Napisane przez: futrzak | 20 listopada 2017

Nihil novi sub sole w świecie Windows…

Doprawdy, no co za ironia.
Odezwal sie do mnie na czacie znajomy z Polski, czy bym mu nie przetlumaczyla kilku zdan z polskiego na angielski. Od słowa do słowa – okazalo sie, ze ma to byc email do firmy, ktora zrobiła soft na win10, on ten soft zakupił i… nie działa. No i chciał do supportu napisać, bo na program wywalił trochę kasy, a tu co? Kupa?

Stwierdziłam, że moze zamiast słać emaila to niech wyjasni co i jak, może sie to da zdebugować? Problem opisał, podał wersje programu etc.
Szukam.
Nic.
Szukam. Po 5 min stwierdzilam, ze to raczej nie jest bug w samym oprogramowaniu. Po nastepnych dwóch znalazłam gościa, co miał taki sam problem. Po zadaniu pytania „a czy miałes zaraz po odpaleniu ekran z terms and conditions i aktywacja”? i odpowiedzi NIE, już wiedziałam o co chodzi.
W grę wchodziły 3 możliwosci:
– uszkodzony plik wykonywalny
– zawirusowany plik z programem
– nieprawidłowa instalka.

Zaczynam od najbardziej oczywistej:
– odinstaluj i zainstaluj od nowa.
– e, już 3 razy próbowałem i nic
– hm…. a jak odinstalowywałeś? Click uninstall oraz wyrżnąć ręcznie katalog tego programu z Applications?
– a nie, czekaj, tego nie probowałem.
– no to wyrznij a potem install again.

– DZIALA!!!!! Dzięki!!!!

A teraz wiecie, co jest w tym wszystkim najbardziej zabawne a zarazem smutne? Rzeczonego programu, ktory znajomy kupił, w zyciu nie widzialam na oczy, nie instalowalam ani nie uzywalam. Ba. Windows 10 nie mam i nie uzywałam. To, ze jak sie nie pojawia T&C i miejsce na wpisanie kodu aktywacji w appce pod win to znaczy ze jedna z powyzszych 3 mozliwosci, wiedzialam jeszcze z jakichs przedwiecznych czasów uzywania Windows XP czy jakichśtam. To, ze jak sie chce odinstalowac na czysto jakis program pod Win nie wystarczy tylko kliknac „uninstall”, tylko trzeba ręcznie usunąć katalog z Applications, a czasem i z rejestrów, to też wiedzialam z czasów przedwiecznych.

I to jest wiecie kurwa niesamowite, ze ten wielki cudowny Microsoft, bogaty aż do obrzygu, tak chołubiony nie mógł przez tyle lat, w kolejnych wersjach swojego OSa naprawić tak trywialnej rzeczy jak odinstalowywacza do aplikacji. To się w pale nie mieści, jak oni bardzo w dupie mają swoich użytkowników…

Reklamy
Napisane przez: futrzak | 18 listopada 2017

O równouprawnieniu

Do wszystkich tych, którzy w jakiejkolwiek dyskusji o równouprawnieniu podnoszą „argumenty” typu „równouprawnienie kończy się, gdy trzeba wnieść lodówkę na 4 piętro” tudzież „zacznijcie od usunięcia podziałów w statystykach sportowych”.

Otóż, drodzy moi, nie. Co jest bowiem sednem takiego pseudoargumentu? Mianowicie to, że różnice w sile fizycznej powinny stanowić podstawę do dyskryminacji wobec prawa. Na przykład: zeznania osoby słabszej fizycznie w sądzie powinny być inaczej traktowane, niż osoby rosłej i silnej. Albo: umowa o pracę progamisty powinna oferować wyższą płacę wszystkim kandydatom, którzy mierzą powyżej 180cm i ważą więcej niz 70 kg. Dlaczego nie? W końcu podnosicie argument, że jeśli ktoś nie daje rady wnieść lodówki na 4 piętro, to jest to podstawą do dyskryminacji, prawda? Dlaczego więc nie płacic mniej wszystkim, ktorzy nie są w stanie tej lodówki wtaszczyć, niezależnie od rodzaju pracy, jaką wykonują? Bo do tego własnie sprowadza sie wasza propozycja.

