Napisane przez: futrzak | 24 Wrzesień 2016

Weekendowo..

Jem coś, czego przeciętny Polak nie tknąłby nawet kijem na odległość. Sos pomidorowy na bazie czosnku, ziół i papryczek chili, do tego dorzucona zwykła papryka, owoce morza (krewety, ośmiorniczki, małże i kalmarki) i…. w charakterze makaronu GLONY. Wszystko doprawione jak nalezy i posypane startym serem żółtym. Pychotaaaaa!

A poza tym Urugwaj to dziwny kraj, bo Jameson jest dwa razy droższy od Havana Club. Albo inaczej: Havana Club jest tansza dwa razy od Jamesona. YESSSS!!!

cioppino

To powyżej to zdjęcie klasycznego cioppino, dania które zostało wymyślone przez włoskich imigrantów w San Francisco. Zwykle przyrządzane z tego, co złowiono danego dnia no i nie ma w nim glonów, tak jak w mojej wersji. Serwowane jest na ogół z grzankami, ale zdarzają się też miejsca, gdzie do środka wrzuca się spaghetti.

Buen finde! – czyli miłego weekendu – doslownie dobrego końca tygodnia tj. fin de semana.

Napisane przez: futrzak | 23 Wrzesień 2016

Piękne, stare kamienice a smutna rzeczywistość…

Racjonalne podejście tj. od strony rachunku kosztów do remontu starego domu jest nieubłagane: bardziej opłaca się wybudować nowy dom od zera – będzie i taniej, i lepiej.
Stara kamienica, mimo że piękna, to skarbonka bez dna.

Naprawa cieknącego dachu, jeśli to płaski dach, równa się właściwie kładzeniu go od zera.
Wymiana instalacji wodno-kanalizacyjnej to rozkuwanie scian, podłóg, kompletna rozpierducha, a potem trzeba to połatac, otynkować, pomalować. Jeśli gdzieś mieliśmy zabytkowe kafelki/terakotę, to mamy problem, bo nie będzie pasujących.
Poprowadzenie dodatkowych pionów kanalizy i wody — problem, kupa roboty i kasy.
Wysuszenie grzyba ze ścian — kupa kasy, bo co prawda industrialne osuszacze powietrza są i działają, ale oczywiście są drogie i żrą masę energii. Potem zresztą taka ścianę jeszcze trzeba czymś potraktowac, zdrapać stary tynk, położyć nowy i pomalować.

Stare kamienice z grubyyyymi murami mają mało światła i kiepską wentylację. To drugie da się załatwić nieskomplikowanie – instalujemy wentylację mechaniczną i to nie jest problem. Ale z ciemnym mieszkaniem nie zrobimy nic. Wybijanie/powiększanie okien równa się ryzyku naruszenia calej konstrukcji, trzeba ściągać architekta, w razie czego robić dodatkowe wzmocnienia, pozyskać stosowne pozwolenia etc.

Grube mury piekielnie ciężko ogrzać – mają ogromną masę termiczną i o ile nie jest to budynek w suchym i gorącym klimacie, to przez cały rok będziemy marznąć, albo wydamy małą fortunę na ogrzewanie.

Oczywiście, to wszystko jest do zrobienia, kwestia tylko pieniędzy – trzeba tylko wydać 2-3 razy więcej niż na nowy budynek o podobnej kubaturze.
Czy w związku z tym ktoś jeszcze dziwi się, że stare, popadające w ruinę kamienice są wyburzane, a na ich miejscu stawia się nowe bloki? Że bez specjalnej ochrony prawnej konserwatora zabytków nie będzie pięknie odrestaurowanych kamienic na starym mieście?
Żaden inwestor nie chce wydać 2-3 razy więcej kasy, jeśli nie będzie potem mógł skasować 2-3 razy więcej za wynajem. A ludzie jak mają do wyboru – mieszkać w nowym, nowoczesnym budynku czy starej kamienicy, to wolą to pierwsze i w zasadzie trudno im się dziwić…

IMG_0514

Napisane przez: futrzak | 22 Wrzesień 2016

Znowu o pracy zdalnej…

Narzekałam dopiero-co na mentalność urugwajską, zgodnie z którą jak się nie siedzi w biurze, to się nie liczy… ale hamerykańska, prosto z Doliny Krzemowej, San Francisco, wcale nie lepsza.
Obserwuję już od ponad miesiąca ciągłe walki zespołu o to, żeby jednak pracować z domu….

Są bardzo kreatywni w wymyślaniu pretekstów :)
Źle się czuja, dzieci chore, autobus uciekł, spóźnił się, etc. Cała litania.
Powód: hyhyhyhyhy też siedzą w piknym ołpenspejsie, hyhyhyhyhyh. Dziś właśnie ktoś opublikował zdjęcia na pracowym kanale ogólnym, przy okazji czegoś zupełnie innego, ale można sobie było obejrzeć. Przewaga ich polega na posiadaniu wykładziny na podłodze oraz chyba lepszych (wytłumianych) ścian. Poza tym, niestety taka sama urawniłowka.

Właśnie, na przeszkodzie stoi TYLKO mentalność ludzka. Bo firma jest właściwie całkowicie przystosowana do pracy zdalnej (poza oczywiście agilowym tradycyjnym brakiem dokumentacji) – ale ktoś ich ciśnie, żeby pchali się do biura. Że to absurdalne – poza ewentualnymi meetingami firmowymi – to widać jak na dłoni jak się spojrzy na logi githuba. Gros pracy odbywa sie z domu, w nocy – czyli jak zwykle…

eh.
Pisałam już wiele razy przedtem, powtórzę znowu: technologia już dawno tam jest – mentalność ludzka nie.

Ktoś ma sugestie, jak zmienić ową zamarznięta mentalność ludzką?

