Napisane przez: futrzak | 24 czerwca 2017

Wszystko co dobre, kiedyś się kończy…

Jest sobie taka sieć supermarketów w Urugwaju, nazywa się Tienda Inglesa czyli Sklep Angielski. Firma powstała w 1866 roku, właścicielem do 2016 był Robin Henderson, Urugwajczyk, prawnuk jednego z założycieli. Facet miał manię na punkcie jakości, a firmą zarządzał przez 60 lat.
Tienda to najlepsze supermarkety w Urugwaju – nie dość, ze towary bardzo dobrej jakosci, to jeszcze w rozsądnych cenach.
Niestety, w koncu nadszedł czas emerytury pana Robina. Ponieważ potomkowie nie byli zainteresowani zajmowaniem się firmą, 90% akcji zostało sprzedane amerykańskim inwestorom, a kierownictwo firmy objął Argentyńczyk Matías Allen, poprzednio dyrektor operacyjny Cencosudu, chilijskiego konglomeratu operującego w Chile, Argentynie, Kolombii, Brazylii i Peru i będącego właścicielami (miedzy innymi) takich sieci supermarketów jak Disco, Vea i Jumbo.

No i zaczęły się zmiany – niestety, nie w dobrą stronę. Nowa dyrekcja w ramach optymalizacji zdecydowala, ze firma zatrudnia zbyt wielu pracowników, za duzo im placi i za duze mają benefity.
Lokalna gazeta El Observador dzielnie uderzyła w tony znane dobrze z Polski, że zmiany są konieczne, bo hojne benefity kosztują firmę rocznie 6-7 milionów dolarów i bez obcięcia tych funduszy firma nie będzie „sustentable en el largo plazo” [nie do utrzymania w dłuższej perspektywie]. Jest to nieco zabawny argument biorąc pod uwagę, ze poprzedni wlasciciel nie miał jakoś przez 60 lat problemów z generowaniem zysków i równoczesnym wypłacaniem hojnych benefitów…

Jak narazie strajk pracowników skończył się porozumieniem, w ramach którego będą dostawać mniejsze pensje – poprzednio były liczone one w ten sposób, że ludzie pracowali tygodniowo 44 godziny, natomiast wynagrodzenie wypłacano im tak, jakby pracowali 48 godzin na tydzień. W ramach restrukturyzacji mają też nastąpić zmiany w organizacji i logistyce.
Cóż. Prawdopodobnie Tienda Inglesa za kilka lat upodobni sie do innych supermarketów Cencosudu, które są po prostu drogie i chujowe – bo liczy sie oczywiscie wycisnięcie maksymalnych zysków, bo shareholders value :-(

Napisane przez: futrzak | 22 czerwca 2017

Drogi rodzicu….

bijąc swoje dziecko uczysz go, że:

– przemoc fizyczna jako kara jest normalną rzeczą
– silniejszy ma zawsze rację
– kiedy jesteś zły i zdenerwowany – bij, ale tylko słabszych, którzy nie uderzą ciebie.

Bicie małego człowieka uczy go agresji, rodzi bunt i nienawiść. Nie dziw się więc drogi rodzicu, że twoje dziecko będzie nieznośne poza domem, będzie bić inne dzieci, a gdy dorośnie i go zdenerwujesz, to pobije ciebie. Przecież go tego nauczyłeś, prawda? Nauczyłeś go, że szacunek wynikający ze strachu należy się tylko silniejszym, bo oni mogą zrobić krzywdę. Kiedy zaś stają sie słabsi i zależni, tak jak ty na starość, wtedy można ich traktować tak, jak oni traktowali ciebie.

Powiadasz, drogi rodzicu, że ty też byłeś bity i wyrosłeś na „porządnego człowieka”? Twoje dziecko też. Przecież właśnie od ciebie nauczyło się, czym jest przemoc….

TU nieco dłuższe rozwinięcie – proszę rodzicu przeczytaj, zanim rzucisz się z furią udowadniać, że gadam bzdury…

Napisane przez: futrzak | 20 czerwca 2017

Książki papierowe

dziś są właściwie już przeżytkiem przeszłości. Coś jak dorożki albo kominki w domach. Posiadają wartość sentymentalną i estetyczną.
Dekorowanie półek książkami i czerpanie z tego odęto-intelektualistycznego powodu do wyższości zawsze mnie śmieszyło – no bo w końcu o co chodzi w książce – o dekorację ściany czy może o treść? Jeśli o to drugie, to obecne czytniki od strony funkcjonalnej przewyższają papier pod każdym względem. Małe, poręczne, zmieszczą się do kieszeni. Można na nich trzymać wieeeeeeele książek. Można czytać w warunkach kiepskiego światła albo i bez światła. Mają funkcję szukania i cut-and-paste (pamiętam upierdliwość podkreślania, zaznaczania i przyklejania karteczek w miejscach, które potem chcialam wykorzystac, albo pracowite przepisywanie cytatów). W ogóle, biblioteka elektroniczna zmieści się na małym dysku zewnętrznym – kilkadziesiąt tysięcy tytułów. Czy to nie genialne? Można ją wsadzić do kieszeni i zabrać ze sobą.
Braki? Oh, no nie pachnie jak papier. Doprawdy.

Dlatego zabawne są te dyskusje w Internecie na temat wyższości książek papierowych i tesknoty za nimi. W Internecie. Na komputerach. Równie dobrze możnaby dyskutować na temat wyższości codziennego transportu w postaci powozów konnych…jak się człowiek uprze, to da się, oczywiście. Ale czy to ma sens w dobie samochodów, pociągów i samolotów? Czy w transporcie chodzi o szybkość, wydajność, ekonomiczność i wygodę poruszania się, czy też może o podziwianie piękna zwierzęcia i obcowanie z nim? Czy w czytaniu książek chodzi o fetysz papieru, dotykanie, wąchanie i podziwianie na ścianie, czy moze o treść tego, co się czyta…?

Napisane przez: futrzak | 18 czerwca 2017

Przerwa na reklamę

Napisane przez: futrzak | 16 czerwca 2017

Trochę cyferek

Bo z jednej strony mamy frakcję ludzi twierdzącą, że bogactwo USA rośnie, a z drugiej tych twierdzących że bieda też rośnie w zastraszającym tempie.
Cóż, prawda jak zwykle jest bardziej skomplikowana.

