jeszcze większy, jak sobie człowiek uświadomi, że przecież ktoś na tego idiotę głosował…Ba. I dzisiaj są niestety hordy ludzi, którzy nadal wierzą, że Trump „will make America great again”…. Czego oni do k* nędzy się napalili albo naćpali????

Napisane przez: futrzak | 26 kwietnia 2017

Amnestia podatkowa dla bogatych – teoria i praktyka

Teoria:

Trump planuje w ramach „reformy podatkowej” uchwalić jednorazową amnestię podatkową dla amerykańskich korporacji. Teoria głosi, że owa amnestia ściągnie do kraju biliony dolarów zaparkowane za granicą w rajach podatkowych oraz że te pieniądze zostaną zainwestowane w gospodarkę, utworzą miejsca pracy etc.

Praktyka:

W 2004 roku kongres USA uchwalił amnestię podatkową dla amerykanskich korporacji; po sprowadzeniu bilionów dolarów do kraju, pieniądze te miały zostać obłożone preferencyjnym, niskim podatkiem 5%.
Inwestycje, miejsca pracy, te sprawy.

Co się stało? Otóż korporacje wydały nadmiarową kasę na wykup własnych akcji aby zapłacić zawrotnie wysoką dywidendę udziałowcom i członkom rad nadzorczych.
Komisja senacka w 2011 roku ustaliła, że:

1. 15 najwiekszych korporacji (m. in. Pfizer, HP, IBM) dokonały masowych zwolnień ok. 20 000 ludzi oraz obcięły wydatki na badania
2. Skarb państwa stracił bezpowrotnie 3.3 miliardy dolarów w przeciągu 10 lat
3. Po amnestii podatkowej korporacje zaparkowaly jeszcze więcej nieopdatkowanego profitu w rajach podatkowych dochodząc do wniosku, że prędzej czy poźniej będzie następna amnestia.

No. To by było na tyle w temacie fałszywej teorii „skapywania bogactwa”.

Older Posts »

Kategorie