PS:
Z przypadkiem, kiedy mentalność kieruwnictwa wyprzedziła epokę, spotkałam się tylko raz. Otóż, dawno temu, na przełomie wieków, pracowałam w (nieistniejącym dziś już) Sun Microsystems. Ktoś z wierchuszki wpadł na pomysł… że nie będzie tradycyjnych pokojów, kubików i wszyscy będą pracować zdalnie….
Pomysł byłby świetny, ale wykonanie… otóż nie, nie miało to polegać na pracy zdalnej z domu. Miało polegać na ustawieniu tzw. „kiosków” na wspólnej przestrzeni. W takim „kiosku” miałby stać sobie terminal sunowski podłączony do serwerów firmy wewnątrz sieci firmowej. I taki terminal byłby całkowicie anonimowy, jak w cybercafe….
Większość programistów i QA od razu się sprzeciwiła, bo i jedni i drudzy mieli swój folwark testowych serwerków, w których ciągle trzeba było grzebać, coś zmieniac, przestawiac dyski, grzebac na plycie glownej etc.
Kieruwnictwo wysluchało, poczem wyszło z dodatkową propozycją: będzie firmowy lab. A w jaki sposób zdalnie będzie sie dokonywac fizycznej ingerencji w konkretna maszynę? A będzie zintegrowany system helpdesku, gdzie trzeba będzie submit the ticket a potem czekac, az ktos pojdzie, zrobi, zmieni status ticketa na zrobiony….
Coz. Wizja, o ile mi wiadomo, nigdy nie została wprowadzona w życie. To tyle w temacie usprawniania pracy ludziom, usprawniania narzucanego z góry…

Napisane przez: futrzak | 20 Wrzesień 2016

Z cyklu: rants.

Zupełnie niesamowite, jak niektórzy ludzie zamarzają…znaczy, umysł im zamarza. Nie widzisz kogoś przez 5-6 lat, gadasz i przekonujesz się, że jest zaczadzony tą samą ideologią i nic się nie zmieniło. Dalej powtarza jak papuga to samo nagranie bez grama refleksji, tak jakby wejście danych na input zacieło się całkowicie…

Albo jak trudno ludziom jest cokolwiek w życiu zmienić. Właściwie dopiero niedawno zdałam sobie z tego sprawę, z okazji rozmów ze starymi znajomymi sieciowymi. Ktoś musi się przeprowadzić ledwie za miedzę, jakieś kilkaset kilometrów – fakt, że do innego kraju, ale na boga. Kilkaset kilometrów a przygotowania, dramat i cała reszta jakby to co najmniej wyprawa na księżyc była. A potem dramat, że nie ma przyjaciół, ulubionego piwa, tego śmego i innego. Co ciekawe, kiedy usiłuję tłumaczyć, ze jednak obracanie sie na codzień w obcym kraju i obcym języku to nie taka kaszka z mlekiem jak przetłumaczenie paru zdań w szkole na lekcji, to jestem zbywana. A potem za parę miesięcy słyszę płacz i zgrzytanie zębów.

Albo: ileż to razy słyszałam zapewnienia „z językiem nie mam problemów”. A jak przychodzi co do czego, to okazuje się, że to subiektywna opinia, której nie podzielają miejscowi, bo nie rozumieją delikwenta. Tudzież, napisanie paru zdań poprawnie w obcym języku urasta do rangi wielkiego problemu. Albo załatwienie jakiejs sprawy w urzędzie i tym podobne.
Ot na owym nieszczęsnym almuerzo compartido opowiadała koleżanka Amerykanka o jej wrażeniach z życia w Urugwaju. Co dla niej było problemem i tak dalej. Niesamowite. Przejmowała się każdą jedną pierdołą, która jest inaczej niż w Ameryce.

Właśnie. Wielu ludziom wydaje się, ze Amerykanie to taki „ruchliwy naród”. Tymczasem g* prawda. Tj. owszem przeprowadzają się dość często w porównaniu na przykład z Europejczykami – ale te przeprowadzki są na terenie USA zwykle. Ważne paszporty posiada tylko 36% obywateli, a używane są zwykle do podróży i to niedalekich. Jak już ktoś wyjeżdza na stałe, to rychło rozbija się o ścianę nieznajomości jakiegokolwiek obcego języka poza angielskim, rozbija się też o różnice kulturowe tj. Amerykanom wydaje się, że cały świat powinien miec tak, jak oni, a jak ma inaczej to powinien na gwałt zmieniać…

Za to rodacy…
miesięcznie dostaję ileś-tam emaili z pytaniami o Urugwaj i deklaracjami o chęci emigracji. Odpowiadam zawsze uczciwie, ale muszę przyznac, że w wielu wypadkach poziom pytań po prostu wbija w ziemię. Ludzie zupełnie nie mają pojęcia o niczym, pytają o rzeczy, które można samemu znaleźć w 5 min googlując sobie, albo szukając na stronach stosownych ambasad. Zawsze wprawia mnie to w nieme zadziwienie. Myślicie o emigracji na drugą półkule, gdzie nie będzie rodziny, przyjaciół, gdzie całe zycie codzienne wyglada INACZEJ – a nie umiecie najprostszych informacji sami sobie znaleźć? Really? To co zrobicie jak wam się głupi kran zepsuje, albo zachorujecie, albo trzeba będzie pójść na pocztę paczkę odebrać?

Albo podejście: myślę o emigracji, ale kraje X, Y, Z odpadaja. Pytam, dlaczego. A bo to i tamto. Po bliższym indagowaniu okazuje się, że jakiś znajomy/a cos tam powiedzial, i tak bez sprawdzenia i zadnej weryfikacji voila – ten kraj jest be, bo „tam pedały rządzą”, „mam dość politpoprawności” itp. Notabene to ostatnie jest niesamowitym fenomenem – politycznej poprawności mają dość ludzie żyjący w kraju, w którym nigdy owej nie było…
Eh….

A potem jest kategoria tych, wg których „zawsze jakoś będzie”. No, bo zawsze bylo. Zawsze sie znajdą jakieś „przyjazne dusze” które „pomogą w potrzebie” – czytaj przyssamy się do kogoś i jakoś przeżyjemy. Chryste. Raz tak miałam, że przyjęłam pod własny dach człowieka w potrzebie, a potem nie dało się go bombą wyrzucić – bo mu wygodnie było…

PS:
I jeszcze tak: wyrosło całe pokolenie Polaków, którym wydaje się, że są „młodzi-zdolni-wykształceni-świat-stoi-otworem. A potem wielkie zdziwienie – ojej, o jak to, mam magisterkę z socjologii, podyplomówkę z dziennikarstwa i znam angielski i nikt nie chce mnie zatrudnić! I to zdziwienie że jak to, w kraju w którym jezykiem urzędowym nie jest angielski trzeba znać język oficjalny, żeby startować do jakiejkolwiek pracy w mediach/pr? Że najpierw przyjmują swoich?
Cóż. Świat stoi otworem dla nich – ale najwyraźniej nie tym otworem co trzeba :)

Napisane przez: futrzak | 19 Wrzesień 2016

Jeszcze o organizacji pracy

Ołpenspejs ołpenspejsowi nierówny.