FED opublikował właśnie makroekonomiczne dane statystyczne na temat gospodarki USA.
Total household wealth (suma bogactwa gospodarstw domowych) osiągnęła rekordowy pułap: ponad 94 bilionów (10 do potęgi 12 – 1 000 000 000 000). Liczba ta zwiększyła się o 40 bilionów od czasu ostatniej wiekiej recesji 2009 roku.
Piknie. Co jednak z dystrybucją? 2/3 tego szalonego wzrostu zostało wypracowane w nieruchomościach oraz na giełdzie.

Jak wygląda sprawa z sektorem byznesu? Otóż, ponad 80% zarejestrowanych biznesów w USA to są tzw. „nonemployer companies” czyli jednoosobowe działalności gospodarcze. Tylko 35% z tych biznesików przynosi profity, reszta operuje ze stratą. Z tego wynika, że (licząc już wszystkie firmy) ok. 72% wszystkich zarejestrowanych w USA firm nie przynosi zysków.
Gdzie poszły rekordowe zyski? Ano do kieszeni jednego promila najbogatszych, którzy zarobili krocie przejmując nieruchomości za grosze w dołku recesji, a teraz nadwyżki pakują w giełdę. Idzie to znakomicie a iść będzie jeszcze lepiej, bo wszak republikanie znieśli Dodd-Frank Act temperujący giełdowe i bankowe spekulacje.

Jak wygląda reszta wskaźników?
Niewesoło. Aż 40% młodych Amerykanów żyje nadal z rodzicami – procent najwyższy przez ostanie 75 lat. Bynajmniej nie wynika to z ich lenistwa ani norm kulturowych (tradycyjnie wszyscy po graduation zawsze byli wykopywani na swoj wlasny rachunek) tylko z tego, ze ich nie stać. Zapewne nie bez znaczenia jest tu dług studencki, który niedawno osiągnął też rekord – 1.4 biliona. Dorzucmy do tego total kredyt konsumencki – 3.8 biliona. Płace? En total od 2009, jeśli weźmiemy pod uwagę inflację – nie wzrosły. Na dodatek największy przyrost nowych miejsc pracy jest w sektorach najbardziej kiepsko płatnych. IT jest tutaj wyjątkiem, który jednakże nie jest na tyle duży, żeby w skali całego kraju robić jakąkolwiek różnicę.

Tak więc bogactwo owszem, przyrosło, ale tylko najbogatszemu procentowi społeczeństwa. Reszta jedzie w dół jak na rollecoasterze, zadluzając się przy okazji.
Co dalej? Biorąc pod uwage to, że republikanie pracowicie znoszą wszystkie regulacje sektora finansowego wprowadzone za Obamy, a mające na celu ukrócenie bankowej i giełdowej spekulacji – będzie wesoło. Tj. walnie następny kryzys o skali gargantuicznej, po którym USA już się prawdopodobnie nie podniesie. Chyba, że zdarzyłby się cud.
Jak to mawiali Rzymianie kiedy jeszcze imperium rzymskie istniało – obyś żył w ciekawych czasach…

zrodlo.

Napisane przez: futrzak | 14 czerwca 2017

Gig economy

Co jakiś czas piewcy neoliberalizmu zachwycają się nową technologią i możliwościami, jakie ona daje: tzw. „gig economy”. Czyli mamy platformy web i aplikacje mobilne, które pozwalają na kontakty zleceniodawca-zleceniobiorca w czasie rzeczywistym oraz przesyłanie pieniędzy za wykonane prace. Firma będąca „marketplace” (jak to ładnie sobie nazywają) kasuje procent za wylistowanie i pośrednictwo.

Wszystko ładnie pięknie, ale…
To system, którego głownymi beneficjentami są zleceniodawcy i wlaściciel aplikacji, bo:

– pracę możliwą do wykonania zdalnie outsourcuje się na terenie całego świata, co prowadzi do walki cenowej i zawsze tak bedzie, bo zleceniodawcow jest w skali globalnej znacznie mniej, niz zleceniobiorcow. W efekcie np. oplaty za słowo od tłumaczenia albo redakcji tekstu są śmiesznie niskie (bardzo często ich jakość też).
– w wypadku pracy wymagajacej obecności fizycznej na miejscu jest podobnie – w koncu ile ktoś moze zaplacic za rzeczy typu zrobienie zakupów, opiekowanie się dzieckiem dorywcze, pranie, sprzatanie czy poskladanie mebli etc? Na dodatek do kazdej takiej pracy trzeba dojechac, co w wypadku wielkiego miasta nastręcza nie lada klopotow logistycznych no i kosztow, czyniąc więcej niż dwa zlecenia dziennie nieopłacalnymi.

Najgorszą jednak wadą „gig economy” jest to, ze gig raz jest, a innym razem go nie ma. Nigdy nie wiadomo, kiedy przyjdą pieniądze i czy w ogole przyjdą – w razie reklamacji nie mozna się kontaktować z inspekcją pracy, bo nie ma tutaj tradycyjnego stosunku pracy przecież. A czynsz i media trzeba placic regularnie co miesiąc, jeść też trzeba codziennie, ubezpieczenie zdrowotne płacić, benzynę do samochodu kupić zeby gdziekolwiek dojechac. W razie choroby – kompletna katastrofa, bo nie ma pracy, pieniędzy i najlepiej sobie strzelić w łeb – bo co innego? Taka praca ma sens tylko i wyłącznie jako praca dodatkowa, w celu „dorobienia sobie”. Do normalnego utrzymania siebie i rodziny zupełnie sie nie nadaje i nie powinna w ogole być podnoszona jako argument w dyskusjach o rozwiązywaniu problemów bezrobocia.

Chyba że…. chyba że bierzemy pod uwagę tandem dochód podstawowy (universal income) i gig economy. Jeśli to pierwsze starcza na przeżycie, mozna juz zastanawiać się nad sensownoscia pracy dorywczej..

