Napisane przez: futrzak | 15 Kwiecień 2014

W poszukiwaniu boga…

Pierwszy “quiz” z fejsa, który mnie autentycznie rozbawił. Rezultat oznajmiono tak:

error 404: god not found

Sweeeeeeet :))))

PS:
Kłyz zatytułowany był “What Religion Should You Actually Be?”
I jeszcze rozczulili mnie tekstem Some parts of this quiz were probably boring for you, or just down right funny. You’re a pragmatist and a thinker.

Zaiste….

spaghetti_monster

Napisane przez: futrzak | 14 Kwiecień 2014

Sposób na walkę z biedą i bezdomnymi – made in USA

Sposób jest prosty, a opiera się na legislacji. Wystarczy uchwalić prawo, które będzie karać za bezdomność, czyli na przykład uczynić nielegalnym obozowanie w miejscach publicznych, siadanie/leżenie na chodnikach/ulicach, albo tak jak Los Angeles i Palo Alto (i wiele innych miast): uczynić nielegalnym życie w samochodzie.

Uchwalone niedawno prawo – jeśli zacznie być stosowane, obkłada mieszkanie w samochodzie (w to wliczają się też motorhomes) karą grzywny do tysiąca dolarów albo sześciomiesięczną odsiadką w więzieniu.

Łatwo wyobraźić sobie sytuację, w której van czy camper jednego dnia dostaje tysiącdolarowy mandat, drugiego dnia na innej ulicy nastepny i zanim sie czlowiek obejrzy, juz ma kilkanaście tysięcy dolarów grzywny, zabierają mu samochód, a potem wsadzają do więzienia.
Tam da już zarobić bardzo ostatnio intratnemu biznesowi prywatnego więziennictwa, notabene finansowanego z pieniędzy podatników…

Anyway. Wróćmy do liczb.
Hrabstwo Santa Clara zamieszkuje w tej chwili ok. 7600 bezdomnych. Ok. 46% z nich żyje na ulicy po raz pierwszy, a 48% posiadało swój dom bądź go wynajmowalo.
Przez ostatnie pięć lat ceny wynajmu wzrosły o 34%, w tej chwili w Palo Alto średnia cena wynajmu wynosi $2,881 czyli 2 i pół raza więcej niż przeciętna dla reszty kraju. Mediana dochodu gospodarstwa domowego wynosi $90,000 i jest o 75% wyższa niż mediana krajowa.

Urzędnicy magistratu tłumaczą, że nowe prawo ma zapobiec uciążliwościom, jakie są wywoływane przez osoby żyjące w samochodach. Na przykład: ostatnio policja otrzymała tuziny zgloszeń od rezydentów zamieszkujących pobliże community center, gdzie mieszkańcy samochodów używają publicznych toalet.
Narzekający twierdzili, że: “didn’t feel safe having their kids go to the center”. Słowem, mieszkańcy obawiali się o bezpieczeństwo dzieci, ktore korzystały z tego przybytku. Policja nie odnotowała jednak żadnych wypadków, ani nawet nagabywań.

W Palo Alto jest piętnaście łóżek dostępnych w noclegowni i 150 bezdomnych.
Dodajmy, ze to również jedno z najbogatszych miast w USA.

PS: w całej Dolinie Krzemowej są trailer parks – miejsca, gdzie legalnie mogą zatrzymywać się kampery. Tyle, ze tych miejsc jest smiesznie mało oraz niestety slono kosztuja – najtansze i w najgorszym polozeniu (na obrzeżach San Jose) liczą sobie za miesiąc $700 plus oplaty za zutyty prąd i wodę. Nie jest to mało, ale gdyby takich miejsc bylo wiecej, tansze i w sensownej lokalizacji, większosc mieszkajacych w samochodach i przyczepach przenioslaby sie tam bardzo chętnie. Tylko po co robić jakieś dodatkowe miejsca do parkowania na stałe samochodów, skoro można uchwalić zamordystyczne prawo – calkiem za darmo – i usunąć śmieci z widoku…?

Napisane przez: futrzak | 14 Kwiecień 2014

Transport publiczny w USA w praktyce

..czyli jak sie przemieszczać bez samochodu*

Opowieść zaczyna się tak: dawno dawno temu, z moim eks-maużonkiem pojechalismy w celach turystycznych oblukać Lassen Volcanic National Park.
Poniewaz jechalismy samochodem i nie przewidywaliśmy obozowania pod namiotem, zdecydowaliśmy się zatrzymać w hotelu w najbliższym mieście na obrzeżach parku, czyli w Redding.
Stamtąd do parku narodowego Lassen jest jakieś kilkadziesiąt mil, wiec spokojnie można robić sobie jednodniowe wycieczki. GUT. Szafa gra.

Jednakże życie produkuje najdziksze scenariusze i tak, po dwóch dniach, eks-maużonek zaniemógł. Coś mu w gardle zaczęło blokować połykanie i oddychanie – nagle. Oczywiście telefon na emergency. Przyjechał typowy unit czyli wóz straży pożarnej i ratownicy medyczni. Po obczajeniu, że pacjent nie umiera już zaraz, zapadła decyzja o odwiezieniu do SOR lokalnego szpitala. Tam oczywiście czekanie ponad godzinę na izbie przyjęć, wreszcie obadanie, diagnoza wstępna: polip w gardle. Jakieś leki, żeby pacjent sie nie zadusił i odesłanie do lokalnego szpitala. Poczem – won.

Ładnie pięknie ale… szpital był w odległości jakichś 6-7 km. od naszego hotelu, a samochód – rzecz jasna – zaparkowany pod hotelem….
Ok, dzwonie po taksówkę. Zamówiłam, GUT – czekam – 15 min. Nie ma. Pół godziny. Nie ma. Godzinę. Dzwonię znów. Ta sama dyspozytorka (poznałam po głosie) oznajmia, że niestety jedna taksówka ma juz 3 zaklepane kursy, a druga, co miała przyjechać, właśnie sie zepsuła i wobec tego nie przyjedzie. A to jest miasto STUTYSIECZNE. Czaicie bazę???

PIKNIE. Mąż, który ledwo dycha, i 6 km do hotelu. A godzina już koło północy. No nic, pytam się, czy ktoś gdzieś w pobliże i te rzeczy. NIE. Popatrzono się na mnie jak na wiariatkę. Oraz intruza. No to ch*.
Zapierdzielamy na piechotę. Pomyślałam sobie, ze skoro dwupasmówka, to zatrzymam jakiś samochód i poproszę o podwiezienie. NI WU JA. Na godzinę przjechały DWA samochody i ZADEN się nie zatrzymał.
W końcu doszliśmy do tego cholernego hotelu – bo co było robić??? Spać przy drodze???