Oczywiście, są prace fizyczne, które wymagają siły i wytrzymałości – ale nawet tutaj o przyjęciu do tego typu pracy powinny decydować fizyczne parametry danej osoby NIEZALEZNIE OD TEGO JAKIEJ JEST PLCI. Bo może się zdarzyć zarówno facet, który bedzie niski i drobny i tej lodówki nie wniesie, jak i kobieta, ktora jest duża i silna i ją wniesie. Pierwszy nie będzie sie do takiej pracy nadawal MIMO TEGO ze jest mężczyzną, a druga będzie sie nadawać MIMO TEGO że jest kobietą. Tymczasem przeciwnicy równouprawnienia sugerują, żeby decyzje o przyjęciu do danej pracy lub traktowaniu przez instytucje publiczne podejmować tylko i wyłącznie na podstawie tego, że ktoś jest kobietą lub mężczyzną. Idiotyczne, prawda? Dlaczego kobieta, tylko z racji tego, ze jest kobieta, ma nie miec mozliwosci pracy na budowie albo programowania, a facet nie moze byc niańką do dzieci, tylko dlatego, że jest facetem?

Napisane przez: futrzak | 16 listopada 2017

O organizacji pracy

Koleżanka, która pracuje w Szwajcarii od 2 lat, donosi:

Byłam na szkoleniu wewnętrznym, gdzie prowadzący dał uczestnikom ćwiczenie: podzielił nas na dwie grupy, każda dostała skrzynkę z elementami, z których należało zbudować łódkę Lego. I trzy minuty na to. Druga drużyna zmieściła się w czasie, budując łódkę bez trudu. My nie. Miałam już w głowie, że pewnie jesteśmy źle zorganizowani, może błędem było niewybranie lidera i każdy usiłował pomagać po swojemu, może brak jasnego planu na początku etc. – po czym prowadzący postawił obie otwarte skrzynki obok siebie. I co się okazało – w naszej skrzynce był chaos, potrzebne elementy pomieszane ze zbędnymi, podarta i niekompletna instrukcja złożenia łódki, kilku części mogło brakować. W drugiej skrzynce była instrukcja krok po kroku, elementy tylko niezbędne i ładnie posortowane.
My byśmy tę łódkę zbudowali, ale potrzebowaliśmy więcej czasu, żeby przeanalizować konstrukcję, znaleźć klocki, zgadnąć, co było na brakującej stronie instrukcji, podczas gdy drudzy dostali wszystko na tacy i mieli tylko połączyć elementy, więc ich wydajność była kilka razy wyższa od naszej.
Genialnie prosty i wymowny przykład dobrej i złej organizacji pracy.

I tak sobie pomyślałam, że podobne szkolenia w Polsce powinno się obowiązkowo przeprowadzać dla wszystkich szefów i pracodawców…bo jakże częstym zjawiskiem jest, że pracownicy muszą zgadywać, co szef miał na myśli….nie mają oni jasno określonego zakresu swoich obowiązków, ani też jasno wyartykułowanych procedur na sytuacje normalne i wyjątkowe. Nie mówi im się, czego się od nich oczekuje – i nie, określenie „bądź geniuszem” to nie jest coś, co można uznać za normalne oczekiwania w stosunku do zwykłego pracownika.

To była jedna z pierwszych rzeczy, która mnie uderzyła w USA gdy zaczęłam tam pracę: zostałam wprowadzona, powiedziano, czego się ode mnie oczekuje, do kogo się zwrócić jeśli mam problem z tym czy tamtym i tak dalej. Ba. W wielu firmach funkcjonowała instytucja mentora – która dla ludzi mniej doświadczonych jest bardzo, bardzo pożyteczna.
Co jeszcze. To w USA nauczyłam się, że jeśli czegoś nie wiem, to nikt nie wywali mnie z pracy, gdy się do tego przyznam. Że w ogóle poproszenie o pomoc to nie jest jakiś potworny dopust boży i straszna rzecz, za którą będę mobingowana. Że prawdziwy profesjonalista wie, co wie, oraz wie czego nie wie i jeśli dostanie zadanie z tematu, którego nie zna, to będzie w stanie określić, ile mniej więcej czasu zajmie mu wzdrożenie się do rzeczy nowej (co w mojej branży jest szalenie ważne, bo jezyki programowania, frameworki, technologie zmieniają się jak w kalejdoskopie, dziś jedno a za kilka miesięcy inne).