Anyway.
Najlepsze podsumowanie gig economy z aszdziennika:

Jest alternatywa dla tradycyjnych szpitali i niepublicznych zakładów opieki zdrowotnej. Już 1 lipca w Polsce zadebiutuje usługa Uber Hospital, która połączy poszukujących pomocy pacjentów i ludzi, którzy w wolnych chwilach chcieliby dorobić sobie jako lekarz.

W miastach, w których jest obecny Uber Hospital, każdą usługę medyczną można zamówić za pomocą aplikacji – dowiaduje się ASZdziennik. Zamówienie jest przesyłane do najbliższej osoby, która czuje, że się nie boi i jest w stanie podjąć się operacji, zabiegu lub wydania diagnozy.

– Na Banacha to nawet i miesiąc poczekaliby na swoją kolej – twierdzi w rozmowie z ASZdziennikiem 53-letni Zbigniew, który od miesiąca uczestniczy w testach Uber Hospital i na terenie Warszawy w wolnych chwilach usuwa kamienie nerkowe. – W hydraulice mam lekko przestój, to czemu mam nie dorobić sobie wieczorkiem? – chwali działanie aplikacji.

Taniej, szybciej, dyskretnie i 24 godziny na dobę – to zalety, jakie najczęściej wymieniają pierwsi pacjenci. Najczęściej chwalą brak kolejek, bo chętnych na dodatkową fuchę jest coraz więcej.

Napisane przez: futrzak | 11 czerwca 2017

Higado a la tela

Kolejne odkrycie kulinarne, hyhyhyh.

Tłumacząc dosłownie na polski „higado a la tela” znaczy „wątroba w tkaninie” (prosze nie kierować sie google translate, bo podaje „web wątroby” :))).
Najpierw kupiliśmy takie coś w sklepie:

Jak widać, wyrób urugwajski, na składzie ma wątróbkę wieprzową, boczek wędzony, przyprawy oraz epiplon czyli tę błonę, co zwisa od żołądka w dół. Na początku się opierałam no bo ani wiem co to jest, ani wiem co z tym zrobić, ale Chłop się uparł. Leżało toto potem parę miesięcy w zamrażalniku i baliśmy się podejść.
Przyszedł jednak czas na rozmrózenie lodówki, trzeba więc było podjąć jakąś próbę zrobienia czegoś z dziwadłem.

Zasadniczo linia myślenia pod tytułem „jeśli to mięso i kupione w sklepie i wyrób urugwajski, to napewno musi się dać zrobić na parilli, okazała się trafna. Na wszystkich przepisach widać, że rzeczone higado wrzuca się na parillę. No ale nie mamy parilli.
Zabraliśmy się więc za to rozpoczynając od mikrofalówki (żeby całe higado w miare rownomiernie rozgrzać), a potem wrzuciliśmy do opiekacza. Wytopiła się z tego ilość tłuszczu jakaś nieziemska, trzy kawałki skurczyły sie chyba o połowę, ale pachniało nieźle, podpieczonym tłuszczykiem.

Na ciepło – bomba!
Na zimno – też bomba!
Poniżej zdjęcie po wyjęciu z lodówki na drugi dzień i pokrojeniu na plastry. Spokojnie mozna to ładować na kanapkę, zwarte i trzyma się jak nalezy:

Przyszłoby komuś w Polsce do głowy, ze wątróbkę można na grillu zrobić? A potem jeść na zimno? Pewnie nie. Mnie też nie przyszło, a tu proszę jaka niespodzianka…

Napisane przez: futrzak | 9 czerwca 2017

Schab duszony w cukinii z jabłkami

Na świecie dzieją się wybory w UK, które są ważne, ja jednak aż do jutra nie mam kompletnie czasu bo dziś release i wszyscy biegają jak koty z pęcherzem przywiązanym do ogona, ostatnie zmiany, poprawianie bugów etc… takze, notka na poważne tematy będzie później. A na weekend przepis, który wymyśliłam jakiś czas temu, może akurat się komuś przyda :)

Schab duszony w cukinii z jabłkami

– kilogram schabu
– 3 małe okrągłe zapallitos*
– 3 małe jabłka
– oliwa do smażenia
– sos sojowy, pieprz, ćwiartka cytryny
– 2 łyzki skrobi

Schab kroimy na plastry grubości ok. 1,5cm. zbijamy lekko tłuczkiem i obsmażamy na oliwie na dobrze rozgrzanej patelni. Do głebokiego rondla wlewamy sporo oliwy i trochę sosu sojowego, układamy warstwę mięsa, potem warstwę zapallitos (plastry grubości ok. pół centymetra) i dodajemy pokrojonych drobno jabłek, znowu warstwa mięsa, zapallitos etc.
Solimy, skrapiamy sokiem z cytryny i dusimy na bardzo małym ogniu. Gdy już zapallitos i jabłka kompletnie zmiękną i zamienią się w paćkę, zagęszczamy wszystko skrobią. Ja używam skrobi maniokowej, ale ziemniaczana też będzie ok.

* zapallitos to są takie małe, śmieszne dyniunie, specjalna odmiana bardzo popularna w Argentynie, Paragwaju i Urugwaju. W Polsce tego nie ma, ale myślę że da się zastąpić cukinią, tyle że cukinię nalezaloby najpierw odsączyć z nadmiaru wody.

Napisane przez: futrzak | 6 czerwca 2017

Odyseja łóżkowa

zaczęła się wraz z następną emigracją czyli wyjazdem z Kalifornii. W swojej chalupie w Mountain View miałam porządne łóżko – ramę z solidnego drewna i do tego gruby tempurpedic materac – bo mam problemy z kręgosłupem. Tenże materac kosztował mnie straszne pieniądze (kilka tysięcy dolarów), bo one są w ogóle drogie.
Trzeba jednak było się go pozbyć – transport czegokolwiek przez ocean kosztuje chore pieniądze, a juz rzeczy ciężkich i ponadgabarytowych jak meble, to w ogóle.
Tak więc sprzedałam łóżko i materac za ułamek jego wartosci.

