Napisane przez: futrzak | 26 Maj 2016

Bo KK terroryzuje Polaków…

Słuchać już nie mogę narzekań ludzi w Polsce odnośnie religii w szkole.
Wiecie co, duraki? Zamiast narzekać, przestańcie posyłać dzieci na lekcje religii. It’s that fucking simple.

Co to w ogóle jest? Najpierw lament, jęczenie, pretensje do całego świata, wyrzekanie na władze, KK etc. a jak przyjdzie co do czego, to „Oj wie pani, posyłam, bo co powiedzą sąsiedzi” „Tak na wszelki wypadek chodzi, po co mieć kłopoty”.
Jak się nie umiecie postawić, jak wolicie zgniły oportunizm, to nie miejcie potem pretensji do całego świata o co, co od was zależy. Czas juz zacząć wreszcie zauważać związek przyczynowo-skutkowy i przestać zachowywac się jak dzieci w piaskownicy, ktore jak im cos nie pasuje, to drą gębę i rzucają łopatką.
Czas najwyzszy.

Napisane przez: futrzak | 25 Maj 2016

Zima przyszła….

– Po czym poznać, że na zewnątrz jest bardzo zimno?
– Po tym, że wszyscy Urugwajczycy przychodzą do pracy w grubych, wełnianych czapkach.
– A jaka jest wtedy temperatura na zewnatrz?
– Bardzo zimno. + 10 st C….

Napisane przez: futrzak | 24 Maj 2016

Jak przekonać użytkowników do upgrade?

Można tak jak Microsoft. Jakoś ostatnio chyba zbyt mało ludków garnęło się do zakosztowania dobrodziejstwa Win10, bo ktoś wpadł na genialny pomysł: otóż kliknięcie w znaczek iksa w okienku promptu – które normalnie takie okienko zamyka (i jest tak na każdym OSie i aplikacji, za wyjątkiem malware) – tutaj aktywuje upgrade…

Słowem nie chcesz juzusiu używać naszego pięknego nowego OSa, to my i tak znajdziemy na ciebie sposób.
Oczywiście ludzie, którzy mają WinOS skonfigurowany tak, żeby automatycznie akceptować mandatory upgrades i tak to nie zaskoczy, bo im sie Win10 sam zainstalował bez klikania w cokolwiek, prawdaż.
A ilu zwykłych uzytkowników wie, że defaultowo Win10 jest ustawione tak, że szpieguje każdy ruch na komputerze, który wykonujemy?
Sprawa nie jest nowa, ale ci, którzy jeszcze tego nie zrobili, niech się doinformuja…

PS:
A skoro już o komputerach. Muszę powiedzieć, że jestem pod wrażeniem tutejszych firm piszących soft dla zewnętrznych klientów (najczęsciej z USA, ale nie tylko). Unit tests są standardem (i nic w tym nadzwyczajnego), ale standardem w development cycle jest również ciągłe code refactoring…a to już jest coś.

Napisane przez: futrzak | 23 Maj 2016

Z annałów dyskryminacji

Działka IT.

Jak zniechęcić dziewczynę do programowania? Na przykład tak:
dajemy „na próbę” jedną z najtrudniejszych rzeczy do zrobienia: zdebuguj kod jakiegoś megalomana, cierpiącego na sraczkę umysłową i testowstręt. Postaw warunek: nie wolno napisać tego samego od zera.
Szanse, że dziewczyna się zniechęci, są powyżej 90%. Prawda jest taka, że właściwie prawie każdy średniozaawansowany programista, niezależnie od płci, się zniechęci – bo to jest rzeźba w gównie. Senior programmer wzruszy ramionami i poszuka innej pracy/klienta/zlecenia. Bo może, oraz wie bardzo dobrze, że skórka nie warta jest wyprawki oraz jego nerwów.

Na czym polega dyskryminacja? Ano na tym, że początkującym męskim programistom takich zadań się na ogół nie daje. Oni dostają łatwe rzeczy typu „napisz resztę tych APIs w/g schematu” „zrób ten moduł, daj znać, jak będziesz miał problemy”. Generalnie są zachęcani, a nie zniechęcani… a dziewczyny przeważnie muszą ciągle udowadniać, że nie są wielbłądami i że wiedzą co robią.

Temat zreszta jest znacznie szerszy, dopiero od niedawna zaczyna się o tym mówić.
Jak kogoś interesuje, warto poczytac.

Napisane przez: futrzak | 19 Maj 2016

Z kamerą wśród Urugwajczyków – plaża Pocitos

Ciąg dalszy cyklu. Dzis Plaża Pocitos

Mam do niej pięć przecznic z domu. Poniewaz teraz jest zima, to plaża wygląda na wymarłą. W lecie w miejscu gdzie widac bramki, zawsze się cos dzieje. Budowane są tymczasowe trybuny i w kazdy weekend są rozgrywane mecze siatkówki, piłki nożnej, ręcznej – czasami są też koncerty. Generalnie jest tam pełno ludzi i cos się dzieje.