Rzeczona koleżanka – mimo że minęło od jej wyjazdu z Polski już 2 lata – jeszcze do końca nie może uwierzyć w to, że w pracy może byc inaczej. Że się nikt na nią nie wydziera. Że kierowniczka potrafi motywować pozytywnie, chwalić, cierpliwie wyjaśniać; że normalną rzeczą są szkolenia, gdy tylko jakaś nowa technologia wchodzi na tapetę; że o należny urlop nie musi błagać, a dni wypłaty i liczba godzin to rzecz święta.

A wiecie, jaki jest efekt? To proste. Mimo tego, że nie dostaje ona jakichś wielkich pieniędzy, to swoja pracę wykonuje dobrze i stara się. Bo pracuje jej się przyjemnie, nie musi się stresować, bać ani obawiać. Wie, że jest doceniania i jak sama powiedziała: woli taką pracę, nawet jeśli jest ona mniej płatna od takiej, jaką miała w Polsce – gdzie co prawda płacono jej dobrze, ale traktowano okropnie i ten mobbing, stres i ohyda do dziś odbijają sie jej czkawką na psychice.

Tak właśnie. Pieniędzmi nie da się zasypać wszystkiego. Dobre traktowanie, poczucie bycia docenianym, szacunek to jest coś, co w pracy jest równie ważne, a czego większość polskich pracodawców NADAL nie rozumie.

Napisane przez: futrzak | 15 listopada 2017

Muzycznie

Ostatnie odkrycia.

Tradycyjna piosenka z okolic Nigru (??). Jak dla mnie bomba. Po pierwsze – instrument polegajacy na tym, ze ktos wali w piłę zanurzoną w wodzie. Zajebioza.
Wokal i reszta – wygląda jakby byli pod wplywem jakichs substancji, no serio.
Tak czy siak – jak dla mnie odlot. Raz uslyszałam i na mózg mi padło :)

Oraz kobieta z ludu Mandinka, pierwsza w swojej rodzinie (od 700 lat tradycja przekazywała z ojca na syna) płci żeńskiej, gra na tradycyjnym instrumencie:

Tradycja tradycją, ale gdyby nie urodziła się w Londynie i nie pokończyła brytyjskich szkół to pewnie figę, a nie przebiłaby się do mediów…

Napisane przez: futrzak | 13 listopada 2017

Polska „Zieloną Wyspą”

ponoć była, nie dotknął jej ostatni kryzys, jest dobrze, ludzie się bogacą, biorą kredyty, dorabiają się, słowem gonimy zachód i te rzeczy.

Tylko, ze niekoniecznie – albo raczej nie wszyscy. Wg ostatnich danych GUS w Polsce prawie milion mieszkan nie ma ubikacji (!!!) a pół miliona lokali nie ma bieżącej wody z kranu. Oczywiście są ogromne dysproporcje między wsią i miastem:
w miastach toalet i łazienki nie ma odpowiednio 2,8 i 4,5 proc. lokali. Z kolei na wsiach aż 13,7 i 17,4 proc. mieszkań.

Od strony całkiem praktycznej to jest to poziom slumsów, po prostu. Tyle że w przeciwienstwie do wielkich metropolii tego świata (trzeciego świata dodajmy) nie rzuca się w oczy, bo rozsiany jest po całym kraju, w zapadłych dziurach, do których najczęściej nie dojeżdza zadna komunikacja publiczna a samochodem nikt nie ma potrzeby tam jeździć, bo po co? W miastach też to jest raczej schowane i nie rzuca się w oczy – nie ma całych bieda-dzielnic bez miejskiej infrastruktury, które można łatwo wskazać palcem. W związku z czym dla władz i większości społeczeństwa problem nie istnieje, bo go nie widać, a statystyki wiadomo kłamią i wszystko jest gut.

zrodlo.