Zarzuciłam pytanie o tenże na fejsie i okazało się, że nawet znalezli się zwolennicy. Tylko, ze to wszystko zależy od charakteru pracy oraz tego, jak ołpenspejs jest zrobiony. Forma taka: oddzielny pokój, w którym siedzą tylko ludzie pracujący na tym samym projekcie (max. do 8 osob), przy czym w samej firmie jest wystarczająca liczba pokoi, gdzie mozna zamknąć się samemu w razie kiedy potrzebujemy skupienia i odosobnienia.
Tak zorganizowaną przestrzeń do pracy miałam w poprzedniej firmie klienckiej i działało to całkiem niezle.

Ołpenspejs o postaci dluuuuugich stołów przez całą duzą salę, z ludzmi siedzącymi ramię w ramię, to jakaś pomyłka. Zwłaszcza, jeśli nie ma żadnego wygłuszania dzwięku. Zwykle tez w tak duzej grupie ludzi zawsze znajdzie sie jakas gaduła, co będzie kłapać dziobem na okrągło i nie da jej się zamknąć.
Od tej strony rzecz ujmując klasyczne kubiki nie były wcale złe. Zapewniały jakies minimum prywatności i oprocz tego niezle tłumiły dzwięki, bo ich ścianki wyłozone zwykle były materiałem, a na podłodze lezała wykładzina dywanowa.

Nie trafiają do mnie też argumenty typu „ołpenspejs jest świetny bo umożliwia swobodną komunikację”.
Byc moze jest to swietne w wypadku pracy polegajacej na niekończącej sie dyskusji, ale jesli ktos klepie kod, testy, dokumentacje etc. to wtedy większość pracy polega na pracy samodzielnej. Jak potrzeba cos przedyskutowac, zawsze mozna pofatygowac sie do konkretnej osoby.
Inna sprawa, że najwięcej zwolenników ołpenspejsa rekrutuje się spośród menedżerów, którzy sami jednakże wolą mieć samodzielne pokoje do pracy i nie palą się do siadania przy dzielonych stołach…

PS:
Zdziwił mnie też jeden argument przeciwko pracy zdalnej – mianowicie że praca w biurze dostarcza „pretekstu” do wyjścia z domu. Huh? Ja z domu wychodzę kiedy chcę i gdzie chcę, nie potrzeba mi do tego zadnych pretekstów…

Napisane przez: futrzak | 15 Wrzesień 2016

Jak Mały Jasio wyobraża sobie firmowe integracje…

Tzw. „company lunch” to nie jest głupi pomysł – pod warunkiem, że zrobiony sensownie.
W poprzednich dwóch firmach (też urugwajskich) było to zrobione sensownie: w każdy piątek firma funduje lunch dla wszystkich, podczas lunchu jest talk/prezentacja. Ja dostawałam swoje bezglutenowe żarcie – często lepsze niż cała reszta, która wsuwała pizze czy buły z McD, a ja np. mięso. No i gut…

… a w firmie macierzystej sobie wymyślili: almuerzo compartido. Znaczy, lunczyk zrzutkowy – każdy ma coś przynieść do podzielenia się z resztą. Pojebało ich???
Dla mnie oznacza to gówno z przeproszeniem a nie lunch, bo przeciez nie mogę jeść nic z glutenem, więc nie zjem nic, bo oczywiście nic innego nie będzie. Już to ćwiczyłam na poprzednich imprezach firmowych, dziękuję. No ale z drugiej strony oczywiście będę jako ta czarna owca, jak sobie przyniosę żarcie tylko dla siebie. A stać za garami nie mam najmniejszego zamiaru.

Cudowności „imprezy” przydaje fakt, że kuchnia jest dużo za mała, żeby pomieścić wszystkich, więc będą sobie skakać po głowach. Ohyda.
Najchętniej nieszłabym wcale, ale jak na złość jutro muszę, bo kolega co ze mną pracuje od tygodnia właśnie dziś skończył skrypty, ale musi je zrobić kompatybilne z makówą, a tak się składa, że jedyna maszyna MacBookPro w firmie to jest moja własna, prywatna. Ta…..

Normalnie czuję się jakbym została zarzucona spowrotem do Polski i pracowała dla jakiegoś taboreta Janusza byznesu, co żydzi na wszystkim. Fascynujące, że w poprzednich dwóch firmach jakoś nie mieli problemu z zapewnieniem każdemu do pracy MacBooka, a tutaj – muszę się o to wykłócać, MIMO tego, że klient z USA wyraźnie życzy sobie kompatybilności ze swoim środowiskiem pracy. Aż miałam im ochotę wykrzyczeć – z czym do ludzi? Pchacie się na rynek amerykański to sorry, ale trochę trzeba zainwestować kasy, żeby być kompatybilnym z klientami, a nie taka żenua. Sprzętu do videokonferencji też nie mają. Tutaj akurat mam żłośliwą, wredną satysfakcję: MNIE osobiście tenże brak wisi i powiewa, bo nawet przy połączeniu z kompa, z echem i bez słuchawek i tak wszystko rozumiem. Za to koleś, co ze mną pracuje, nie. Jak i kilka jeszcze innych osób, których znajomość angielskiego jest nie za dobra.
Wkurwu dopełnia fakt, że jak już pisałam wcześniej, mogę swoją pracę wykonywać całkowicie z domu, ale nie, BO NIE. Oni jak te pierdolone kury, musza się gnieśc w jednej grzędzie, bez tego się nie liczy. Normalnie ręce opadają. Tym bardziej, że od paru kolegów z pracy już słyszałam, że oni WOLĄ ołpenspejs. Aaaaaa!!!!

I jest tylko jedna rzecz, która mnie tam trzyma: dobrze płacą.

Napisane przez: futrzak | 13 Wrzesień 2016

Szwindle naukowe

Skąd się wziął mit o szkodliwosci tluszczow zwierzecych pisalam juz wcześniej. Teraz na światło dzienne wychodzą kolejne fakty.