Troche lepszy, panoramiczny widok na plażę oferuje Wikipedia, chociaz to tylko zdjęcie – ale robione dokładnie z drugiej strony w stosunku do widoku z kamery.

Plaża nie zawsze jednak wyglądała tak pieknie. W poprzedniej pracy wdałam sie w dyskusję ze starszym kolegą, ktory mieszka w Pocitos od dziecka. Powiedział, ze jeszcze dwie dekady temu sama plaża przypominała bardziej smietnisko niż plażę, a woda była na tyle zanieczyszczona, ze zupełnie nie nadawała sie do kąpieli.

Rambla przy Pocitos też nie zawsze wyglądała tak, jak dziś… dawno dawno temu, w 1912 roku, pewn brytyjska firma zbudowała hotel przepięknie wrzynający się w wody La Platy. Ą, Ę, te sprawy – tutaj wiecej zdjec. Sielanka zakończyła się w roku 1923, kiedy to 10 lipca przywalił potężny sztorm, podmył plażę i piasecek i rozp*ił hotel. Szkieletor straszył aż do 1935 roku, kiedy to go wreszcie rozebrano. Oraz, władze miasta doszły do słusznego wniosku i zbudowały wał przeciwpowodziowy, na którego grzebiecie znajduje się dzisiejsza Rambla….

Napisane przez: futrzak | 18 Maj 2016

Smak sukcesu

Mam taką znajomą z Silicon Valley. Rumunka, przyjechała do USA będąc nastolatką. Ciężko pracowała, dostała się do dobrego collegu, a potem do Stanford Law School.
Pamiętam ją z tamtych czasów – chuda jak mysz kościelna, ludzie jej stawiali drinki w Mollys, bo nie było jej stać.
No ale uparła się, studia skończyła. Jakiś rok potem zdała egzamin BAR — jest on niezbędny, żeby posiadać licencję uprawiania zawodu w USA (każdy stan ma swój BAR).
Pracowała najpierw jako executive assistant w Ebayu, potem w Zynga. Kupiła sobie łódź mieszkalną zadokowaną w zatoce San Francisco, niedaleko sławnego Pier 39. Średnio raz na tydzień zamieszczała na fejsie zdjęcia z rejsów łodzią i imprez tam się odbywających – wszyscy jej zazdrościli, rzecz jasna.

American Dream. Success. Ciężką pracą ludzie się bogacą i tak dalej.

Fast forward siedem lat do przodu. Właśnie zamieściła ogłoszenie o sprzedaży łodzi (mieszkała w niej cały ten czas, razem z psem i w ostatnim roku z sublokatorką) i miejsca dokowego. W prywatnej rozmowie powiedziała, że chce spłacić school loan, która ciągle wynosi ponad dwieście tysięcy dolarów….

Napisane przez: futrzak | 16 Maj 2016

Poziom polskiego dziennikarstwa ekonomicznego

..czyli dno, syf i kilo kitu w du*ie.

Na fejsie wepchnął mię się w feeda artykuł z money.pl na temat przecietnego wynagrodzenia w Polsce.

Cóż z niego można się dowiedzieć? Ze przeciętne wynagrodzenie w pierwszym kwartale 2016 roku wyniosło 4181 złotych.

ANI SŁOWA na temat tego, czy jest to średnia, mediana czy dominanta. Ani słowa, czy to pensja netto czy brutto i obliczana na jakiej podstawie (jaki rodzaj umowy, w jakich przedsiębiorstwach).
A to są bardzo ważne parametry, bo w zależności od nich rozrzut może być ogromny. Jednak przeciętni ludzie tego nie wiedzą, ale czują, że coś jest nie tak. Komentarze są mniej-więcej takie:

paranoja co za chłam wciskany ludziom w takie bujdy tylko PO wierzy średnia to około 1800 zl

jeśli kilka lub nawet kilkanaście lat większość ludzi wegetuje na tych samych wynagrodzeniach, to te dane są tylko spośród biurokracji i należy uściślać z jakiego kręgu

W tylek sobie wsadzcie te dane GUS-u !!!

Średnio ja i niemowlak to nastolatkowie…

Ludzie skąd te wyliczenia

.. i tak dalej…

Ja nawet nie wiem, czy zwykli ludzie WIEDZĄ jaka jest różnica między średnią, dominantą i medianą. Jak powinno sie dobierać reprezentatywne próbki i parę innych parametrów. Pewnie nie wiedzą – ale sa wkurzeni, wiec szukaja obiektu, na ktory mogliby przelac swoja frustracje.
Smutne.