Przeprowadzka do Argentyny i sypianie na lozkach w tymczasowo wynajmowanych mieszkaniach zaowocowalo non-stop bolącym kręgosłupem, ponieważ oczywiscie w takich mieszkaniach meble są kupowane po taniości, wiec materace byly bylejakie, najczęsciej juz z wylezanym „dołem” na środku.
Gdy przeprowadzilismy sie do mieszkania wynajętego na dlużej, jako tymczasowe rozwiązanie kupilismy maty zrobione z gumy EVA (Ethylene-vinyl acetate) o maksymalnej grubosci czyli 2,5 centrymetra – takie, jakie wykłada się na podlodze w salach gimnastycznych i siłowniach. Poniewaz te maty są relatywnie twarde, do tego dokupilismy z metra piankę o grubości nastepnych dwoch centymetrów. Kombinacja okazała się idealna za wyjątkiem rozmiaru: materace EVA sa kwadratami 1×1 metr, więc „łóżko” wyszło o rozmiarach 2×2 metry, co okazało się zbyt wielkie do jakiejkolwiek ramy. Tak więc pseudołóżka będące na wyposażeniu wynajmowanych mieszkań byly odstawiane pod ścianę i spaliśmy na EVA na podlodze.

Po przeprowadzce do Urugwaju (materace EVA i pianka przyjechaly razem z nami samochodem, bo jechalismy z Argentyny do Urugwaju droga lądową, co nawet razem z kupnem starego samochodu wyszlo taniej, niż jakakolwiek inna opcja transportowa) wynajelismy wreszcie mieszkanie na zasadach normalnego wynajmu tj. na kontrakt dwuletni no i bez większosci mebli, w tym lóżka. W roli łóżka wystąpiła znow niezawodna EVA z pianką, rozłożona na podlodze.

A potem.. cóż potem nastąpiły rozwazania na temat zakupu łóżka – bo jednak ciągłe spanie na podlodze ma swoje wady.
Nic komercyjnego do dostania w sklepie nie wchodziło w grę a to dlatego, ze standardowy rozmiar łóżka w Urugwaju to 185cm x 85/90 – jednoosobowe i 185/190 x 150 dwuosobowe. My jesteśmy z Chłopem duzi, spanie na łóżku spoza którego wystają nogi, to chujówka. Nie mówiąc juz o tym, ze guma EVA nie zmiescilaby sie.
Obejrzenie niestandardowej oferty sklepowej i wybadanie cen zrobienia niestnadardowego łóżka na zamówienie skonczylo sie takim samym wnioskiem: wydawac na durne łóżko 600 do 900 USD – chyba kogoś pogrzało.

Rozważania poszły więc po linii jak najlatwiej i najtaniej zrobic łóżko samemu. Pierwszy pomysl – palety. No ale palety trzebaby przyciąć, bo rozmiaru dokladnie metr na metr tutaj nie ma. A zeby przyciąć trzeba miec piłę tarczową i trzeba miec gdzie to zrobic, a my mieszkamy w malutkim studio… poza tym łóżko z palet nie ma zadnej storage space, a jednym z powodów nabycia łóżka było to włsnie – mozliwosc schowania gratów pod/do pudła łóżka.
Drugi pomysł – skrzynki plastikowe na warzywa. Okazało się, ze przy cenie 10 USD za jedną nową skrzynkę to nie ma sensu, na dodatek i tak raczej trzebaby jakąś dechę na górę no i storage space ograniczona.

Tak więc spaliśmy na podłodze, aż wreszcie Chłop zebrał się w sobie i obczaił ceny materiałow, narzędzi oraz zgłaszaną specyfikację. I wymyślił: łóżko ze sklejki. Zamówil 4 standardowe płyty ze sklejki trzeciej kategorii, kupił piłę, wkrętarkę, wkręty, przedłużacz. Opracował plan, następnie został wygnany na taras dachowy w celu cięcia tego – bo jednak ilość trocin i smiecia generowana przy cięciu piłą tarczową nie jest czymś, co można robić w mieszkaniu…

I zrobił. Łóżko teraz wygląda tak:

Ma wymiary 2m x 2m, śpimy na nim już prawie miesiąc i nie rozpadło się, a muszę przyznać ze po skręceniu miałam zgoła inne wrażenie :)
W środku w czterech komorach miejsca na różne rupiecie jest skolko ugodno. Zmieściły się tam: wiatrak, przenosny grzejnik elektryczny, kilka par butów, worki z odzieżą letnią i innymi rzadko używanymi rzeczami, jakieś pudła, narzędzia, cała półka metalowa rozkręcona…
A cena za wszystko, razem z narzędziami niższa, niż zamawiane u stolarza….

PS:
Zapomnialam, ze jeszcze jednym waznym parametrem, które łóżko musialo spelniac, byla latwa przenaszalnosc. Mamy bowiem wąziutki korytarz prowadzący do mieszkania oraz winde, w ktorej ani rama lozka ani materac o wielkosci nawet standardowej na tutejsze warunki – 185cm x 150cm – nie zmiescilby sie. Urugwajczycy radza sobie z tym problemem wynajmujac profesjonalna ekipe przeprowadzkowa a ci wciagaja meble i materace przez okno, no ale bez przesady, skoro latwo mozna tego uniknac? Nasze lozko rozbiera sie w 10 min i mozna w kawalkach go latwo przeniesc, bo jest leciutkie.

Napisane przez: futrzak | 5 czerwca 2017

Bo są lepsze i gorsze śmierci…

Sobota w Londynie: 5 osób zginęło.
Zamach!! Ban muslims!! Wyrzucić uchodzców!!!

Reakcja The Muslim Council of Britain: 130 brytyjskim imamów odmówiło wzięcia udziału w pogrzebach zamachowców i zaapelowało do innych muzułmańskich duchownych, zeby zrobili to samo.

Reakcja prawicy na to: Wow! Znowu ustawka CNN!

Dziś w Orlando, FL: 5 osób zginęło w strzelaninie. Strzelającym był zwolniony pracownik, weteran, który zakonczyl sluzbe w armii w 1999 roku.