W poniedzialek naukowcy z UC San Francisco opublikowali artykuł w JAMA Internal Medicine. Opisują w nim klasyczne kupowanie publikacji naukowych: w 1965 roku Sugar Research Foundation zapłaciła naukowcom z Harvardu za zdyskredytowanie (dziś powszechnie przyjętych) badań dowodzących związku między konsumpcją cukru i zapadalnością na choroby układu krążenia. Zamiast tego „winą” obarczyli tłuszcze nasycone. Za tym poszły „oficjalne” zalecenia żywnościowe, które wśród wielu lekarzy i dietetyków pokutują niestety aż do dzis: tłuszcze pochodzenia zwierzęcego to samo ZUO, które zatyka arterie; podstawa „zdrowej” piramidy żywieniowej to węglowodany oraz tłuszcze nienasycone. Ta…..

Przykład ów po raz kolejny pokazuje, jak ważną rzeczą jest publiczna kontrola nad uniwersytetami, całkowita transparentność ich finansowania, procedur przyznawania grantów, awansów i organizowania badań.
Edukacja to jedna z dziedzin (podobnie jak opieka zdrowotna) gdzie mechanizmy wolnorynkowe produkują chore efekty. Zysk i dochodzenie do prawdy albo zysk i poziom zdrowia populacji nie idą w parze i tyle.

źródło

Napisane przez: futrzak | 10 Wrzesień 2016

O rybie i autobusie

Hiszpanie mają absolutną rację zaczynają przyrządzanie większości dań z owoców morza od wrzucenia na rozgrzaną oliwę czosnku z ziołami i papryczkami. TAK. Wszystkie wynalazki typu clam chowder etc. mogą się przy tym schować.

Dziś odwiedziliśmy sklep na krańcu miasta, a tam taka niespodzianka:

img_0236

dwudziestosiedmiokilogramowa corvina. Przeznaczenie – na parillę oczywiście!
Powyżej leżą całkiem spore kalmary, widać więc skalę rybska.

A w ogóle to muszę przyznać, że komunikacja publiczna w Montevideo jest koszmarna. Dziś wymyśliliśmy, że prędzej będzie dojechać na kraniec miasta autobusem podmiejskim – jako że jadą najkrótszą trasą i w związku z tym zatrzymują się na mniejszej liczbie przystanków. W Internecie znalazł Chłop nawet stosowne linie, ale wyczaić gdzie się zatrzymuja… a to już inna bajka. Nie dało rady znależć, doszliśmy więc do wniosku, że udamy sie na największy dworzec w mieście – Tres Cruces – i tam już napewno znajdziemy.

Ta….łatwiej powiedzieć, niż zrobić. Super nowoczesna skomputeryzowana informacja, z ekranem dotykowym, okazała się być mega niefunkcjonalna. Wirtualna klawiatura, pokazująca się na dole ekranu (jak na tablecie) była zbyt nisko, żeby wzrokiem ogarnąć całość – klawiaturę i to, co się wyświetlało na ekranie. Kilka prób, następnie zonk – bo po wpisaniu destination, nie mogłam nigdzie znaleźć klawisza enter…
Po kilku minutach poddaliśmy się i poszli do informacji obsługiwanej przez żywych ludzi. Pani niestety nie wiedziała, skąd odchodzą autobusy do Ciudad del Costa, ale odesłała nas do stanowiska firmy spedycyjnej obsługującej tę linię. Tam z kolei uprzejma pani zrazu nie zaczaiła o co pytamy, w końcu nastąpiło olśnienie i poinformowała nas, że z tego dworca autobusy suburbanos w ogóle nie odjeżdzają. Że musimy wyjść z dworca, przejść dwie kwadry, i tam na skrzyżowaniu ulic (litościwie zapisała nam nazwy) będzie przystanek.

Przystanek znaleźliśmy, nieoznaczony rzecz jasna, no bo po co. Akurat podjechał autobus i akurat ten, co trzeba. Niestety kierowca nie miał wydać z tysiąca peso, zmuszeni więc byliśmy wysiąść i poszukać sklepu, żeby rozmienić kasę. Sklepu jak na złość po drodze nie było, za to napatoczyła się kawiarnia z rewejacyjna kawunią.

Cóż. Znajdowanie autobusu – level hard. Turysta bez znajomości hiszpańskiego nie poradziłby sobie, bo znaleźć kogoś ze znajomością angielskiego w tej części miasta graniczy z cudem.

Napisane przez: futrzak | 8 Wrzesień 2016

Esencja sadyzmu

Kiedy kogos cieszy oglądanie bólu i cierpienia innych mimo tego, że ma wszelkie środki i możliwości aby im pomóc…

Powtórzmy: Dochody osiągane przez Zgromadzenie Sióstr Misjonarek Miłości wystarczyłyby na wyposażenie kilku najwyższej klasy klinik w Bengalu. Jednak siostry nie prowadzą szpitala, lecz nędzne schronisko, które z pewnością byłoby przedmiotem sądowej skargi i protestów, gdyby je prowadził lekarz. Czynią tak nie dlatego, że nie mają innego wyjścia, ale dlatego, że tak sobie życzy założycielka zgromadzenia. Jej celem nie jest niesienie ulgi w cierpieniu, lecz umocnienie kultu zbudowanego na śmierci, cierpieniu i podporządkowaniu. Matka Teresa (która – co warto odnotować – korzystała z usług kilku najlepszych i najdroższych klinik świata zachodniego, lecząc się na serce i inne przypadłości późnego wieku) ujawniła swoje rzeczywiste intencje w jednym z telewizyjnych wywiadów. W rozmowie z dziennikarzem opisywała umierającego w męczarniach, chorego na raka człowieka. Uśmiechając się do kamery, relacjonowała swoją rozmowę z nieuleczalnie chorym pacjentem:

– Cierpisz jak Chrystus na krzyżu. To Jezus cię całuje – powiedziała, po czym, nie uświadamiając sobie ironii zawartej w słowach cierpiącego człowieka przytoczyła jego odpowiedź:
– Jeśli tak, to proszę, poproś go, żeby przestał.

Napisane przez: futrzak | 7 Wrzesień 2016

Myślenie korporacyjne

…czyli najlepszy pracownik to zniewolony pracownik.