Niby USA to ten sam kraj… niby Amerykanie wiedzą, jak wygląda w nim życie – w różnych stanach.
No ale wiedzieć a odczuć, to są dwie różne rzeczy…

Znajomy, który całe życie (dwudziestokilkuletnie, ale zawsze…) mieszkał w Georgii, przeniósł się na zachodnie wybrzeże. Ta przeprowadzka była jego marzeniem, dusił się w redneckowej atmosferze Bible Belt.
Obecnie przebywa w Oregonie.
Zapytałam go o wrażenia.

– Normalnie nie ogarniam, jak biały jest Oregon… prawie że hahaha tęsknię za Południem…
Nie jestem pewien, czy zostanę w Oregonie. Nie, żebym nie znosił tego miejsca, ale wszystko tu jest tak różne, jak na innej planecie. Nie zdawałem sobie sprawy, że będę teskinił za takimi rzeczami…
– Jakimi?
– Oh, małymi. Widzieć na codzień ludzi o różnych odcieniach skóry… czuję się jakbym odleciał [makes me feel trippy] – wszyscy tutaj to liberałowie – to nie może dziać się na prawdę! Na dodatek wszyscy popierają Sandersa!
– No, bo to Oregon :) w Kalifornii podobnie, chociaż z drugiej strony niekoniecznie na południu.. LA to jest zupełnie inna bajka.
– Chyba nie chciałbym mieszkać w LA
– Slusznie, bo to piekło na ziemi
– Moj współlokator z Columbus prawie całe życie przemieszkał w LA i zawsze mówił fuck this place. Zatłoczone…drogie… gangi..braki wody każdego dnia. Chyba sprawdzę Colorado. Też mają legalną marihuanę no i góry!!

Tak właśnie. Zawsze, jak ludzie pytają się mnie, jakie są USA, odpowiadam natychmiast pytaniem: a o który stan ci chodzi? Czasami odnoszę wrażenie, że różnice między pewnymi krajami w Europie są mniejsze, niż między pewnymi stanami w USA….
Owszem, ja też przeżyłam mały szok, jak pojechałam po raz pierwszy do Atlanty:
– ojej, tutaj prawie każdy jest czarny!
– ojej, ale dlaczego oni wszyscy rapują??? [zdanie owo wygłosiłam stojąc w kolejce w McD i słuchając lokalnego akcentu…]
Tyle, że to był mój pierwszy rok w USA, dopiero co przyjechałam z Polski, moje wyobrażenie o tym kraju pochodziło z filmów holyłudzkich, wiec mysłalam, że całe USA wygladają tak jak Kalifornia…
B zaś urodził się w tym kraju i całe życie tu spędził.

Cóż, jak mawia stare przysłowie pszczół: podróze kształcą, ale nie każdego :)
Jest grupa ludzi, która na nowości reaguje „e, u nas na wsi jajka są lepsze”, „Nowak też ma taki samochód”, „co oni się tak szczerzą?” itp. Takim już nic nie pomoże, bo im w głowie zamarzło….

Napisane przez: futrzak | 14 Maj 2016

Filmik na weekend

Chłop znalazł ten film – obejrzałam i po prostu padłam!

Uruguay 1949 Office of Inter-American Affairs presents.. czyli o złotych latach Urugwaju.
Kraj już wtedy miał publiczny system opieki zdrowotnej dostępny dla każdego, nieodpłatną edukację wszystkich szczebli, największą literacy i klasę średnią z całej Ameryki Południowej.

Smiem twierdzić, że Montevideo wtedy wyglądało lepiej, niż dziś. Wszystko nowe, zadbane no i nie było jeszcze budowli-potworków z czasów dyktatury ani też obleśnych wieżowców dominujących dziś nad plażą Pocitos. Były tramwaje oraz kultura gaucho obecna wszędzie :)
Stara chłodnia u stóp Cerro, dziś porzucony pustostan, działała pełną parą.
Warto obejrzeć.

Napisane przez: futrzak | 13 Maj 2016

Obyczajowe

Wdałam się ostatnio w pracy w rozmowę z M. (programistka), z którą siedzę w pokoju. Ona z tych, co mają fisia na punkcie mody, i to po niej widać. Malutka, drobniutka, w pasie ma tyle, co szerokość mojego uda, a dwa razy niższa, taki krasnoludek :)
No więc M. skarżyła się, że społeczeństwo urugwajskie jest bardzo jednolite, konserwatywne i nie toleruje inności.
– weź na przykład moje buty [takie kamasze w stylu martensów, z podeszwą i sznurówkami w kolorze magenta, wzorek w lamparcią skórkę]. Jak pojechałam do NYC, to ludzie na ulicy pytali się mnie, skąd mam takie fajne buty. A tutaj? Widziałaś reakcję facetów?
No tak, widziałam. Zrobili minę co najmniej, jakby była psychiczna i w ogóle co jej się na mózg rzuciło.