PS: wpis dedykowany miłośnikom samochodów. Żeby czasem zastanowili się, co się stanie, gdy nie będą mogli prowadzić samochodu…

* – dysklajmer: W USA jest kilka miast i obszarów, na których da się przeżyć bez samochodu, bo jakiś transport publiczny (gorszy bądź lepszy) istnieje. Nie jest to jednak reguła, ale wyjątek.

Napisane przez: futrzak | 11 Kwiecień 2014

Strajki, inflacja i wieszczone od lat następne bankructwo Argentyny

Temat wypływa w prasie polskiej i zachodniej zawsze wtedy, gdy w Argentynie zaczyna się coś “dziać”. Zwykle, gdy “dzieje się” w sposób negatywny.

Tak było i tym razem – okazja to wczorajszy “strajk generalny” który ponoć sparaliżował cały kraj. Cóż, mieszkam w Buenos Aires, więc nie wiem do końca, jak to wyglądało w innych prowincjach i miastach.

W Capitalu kierowcy ciężarówek oraz skrajnie lewicowi aktywiści zablokowali wjazd do stolicy (m. in. rozkładając się na Panamericana), nie kursowały autobusy, kolej podmiejska. Nie kursowało również metro a to dlatego, że strajkujący pod wodzą Pablo Moyano porozkładali na torach metra barykady. Maszyniści pociągów metra strajkować nie mieli zamiaru, jednak nie wyjechali w trasę z powodów bezpieczeństwa.
Policja metropolitana, która zwykle w metrze jest, tego dnia nie pojawiła się. Mauricio Macri, burmistrz Kapitalu, pod którego podlega metopolitana, tłumaczył się, że przecież miał być strajk, to po co wysyłać policję.

Zdenerwowało to maszynistów, ale nie jest niczym dziwnym – Macri to polityczny przeciwnik obecnego rządu i przyłączy się do każdej akcji, której celem jest dyskredytacja tegoż rządu.

Doba strajku, chociaż dość uciążliwa dla mieszkanców, nie jest bynajmniej wielkim, ogólnonarodowym zrywem wszystkich central związkowych – jak to się przedstawia w zachodniej, a zwlaszcza polskiej, prasie.

Hugo Moyano jest szefem “opozycyjnej” CGT (Confederación General del Trabajo de la República Argentina – centrali związkowej), jego syn Pablo, szefem związku zawodowego kierowców.
Aż do 2011 roku Hugo był zwolennikiem rządu kirchnerystów, wtedy nastąpił zwrot. Domagał się od rządzącej partii (Frente para la Victoria) zagwarantowania wiekszej ilości miejsc w parlamencie wysokim urzędnikom związkowym. Jego rządania nie zostały spełnione, co zaowocowało ogolnokrajowym strajkiem kierowców ciężarówek, zwołanym przez jego syna w czerwcu 2012.

Wtedy Hugo stracił też poparcie większości wielkich związków zrzeszonych w CGT. Miały miejsce nowe wybory, oficjalnym szefem został przywodca związku pracowników przemysłu metalowego (metalurgicos), Antonio Caló. Hugo Moyano uznał te wybory za nieważne i nastąpiła schizma. Na dziś, “jego” CGT zrzesza związek kierowców ciężarówek pod wodzą jego syna, oraz związek pracowników gastronomii pod wodzą Luis Barrionuevo.

O ile kierowcy ciężarówek i autobusów mogą faktycznie sparaliżować kraj opierający się w ogromnej większości na transporcie samochodowym, o tyle związek pracowników gastronomii realną siłę ma w zasadzie żadną, tym bardziej, że krajowa ustawa nie wymaga uzwiązkowienia w zakładach/miejscach pracy zatrudniających poniżej 10 osób – a takim właśnie biznesem jest ogromna większosc restauracji w Argentynie. Wielkie sieci franczyzy, tak popularne w USA, są tu niezmiernie rzadkie.

O co tak naprawdę chodziło w tym strajku, podsumował Barrionuevo: chce on, żeby w nadchodzących wyborach w roku 2015 zwyciężył kandydat popierany przez niego i Moyano: Sergio Massa. Wtedy mogliby liczyć na przywileje i miejsca w parlamencie i powrót dawnych, wspaniałych czasów…
Ale jest jeszcze druga strona medalu: konflikt między kierowcami ciężarówek oraz pracownikami przemysłu metalowego i rządem – który to rząd chce odbudowy sieci kolejowej w kraju.
Gdyby zaczęła prężnie działać, wtedy kierowcy ciężarówek i autobusów straciliby swój monopol (dziś zarabiają oni bardzo dobre pieniądze i mogą dyktować warunki). Dlatego dopóki Moyano pozostawał w sojuszu z rządem, nic nie zrobiono w kwestii modernizacji kolei – czego domagał się związek metalowców, bo dla nich oznacza to zwiększenie zatrudnienia.

Podsumowując:
Przyczyny strajku były ścisle polityczne, a nie ekonomiczne, jak to chciałyby zachodnie media. Chodzi o brutalną walkę interesów i wplywów.

Owszem, inflacja w Argentynie nadal istnieje, jest problemem, ale nie jest tak wielka jak opisują ją media. Od zmiany sposobu liczenia indeksu inflacji (zaaprobowanej przez IMF, który wczesniej oskarzal rząd o falszywe dane) odnotowano ją na poziomie 3.7 w styczniu (wtedy miala miejsce skokowa dewaluacja peso), w lutym 3.4, odnośnie marca dane nie są jeszcze dostępne.

Przestępczość też nie jest jakimś koszmarnym problemem w Argentynie, jakby tego chciały media robiące przedruki z La Nacion czy Clarin. Według ostatniego raportu UN kraje Am. Pd. z najniższą liczbą morderstw to Chile, Argentyna i Urugwaj – wskaźniki mają zbliżone do państw europejskich:

- Chile 3.1 na 100 tys. mieszkańców
- Argentyna 5.5 na 100 tys. mieszkańców
- Urugwaj 7.9 na 100 tys. mieszkańców

Raport porównał też liczbę morderstw w największych miastach obu Ameryk:

1. Toronto (z najniższą liczbą)
2. Santiago de Chile
3. Buenos Aires
4. Nowy Jork

W wypadku Santiago liczba jest ciut niższa od tej dla całego kraju (national average), w wypadku Buenos ciut wyższa.
Nasuwa się na ust maliny pytanie: dlaczego media mainstreamu nie trąbią o koszmarnej przestępczości w amerykańskich miastach, dlaczego nie oskarżają o nią nieudolnego rządu federalnego USA – tylko wysuwają takie zarzuty pod adresem Argentyny? Czyż to nie ironia?

Dlaczego Nowy Jork chwali się za osiągnięcia w spadku przestępczości i stawia za wzór, a Buenos Aires – mające zdecydowanie lepsze wyniki – uważa się za stolicę przestępczości, a rząd za nic nie robiący w kierunku poprawy zainstniałego stanu?
Czyż to nie jest dziwne?