Napisane przez: futrzak | 9 listopada 2017

Plaża przydomowa…

bo dawno z niej zdjęć nie było, co nie? Dziś pogoda dopisała, 25 stopni, cisza spokój i zachód słońca. Żal było nie pójsc po pracy na spacerek, zwlaszcza ze to tylko 5 minut.
Poniższe 3 to panoramki, klikamy żeby zobaczyć powiększenie.

Tak wygląda plaża widziana z Rambli, czyli deptaka dla pieszych i rowerów. Gdyby jeszcze z dwupasmówki, która biegnie obok wywalić samochody, to już w ogole byłby cud, miód i malina…a tak to cholerstwa smrodzą i halasują. Te aparatamentowce stojące przy plaży zaraz to jest ściema – placi sie jakies chore pieniądze za wynajem, widoki co prawda piękne ale co z tego, skoro na balkon sie nie wyjdzie ani okna nie otworzy, bo taki hałas :-/

A tutaj jakaś firma zrobiła sobie imprezkę na plaży. W srodku stal stolik, barman serwowal alkohole, a to po lewej swiecace to byl glośnik napierdalający muzą…

Na lewym koncu plazy jest budynek, w ktorym znajduje sie restauracja i sala imprezowa. Ma taką dekorację na ścianie, która to dekoracja jak widać wieczorem jest podświetlana, co wygląda moim zdaniem zupelnie niesamowicie :)

No i ostatnia panoramka – myślalam, ze nic nie wyjdzie, bo to dokladnie pod zachodzące słonce – a tu proszę. Algorytmy kamerki srajfonka odwaliły kawał dobrej roboty kompensując :)

Napisane przez: futrzak | 8 listopada 2017

Znowu rozważania o pracy….

W pracy doszłam do etapu, że mam jak majster z tego dowcipu o naprawianiu pieca.
Kowalski najpierw sam sie za to zabrał, męczył się 10 dni, ale nic nie wskórał, w koncu sie poddal i zadzwonił po majstra. Majster przyszedl, popatrzył, pierdolnął młotkiem w jedno miejsce i voila – naprawione! Poczem zarządał stu dolarów należności. Na oburzenie Kowalskiego, ze za pierdolnięcie młotkiem nie nalezy sie sto dolarów odparł: za pierdolnięcie nie, ale za to, że wiedziałem gdzie pierdolnąć – tak.

No i własnie – też tak mam, tyle że nie z naprawianiem usterek, ale ich znajdowaniem. Dojście do tego etapu zajmuje długie i żmudne lata pracy tj. użerania sie z roznymi systemami, frameworkami, aplikacjami, programami i całą resztą. Ale wiecie, co jest najbardziej w tym wszystkim żałosne? Ze mentalnosc przeciętnego pracodawcy jest taka sama, jak owego Kowalskiego z dowcipu. Nieważne, że jestes w stanie znależć problem bardzo szybko, trafnie oszacowac ryzyko i tak dalej. To wszystko się nie liczy, dopóki nie przerzucisz łopatą tony wungla tj. tysiecy linijek kodu, testów, metryczek etc. Bo jak nie machasz łopatą, to nie pracujesz.
Podobny problem mają sysadmini – nieważne ze to, co ma działać, działa i ze na tym polega ich praca. Ale nie machają łopatą, nie przerzucają wungla, wiec nie pracują. A jak nie pracuja to za co im płacić?

To by było tyle w temacie „interesują nas efekty pracy i za nie płacimy”. Akurat.

Napisane przez: futrzak | 6 listopada 2017

Edukacja w Polsce level hard

Za kazdym razem jak mysle, ze w temacie edukacji polskiej nic juz mnie nie zaskoczy, to rzeczywistosc mówi: „potrzymaj mi piwo i patrz”.