Ale dziś druga programistka z pokoju, Me. zakasowała wszystkich swoimi nowymi butkami. Też kamasze, ale pszę państwa. W KOTKI. Normalnie w kotki. Beżowe, z materiału, z nadrukiem kotków w kolorze granatowym i fioletowym. CUDO!
Odpytana na okazję gdzież też nabyła takie zjawisko odpowiedziała, że jej matka zamówiła gdzieś online. Bo oczywiście tutaj takich nie ma. Faktycznie – nie ma. Wszystkie buty są w nudnych kolorach beżowo-czarno-brązowych. Kurtki też takie. Reszta ubrań też.

Ulica urugwajska jest szarobura, z rzadka prześwieca but w kontrastowym kolorze – to nike albo new balance albo inne markowe. Tego typu wyroby kosztują tutaj jakiś chory majątek typu 150 USD, więc robią za demonstrację statusu. Zupełnie jak w Polsce lat 90-tych a i później..

***
Na konserwatywność społeczeństwa skarżyła się tez moja przyjaciółka z poprzedniej pracy, z tym że to już było malo śmieszne, bo ona lesbijka i niestety doznała sporo nieprzyjemności za odstawanie od normy – zwłaszcza poza Montevideo. Pochodzi z północy, z miasteczka Artigas pod samą granicą z Brazylią – słowem tam, gdzie diabeł mówi dobranoc. Tam nie bardzo toleruje się niekobiece kobiety, a już koncept kobiet trzymających się za ręce wzbudza ferment. Od tej strony Buenos Aires jest naprawdę kosmopolityczne, można tam zaobserwować dowolną ilość świrów na kilometr kwadratowy i pies z kulawą nogą nie zwraca na to uwagi – podobnie jak w San Francisco (chociaż tam nasycenie gejów na kilometr jest największe na całym świecie chyba).

No ale cóż, uroki życia na zadupiu świata… inna sprawa, że tutaj i tak ludzie są dośc nieagresywni w porównaniu na przykład z południem USA, gdzie dwóch gejów trzymających się za ręce może zostać cieżko pobitymi…

Napisane przez: futrzak | 12 Maj 2016

Głupie wymysły feministek?

Petycja taka, skierowana do rządu UK, się pojawiła.

Została wniesiona przez kobietę, która została wyrzucona z pracy (jako recepcjonistka), bo odmówiła noszenia butów na obcasie.
Dziewczyna argumentowała, że nie da rady zasuwać dziewięć godzin na nogach w pracy polegającej na odprowadzaniu klientów do ich miejsc przeznaczenia/pokojów konferencyjnych i czy nie mogłaby nosić tak samo oficjalnych butów, tylko że na płaskiej podeszwie. Nie. Usłyszała, że ma sobie pójść kupić szpilki.
Zapytała, czy jest chociaż jedna przyczyna dla której jej obowiązki służbowe ucierpiałyby, gdyby wykonywała je w butach nie na obcasie. Nie otrzymała odpowiedzi.
Zapytała wreszcie, czy od mężczyzny, zatrudnionym na takim samym stanowisku, też oczekiwanoby noszenia butów na obcasie. Tu roześmiano się jej w twarz i odesłano do domu bez płacenia za wykonana pracę.

Firma twierdzi, że wszystko jest legalne i ma rację – może wymagać od swoich pracowników konkretnego dress code. Dlatego petycja apeluje o zmianę tego prawa tak, aby uczynić nielegalnym wymaganie od kobiet noszenia w pracy szpilek wbrew ich woli.

Podpisałabym, ale nie jestem obywatelem ani rezydentem UK. Jeśli ktoś z państwa jest i zgadza się, proszę o podpis. Brakuje jeszcze 37 tysięcy podpisów, aby petycja była rozpatrywana podczas sesji parlamentu.

PS:
Urzekł mnie sam system petycji. Prosty, jasny, przejrzysty. Każdy obywatel może wnieść swoją i to drogą elektroniczną. Bariera ilości podobna jak w Polsce – 100 tys. podpisów, aby ustawa weszła pod obrady sejmu. Właśnie. USTAWA. W Polsce obywatel musi wystąpić z projektem ustawy a kto, poza specjalizowanymi prawnikami, potrafi to poprawnie napisać? A jak będzie źle napisana i stojąca w konflikcie z istniejącymi kodeksami i prawem, to zostanie wywalona do śmieci.
W UK inaczej. Samą poprawnością ustawy ma się zajmować organ kompetentny w tym względzie, a nie zwykły obywatel. I tak powinno być…

zrodlo

Samo zjawisko zaobserwowali pewnie wszyscy, którzy kiedykolwiek bardziej na poważnie próbowali się odchudzać.
Co się człowiek odchudzi, tak potem waga wraca do punktu wyjściowego, a nawet wyżej niż przed odchudzaniem.