Napisane przez: futrzak | 10 Kwiecień 2014

Najbardziej mordercza religia na świecie

“Bieda i nieszczęścia są wpisane w hierarchiczny ład społeczny – skomplikowana kastowa i klasowa piramida jak niepowstrzymany wodospad przesuwa upokorzenie, głód i cierpieniew dół, tam, gdzie ich miejsce. Hindusi uznają, że każdy człowiek przychodzi na świat we wcieleniu, na które zasłużył w poprzednich żywotach. Jakiekolwiek nieszczęście go dotyka, nie zostało mu zesłane przez ślepy los; jest konsekwencją jego czynów.
Uznanie istnienia wyższego porządku paraliżuje ubogich, bo umacnia stan faktyczny, uniemożliwia tworzenie nowych norm.
Wciąż prawomocny jest ład klasowy, sprzyjający interesom najwyżej urodzonych. Starszy i trwalszy niż prawa i wolności zapisane w najdłuższej konstytucji świata. Służy nie wspólnotowości i wyrównywaniu szans, przeciwnie – został skonstruowany, by zachować wyraźne granice, dokładnie odseparować grupy społeczne. Każdy hindus, rodząc się, nabywa precyzyjnie zdefiniowany status, który określa jego rolę, możliwości, a przede wszystkim zakazy.
Wiara w reinkarnację, nagrody i kary wymierzane przez bogów długo zapewniały indyjskiej demokracji relatywną stabilność i spokój, bo jej najubożsi i najbardziej zdesperowani obywatele akceptowali boskie wyroki.

Tak właśnie. To najbardziej mordercza religia (chociaż, właściwie, trudno mówić tu o jednej religii w wypadku hinduizmu) na świecie – oraz porządek społeczny. Sprawić, żeby ci, którzy urodzili się w skrajnej nędzy uwierzyli, że to ich wina. Że na nią zasłużyli. Że do końca życia muszą gołymi rękami usuwać fekalia z kibli możnych. Można to robić ideologią, ale religia jest o parę klas skuteczniejsza. Niemniej pęka tam, gdzie pojawia się niepohamowany kapitalizm:

Ale im szybciej pogłębia się rozdźwięk między bogatymi a biednymi, tym bardziej Hindusi przybliżają się do latynoskiego scenariusza.
Rozrastająca się szybko klasa średnia jest agresywna i niepohamowana w swych żądaniach – potrzebuje więcej przestrzeni, elektryczności, wody, szerszych dróg i większych lotnisk. Hipermarketów, równych chodników, zadbanych parków, basenów, siłowni i klimatyzowanych biur. Chce nowego, wspaniałego świata. I buduje go na plecach biedoty – slumsy znikają, a na ich miejscu wyrastają nowe osiedla.
Wielkie sklepy spożywcze wykańczają handlarzy i rolników utrzymujących się dzięki targowiskom. Bezrobotni rikszarze patrzą, jak młodzi biznesmeni suną do firm własnymi samochodami. A po pracy nie mogą nawet pójść do kina, bo te stare, z tanimi biletami, upadły. Rozkwitają natomiast pięciokrotnie droższe multipleksy.
Rośnie przepaść i złość. Metropolie są pełne zdesperowanych wieśniaków, którzy porzucili dotychczasowe życie. Budzą się na chodniku, patrzą na bogactwo, a sami nie mają nic. Nic do stracenia.
I coraz częściej rezygnują z bierności, decydują się na cios. Policja informuje o niespotykanych wcześniej aktach przemocy, kradzieżach i morderstwach dokonanych z wyjątkową brutalnością, zabójstwach za drobne kwoty i nienawistnym torturowaniu ofiar. W mieście pojawiła się nowa zaraza.

Stary porządek jest przełamywany. Tu kończy się bieda, a zaczyna brutalna agresja – już nie tylko walka o swoje prawa, ale szukanie zemsty i rewanżu za wieki upokorzeń, nędzy i nieludzkiego traktowania. Kto wie, czym to się skończy.

Chiny, Korea, Wietnam – po wojnie zaczynały od równie wielkiej nędzy i kompletnie wyniszczonego kraju. Każde z tych państw obrało własną drogę, różnych -izmów. Dziś są w zupełnie innym miejscu niż Indie. Tam już nie ma potwornej biedy, jak ciągle do dziś w Indiach. Tylko, że tam również nie było systemu kastowo-reinkarnacyjnego, betonującego na tysiąclecia misternie ustaloną hierachię społeczną wraz z jej okrutnym ostracyzmem i starannym pielęgnowaniem winy wśród pechowo urodzonych.
Naprawde – nie przychodzi mi na mysl zaden innym system religijno-spoleczno-ideologiczny będący bardziej okrutnym, niz hinduski…

Cytaty z książki Lalki w ogniu.

Napisane przez: futrzak | 9 Kwiecień 2014

Skąd wziąć dobrych testerów

Zaprawdę powiadam wam: jeśli potrzeba zatrudnić w trybie szybkim ludzi do QA, najlepiej nie brać nikogo z zewnątrz, a odłowić pracowników supportu z własnej firmy. Najlepiej takich senior, co pracują co najmniej rok.

Znają już doskonale produkt (i to z najgorszej strony :), odpada więc szkolenie i cały czas potrzebny na wdrażanie. Reszta rzeczy daje się przekazać podczas codziennych interakcji, zakładając ze QA manager ma głowę na swoim miejscu, a nie w tyłku :)

Aha, mam tutaj na myśli wewnętrzny support firmy, a nie jakieś call center w Indiach, wynajęte do obsługiwania first level support…
Oraz powyższa rada dotyczy firm robiących software, a nie np. jakiegoś specjalistycznego sprzętu.

Napisane przez: futrzak | 7 Kwiecień 2014

Uniwersytet Bolka i Lolka

No bo jak to inaczej nazwać????
Oto bowiem Śląski Uniwersytet Medyczny planuje otworzyć…. podyplomowe studia z homeopatii….

Nic, tylko patrzeć, jak zaraz pojawi sie urynoterapia, kreacjonizm oraz nauka wyższego latania na miotle :-////

Niech żyje debilizm!!!!!

źródło.

Napisane przez: futrzak | 5 Kwiecień 2014

Rób to co kochasz…

.. a sukces sam przyjdzie, a z nim pieniądze…

Cóż za szkodliwy i niszczący mit. Że mit – widać jasno ze statystyk. Ileż to osób na przykład w tzw. szołbyznesie osiąga szczyty tj. sławę i pieniądze? Ledwo kilka procent…. a co z innymi pracami, sponsorowanymi marzeniami, twórczymi, dodającymi skrzydeł? Iluż to artystów muzyków, malarzy, pisarzy, ale też i chirurgów, prawników, naukowców i innych wzniosłych zawodów jest w stanie utrzymać społeczeństwo? Na ilu z nich jest zapotrzebowanie?
Niewielu.