Reakcja prawicy: kochani, nic sie nie stalo, to przeciez normalne, ze sfrustrowany pracownik w ramach zemsty przychodzi powystrzelać bylego szefa i bylych wspolpracownikow, prawda? No kazdemu moze sie zdarzyc gorszy dzien….A ze rok wczesniej 49 osób zostalo w tym samym Orlando zastrzelonych w nocnym klubie dla gejów? Cóż, sami sobie winni, jak się szlajają po gejowskich klubach, to nic dziwnego…

Napisane przez: futrzak | 3 czerwca 2017

A tymczasem…

Tymczasem Trump wypowiedział Porozumienia Paryskie, co ma ogromne znaczenie dla całego świata. W Polskich mediach narazie na ten temat cisza, warto więc zapoznać się z tekstem wnikliwie analizujacym cala sprawe, zanim pojawią się jakieś ogłupiające bełkoty.

Tymczasem w Urugwaju produkcja energii (dane za ostatni rok) wygląda tak: 99% energii elektrycznej pochodzi ze źródeł odnawialnych, natomiast całość zuzycia (wliczajac w to paliwo do samochodow oraz potrzeby grzewcze) w 60% pokrywana jest generacją ze zródeł odnawialnych. Takie dziwo jak węgiel kopalny w Urugwaju nie występuje.
A Polska nadal wunglem stoi…

Napisane przez: futrzak | 2 czerwca 2017

Ścieeeeemnia się…

A tymczasem nadeszła zima, i chmury kłębią się….

Dostałam do testów nowego srajfona, czego skutkiem ubocznym jest trzaskanie tu i ówdzie panoram, poniewaz albowiem ma wbudowaną taką funkcję. Miłe.
Dziś Punta Brava w wydaniu przedburzowym – czyli 10 min spacerem od domu takie mam widoki.
Czytaj dalej…

Napisane przez: futrzak | 1 czerwca 2017

Z cyklu: wieści ze świata IT

Nic, nic sie duroki durne nie nauczyly. Zapewne słyszeli państwo o ostanim ogromnym „wypadku” systemu komputerowego British Airways, gdzie linie zostały całkowicie sparalizowane podczas dlugiego weekendu, bo systemy obslugujace check-in i resztę ruchu po prostu padły na ryja. Nic nie działalo, samoloty nie startowaly. Linie tłumaczyly się mętnie jakims power outage, co nie mialo miejsca (data centers sa zabezpieczone na taka okazje, oraz nie potwierdzily zadnej katastrofy z zasilaniem).

Gwoli wyjaśnienia dodam: są dostępne dziś rozwiąznia na taką okazje, zaczynajac od baz danych replikujących sie w real time, poprzez odpowiednie architektury (farma serwerów za load balancerem) a na odpowiednich zabezpieczeniach i systemach backupowych w data centers koncząc. To się wszystko daje zrobic i nie jest to jakas ósma technologia kosmiczna. Różne failures się zdarzają i projektując system, ktory ma obslugiwac Wielkie i Wazne rzeczy, projektuje sie go tak, ze ma kilka mechanizmów zabezpieczających (w sensie zabezpieczen na wypadek, gdy awarii ulegnie jeden system, potem drugi i trzeci etc.). I te mechanizmy trzeba przetestowac na okazję najróżniejszych scenariuszy, a testy powinny objąć również odtwarzanie danych, które ulegly fizycznemu zniszczeniu w jakiejś konkretnej lokalizacji. No ale oczywiście takie testy są drogie..

Tak więc cóż, ah cóż mogło być przyczyna?

Głos w sprawie zabrały związki zawodowe informując, że w ostatnich latach BA zwolniło pracowników IT w UK i zastąpiło ich hinduskimi kontraktorami z Tata Consultancy Services*
W 2016 roku British Airways w ramach oszczędności pozbyło się 700 pracowników z terenu UK, z czego pięciu pracowało w dziale obslugującym lokalizację, w której nastąpiły problemy z zasilaniem (facility that experienced power surge).
Po prostu jakiś mundry exec na górze zdecydował, że co za różnica czy bezpieczeństwa serwerowni na miejscu będzie pilnował doświadczony zespół pracowników IT, czy też zdalnie jakaś firma od outsourcowania? To drugie tańsze, więc czemu nie? Po co trzymac jakichs tam administratorów od systemów i ich bezpieczenstwa, przeciez siedzą tylko i nic nie robią….

* Tata Consultancy Services to jedna z największych na świecie firm outsourcingowych zajmujących się działką IT. Jest okryta złą sławą po pierwsze z powodu stosowania średnio legalnych zagrywek w obchodzeniu prawa pracy w lokalnych krajach, a po drugie z powodu tego, jak traktuje swoich pracowników. Jest obecna też tu w Urugwaju. Rozmawialam z kilkoma osobami, które tam pracowały – generalnie wygląda to tak, ze ktos idzie do Tata pracowac dlatego, ze musi. Większosc to studenci w trakcie studiów, którzy jak tylko zdobędą jakies doswiadczenie i lepszą ofertę pracy, to zaraz uciekają. Rotacja pracowników jest ogromna.

Napisane przez: futrzak | 31 maja 2017

Trumpcare

Pozwoliłam sobie przetłumaczyć tekst Reicha z jego walla na fejsie, bo sporo nieporozumień wyjaśnia w temacie tego, co republikanie chcą osiągnąc wprowadzajac swoją własną ustawe dotyczącą healthcare, a uchylająca Obamacare.

Wielu ludzi, ktorzy nie zetknęli się nigdy z Medicaid uważa, że jest to federalny program opieki zdrowotnej (healthcare) dla biednych. Tylko, że nie jest. Podczas gdy zarobki stanęły w miejscu, a koszty healthcare poszybowały w górę, Medicaid stał się głównym mechanizmem wsparcia dla co piątego Amerykanina. Około 60% wszystkich rezydentów domów opieki (nursing homes) korzysta z Medicaid. Dzieci równiez są beneficjentami: Medicaid and CHIP (Children’s Health Insurance Program) pokrywa medyczne potrzeby około jednej trzeciej wszystkich dzieci w USA.