Odpowiedzialny za to jest nasz mózg, który ma swój własny „set point” czyli wagę, jaką uznaje za prawidłową. Dla każdej osoby będzie to różna wartośc, a zależy głównie od odziedziczonych genów oraz dotychczasowego trybu życia. Gdy waga spada poniżej set point, nasz mózg uważa to za stan zagrożenia i uruchamia specjalne procedury: obniża tempo metabolizmu oraz produkuje hormony odpowiedzialne za poczucie głodu i efekt nagrody występujacy po jedzeniu.

To jeszcze nie wszystko. Samo przejście na dietę powoduje większe prawdopodobieństwo przybrania na wadze w dłuższym okresie czasu. Żeby potwierdzić tę hipotezę naukowcy obserwowali 4000 bliźniaków. Okazało się, że im częściej dana osoba intencjonalnie odchudzała się, tym wyższą wagę potem miała w porownaniu do bliźniaczego brata/siostry, którzy się nie odchudzali.
Wykonano też podobne badanie na grupie sportowców którzy często – z okazji zawodów – podejmowali drastyczne diety w celu zmieszczenia się w odpowiedniej kategorii wagowej (chodziło o zapaśników i bokserów). Jako grupę kontrolną zastosowano sportowców nie stosujących żadnych diet (mających na celu obniżenie wagi). Wyniki okazały się podobne – ci, którzy stosowali diety, 3 razy częściej kończyli jako osoby otyłe w wieku lat 60-ciu.

Dlaczego tak się dzieje?
Po pierwsze, stosowanie diet generuje stres. Ograniczanie liczby kalorii powoduje wzmożoną produkcję hormonów stresu, które w końcowym efekcie zwiększają ilość tłuszczu w okolicach brzucha (abdominal fat) – a ten jak wiadomo jest groźny dla naszego zdrowia i to niezależnie od tego, ile wynosi nasze BMI.
Poza tym dietetyzowanie się zwiększa również prawdopodobieństwo binge eating czyli kompulsywnego obżarstwa.
Co ciekawe, mechanizmy te poznano badając zachowania gryzoni poddawanych dietom a potem nieograniczonemu dostępowi do smacznego dla niż pożywienia.

Powtarzalne cykle głodzenia (food deprivation) powodują zmiany w poziomie dopaminy i innych neurotransmiterów w mózgu, co z kolei pociąga za sobą zwiększon efekt nagrody tj. reakcję na zjedzenie tego, co lubimy (np. słodkie rzeczy). Co gorsza, owe zmiany utrzymują sie w mózgu na długo po zaprzestaniu samej diety :-/

A teraz – uwaga – koronny argument: odchudzanie się jest dobre dla zdrowia.
Tylko, że nie. Kilka badan wskazuje na to, że ludzie otyli, którzy ćwiczą, jedzą wystarczającą ilość warzyw i nie palą mają podobne szanse na dłuższe życie jak ludzie z normalną wagą, a mający te same nawyki ćwiczeniowo-żywieniowe.
Zadziwiające, prawda?

Jakie stąd wypływają wnioski?

Po pierwsze:
czas już skończyć z upokarzaniem i wytykaniem ludzi otyłych jako tych leni, o słabej woli etc. Oni sami dobrze wiedzą, jakie problemy się z tym wiążą, a codzienne aż do rzygu przypominanie powoduje jedynie większy stres i poczucie winy i… właśnie, większą konsumpcję i tycie.

Po drugie:
nauka powinna bardziej skupić się na przyczynach otyłości i stosowaniu profilaktyki, a nie na zajmowaniu się skutkami. Niestety, leczenie skutków jest miliardowym biznesem, podobnie jak wyrabianie w małych dzieciach fatalnych nawyków żywieniowych (jedzenie nie w celu zaspokojeniu głodu, ale jako forma nagrody i celebracji co ważniejszych wydarzeń tudzież „bycia grzecznym”).

Po trzecie:
zamiast rzucać się na kolejną dietę warto przemyśleć swój stosunek do jedzenia: co, jak i dlaczego jemy.

zrodlo

Napisane przez: futrzak | 8 Maj 2016

Dzień matki

W USA dziś.
Z tej okazji Elizabeth Warren popełniła bardzo ładny wpis na fejsie.

Jeśli dzień matki ma polegać na robieniu czegoś dla wszystkich mam, to myślę że czas już skupić się na rzeczach, które faktycznie robią różnicę. Oto moja lista:

1. Mama nowo narodzonego dziecka powinna mieć zagwarantowany urlop bez obawy o zbankrutowanie. USA jest jednym z czterech krajów – na całym świecie – który nie gwarantuje płatnego urlopu macierzyńskiego. Tylko 12% prywatnych pracodawców oferuje płatne urlopy macierzyńskie.