Właśnie. Tu następuje zderzenie jednej teorii z drugą. Jedna teoria mowi, ze rozwoj, ze marzenia, ze praca nie jest pracą, jak ją kochasz. Sięgaj nieba – mówią – ono do ciebie przyjdzie.
Jasne. A druga teoria mówi, że na co nie ma “potrzeby rynku” powinno zginąć. I ginie, bo druga teoria zwycięża.
Po co więc judzić ludziom w głowach, mamić i p* głupoty? Przyczyna jest prosta. Czlowiekowi bez nadziei na poprawę w przyszłosci nie chce się pracować dziś, w robocie, ktorej nienawidzi, ale którą wykonywać musi, bo inaczej zdechłby z głodu.

Ale iluzja musi trwać, podobnie jak ten chocholi taniec, który nie pozwala pracownikowi fast fooda czy korporacyjnej mrówce przestać udawac.

it’s still taboo to admit that most jobs are unspeakably dull. On application forms, it’s anathema to write: “Reason for leaving last job: hated it”, and “Reason for applying for this post: I like money.

Ciągle panuje tabu, które nie pozwala przyznać, że większość zajęć zarobkowych jest nieopisanie nudna/monotonna. Na podaniach o pracę niedopuszczalne jest napisać “przyczyna zmiany pracy: nienawidziłem jej” oraz “dlaczego aplikuję na obecną pozycje: lubię pieniądze”.

Właśnie. To jest AZ TAK PROSTE. Ogromna większośc populacji, pewnie jakies dobrze ponad 90%, pracuje BO MUSI. Nie ma komfortu i fanaberii, ktoreby pozwalaly na “robienie tego co kocham”. Po prostu nie. Wykonuja prace, ktore są na rynku dostepne i za ktore ktos jest sklonny im zaplacic. Finito. To, co następuje później, jest niczym innym niż racjonalizacją, dzięki której życie codzienne nie zamienia się w smutna udręke; nawet zresztą i tu nie do konca tak to dobrze dziala – skąd bowiem bralyby sie te tlumy ludzi w pubach w weekend chlające aż do padu, aby zapomnieć?
Ok, moze nie chlają na prowincji w Polsce czy Indiach, rzadko kogo stać. Ale juz w Dolinie Krzemowej czy londynskim City – tak. Chlać, żeby zapomnieć, żeby strząsnąć stres. Żeby w poniedziałek znowu mieć siłe pojść rano do pracy i udawać entuzjazm, mieć gębę pełną frazesów i tkać codzienną iluzję znów, od nowa, i napowrót…

I jeszcze gdzieś w tej narracji, po drodze, przewijają się inne skrawki, równie absurdalne, jak te powyższe. Że przecież nikt ci nie każe pracować u kogoś. Załóz własny biznes. Weź swoje przeznaczenie we własne ręce. Zapracuj. Biznesmeni są tacy zapracowani. Harują dzień i noc. Nie mają urlopów, pierś własną nastawiają do obrony firmy…ryzykują życiem…i dlatego ich interes jest najważniejszy, to pod nich powinno być ustalane prawo.. to oni są solą tej ziemi….

Zabawne, ale takim się staje dopiero, jak się człowiek zacznie zastanawiać nad sensem tych teorii-haseł. Wiekszośc ludzików jednak nie zastanawia się, bo w przerwie między jedna pracą a drugą chcą się wyspać, na myślenie czasu nie starcza.
I tak toczy się światek – z dnia na dzień……

PS:
cycat stąd. Podziałal, jak zwykle, inspirująco…

Napisane przez: futrzak | 1 Kwiecień 2014

Jak zostałam miłośniczką hamburgerów…

Jest to dla mnie niepojęte. W McD w Buenos przewalają się tłumy. Jedzą to paskudne żarcie, podczas gdy za cenę “meal” z big mac można kupić KILOGRAM wyśmienitych hamburgerów, z pierwszej klasy wołowiny, u rzeźnika na rogu!
Do tego usmażyć sobie frytki na prawdziwym smalcu, a nie tłuszczu roślinnym z dodatkiem chemii, która to chemia ma imitować smak smalcu…

To mowię ja – osoba, która NIGDY nie lubiła hamburgerów – bo po prostu smakowało toto jak ostatnie paście. Nie lubiłam w USA, nie lubiłam w Polsce – nigdzie. Az do czasu, gdy tutaj u porządnego rzeźnika kupiłam je po raz pierwszy….mięciutkie, pachnące mięso i ani jednej chrząstki!

Tak. Ludzie sobie dadzą mózgi wyprać w dowolną stronę. Nie zdziwiłabym się, gdyby jakaś wykwintna restauracja zaczęła nagle serwować końskie siki w cenie trzydziestoletniej whisky, pod nazwą “szał niezapomnianej nocy” albo “sztywny pal wieczoru” i pobierać rezerwacje na tydzień naprzód w celu spożycia tego cudu natury afrodyzjakowej.
Kolejki byłyby baaardzo długie, a delikwenci, którzy dostąpili łaski konsumpcji, wychwalaliby pod niebiosa “nieziemski smak” oraz poźniejsze wrażenia… tia….

Dziwny jest ten świat….

Napisane przez: futrzak | 30 Marzec 2014

Argentyńskie mięsożerstwo…

Zaprawdę powiadam wam….
Argentyna to nie jest kraj dla wegetarian, a specjalnie wegetarian celiaków/alergików na gluten…

Oto bowiem kilogram karkówki cielęcej (azotillo novillito) kosztuje 42 ARS (ok. 16 PLN) – cena z dziś z Carrefour, a kilogram makaronu ryżowego w tymże Carrefour 72 ARS (ok. 27 PLN).

Kilogram kurczaka (cały, z podrobami zapakowanymi oddzielnie w woreczek) u rzeźnika na rogu – 18 ARS (ok. 7 PLN)
Kilogram wątróbki wieprzowej (w supermarkecie Coto) – 8 ARS (ok. 3 PLN).
W podobnie śmiesznych cenach są inne podroby, wołowe zwłaszcza – jelita (cienkie i grube), płucka, nerki, móżdżek…

Za to chleb, nie dość że syfiasty wyjątkowo, to jeszcze drogi. Takie białe, gąbczaste paskudztwo, zwane chlebem tostowym, kosztuje 38 ARS/kg (czyli ok. 14.50 PLN) zaś białe bułki pszenne 19 ARS (ok. 7 PLN) – i to są ceny NAJNIŻSZE, bo precios cuidados.

No. A tak wygląda argentyński podział krówki. Jest zupełnie inny niż amerykański i śmiem twierdzić, że lepszy:

CarnesEnArgentina

A tak wygląda jelito cienkie krówki z grilla:

chinchulines

Zrobienie wymaga nieco wprawy, bo chinchulinos są tłuste jak diabli, a jednocześnie jeśli zbyt długo siedzą w zbyt wysokiej temperaturze to zamieniają się, podobnie jak seafood, w gumę…
Za to prawidłowo zrobione – wyborne!