Bo jeśli masz człowieku przerwę w pracy – np. rok – to dla większości korporacji jesteś towarem zepsutym, drugiej, a nawet trzeciej jakości.
Korporacyjny rekruter myśli bowiem tak: nawet jeśli jest recesja i setki tysięcy ludzi jest masowo zwalnianych (albo traca klientów i swoje biznesy), to przecież najlepsi zaraz znajdują pracę. Oczywiście, kazda corpo – ba, kazda firma, nawet najgorsza, chce tych najlepszych.
Myślenie w kategorii jednostkowej i zastygniętego absolutu, które nie dopuszcza do świadomości tego, że performance danego pracownika to nie jest stała matematyczna, tylko podlega ciągłym fluktuacjom (o czym pisałam już trochę tu).

Powiedzmy jednak, że powyzszy przypadek ma jeszcze jakieś uzasadnienie. Ale co z ludźmi, którzy co rok-dwa robią sobie dłuższy urlop, na przykład po to, żeby zająć się czymś innym, niż praca? Czyms, czego robic nie mogą, gdy pracują w trybie 9-to-5? Wszystko jedno, co to ma być. Wybudowanie domku w srodku nikąd, hodowanie zwierząt, pojechanie na wolontariat do biednego kraju, podróż dookola swiata – whatever. W realiach amerykańskich tj. znikomej ilości urlopu (ci, co na etat) lub braku urlopu w ogole (kontraktorzy) to jedyny sposób, żeby przed emeryturą i starością mieć coś z życia więcej, niż tylko pracę, pracę, pracę i pracę.
I co? Nic. Taka osoba też jest pracownikiem drugiej kategorii, bo przecież może sobie znowu za dwa lata zechcieć mieć dluższy urlop – a najlepiej mieć pracownika, któryby zasuwał na okrągło, nie wymagał urlopów ani świąt, bo firmę będzie to kosztować sto dularków więcej…

Z powyższego wyłania się idealny obraz korpopracownika: młody, zdolny, błyskotliwy, z kwalifikacjami dokładnie takimi, jakich na daną chwilę potrzeba. Pracujący na 1099 (polski odpowiednik: DG), mogący w dowolnym czasie zostawac dowolnie dlugo i wyrabiac nadgodziny. Najlepiej, zeby mial kredyt do splacenia (taki raczej nie zrobi sobie sabbatical leave) i najlepiej facet, bo jeśli kobieta, to moze zajsc w ciążę albo bedzie brala zwolenienia w razie choroby….

Brzmi znajomo?

Napisane przez: futrzak | 5 Wrzesień 2016

Cholina

Właśnie. Taki związek chemiczny, oficjalnie nie klasyfikowany jako witamina, bo jednak organizm ludzki w niewielkim stopniu potrafi sam go wytworzyć, ale jest to ilość dalece niewystarczająca.

Cholina jest niezbędna do normalnego funkcjonowania mózgu, wątroby, komórek nerwowych, mięśniowych i generalnie metabolizmu (zob. neurotransmiter acetylocholina, metylacja).
Sporo ludzi cierpi na niedobór choliny, a grupy szczególnie narażone to ci z syndromem metabolicznym (cukrzyca, nadciśnienie, arterioskleroza, otyłość, podwyższona ilość cholesterolu i trójglicerydów we krwi) oraz spożywający zbyt dużo alkoholu – bo fatty liver (stłuszczenie wątroby) jest jednym z objawów braku choliny (cały mechanizm jest bardziej skomplikowany, zachodzi tutaj negatywne sprzeżenie zwrotne, ale to temat na wiele następnych wpisów).

Dzienna dawka niezbędna do normalnego funkcjonowania to ok. 550 mg dla dorosłego mężczyzny, 450 mg dla dorosłej kobiety (kobiety w ciąży i karmiące wymagaja więcej).
Taką ilość można przyswoic jedząc na przykład 150 gramów wątróbki wołowej, 5 jajek, 100 gramów drożdzy piekarniczych. To są produkty zawierające najwięcej choliny. Ludzie mający stłuszczoną wątrobę powinni spożywać większe dawki.

I teraz: ile osób cierpiących na cukrzycę czy otyłość czy nadciśnienie idąc do lekarza słyszy, ze maja codziennie wpierdzielać kawał wątroby, albo 5 jajek czy drożdze? Albo przynajmniej brać suplementy z choliną? Bo dopóki wątroba nie zacznie normalnie funkcjonować to ciężko będzie im schudnąć?
Jaką dietę zaleca się osobom otyłym z syndromem metabolicznym? Unikanie cukrów, ale zaraz za tym idzie unikanie tłuszczów nasyconych.. przez długi czas na czarnej liście były też żółtka jajek, jako mające za dużo cholesterolu* – kompletny absurd. Ilu lekarzy zajmuje się leczeniem fatty liver u takich osób? Powiedzą może co najwyżej, ze „trzeba schudnąć” a przeciez bez wyleczenia wątroby – a do tego potrzebne są odpowiednie dawki choliny – nie da się zrobić.
Ok… może trochę przesadziłam – da się zrobić, ale to będą metody dość drastyczne. Głodówki, diety bardzo nisko kaloryczne, środki wspomagające – to wszystko na dłuższą metę nie działa, bo występuje efekt jojo.

* skąd się wzięła tzw. „hipoteza cholersterolowo-tłuszczowa” wyjaśnia w przystępny sposób ten artykuł.

Napisane przez: futrzak | 5 Wrzesień 2016

Z cyklu smaki niezwykłe

O morcilli dulce – urugwajskiej słodkiej kaszance – już pisałam przy okazji postu dotyczacego kuchni urugwajskiej.

Dziś spróbowałam kakao na modłę aztecką czyli niesłodkiego proszku zalanego wrzątkiem z .. dodatkiem sproszkowanych papryczek chili. Rewelacja! Te dwa smaki naprawdę pasują do siebie, a cukier i mleko wcale nie są potrzebne. To jest po prostu zupełnie inny napój, tylko trzeba z głowy wyrzucić aksjomat picia kakao w wersji słodkiej z mlekiem. Różnica cośkolwiek podobna jak w wpadku mocnego, niesłodzonego espresso zestawionego ze słodkim, podlanym mlekiem cappuccino.
Jedno z drugie ma ostrych zwolennikow, ale jak nie sprobujesz, to nie bedziesz wiedzial jaka jest roznica…

Napisane przez: futrzak | 4 Wrzesień 2016

Wasze małe, skretyniałe Idaho

Doprawdy, jakim tępym chujem trzeba być, żeby skazać matkę karmiącą w parku na siedem lat więzienia. To sie po prostu w głowie nie mieści. Nie, to nie jakieś zacofane panstwo Afryki, ani religijna enklawa. To Idaho, gdzie karmienie piersią w miejscu publicznym jest klasyfikowane jako „indecent exposure”, a gdy uzbiera się kilka (to było jej czwarte citation czyli zatrzymanie przez policję*), to można już wyfasować wyrok.