2. Mama powinna być w stanie wziąć wolne kiedy ona lub jej dziecko jest chore i nie musieć martwić się o utratę pracy czy nie zapłacony czynsz. 70% niskopłatnych pracowników nie ma nawet jednego dnia płatnego chorobowego.

3. Mama powinna odpowiednio wcześnie znać grafik godzin pracy, żeby móc zorganizować sobie opiekę nad dzieckiem. Połowa niskopłatnych pracowników nie ma nic do powiedzenia odnośnie swojego grafiku godzin, a około 20-30% wykonuje pracę w której pracodawca może zadzwonić w każdej chwili i zarządać stawienia sie w pracy.

PS: Elizabeth Warren jest senatorem, profesorem prawa. Jedna z niewielu osób w kongresie, które mają głowę na właściwym miejscu i która wypowiada się w imieniu wszystkich Amerykanów, a nie tylko oligarchii.

Napisane przez: futrzak | 6 Maj 2016

Z kamerą wśród Urugwajczyków – Plaza Independencia

Cykl taki postanowiłam zacząć.
Kamerki co prawda kazdy moze sobie znależć, ale juz historię danego miejsca, co jak gdzie i dlaczego – niekoniecznie.

Strona i kamerki są własnością państwowego telekoma Antel.

Zaczniemy od kamerki numer jeden pokazującej Plaza Independencia.
W prawym dolnym rogu klikamy na strzałeczkę i strzelamy obraz z kamerki na cały ekran kompa. A teraz zbieramy szczękę z podłogi, bo jakość streamingu wciska w fotel :)
Po prawej stronie mamy mapę miasta z lokalizacją wszystkich kamerek – klikamy na butona „ver todas” i znajdujemy numerek jeden – trzeba bedzie zrobić zoom-in.

No.
Plaza Independencia to najważniejszy plac Montevideo – oddziela Stare Miasto od centrum. Na środku znajduje się pomnik generała José Gervasio Artigasa (na koniu, na koniu rzecz jasna!!) – bohatera narodowego, uważanego za twórcę państwa. Bardzo ciekawa to persona, ale godna poświęcenia całej oddzielnej notki – co zapewne poczynię, jak wygonię lenia z dupy.

Pod konikiem tzn. pomnikiem :) znajduje się mauzoleum pana jenerała.
Dalej, po lewej stronie, widzimy najbardziej ikoniczny budynek całego Urugwaju, chlubę pocztówek turystycznych i folderów – Palacio Salvo. Budynek ów ma 27 pięter, 95 metrów wysokości, a oddano go do użytku w 1928 roku, od 1996 szczyci się statusem „monumento historico national”. Mieszczą się tam dziś biura i mieszkania – już za 50 tys. USD można nabyć 27 metrową kawalerkę na ten przykład, o.

Co jeszcze. Po prawej stronie, ucięty w połowie (pod wzgledem widoku oczywiscie), stoi sobie budynek mieszczący siedzibę rządu: Torre Ejecutiva. Zaczęto go budować w 1967 roku, wtedy to miało być co innego – Palacio Judicial (czyli pałac sprawiedliwości lubo coś podobnego…). Tak se stał rozgrzebany aż do 2008 roku, kiedy to rządząca partia Frente Amplio (to ta z której Mujica się wywodzi) stwierdziła, że coś z tym trzeba zrobić, bo szkoda wyrzucać – i kupili. Budynek został dokończony i zasiedlony przez rząd.
To, że organa rządowe codziennie tam urzędują, nie pociąga za sobą żadnych szczególnych utrudnień dla mieszkańców. Nie ma straży, blokadu ruchu ani nic takiego. Jest sobie zwykły parking, na którym stoją rządowe „limuzyny” czyli toyoty prius :)

Napisane przez: futrzak | 5 Maj 2016

Brudny fracking

Niektorzy podniecają sie bardzo nowymi technologiami wydobywania paliw kopalnych. Nie dalej jak pare lat temu Polska miala się stać potęgą gazu łupkowego, ha ha.

Na szczescie tak się nie stało. Co bardziej przytomni ludzie ostrzegali od poczatku, ze jest to wyjątkowo droga i niebezpieczna dla srodowiska technologia: ostatecznie pod ziemię wtłacza się pod cisnieniem bardzo toksyczną mieszankę, zawierajaca z pół tablicy Mendelejewa – a potem cos z nią trzeba robic – podobnie jak ze zuzytym paliwem jadrowym i woda użytą do chłodzenia prętów paliwowych. Nie mozna ot tak sobie tego porzucić, chociaż jak widać w poniższym artykule firmy frackingowe niewiele sobie robią z jakichkolwiek przepisów.