Napisane przez: futrzak | 27 Marzec 2014

Jak biednieje Ameryka

Interesujacy artykul.

Autor przedstawia konkretne dane na to, że prawie polowa pracującej populacji USA zyje w biedzie.

Zanim przejdę do argumentów warto zacząć od tego, jak definiuje się tutaj biedę: otóż mamy z nią (poverty) do czynienia wtedy, jeśli rodziny nie stać jest zaspokoic podstawowych potrzeb: jedzenia, mieszkania, edukacji, opieki zdrowotnej, transportu, opieki nad dziećmi oraz podatków.

Economic Policy Institute wyliczył, ze trzyosobowa rodzina w USA potrzebuje rocznie ok. 48 000 USD aby zaspokoic powyzsze potrzeby. W/g Working Poor Families Project rodzina czteroosobowa potrzebuje ok. 45 000 USD na zaspokojenie podstawowych potrzeb (podane sumy sa oczywiscie zarobkami brutto). Tymczasem mediana zarobków gospodarstwa domowego to.. 51 000 USD rocznie.

Oficjalne miary biedy opierają się głownie na cenach żywnosci z lat 50-tych. Tylko ze… koszty zywnosci wzrosly dwukrotnie, dachu nad głową – trzykrotnie, wydatki medyczne – sześciokrotnie, czesne w collegu – jedenastokrotnie….
Z drugiej strony Bureau of Labor Statistics i Census Bureau podaly, ze koszty zywnosci, housing, opieki medycznej, opieki nad dziecmi, transportu i podatkow pochłaniają prawie CALY median household income (medianę dochodu gospodarstwa domowego).
Z trzeciej strony – te rodziny nie kwalifikują sie na żadne programy pomocowe…

Co poza tym. Dolna połowa Amerykanów jest właścicielem tylko 1.1% bogactwa kraju czyli ok. 793 miliardów. To jest kwota będąca w posiadaniu… 30 najbogatszych Amerykanów. Stan majątku netto zero cechuje az 47% Amerykanów..
Do majątku zerowego dokładają się walnie absolwenci koledżów, którzy wchodza na rynek pracy juz z dlugiem. Przez ostatnie 10 lat przeciętna pożyczka studencka zdrozala o 91 %

Tymczasem w/g oficjalnych statystyk 18% Amerykanów znajduje się ponizej poverty level, zas 32% jest powyzej tej granicy i są klasyfikowani jako “low-income”.
I nawet w/g tych statystyk ów tak mierzony poverty level wzrósł o 25% pomiędzy rokiem 2000 i 2011.

Oczywiście, jesli wezmiemy pod uwage same liczby – te 45 000 USD czy nawet 20 000 – i przeniesiemy je na grunt biednego panstwa afrykanskiego czy Indii to wyjdzie, ze Amerykanie są bogaczami fiu fiu i po co w ogole narzekaja. Tylko, ze ci Amerykanie nie zyja w Indiach ani Afryce, tylko w USA, gdzie koszty zycia sa zupelnie inne, oraz gdzie posiadanie samochodu to nie jest luksus ale koniecznosc – bo za wyjatkiem kilku miast komunikacja publiczna nie istnieje i jakos trzeba dojechac do pracy, do sklepu etc.

Powyższe liczby i statystyki pokazują wyrażnie, w która stronę zmienia sie Ameryka. W stronę republiki bananowej – bo prosze zauwazyc, ze w ciagu ostatnich 25 lat total wealth USA wzrósł z 12 bilionow do 77 bilionów. Tyle, ze te nadwyzki poszly do najbogatszych, a poziom zycia zwyklych ludzi, przecietnie zarabiajacych, systematycznie sie obniza.
Cóż za ironia. W krajach takich jak Chiny czy Brazylia w ciagu ostatnich dekad miliony ludzi wyszly z biedy i zasiliły szeregi klasy średniej. W USA dokladnie odwrotnie – miliony wypadaja wlasnie z klasy średniej i zasilają szeregi biedaków.
Tak zaczyna się upadek, bo panstwo, ktorego gospodarka jest oparta o konsumpcje i uslugi, nie pociagnie bez klasy średniej…

Napisane przez: futrzak | 26 Marzec 2014

Co warto (ponoć) zobaczyć w LA

No właśnie. Nie powiedziałabym nic, gdyby nie tytuł. Ale jeśli ktoś mieni się być podroznikiem, zaczyna relacje od “Co warto zobaczyc w LA” – to az palec świerzbi.
W związku z tym poniżej bedą moje wyjątkowo zlośliwe, kąśliwe i zgryźliwe komentarze. Dodam od siebie, ze ja sama nie jestem miłośnikiem tego miasta i za żadne skarby świata….no…. tutaj przesada: za zarobki pół miliona, bądź wiecej rocznie, mogłabym tam mieszkać :)
Wrażliwe sarenki oraz turystów wrażliwych na sarenki uprasza się o dalsze nie czytanie :)

Przyzwyczajeni do nowojorskich standardów, że wszędzie można „złapać” wifi wyciągnęliśmy laptopa i zaczęliśmy szukać zasięgu. I tu pojawił się problem, musieliśmy jechać specjalnie do Downtown, żeby złapać jakikolwiek sygnał. Kafejki internetowe? Zapomnij.

Coż. Wszystko zalezy, w jakiej dzielnicy się wyląduje. Metropolitan area LA jest ogromne i jak wyladuje sie w gównianej z przeproszeniem dzielnicy to w istocie – wyjatkowo tam paskudnie i ch*wo. I internetsów, faktycznie, niet na zawolanie, zwlaszcza niezahasłowanych. Oczywiscie, kafejek internetowych tez nie – bo z jakiej racji ktos mialby zawracac sobie gitare takim biznesem, skoro kazdy ma w domu, a jak nie ma, to idzie do w miare porzadnej knajpy/restauracji/starbucksa etc. i tam ma za darmo? Tylko trzeba, prawdaz, usiąść, coś zamówic i poprosić o hasło…

To dalej USA, ale większość osób używa tu języka hiszpańskiego i jak się dowiedzieliśmy wkrótce (za 5 – 10 lat) mieszkańcy LA będą chcieli by język hiszpański stał się głównym językiem w tym stanie

Ciekawa jestem, kto tez im takich pierdół nagadał. Chcieć to oni sobie mogą – rzeczywistość to inna sprawa. Poza tym byłam i nie zauwazylam, zeby _wiekoszosc_ uzywala hiszpanskiego. No ale inna sprawa, ze nie mieszkalam, ani nie spędzałam czasu w dzielnicach/gettach zamieszkalych przez latynosów. Tam pewnie to zdanie będzie prawdziwe.

Już pierwszej nocy zobaczyliśmy słynne pościgi policyjne. Akurat niedaleko nas policja szukała jakiegoś zbiega. Wszędzie było pełno policji, dodatkowo nad obszarem poszukiwań latał policyjny śmigłowiec, który oświetlał różne zaułki. Akcja zupełnie jak w filmie i jedno z ciekawszych przeżyć.
W Los Angeles takie sytuacje są całkiem normalne. Przestępczość jest tu na wysokim poziomie.