No i wyfasowali. 7 lat więzienia, oraz wymóg zarejestrowania się na ogólnokrajowej liście sex offenders.
Dacie wiarę????

Ten cioł, sędzia Walter Chapman, takie wystosował uzasadnienie wyroku:

We have laws in our state and due to Mrs. Watson’s repeated civil disobedience it’s is clear to me that she has little to no regard for the system our state was built upon. As a Judge, it’s not my job to create law, but to recognize and preside over it.

Czyli: Mamy określone prawo w naszym stanie, a obywatelskie nieposłuszeństwo pani Watson jasno pokazuje, że nie respektuje ona systemu, na którym został zbudowany nasz stan. Nie jest moją pracą, jako sędziego, tworzenie prawa, ale pilnowanie egzekwowania go.

* w prawie kontynentalnym nie ma czegos takiego, jak „citation”. Zatrzymanie przez policję – nawet wielokrotne – nigdy nie skutkuje osadzeniem w więzieniu. O ile wiem nie ma tez czegos takiego jak „indecent exposure” – osobę biegająca nago można owszem zaaresztować, ale za zakłócanie porządku publicznego, a już napewno nikt nie uważałby karmiącej matki za „sexual offender”. To jest tak absurdalne, ze az zapiera dech :-/

PS:
News najwyraźniej jest nieprawdziwy, natomiast to idiotyczne prawo, w myśl którego można skazać matkę karmiącą publicznie za „indecent exposure” jak najbardziej istnieje.

Napisane przez: futrzak | 1 Wrzesień 2016

Muzyka

Muzyki słucham rzadko, bo jestem wzrokowcem. Pracuję w ciszy, książki czytam w ciszy, muzyka to dla mnie sprawa raczej niszowa. Ale kiedy słucham, nie jest to pop.

Throat singing: https://www.youtube.com/watch?v=qx8hrhBZJ98 Piękne, po prostu piękne…

Mongolian throat singing, rap style: https://www.youtube.com/watch?v=LuVLjAhsw-w
Już nie takie piękne, ale wariacja, która łączy w sobie tradycję i współczesność, która to współczesnośc może i nie powala na kolana, ale…

A teraz szok. Świat współczesny: https://www.youtube.com/watch?v=S1J6TFHCevg
— deal with it. Zyjesz w pierwszym świecie, a to są resztki, którymi karmią się ludzie zyjący niżej w food chain. Wolny rynek w całej swej obrzydliwej okazałości. Wolność, wolność wszędzie…

Mitologia. Persefona. Ktoś nie zna mitu Persefony? too bad…

To jest oczywiście wspolczesna interpretacja, a jakze, ale mit wywodzi sie oczywisciestąd czyli z mitologii greckiej. Przedstawione w sztafażu … sami zobaczcie.

A teraz coś optymistycznego:
Ziemia i jej piękno. Nawet jak się komuś nie podoba muzyka (BT) to video z satelity krążącego dookoła naszej planety wymiata. Nieprawdaż?

No i moje ulubione czyli Chemical Brothers, wcielenie ostatnie: https://www.youtube.com/watch?v=BC2dRkm8ATU
Video porywa mnie, albowiem z jednej strony świetna choreografia, a z drugiej mistrzostwo w CGI. Dawno, dawno temu tańczyłam półzawodowo, a potem, duuużo potem zajmowałam się grafiką komputerową. Także mam ciut pojęcie o jednym i o drugim. I dlatego kocham ten teledysk.

A na koniec schodzimy w kręgi piekieł, czyli: tango. Por una Cabeza, Carlos Gardel, scena z filmu, oczywiscie: https://www.youtube.com/watch?v=Gcxv7i02lXc
Prawda, że piękne?
A tu mniej piękne, ale wydanie współczesne: https://www.youtube.com/watch?v=6lAKlYTQVKY

Oraz, kompletnie z tyłka, Alphaville!! https://www.youtube.com/watch?v=t1TcDHrkQYg czyli forever young. Yes, I want to be forever young…

I praaaawie zapomniałam o Amy https://www.youtube.com/watch?v=KUmZp8pR1uc
I jeszcze tu: https://www.youtube.com/watch?v=Pd2KM3qjcKk

A teraz proszę wsadzic palce do budki – ci, którzy zadali sobie trud odsluchania powyzszych linków.

Napisane przez: futrzak | 29 Sierpień 2016

Oto Ameryka – kraj absurdów

*
Austin, Texas. Republikańskie władze stanu uchwaliły sobie właśnie prawo w myśl którego legalni posiadacze broni mogą ją nosić ze sobą (concealed carry) na terenie kampusów uniwersyteckich, również na salach wykładowych i w akademikach. Natomiast nielegalne jest wnoszenie na teren kampusów…sex toys. W związku z tym studenci Uniwersytetu teksańskiego w Austin zorganizowali protest polegający na przytroczeniu dilda do plecaka/torby i pomaszerowaniu na zajęcia.

*
EpiPen to takie urządzenie do wstrzyknięcia sobie pod skórę ścisle wymierzonej dawki adrenaliny (albo innej substancji). Jest to rzecz ratująca życie osobom cierpiącym na jakiekolwiek alergie, bo używają jej w przypadku wstrząsu anafilaktycznego.
Pewna firma farmaceutyczna pozyskała prawa do EpiPena i podwyższyła jego cenę z 47 dolarów na 284 dolary. Bo mogli.
Ironią jest to, że samo urządzenie zostało wynalezione za pieniądze podatników, a konkretnie projektu badawczego US Army, która szukała metody na zaaplikowanie żołnierzom antidotum do nerve gas.