Byle więcej, byle szybciej. Prawie cztery tysiące „spills”, które zanieczyściły wodę i glebę Północnej Dakoty. To teren na szczęście dośc rzadko zaludniony, chociaż z drugiej strony większość odwiertów znajduje się na terenach rezerwatów indiańskich, więc są słabo monitorowane czytaj: nikogo nie obchodzą zniszczenia środowiska na indiańskiej ziemi :/

A teraz wyobraźmy sobie taką ilość „wypadków przy pracy” w Polsce, na gęsto zaludnionym terenie. Nagle wody gruntowe przestają się nadawać do konsumpcji, a gleba do upraw. Firmy ekploatujące odwierty mają wszystko w dupie, chcą się nachapać, zanim dosięgnie ich leniwy wymiar sprawiedliwości. Potem zabierają manatki i idą sobie precz razem z kasą – a zniszczenie środowiska zostaje, razem z ludzmi, którzy przeciez w wiekszości nie mają się gdzie i za co wynieść. Done.

Ciekawe czy o tym entuzjaści frackingu w ogóle myśleli?

Napisane przez: futrzak | 4 Maj 2016

Zasłyszane


– A w Arabii Saudyjskiej od dzisiaj żony mogą posiadać kopię kontraktu małżeńskiego.
– Ale po co, że się spytam?
– Od czasu, gdy zrównano ich status że zwierzętami (chyba pół roku temu, wcześniej miały niższy), w głowach im się przewraca.

Brzmi jak dobry dowcip, tylko ze nie.

Hint: system prawny w KSA jest oparty o szariat, gdyby się ktoś pytał. Nie, islam wcale a wcale nie dyskryminuje kobiet. Muahaa.

Napisane przez: futrzak | 3 Maj 2016

California, I miss you…

Tak, tęskni się za takimi widokami:

AnselAdamsWilderness

Jezioro

Oczywiscie pamięć ludzka to zwodnicza rzecz, po paru latach zostają same dobre wspomnienia, hoho proszę, na taką wysokość wleźliśmy, takie z nas gieroje…

wysokosc

Na szczęście jest blog w roli przypominacza.
Nie było tak różowo.

Urugwajczycy w pracy często pytają mnie, czy nie tęsknię za Kalifornią. Tak, tęsknię za naturą – bo ta powala na kolana, jak zresztą w wielu innych miejscach USA. Ten kraj warto odwiedzić ze względu na parki narodowe, ze względu na przestrzenie, niebo, ziemię i wodę.

Za czym nie tęsknię? Za kosmicznymi kosztami życia. Za strachem przed bankructwem spowodowanym niemożnością opłacenia rachunków medycznych (bo na przykład potrącił mnie samochód i musiałam w szpitalu długo leżeć). Za dyskryminacją kobiet w branży IT. Za pracoholizmem*.

PS:
* – gdy informuję tubylców, że w USA nie ma płatnych zwolnień, a jeśli ktoś pracuje na etacie, to pracodawca może domagać się pracy w nadgodzinach i nie płacić dodatkowo za nie – to otwierają paszczękę ze zdziwienia. Również nie bardzo chcą wierzyć w ceny leków i zabiegów. O systemie sądownictwa po dwóch próbach przestałam w ogóle rozmawiać, bo to już całkowicie poza ich zdolnościami pojmowania…

Napisane przez: futrzak | 1 Maj 2016

Co się dzieje ze starymi ubraniami

Mało osób wie, że jednym z najbardziej nieekologicznych biznesów jest… biznes tekstylny tj. produkcja ubrań i butów.
Dawno temu ludzie robili ubrania z naturalnych składników – skór zwierzęcych, wełny, włókien roślinnych. Barwników uzywano sporadycznie, a jesli juz to naturalnych – bo innych ludzie nie znali.
Ubrania noszono dopóki całkowicie się nie zużyły.

Sytuacja zmieniła się całkowicie wraz z rewolucją przemysłową i powstaniem nowoczesnego przemysłu chemicznego. Cos, co bylo nieosiagalne dla zwyklych ludzi (np. tkaniny barwione na kolor kobaltowo niebieski albo madżentę), stało się w miarę tanie.

Tu pojawił się problem. Żeby podtrzymać rosnącą produkcję, trzeba bylo zmienic stare nawyki i stary sposob myślenia, wedle którego nowe rzeczy kupowało się wtedy, gdy stare już nie nadawały sie do użytku.
Powstał więc świat mody….
W efekcie prawie każda kobieta (w krajach rozwiniętych czyli pierwszym świecie) czuje potrzebę wyglądania „modnie”, podąża za „najnowszymi trendami” etc. Kupowanie stalo sie nawykiem, a w wypadku wielu przeszlo w fazę zakupoholizmu. Co sezon nowe, nowe, nowe.