Blah, blah blah. LA jak kazda wielka metropolia w USA ma swoje lepsze i gorsze dzielnice. W tych gorszych jest tak, jak powyzej. Ale wystarczy pojechac w lepsze rejony – Beverly Hills, i nic takiego nie ma tam miejsca. Autorzy wychwalaja San Francisco – a tam tez sa dzielnice z duza przestepczoscia i gangi i inne tego typu przyjemnostki – stosownie do skali. Ze po ulicach łażą bezdomni i umysłowo chorzy? A w innych miastach nie łażą? Zalezy chyba tylko od skutecznosci miejscowej policji i energii w przeganianiu bezdomnych skąd się da.

Co do poruszania się po mieście – przed przyjazdem wszyscy ostrzegali nas przed tym, że tu każdy ma samochód i że bez niego nie damy sobie rady. Oczywiście dawaliśmy sobie radę i to całkiem dobrze. Metro nie jest tu jakoś szalenie rozwinięte, ale np. z Downtown do Hollywood dojeżdża się w 20 minut. Zdecydowanie częściej poruszaliśmy się autobusami, których jest tu znacznie więcej.

I byc moze to, oraz fakt pomieszkiwania w latynoskiej dzielnicy wyjasniaja, czemu to miasto wydawalo sie autorom takie straszne. Ja za powszechnymi rozrywkami nie przepadam, ale jestem w stanie przyjąć, ze dla wielu ludzi zainteresowanych filmem i jego historia wycieczka do Universal Studios, muzeum of Jurasic Technology, LACMA, objazd po wzgórzach Beverly Hills czy Disneyland moze byc interesujacy. Tylko, ze te rozrywki kosztuja. Podobnie jak wyprawa po klubach nocnych i innych takich przybytkach. Ja nie gustuje – ale znów, są ludzie co sobie chwalą.
Jedno trzeba przyznac: LA to nie jest miasto dla biednych backpakersów pomykających wszędzie na piechotę albo autobusem.
Mnie na przyklad z calego miasta najbardziej podobał się Desert Garden i Botanical Garden – no ale tam trzeba sie dostać.
Podzielam zdanie autorów odnośnie wizyty w obserwatorium – ale już nie zachwytu nad plażami LA. Ok, Santa Monica czy Venice Beach mogą być dla kogos spoza Kalifornii ciekawym zjawiskiem socjologicznym, oraz oczywiscie upragnionym piaskiem i słoncem – ale to by bylo na tyle.

Jak juz powyzej pisalam – ja sama LA nie lubię, uważam, ze Połnocna Kalifornia jest znacznie lepsza do zycia i mieszkania. Niemniej, pisząc relacje pt. “Co warto zobaczyć w X” starałabym się być bardziej i doinformowana i obiektywna. Czym innym jest moje własne prywatne zdanie – ktore np. odnośnie Las Vegas brzmi “stolica kiczu i hazardu, nic ciekawego” a czym innym jakiś opis dla jakiejś gazety/portalu. W tym drugim wypadku niewątpliwie zaczęłabym od czegoś w stylu “Las Vegas napewno nie jest dla każdego bo..”. Bo że nie dla mnie, to nie znaczy, ze nie dla wszystkich. Bo znam masę ludzi, którzy tam z chęcią wracają i oddają sie z lubością hazardowi, nurzaniu w tej poetyce kiczu, która dla nich wiąże się ze wspomnieniami z dzieciństwa etc.

Podobne odczucia ludzie mają odwiedzając Hollywood. Dla jednych to mekka, wiążąca się z określonymi zdarzeniami, historią, i wspomnieniami, a dla innych krzykliwy kicz i pretensjonalność…Jedni będą się podniecać widokiem Statue of Liberty w NYC albo głaskaniem jaj metalowemu bykowi z okolic Wall Street – a inni wyłupiać oczy na Alei Gwiazd czy zachwycać spacerem po butikach i restauracjach Rodeo Drive.

Różny jest ten świat i tylko zadziwia mnie, że ludzie mieniący się być “podróżnikami” tak często mają skrajnie subiektywne, zawężone i z brakiem informacji pole widzenia. Tak właśnie rodzą się stereotypy…

PS: tutaj tekst nad którym się znęcałam.

Napisane przez: futrzak | 25 Marzec 2014

Reklama.. reklama.. już od rana…

Jakiś czas temu wzięłam udział w ankiecie przeprowadzonej przez panią Malwinę dla bankier.pl – odpowiadającymi byli emigranci, których wywiady ukazały się na łamach pisma w cyklu “Tu mieszkam”.
Był wywiad ze mną, wzięłam więc też udział w ankiecie.

Tutaj są wyniki:

Na co narzeka sie za granica – 50 emigrantow porownuje warunki zycia z polskimi.

Polska vs reszta swiata – gdzie taniej gdzie drozej.

Polacy na emigracji – dlaczego nie wracaja.

Oczywiscie, nie jest to żadne badanie na przekrojowej grupie społeczeństwa etc. tylko wywiady z emigrantami, ale i tak myślę, że rezultaty są dość interesujące. Nikt jakoś specjalnie nie pali się do powrotu do kraju – a przeciez ludzie zyją w tak “egzotycznych” lokalizacjach jak Kabul, KSA, Birma, Chiny, Ghana, Madagaskar, Caracas, Wyspy Owcze…

W Polsce ponoć jedynie 17 osób na 100 nie rozważa emigracji.
To ja się pytam – czy w tych rozważających emigrację jest polski rząd i parlament – a jeśli nie, to dlaczego?
Myślę, że zrobiliby tym, co jeszcze w kraju są, wielką przysługę….

***

Tymczasem w Argentynie świętują dziś Dzień Pamięci dla Prawdy i Sprawiedliwości (Día Nacional de la Memoria por la Verdad y la Justicia) – upamiętniający cywilne ofiary dyktatury wojskowej, jaka nastąpiła po zamachu stanu w 1976 r. – kiedy to obalono rząd Marii Esteli Martinez de Peron. Dodajmy, że tzw. Brudna Wojna (Guerra Sucia), która miała miejsce potem, pochłoneła 15000 – 30000 ofiar, w tym około 13000 desaparecidos czyli zaginionych, którzy już nigdy się nie odnalezli, a byli pozbawiani życia w bardzo brutalny sposób np. wyrzucano ich otumanionych narkotykami z samolotu do oceanu…

Sama Brudna Wojna była częścią Operacji Kondor, która objęła Argentyne, Brazylię, Chile, Urugwaj, Paragwaj, Boliwie oraz poźniej Ekwador i Peru, a była sponosorwana przez USA.

Wpis w polskiej wikipedii dotyczący tego Dnia Pamięci jest doprawdy rozczulający. Wytłuszczenie moje.