Partia republikańska nie tylko chce wycofać ekspansję Medicaid, która miała miejsce w ramach Affordable Care Act, ale poważnie ograniczyć cały program. Trumpcare [jesli zostanie wprowadzona w zycie – przyp. mój] ma zredukować federalne wydatki na healthcare o 1.1 bilion dolarów w ciągu 10 lat. Z tego 840 miliardów, czyli 3/4 wszystkich oszczędności, ma pochodzić z cięć w Medicaid, w wyniku czego liczba osób objętych tymże zmniejszy się o 14 milionów.

Dlaczego republikanie tak bardzo nienawidzą Medicaid?

1. Bogaci płacą podatki na ten cel. W ramach ACA każde gospodarstwo domowe z dochodem podlegającym opodatkowaniu wyższym niż ćwierć miliona dolarów rocznie musi płacić 3.8% podatek od dochodów kapitałowych (z dywident, bondów, udziałow etc.) oraz 0.9% dodatkowy podatek od pozostałych dochodów. Uchylenie Obamacare pociągnełoby automatycznie zniesienie tych podatków i transfer środków z Medicaid do kieszeni 1% najbogatszych Amerykanów.

2. Medicaid stał się zarodkiem single-payer system i mógłby relatywnie łatwo być rozszerzony. Paul Ryan i GOP chcą go zniszczyć, zanim to się stanie.

Od siebie dodam, że coraz więcej twardych wyborców republikańskich ze stanów, gdzie GOP wygrywał przez dekady przytłaczającą większością, zaczyna dostrzegać zagrozenie i odwracac sie od nich. Ostatnie wybory uzupelniajace w Montanie przegral minimalna iloscia glosow kandydat progresywistow (juz nawet nie demokrata, ale progresywista wspierany czynnie przez Sandersa), natomiast wybory uzupelniajace w dziewiątym okręgu stanu Nowy Jork wygrala progresywistka. Oby tak dalej.

Napisane przez: futrzak | 30 maja 2017

A tymczasem w Ameryce…

Państwo pewnie słyszeli – kilka dni temu w Portland, OR, pewien terrorysta zamordował dwie osoby, a trzecią ciężko ranił.

Nie, nie będzie w Polsce demonstracji przeciwko uchodźcom, albowiem terrorystą okazał się neonazista i white supremacist, który zaczął napastować w pociągu dwie kobiety – muzułmankę w chuście i jej kolezankę. Kazał im wracać do Arabii Saudyjskiej, wyp* z „jego kraju” oraz że są niczym i powinny się zabić. W ich obronie stanęło trzech mężczyzn. 53-letni Ricky John Best i 23-letni Taliesin Myrddin Namkai Meche zginęli, trzecia ofiara, 21-letni Micah David-Cole Fletcher ciężko ranny trafil do szpitala.

A teraz uroczy smaczek całej historii: na GoFundMe są dwa konta zbierające pieniądze od ludzi: jedno dla rodzin zabitych ofiar i drugie na pokrycie wydatków medycznych Micaha. Welcome to America…

PS:
W polskich mediach mowa o „nożowniku z Portland”. Nie mówią, ze facet juz ma za sobą odsiadkę za porwanie i napad, że znany był ze swoich nazistowskich sympatii i rasistowskich ataków. Po prostu nozownik. Ale gdyby pochodził z Bliskiego Wschodu albo był muzułmanem, to zaraz byłby islamskim terrorystą, a nie jakimś tam nożównikiem oderwanym od wszystkiego…

PS2:
Ok, niektore media przyznaly. W Wirtualnej Polsce zabawnie wyszlo: przez 5 dni milczenie, dzis w koncu pojawil sie news, za to bez unikania „trudnych” afiliacji mordercy…

Napisane przez: futrzak | 30 maja 2017

Czy Szwecja jest światową stolicą gwałtów?

Pozwoliłam sobie zamieścic, za pozwoleniem autorki (Amandy Waliszewskiej):


Moja babcia dzwoni do mnie wczoraj wieczorem i przestrzega, bo w telewizji mówią, że w Szwecji jest najwięcej gwałtów na świecie. Oczywiście, wszystko z powodu uchodźców. Ciśnie mi się wiele słów na usta, ale próbuję przeżyć miesiąc bez bana na FB, dlatego postaram się być kulturalna.

Więc, drogi Facebooku, dlaczego statystycznie w Szwecji jest tak dużo gwałtów?

1. Od 1 kwietnia 2005 roku w Szwecji obowiązuje szersza definicja prawna przestępstw seksualnych niż w innych krajach. Zawiera ona także przestępstwa do tej pory kwalifikowane jako wykorzystanie seksualne.

2. Jeśli kobieta idzie na policję i mówi, że mąż czy narzeczony gwałcił ją codziennie przez rok, policja musi zarejestrować każdy incydent, czyli ponad 300 gwałtów. W wielu krajach byłoby to uznane za jeden przypadek gwałtu.

3. W Szwecji świadomość kobiet i feminizm jest czymś tak naturalnym, jak niedzielny rosół ze schabowym w Polsce. Szwedki zazwyczaj nie mają oporów przed zgłaszaniem przypadków wykorzystywania seksualnego. Tymczasem w Polsce jest to procedura uwłaczająca, a komentarze w Internecie dotyczące mojego gwałtu tylko potwierdziły moje przypuszczenia, dlaczego tak wiele kobiet obawia się pójścia na policję.

Research, ludzie. Czytajcie, sprawdzajcie i myślcie, zanim powiecie coś głupiego i nieprawdziwego. To nie rasa, religia czy kultura odpowiada za przestępstwa. Za przestępstwo odpowiada człowiek. Wiem, że łatwiej wierzyć Wam w diabła, demony i przerażających uchodźców, niż przyznać, że do skrzywdzenia drugiej osoby jest zdolny KAŻDY. I dużo bardziej prawdopodobne jest, że skrzywdzi Cię członek Twojej rodziny, partner/ka lub przyjaciel, niż ten straszny „obcy”.

Napisała Amanda, „zdrajczyni kraju”, która kumpluje się praktycznie z samymi uchodźcami i imigrantami. Chodzę nocą z nimi po Sztokholmie, cała i zdrowa. Tymczasem za dnia zostałam w Polsce zgwałcona przez Polaka. Ale to przecież nic takiego, prawda? Pewnie mi się należało.