Czyste marnotrawstwo, nakręcone przez rozdęty biznes żerujący na ludzkiej próżności. Co potem dzieje się z ciuchami, które są „niemodne”?
Cóż, większość trafia na wysypiska śmieci (landfill) i zanieczyszcza środowisko, powoli uwalniając do gleby i wody mnóstwo toksycznych chemikaliów (głównie rozkładające się barwniki). Sami Amerykanie wyrzucają do śmieci kosmiczne ilości tekstyliów: 37 kg. na głowę na rok. Tylko 15% podlega recyclingowi…
A przeciez nie trzeba wiele: zamiast wywalic do śmieci, oddać. Nie wiem, jak to wygląda w Polsce, ale w USA można zawieść do którejś z charities, do tego w większych miastach są specjalne pojemniki na zużyte ubrania.
To takie minimum…

Oczywiscie, idealnie byłoby, gdyby kobiety nie dawały sobie robić prania mózgu i przestały podążać za wskazaniami tego targowiska próżności, czyli świata mody…..
Ale to chyba się nie da. Zakup nowego ciucha, podobnie jak zjedzenie slodyczy, to bardzo łatwy ersatz mający poprawić nam samopoczucie….

Napisane przez: futrzak | 29 Kwiecień 2016

Wege być

Dzis na pracowy lunch dostałam przez przypadek miskę koleżanki weganki. Byla to cazuela de lentejas czyli cos w rodzaju gęstego stew składającego się z soczewicy, tyle że bez żadnej wkładki mięsnej. Normalnie ląduje w tym kiełbasa i boczek i wtedy potrawa jest całkiem kompletna i sycąca oraz całkiem dobra. No ale że miała być wersja wege, to żadnego mięsa i robione na oleju roślinnym.

Zjadłam.
Bez smaku było, ot rozgotowana soczewica z innymi warzywkami.
No wiec zjadłam i… po dwóch godzinach zrobiłam sie głodna. Po trzech już trąbi mi w brzuchu na całego.

Nie mam pojęcia jak weganie sobie z tym radzą. Ja chyba musiałabym jeść co 2-3 godziny oraz spędzać w kuchni 3/4 mojego życia, bo przygotowanie tych wszystkich roślin jest bardzo pracochłonne.
Hm.

Zdecydowanie pozostanę przy diecie mięsnej…

Napisane przez: futrzak | 27 Kwiecień 2016

Terror sweterkow

Ten tydzien stoi pod znakiem potwornego zimna tj. w nocy spada ponizej 10 stopni C, w dzien ledwie do 13 dociaga i wiatr lodowaty wieje.

Z temperatura na zewnatrz nie mam problemow – kurtka ocieplana, buty do hike i welniane skarpety. Ale siedzenie w zimnym biurze… to dopiero jest problem. W obecnej firmie niestety centralnego ogrzewania nie ma, tylko klima dwustronna. A ze budynek stary, z wysokimi sufitami, to wiadomo jak to dziala – czytaj: nie dziala.

Po raz kolejny zaluje, ze wszystkie swoje ubranka do snowbordu zostawilam w Kalifornii w pudlach :-/
Od przydalyby sie teraz te portki z fleece, termoaktywne koszulki, bluzy polarowe i cala reszta. Ale kupa, nie ma.
Wybralam sie wiec do lokalnych sklepow w celu nabycia przynajmniej jednej cieplej bluzy polarkowej.. a tu tez kupa.

Znaczy sie oferta zimowa jest, jak najbardziej. Masa kurtek z podbitka, zatrzesienie szalikow, czapek i rekawiczek, termofory, koce elektryczne i….. sweterki.
Chrystepanie, cala masa SWETERKOW. Brzydkich jak listopadowa noc. Normalnie poczulam sie jak w Polsce lat 90-tych – wszyscy chodzili w sweterkach. Paskudnych.

Nie wiem, co oni maja z tymi sweterkami. A juz damskie to w ogole szczyt wszystkiego. Koszmar. Nie dosc, ze kolorystyka przypomina szmaty wymoczone w blocie, to jeszcze wszystko ze sztucznego materialu i obcisle. A ja nie znosze obcislych ubran.
Jedyne, co jest godne uwagi, to rekodziela z naturalnej welny z Manos del Uruguay – niestety ceny maja coskolwiek z kosmosu…

Droga Zosiu, co robic, jak zyc?!

Gdybym pracowala z domu to okrecilabym sie kocykiem, na leb zalozyla szlafmyce, a do gardla wlala herbatke z rumem. A tak, coz, nie da sie.
Chociaz z drugiej strony kwestia koca jest rzecza do przemyslenia…oczywiscie wszyscy beda ze mnie polewac, ze ja tu prosze, z Polski, z zimnego kraju, a w kocu latam. No i kij im w ucho…

Older Posts »

Kategorie

Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Dołącz do 202 obserwujących.