Dzień Pamięci dla Prawdy i Sprawiedliwości (hiszp. Día Nacional de la Memoria por la Verdad y la Justicia) – święto państwowe w Argentynie obchodzone 24 marca każdego roku dla upamiętnienia rozbojów podczas zamachu dokonanego przez wojsko pod przywództwem Jorge Videli na rząd Isabeli Perón, w czasie tzw. Brudnej wojny.

Ale jakoś mnie to nie dziwi. W kraju nad Wisła do dziś są całe masy otumanione propagandą a uważające Pinocheta czy Videlę za narodowych bohaterów…

Znalazłam dziś taki cytat w Niezależnej:

Poparcie dla rezultatów referendum na Krymie wyraziły dotąd władze Syrii, Kazachstanu i Argentyny.

Oraz bardzo podobny w Onecie:

Poparcie dla rezultatów plebiscytu wyraziły dotąd władze Syrii, Kazachstanu i Argentyny – informuje ukraiński tygodnik “Dzerkało Tyżnia”

No, ci przynajmniej podali źródło. Ale czyż dziennikarskim obowiązkiem nie powinno być sprawdzanie źródeł??? Hiszpański język to nie kantoński czy farsi, albo inne “egzotyczne” – w szanującej się redakcji dużego serwisu nie powinno być problemów ze znalezieniem tłumacza…
A nawet jeśli nie, to ile czasu zajmuje wklepanie w google zapytania “did Argentina accept Crimea vote results”? Jeden z pierwszych rezulatów to depesza agencyjna Reuters, ze słowami “This referendum (in Crimea) is worthless”.

Co więc rzeczywiście powiedziała presidenta – cytuję z jej publicznego profilu na Facebook, wpis z dziś (wizyta we Francji):

Hemos hablado también de cuestiones internacionales como Ucrania, nos preocupa y esta es una postura de la Argentina como un país de paz. Creemos que la cuestión de Ucrania debe resolverse en un clima de negociación política y en el marco de paz. Resultaría una trágica paradoja que en 2014, centenario de la 1° Guerra Mundial, Europa o el mundo deba enfrentar conflictos armados. Reclamamos a las potencias que cuando se habla de integridad territorial sea aplicable para todos. Argentina sufre el cercenamiento territorial por parte de UK de las Islas Malvinas y sin embargo UK y USA se han manifestado a favor del referéndum que los kelpers han hecho hace pocos días y que carece de todo valor. Si carece de valor el de Crimea, a escasos km. de Rusia, mucho menos puede tener valor uno de una colonia de ultramar a más de 13.000 km. Es fundamental para preservar la paz en el mundo y el respeto al derecho internacional no tener doble estándar a la hora de tomar decisiones. No se puede estar de acuerdo con la integridad territorial en Crimea y en desacuerdo con la integridad territorial en las Malvinas. O estamos de acuerdo con todas las integraciones territoriales y el respeto a la soberanía de todos los países y a sus historias o vivimos en un mundo donde no hay derechos, no hay respeto a lo que decimos, donde fundamentalmente prima la relación del más fuerte. Por eso apoyamos la integridad territorial y votamos como votamos en el Consejo de Seguridad, pero reclamamos que todos sean coherentes.

Czyli (przekład własny, za ewentualne błędy przepraszam):

Rozmawialiśmy także o zagadnieniach międzynarodowych, które nas niepokoją, takich jak sytuacja Ukrainy.
Argentyna jest państwem pokojowym i chcielibyśmy tą kwestię rozwiązać droga negocjacji politycznych i w pokojowej atmosferze. Jest tragicznym paradoksem, że w roku 2014, setnej rocznicy wybuchu pierwszej wojny światowej, Europa lub nawet świat może się zmierzyć z konfliktem zbrojnym. Wyrażamy oczekiwania wobec światowych mocarstw, aby respektowanie integralności terytorialnej było równe wobec wszystkich.

Argentyna musi znosić okrojenie swojego terytorium przez UK, a to właśnie UK i USA wyraziły poparcie i całkowicie uznały rezultaty referendum, które niedawno urządzili Kelpersi*. Jeśli uznamy że Krym, leżący kilka kilometrów od granic Rosji nie ma znaczenia, to jakie znaczenie ma zamorska kolonia oddzielona od kraju trzynastoma tysiącami kilometrów?

Jest sprawą podstawową dla światowego pokoju przestrzeganie prawa międzynarodowego i nie stosowanie podwójnych standardów w czasie podejmowania decyzji. Nie można jednocześnie żądać przestrzegania integralności terytorialnej w sprawie Krymu i nie żądać tego w sprawie Malwinów. Albo jesteśmy w zgodzie z zasadą integralności terytorialnej wszystkich państw i szanujemy suwerenne prawa wszystkich, w zgodzie z traktatami i prawami historycznymi, albo żyjemy w świecie bezprawia, gdzie nie ma szacunku dla naszych decyzji i liczy się tylko prawo silniejszego. Dlatego popieramy integralność terytorialną i głosujemy jak głosujemy w Radzie Bezpieczeństwa i twierdzimy, że jest to spójne stanowisko.

Kelpers – mieszkańcy Malwinów – nazwa wzięła się stąd, ze Malwiny są otoczone oceanem, w którym rosną obficie glony zwane “kelp”. Kelpers w języku angielskim oznacza zbieraczy tych glonów.

Napisane przez: futrzak | 16 Marzec 2014

Kulinarnie

Jesień przyszła, więc czas na zupy. Ostatnimi czasy wzniosłam sie na wyżyny twórczości kulinarnej i popełniłam dwa przepisy, oba bezglutenowe, jeden dla leniwców, a drugi nie :)

Barszcz czerwony w wersji paleo – dla leniwców.

Zupa z łososia – dla nie-leniwców.

Przy drugiej zupie jest trochę upierdliwości, ale prosze mi wierzyć – efekt jest tego absolutnie warty…

Napisane przez: futrzak | 14 Marzec 2014

Jeśli fakty przeczą teorii, tym gorzej dla faktów…

Tak przynamniej uważają neoliberałowie głosząc mit o tym że bogaci, zwolnieni od podatków, tworzą miejsca pracy. Otóż – nie tworzą. I są na to twarde fakty do potwierdzenia, zebrane w poniższym krótkim TED talk:

Wymowny jest zwłaszcza cytat:

The superrich have grabbed the bulk of the past three decades gains. [...] If it was true that lower taxes for the rich and more wealth for the wealthy cause job creation, today we would be drowning in jobs.

Czyli:
Superbogaci zebrali największą część dochodów z ostatnich trzech dekad. Jeśli byłoby prawdą, ze niższe podatki oraz więcej bogactwa dla bogatych powodują kreowanie nowych miejsc pracy, dziś bylibyśmy zalewani ofertami pracy…

To zdanie zebrało oklaski, bo oczywiście nikt ślepy nie jest i widzi, jak wygląda sytuacja w USA na rynku pracy.
Z drugiej zas strony globu jest przykład Chin i Brazylii – zwłaszcza Brazylii – gdzie wydźwignięcie się z nędzy kilkudziesięciu milionów ludzi i zasilenie klasy średniej nakręciło konsumpcję i gospodarkę.