*
Wróćmy do Texasu. Republikanie są, jak wiadomo, wrogami jakichkolwiek publicznych wydatków, obcięli więc drastycznie środki przeznaczane na stanowe kliniki zdrowia reprodukcyjnego (reproductive healthcare clinics). Efekt: śmiertelność okołoporodowa (maternal mortality rate) skoczyła do poziomu krajów trzeciego świata zaledwie w ciągu 4 lat. Przed rokiem 2010 wynosiła 18 na każde 100 tys. urodzeń, w 2014 już prawie 36..

*
W Dolinie Krzemowej tymczasem mediana ceny domu osiągnęła jakże imponującą wysokość 735 tysięcy dolarów. Ceny wynajmu też są z księżyca, co powoduje exodus zwykłych rodzin i jakieś absurdalne dojazdy typu 70 mil (113 km) w jedną stronę.
Ironia polega na tym, ze Silly Valley mimo bycia jednym z najbogatszych obszarów USA oraz jednym z najgęściej zaludnionych ma kompletnie tragiczną sytuacje transportową. Autostrada 101 łącząca San Jose z San Francisco jest wiecznie zakorkowana (każdego stać na samochód, no nie??), komunikacja publiczna jest w zasadzie nieistniejąca. BART w East Bay dotarl juz do kresu swoich mozliwosci (zaczyna sie sypac i jest przeładowany), CalTrain jezdzi tylko na jednej linii północ-południe. Poza tym nie ma nic.. o pardon, zapomnialam o luksusowych autobusach Google wożących swoich pracowników z SFO do Mountain View…

Napisane przez: futrzak | 28 Sierpień 2016

Cukier, cukier…

Dwa tygodnie diety low-carb, ale takiej bardzo low-carb. Odżywiamy się miesem, rybami, warzywami (ale tymi z niskim indeksem glikemicznym, wiec ziemniory, marchew, slodkie papryki i tym podobne won), jajami, serem, zieleniną, orzechami. Zero alkoholu, zero cukru, zero czegokolwiek zrobionego z jakiejkolwiek mąki, zero legumin, kasz, ryżu, słodkich owoców.

Ciężko jest. Pierwszy tydzień to potworne ssanie na cukier. Znacznie, znacznie gorsze niż przy rzucaniu palenia – a wiem co mówię, bom wszak (jak narazie) z sukcesem rzuciła.
To wprost zadziwiające, jak mocno mózg uzależnia się od cukru i jak bardzo potem wyje i wrzeszczy jak mu zabrać.
Jak już zabrać, to zanim sie organizm przestawi na przerabianie białka i tłuszczu – jest strasznie. Spadek aktywności, senność, rozmemłanie, ciągłe zmęczenie. Aaaaa!
Dobrze, że to stan przejściowy, a potem się poprawia. Aha. I trzeba pić jakieś straszne hektolitry wody. W tej chwili dziennie obalam 3-4 razy więcej, niż zwykłam byłam pić normalnie. Szok.

Efekty widać. W sumie chudnięcie jest kwestia uboczną – cel główny to powrót do normalnego poziomu cukru we krwi – bo oboje mieliśmy podwyższony, a to przecież zaczątki cukrzycy. I wcale nie trzeba być jakoś bardzo otyłym – moje BMI na przykład to 25.2, więc teoretycznie mam tylko lekką nadwagę…

Cukrzyca (a przedtem hiperglikemia) to jednak podstępna choroba – nie daje objawów przez bardzo, bardzo dlugi czas, a kiedy człowiek idzie już do lekarza, bo zle sie czuje, to zwykle jest już za póżno.
Dobrze, ze w Urugwaju sa obowiązkowe badania ogólne wymagane przy podejmowaniu pracy (carne de salud) – przynajmniej sie człowiek dowie jaki ma poziom trójglicerydów, cholesterolu i cukru we krwi…

No.

Przy okazji wynalazłam fajny przepis na fasolkę szparagową. Potrzebujemy fasolki (może byc mrożona, wtedy czas przyrządzania jest krótszy), pieczarek, sosu sojowego i śmietany albo cream cheese.
Najpierw pokrojone pieczarki rzucamy na oliwę, potem podlewamy sosem sojowym i podduszamy, wrzucamy fasolkę, dusimy do miękkości. Jeśli jest za dużo płynu – odlewamy i zabielamy serkiem. MNIAM :)

Napisane przez: futrzak | 26 Sierpień 2016

Święto niepodległości Urugwaju

kraj świętował, jak co roku, 25 sierpnia. W 1825 Republica Oriental del Uruguay* ogłosiła niepodległość od Brazylii.
Ponoć główne „obchody” odbywają się wieczorem dnia poprzedniego, ale ponieważ był to dzień pracujący, to padłam jak kawka.
Za to następnego dnia (czwartek) objawiła się fenomenalna pogoda – słońce i ciepło (27 st C) i lud wyległ tłumnie cieszyć się życiem :)

Duch sportowy wielkim jest, w odpowiednim ubranku żwawo posuwają po Rambli ludzie wieku każdego.

IMG_0688

Czytaj dalej…

Napisane przez: futrzak | 24 Sierpień 2016

Parodia pracy zdalnej…

Ostrzeżenie.
Jest sobie taka firma, nazywa sie Crossover. Jest to agencja poszukująca programistów i testerów, devops etc.
Kuszą przepięknymi ogłoszeniami: „automation architect – 100K” „java architect – 120K” „completely remote jobs, from anywhere in the world!” i tym podobne.
Nie dajcie się skusić.
Firma jak najbardziej istnieje, jak najbardziej zatrudnia – ale na jakich warunkach i jak płaci, to jest dopiero kuriozum.
Otóż: musisz sie pracowniku zgodzić na instalację specjalnego oprogramowania do monitoringu na swoim komputerze. Owo oprogramowanie co 15 minut uruchamia kamerę i robi zdjęcie. Jeśli na zrobionym zdjeciu cię nie ma to znaczy, ze nie pracujesz, wiec nie masz za ten czas płacone. Oprogramowanie rowniez ma keylogger – czyli, nie klepiesz w klawiature dluzej, niz okreslony przedzial czasu – znaczy nie pracujesz, wiec nie będzie ci za ten czas płacone….
Co więcej: jeżeli określone zadanie które masz wykonac, wykonasz poźniej (bo na przyklad miales wizyte u lekarza w godzinach pracy, ale konczysz o tę godzinę poźniej) – to wtedy tez płacą mniej bo „spóźnienie”.