Z autorka mozna skontaktować się poprzez:

hello@hakierka.pl
http://www.hakierka.pl
se.linkedin.com/in/amanda-waliszewska-64702899
twitter.com/xamy_
instagram.com/hakierka

Napisane przez: futrzak | 28 maja 2017

Jeszcze o kuchni urugwajskiej

Pisałam już wcześniej, że oryginalnością nie powala. Jeśli już czymś, to jakością składników (witamy w krainie mięsożerców). Niemniej, zdarzają się im genialne połączenia. Na przykład pasztet – wiadomo, foie gras i innym topowym francuskim nie dorównuje ale….mają tutaj taki własny, co go nazywają pate campagna. Powiedzmy, że nazwa jest dalece myląca.
Pierwszy raz kupiliśmy go ze dwa lata temu i wydał się nam dziwaczny nad wyraz: jakiś taki ostry smak, kupa zielska i w ogole..eeeee…taaaam….A potem, potem spróbowaliśmy paszteciku pod tutejsze czerwone wytrawne wino Tannat. BINGO! Absolutna rewelacja. Jedno z drugim komponuje sie genialnie, a pasztet bez wina taki no, średnio nadający się do konsumpcji…

Dziś Chłop dokonał analogicznego, epokowego odkrycia. Najpierw ser – „gruyere picante”. Na targowisku był zapakowany w oddzielną tackę, owinięty szczelnie folią. Podano nam do spróbowania. Znów, nie do końca jak szwajcarski gruyere, taki młody jeszcze i dosć miękki, ale wali już na kilometr :))) – zapewne potemu był oddzielnie zapakowany, żeby wrażliwych tubylców nie odstraszać. No nic, po spróbowaniu kupiliśmy. No i dylemat – ser bardzo dobry, i w ogóle, ale taki ostry, że faktycznie – jak zeżrec te pół kilo???
No ale.
Poszlismy na zakupy do tutejszego supermarketu i nawinęła się rzeczoprzyprawa słoikowa ulubionej marki tutejszej czyli „Del Gaucho”. Nazywa się to „pesto” ale z klasycznym włoskim pesto nie ma nic wspólnego, może poza bazylią. Skład: bazylia, czosnek, pietruszka naciowa, olej slonecznikowy, ocet, kwasek cytrynowy…. eeee uuuuu….ja się przestraszyłam, bo wyobraźnię smakową mam na tyle rozwiniętą, ze juz na koncu jezyka czułam, co to będzie. Ale Chłop sie uparł, więc kupiliśmy.

Nastąpiło otwarcie. Smak taki, jak przypuszczałam. Nic to, nada się jako sos do wołowiny z parilli, ot następne chimichurri….ale Chłop posmarował śmierdzącego gruyera i zeżarł.
Żarł dalej, kroił i żarł, az zaczeło to wyglądać podejrzanie, więc sama spróbowałam. BINGO! Następna rewelacyjna kombinacja :)))))

MNJAM :)

Napisane przez: futrzak | 27 maja 2017

Język, ze swoją gramatyką i specyfiką to jeszcze nie wszystko. Za językiem stoi kultura. I jakoś tak niestety muszę przyznać, że mentalnie zdecydowanie bardziej utożsamiam się z anglosaską kulturą niż latynoamerykańską. Pół biedy jeszcze hiszpańska, ta z Półwyspu Iberyjskiego – to jednak nadal Europa. Ale Ameryka Południowa już nie. Inna mentalność i inny sposób myślenia. Ja jednak jestem geekiem, w moim umyśle jest reason, technology, science – a to nie jest coś, co dominuje w latynoamerykańskiej kulturze.
Tak więc nie czuję tego jezyka. Nie i chuj.

PS:
I nawet przekleństwa w angielskim potrafią być odlotowe – ale to dzieło Irlandczyków, bo amerykańska wersja angielskiego jest płaska i nieciekawa pod tym względem…
„Dear Jaysus, bless this rasher sambo I’m about to horse into”, „Yeah, ya will in your hole”.
Takie tam. Sama łagodność, ale jaka poetyka…

Napisane przez: futrzak | 23 maja 2017

Czym właściwie jest bieda?

Bo właśnie nawinął mi się ciekawy TED talk na ten temat.

Facet zaczyna od pytania, które prawdopodobnie zadawało sobie wielu ludzi nie znających zycia w biedzie: dlaczego biedni podejmują tyle złych decyzji? Przynajmniej ci biedni w USA, nie da się ukryć, pozyczaja więcej, mają mniej oszczędności, palą więcej, piją więcej i nie jedzą zdrowo. Dlaczego?
Standardowa odpowiedź, która i u mnie w komentarzach przewijała się, jest cytatem z Margaret Tatcher: bieda to „a personality defect” czyli, mówiąc po polsku, to defekt osobowości. Brak charakteru. Lekkomyślność, lenistwo i tak dalej. Biedni sami są sobie winni, prawda? „Ja pochodzę z biednej rodziny, nigdy nam sie nie przelewalo, ale skonczylem/am studia i wlasną pracą doszedłem do tego co mam. Jak ja mogłem, to oni też” – znacie tę mantrę, prawda? Najczęściej w tym kontekście przywołuje się panów spod budki, którym sie pracowac nie chce… I juz wszystko wiadomo, common wisdom answered.

Tylko, że nie.
Pewna grupa psychologów wybrała się do Indii i przeprowadziła nader ciekawe badania w temacie nędzy. Pod lupę wzięli farmerów trzciny cukrowej – specyficzną grupę, która większosc swojego dochodu rocznego osiąga zaraz po żniwach. Ich „cykl” roczny życia w praktyce wygląda tak, że przez krótką część roku są relatywnie bogaci, a potem dośc biedni.
Psychologowie postanowili zmierzyć IQ tych farmerów w okresie „biednym” czyli przed żniwami, i „bogatym” czyli zaraz po. Różnica pomiędzy jednym i drugim pomiarem (dla tych samych osób!!) wynosiła (średnio) aż 14 punktów. Mniej-więcej tyle, gdyby badanie robiono po jednej nieprzespanej nocy albo gdyby ta sama osoba zaczeła nałogowo pić.