Proszę też zauważyć, kto to mówi. Facet, który sam jest inwestorem i maczał łapki w takich firmach, jak Amazon i inne giganty z branży high-tech. On doskonale z praktyki wie, że zatrudnianie nowych ludzi – a więc tworzenie miejsc pracy – jest OSTATNIĄ rzeczą, którą robią firmy i robią to tylko dlatego, żeby zaspokoić demand. A tą demand kreuje klasa średnia…

PS: dla niekumatych. W USA opodatkowanie pracy (income tax, obojętnie czy będzie od full-time job czy independant contractor) max stawka wynosi 45%. Podatek od dochodu uzyskiwanego z capital gains (long term) 0-20% …

Napisane przez: futrzak | 12 Marzec 2014

Kosmos

Uslyszalam dzis cos takiego i poczulam sie, jakbym byla na innej planecie…

Nie chcę czytać książek, które otworzą mi wszystkie drzwiczki do, na przykład, zrozumienia kobiet. Nie chcę, bo w sytuacji nierównych szans (oczytany vs. nieoczytany) bardzo łatwo o manipulację emocjonalną

Proszę panstwa, nie ogarniam tej kuwety. Po stokroć nie ogarniam. To teraz taka moda jest, żeby sie chwalić ignorancją i stawiać na piedestałach, dorabiac moralną teorię do nieuctwa???
IMHO manipulacja emocjonalna bardziej zależy od naszej moralności i intencji (czyt. jak nie jestes sk*nem to nie bedziesz ludzmi manipulował, no chyba zeby dostać podwyżkę w robocie :) a nie od ilości posiadanej wiedzy i umiejętności.
Jesli ktos jest znakomitym psychologiem, nie pociąga to za sobą automatycznie bycia zimnym cynicznym manipulantem.
No, ale ja sie nie znam.
Chyba jednak juz wiem, skąd się potem biora uniwersytety, na ktorych wyklada sie kreacjonizm i homeopatię…..

Napisane przez: futrzak | 11 Marzec 2014

Babskie spotkanie…

Oto trzy kobiety, dzierżące największą władzę w Ameryce Południowej:

ChristinaMicheleDilma

Kryśka, Miszel, Dilma. Prezydent Argentyny, nowozaprzysiężony prezydent Chile (druga kadencja), prezydent Brazylii.

Zdjęcie pochodzi z ceremonii inauguracyjnej prezydencji Michelle Bachelet.

Warto tutaj wspomnieć, kim jest Michelle. Jej ojciec Alberto w rządzie Salvadore Allende był odpowiedzialnym za Food Distribution Office (chociaż tak poza tym to był generałem brygady sił powietrznych). Po zamachu stanu i dojściu do władzy Pinocheta, Alberto został zatrzymany pod zarzutem zdrady stanu i uwięziony oraz poddany torturom. Po miesiącach takiego traktowania (przebywał wtedy w publicznym więzieniu w Santiago) zmarł na zawał serca w 1974 r. Kilka miesięcy poźniej Michelle i jej matka zostały zatrzymane w ich mieszkaniu i przetransportowane do Villa Grimaldi – osławionego tajnego więzienia w Santiago, gdzie zostały rozdzielone i przesłuchiwane oraz torturowane. Po jakimś czasie Michelle została przeniesiona do Cuatro Álamos, poczem dzięki koneksjom jej rodziny i przyjaciołom z armii została zmuszona do emigracji i osiadła w Australii. Potem mieszkala w NRD, powróciła do kraju w 1979 roku.

Jej kariera polityczna zaczęla się w roku 2000, gdy została nominowana ministrem zdrowia przez prezydenta Richardo Lagos (z wyksztalcenia M. jest lekarzem, ale też ukończyła Akademię Wojskową Chile z tytułem magistra w Military Science), a następnie ministrem obrony w 2002 r. jako pierwsza kobieta w Ameryce Łacińskiej.
W 2006 roku została wybrana prezydentem Chile. Ponieważ konstytucja Chile zabrania piastowania stanowiska prezydenta dwie kandencje pod rząd, musiała po jednej zrezygnować.
Teraz – 11 marca 2014 – została znowu zaprzysiężona jako prezydent Chile.

Napisane przez: futrzak | 9 Marzec 2014

Reality check czyli minister ekonomii przemawia rozsądnie

Aż chciałoby się rzec: czemuż w kraju nad Wisłą nie może tak być…

Ale do rzeczy.
Media opozycjne w Argentynie, a głównego nurtu w EU i USA, wieszczyły szybkie bankructwo kraju po styczniowym skoku cen, dewaluacji peso i spadku rezerw dolarowych.
Pisałam już, ze panika była nieuzasadniona i że prawdopodobnie nic takiego nie będzie miało miejsca.

Jak narazie rzeczywstośc potwierdza moje przewidywania.
Kurs legalnego dolara ustabilizował się, czarnorynkowy spadł o półtora peso po zmianie polityki banku centralnego i legalizacji zakupu dolarów w celach oszczędnościowych.

W wywiadzie radiowym minister Kicillof stwierdził “Jesteśmy przyzwyczajeni do prób wzbudzania strachu i ekonomicznej katastrofy przez opozycyjne gazety, ekonomistów i działaczy. Gospodarka kraju musi się zmierzyć się z powikłaniami, trudnościami i wyzwaniami, ale to nie są problemy”.

Następny atak, dotyczący inflacji, też został odparty w bardzo ładnym stylu. Na przytoczone szacunki prywatnych firm, które wynosiły za miesiąc luty 4-5% odpowiedział, że cyfry zostały wybrane w sposób dowolny i że są częscią kampanii antyrządowej i nie zgadzają się z danymi INDECu.

Warto tu wspomnieć, że metoda liczenia inflacji przez INDEC została niedawno zmieniona: kierowano się wytycznymi IMFu. Sposób liczenia koszyka zmienił się (w nowym pod uwagę brane są ceny 520 dóbr i usług, w tym: żywność, napoje, ubrania, koszty mieszkań/wynajmu, artykuły AGD, opieka zdrowotna, transport, komunikacja, rekreacja, edukacja) ale też i pozyskiwanie danych: teraz są brane pod uwagę ceny z całego kraju, a nie tylko z obszaru gran Buenos Aires.

W/g nowego sposobu mierzenia inflacja w styczniu wyniosła 3,7%, wg. opozycyjnych źródeł 4.6%.
Przy czym o ile sposób mierzenia inflacji przez INDEC jest dostępny publicznie, o tyle prywatne agencje nie podają sposobu liczenia swoich danych.

Starsze pozycje »

Kategorie

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Join 90 other followers