Fucking mind boggling, jakby powiedzieli Amerykanie – bo aż słów braknie po prostu na inny komentarz…

Napisane przez: futrzak | 22 Sierpień 2016

Dlaczego soja to morderczy biznes

Głupi ekolodzy z pierwszego świata zachwycają się wegetarianizmem, bo jedzenie mięsa to ZUO. Jednym z zamienników mięsa, który proponują, jest soja.

Tylko że.
Biznes sojowy to sposób na niszczenie krajów rozwijających się, zwłaszcza Brazylii, Argentyny, Paragwaju i Urugwaju. Jaki jest schemat?
Najpierw zaczyna się od propagandy „rozwoju”, „inwestowania” i tym podobnych. Potem wchodzi wielki biznes z pierwszego świata, uzbrojony w tani kredyt. Jako „inwestorzy” dostają prawie zawsze cieplarniane warunki, ulgi, zwolnienia od podatków (kwestia przekupienia lokalnych rządów). W pierwszym świecie mają też już najczęściej zamówienia na przyszłe zbiory.
Oni nawet nie kupują ziemi – po co? Dzierżawią.
Zwrot następuje bardzo szybko – jeden, dwa sezony. Potem uprawia się aż do momentu całkowitego wyjałowienia gleby – co przy kiepskiej klasie ziemi (np. na terenach wyciętego amazon rain forrest) może nastąpić już po dwóch latach. Dalsza uprawa wymaga ciężkiego nawożenia, bo gleby są pozbawione azotu, fosforu i reszty minearłów. Do tego dochodzą problemy ze stosowaniem roundupu, który wybija też nitrogen-fixing rhizobium bacteria*.

Jeśli można się przenieść na nowe pastwiska – robi się to.
Co zyskują miejscowi? Wycięte lasy deszczowe, zniszczone i wyjałowione gleby i jakies nędzne ochłapy z podatków – nędzne, bo zbiory są sprzedawane w pierwszym świecie i tam też zostają zyski. W niektórych też krajach, takich jak Boliwia i Paragwaj, w związku z uprawami soi wyrzuca się z ziemi lokalnych, biednych farmerów, którzy zasilają szeregi berobotnych w fawelach i slumsach wielkich miast.

Drodzy ulepszacze świata – zanim zaczniecie coś propagować zastanówcie się, czy aby napewno wiecie, o czym mówicie. Wasz „wybór” w lokalnym supermarkecie, który bedzie polegal na kupieniu tofu czy sojowego burgera zamiast wołowiny albo wieprzowiny NIC nie zmieni. Dokładnie nic. Droga bowiem do zlikwidowania jednego zła (jakim sa bez wątpienia agrocorpo produkujące mięso w pierwszym świecie) nie wiedzie przez promowanie innego zła. Masowe przejście na wegetarianizm populacji pierwszego świata spowoduje co najwyżej głód w świecie trzecim i katastrofę ekologiczną tamże, a potem wojny wywołane walką o zasoby.
Jeśli faktycznie chciecie cos zmienić, to trzeba zabrać się za zmianę struktury własności ziemi, struktury handlu oraz skasowac dotowanie wielkich agorobiznesów w pierwszym świecie. O to walczcie, a nie o pierdolety nie mające znaczenia, typu „jedz soje, ulepszysz świat”.

* — soja jest, jak wiadomo, rośliną motylkową czyli taką, która wiąże azot z powietrza i wzbogaca nim glebę – dokładnie tak samo, jak znana w Polsce fasola, wyka czy łubin. Niestety, soja uprawiana w krajach trzeciego świata jest soją genetycznie modyfikowaną tj. przygotowaną pod stosowanie glifosatu, glifosat zaś w większych dawkach zabija bakterie wiążące azot. A że w trzecim świecie nikt specjalnie nie przejmuje się regulacjami, to efekt jest, jaki jest: martwa gleba nie nadająca się pod dalsza uprawę. Można ją oczywiście rekultywować, ale wymaga to sporych nakładów i czasu.

Napisane przez: futrzak | 20 Sierpień 2016

Servicio technico Uruguay

Wlaśnie.
Zaczął ciec boiler do grzania wody – ale że nie z żadnego zaworu i łącza tylko ze środka beki, to Chłop stwierdził, że dzwoni po serwis. Gwarancja skończyła się parę miesięcy temu, ale zrobić trzeba, trudno, zapłacimy.
Pan od serwisu przyszedł we wtorek, obejrzał, powiedział że trzeba to zataszczyć do fabryki i że maksymalnie najdalej za 48 godzin będzie spowrotem.

Ok. We czwartek nie pojawił się – więc gul mi skacze, bo po doświadczeniach argentyńskich z naprawą czegokolwiek już miałam wizje następnego miesiąca mycia się w zimnej wodzie.
Pan wrócił z naprawionym boilerem w piątek, szast-prast zainstalował, powiedział że należy sie 690 peso (ok. 24USD) oraz wyjaśnił, o co chodziło. Otóż, rozszczelnił się zbiornik boilera bo… w budynku jest za duże ciśnienie zimnej wody (jest elektryczna pompa, a nie zbiornik grawitacyjny). W związku z tym ustawił główny zawór wody w pozycji nie otwartej do końca i polecił nie ruszać go.
Problem solved – a przy okazji nie skasował nic za samą naprawę beki – tylko za fatygę, mimo tego, że gwarancja już wyekspirowana.
Nie chciało nam się nawet dzwonić do właścicielki i zawracać jej tyłka taką śmieszną ilością pieniędzy – tym bardziej, że niedawno bez mrugnięcia okiem zapłaciła za nową baterię prysznicową (chce tylko rachunki, ufa nam na tyle, że nie przysyła jakichś inspekcji zaufanych fachowców etc.).

Cóż, od tej strony Urugwaj jest zdecydowanie lepszy niż Argentyna. Jak narazie nikt nie próbował nas oszukać na takich małych rzeczach; właściciele nie skąpią, robiąc naprawy wszystkiego byle jak, zaklejając taśmą klejącą; nie cwaniaczą na wszystkim próbując urwać pare dolarów tam, parę tu. To są niby małe rzeczy, ale potrafią zatruć życie codzienne dość skutecznie…

Older Posts »

Kategorie