Rzeczone badania doprowadziły do sformułowania nowej teorii na temat biedy, której sednem jest scarcity mentality – mentalność niedoboru. Okazuje się bowiem, że ludzie zachowują się bardzo różnie w zależności od tego, czy cierpią na niedobór jakichś zasobów, czy nie. Nie ma przy tym wielkiej różnicy, co to będzie: pieniądze, żywność czy czas. Wtedy myślenie koncentruje się na tej jednej, jedynej rzeczy i niczym więcej. Jakiekolwiek myślenie perspektywiczne, planowanie etc. idzie wpisdu. Prawie kazdy zna to uczucie, kiedy zdarzyło się wam nie jeść przez bardzo długi czas, jesteście cholernie głodni i jedyne, o czym jesteście w stanie myśleć to tak kanapka na lunch i kawa i…. nic nie jesteście w stanie innego zrobić, na niczym sie skupić. Got it?
Ludzie zyjący w nędzy mają tak cały czas. Ich perspektywa życiowa ogranicza sie do następnego dnia. Do tego, skąd wezmą jedzenie zeby nakarmic dzieciaki. Skad wezmą brakujace pieniadze na czynsz, zeby nie wylądowac na ulicy. Skad wezmą pieniądze na ten mandat, co dzis dostali bo nie zauwazyli, ze im nie dziala swiatlo w samochodzie (w USA za to dostaje sie mandat kilkudziesieciu dolarow). I tak wyglada ich kazdy dzien. I następne badania pokazały, że większość ludzi w takiej samej sytuacji… zachowywalaby sie tak samo. Byc moze uruchamia się wtedy jakis podstawowy instynkt przetrwania, który ogranicza zdolnosci mózgu tylko do tego, co za minute, co za godzine – bo inaczej czlowiek zwariowalby?

George Orwell, który sam doświadczył nędzy w latach 20-tych, tak to podsumował:
„The essence of poverty is that it anihilates the future. How people take it for granted they have the right to preach at you and pray over you as soon as your income falls below a certain level”.

To dlatego żadne jałmużny nie działają. Osoba bezdomna niespodziewany datek odczuwa jako zrzadzenie losu. Dzis jest, jutro nie, wiec myśli: przynajmniej sie napiję albo sprawię sobie przyjemnosc w inny sposob – byc moze to bedzie ostatni raz przed smiercia?
To dlatego „wielki gest” zaoferowania komus dorywczej pracy nie dziala: zarobie te 50 zl myjąc komus szyby i nosząc meble i co z tego? Mojej sytuacji to nie zmieni. Jak bylam w gównianej sytuacji, tak będę nadal.
Nic się nie zmieni, dopóki ludzie zyjący w nędzy nie znajdą się w sytuacji, w której będą mogli przestać się martwic o zaspokojenie najbardziej podstawowych potrzeb. Po prostu. Tylko tyle, albo aż. Jak to zapewnić, to zupełnie inna bajka.

I jeszcze jedno: powoływanie sie na czasy komuny z Polski nie jest tutaj argumentem, chociaz pewnie większosc slyszala „ja pochodzę z popegeerowskiej wsi, tam bida az piszczala”. Owszem, bylo biednie, owszem, ludzie mieszkali w okropnych warunkach, ale w PRLu (poza kilkoma latami po wprowadzeniu stanu wojennego) nikt nie musiał się martwic tym, ze go wyrzucą z mieszkania komunalnego albo ze przez rok nie znajdzie pracy. Mozna bylo miec gowniana prace i gowniana place – ale dzieci nie glodowaly, w szkole byla dentystka i pielęgniarka, w panstwowym szpitalu przyjmowano kazdego. Ludzie nie żyli w ciągłym strachu o jutro, więc nie włączał im się survival mode. Wiedzieli, ze jak ich dzieci bedą ciezko pracowac i uczyc sie w szkole, to beda mialy szansę dostać sie na panstwowe, bezplatne studia i znaczaco poprawić swoje perspektywy zyciowe.

Czy teraz rozumiecie, dlaczego żadne retoryki pod tytułem „weź się do roboty” „jesteś panem własnego losu” etc. nie działają? Odnoszą one dokładnie taki sam skutek, jak rady „weź się w garść” udzielane osobie z depresją – czyli żaden. To tylko mantra służąca zgrabnemu zamieceniu problemu pod dywan i uspokojeniu własnego sumienia.

PS:
Scarce mentality wyjaśnia też dlaczego w Polsce, mimo pozornego braku nędzy, tak wielu ludzi żyje w mentalnej beznadziei i rezygnacji. Co prawda mają pracę, ale ledwo wiążą koniec z końcem i byle wypadek losu sprawi, że wylądują na ulicy. I oni o tym doskonale wiedzą…

Napisane przez: futrzak | 23 maja 2017

Praca zdalna…

…taaaaaaaa.
IBM, który przez ostatnią dekadę czy coś koło tego mocno promował pracę zdalną swojej workforce (notabene oszczedzili na tym grube miliony dolarow), nagle zmienił front. Otoż oswiadczyli ze wszyscy pracujący z domu – ok. 40% wszystkich zatrudnionych – ma tydzień na przeniesienie się do najblizszego lokalnego biura z pracą, a jak nie to dowidzenia.

Jak nie wiadomo o co chodzi, to o pieniądze. IBM ostatnimi czasy ma klopoty finansowe, więc najlatwiejszym sposobem na chwilową poprawę jest zredukowanie workforce. Jak to zrobić jak najmniejszym kosztem, bez zadnej odprawy i niczego zwlaszcza w wypadku ludzi pracujacych na pełen etat? Otóż postawić im nagle warunek nie do spełnienia…
Wiadomo, ze istniejace jeszcze biura IBMa nie pomieszcza wszystkich oraz wiadomo, ze ludzie ktorzy mieli zorganizowane zycie opierajace sie na pracy z domu, z dnia na dzien nie przeniosa sie o np. 500km. odleglego biura. I o to chodzi, zeby jak najwiecej mozna bylo zwolnic bez wyplaty severance.

Kilka lat temu Marissa Mayer miala podobny pomysl na „uzdrowienie” Yahoo. Jak to się skonczylo, wszyscy wiedza…

Older Posts »

Kategorie