Otóż.
Koleżanka pracuje w redakcji pisma popularno-naukowego, pisma które publikuje wyniki badań i dziś tak zaraportowała:

Na nasz profil napisał przyszły inżynier, że ma trudny temat pracy i może moglibyśmy mu pomóc. On nie może znaleźć osób obeznanych w temacie itd… Pytam na czym ta pomoc miałaby polegać a on mi na to, że może na przykład ktoś by za niego te prace napisał, bo dla niego to trudne. Ale badania ma juz zrobione…

To jest nowa jakość. Że w Polsce proceder zamawiania za pieniądze prac licencjackich/magisterskich/inżynierskich kwitnie, to wiadomo nie od dziś. Ale zeby zwracac sie do pisma naukowego, zeby ZA INZYNIERA napisalo pracę a potem ją opublikowało?????

Cóż. A kto bogatemu zabroni, nie?
Oraz zawsze mnie nurtowało pytanie: czy ci, którzy gorliwie usprawiedliwiają kupowanie prac magisterskich/inżynierskich tak samo nie mieliby nic przeciwko, zeby chodzic do lekarza, ktoremu ktos napisal prace i zdal za niego egzamin, albo mieszkac w domu zaprojektowanym przez architekta, ktory kupil swój dyplom?

Napisane przez: futrzak | 4 listopada 2017

Jak za pomocą słów czarować rzeczywistość

Termin HR-owiec albo rekruter, wobec nagminnych bandyckich praktyk tychże, bardzo źle kojarzy się ludziom w mojej branży (i nie jest ona jedyną).

Cóż więc należy zrobić? Wymyśleć sobie nowy tytuł do starej sprawy. Tę konkurencję wygrywa:
„Senior Talent Acquisition Consultant”, co na ludzkie tłumaczy się: rekruter agencyjny.

Kurtyyyynaaaaa.

Napisane przez: futrzak | 2 listopada 2017

Bankowa ironia

pokazujaca zarazem zasady funkcjonowania tych instytucji:

Chciej legalnie zamknac konto. Nie da sie – no musiałabym specjalnie w tym celu odbyc podróż samolotem przez tysiace kilometrow, zeby pojawic sie w oddziale banku, gdzie mogłabym wypełnić wniosek ORAZ SIE NA NIM OSOBISCIE PODPISAC. Bo wiecie, k*a, NIE DA SIE INACZEJ (a co jakbym była osoba niepełnosprawną, przykuta do łóżka????).

Oh, really? Wystarczyło, ze wybralam wszystkie pieniadze z tego konta i przez 2 miesiace bank zamaszyscie wpisywal mi kwoty na MINUSIE, bo stan konta zero, a oni oczywiscie naliczali sobie dularki za miesieczną obsluge konta (nieważne, że przez ten czas nie miała miejsca ZADNA transakcja). Co po dwoch miesiacach? Dostaję emaila, że moje konto zostalo ZAMKNIETE.

F***** you, that’s all I can say. Jak tylko bank zobaczy, że stacił nawet głpie kilka dolarów, to zaraz zaczyna się afera, kary, zamykanie, straszenie. Jak ty chcesz wyegzekwować od banku coś, co masz zapisane w umowie – goń się na drzewo frajerze, a jak ci się nie podoba, proszę bardzo, możesz nas podać do sądu i bujać się przez następne parę lat…

Napisane przez: futrzak | 31 października 2017

Z kronik zakutopalstwa

Wrzuciłam sobie następujacy status na fejsa:

Konkurencję na utylizację surowej ryby wygrywa w abcugach sashimi. Daleeeeko, daleeeko, na drugim miejscu biegnie ceviche, proszę państwa, a listę zawodników na szarym końcu zamyka polska marynata stosowana najczęściej na śledziu.

Wywiązała się dyskusja, jak to pod wpisem kulinarnym, który jest zarazem subiektywną opinią. WTEM. Odezwal sie dawny znajomy (notabene korwinowiec) i rzecze:
– Nie zgadzam sie. Ja najbardziej lubię solone śledzie.
Ja na to:
– ok, ale czy jadłeś kiedyś sashimi w dobrej japońskiej restauracji? A ceviche?
– nie jadłem! Jestem Polakiem i lubię polskie jedzenie!
– wybacz, ale nie poważam ludzi, którzy wypowiadają opinie o żarciu, ktorego to żarcia nigdy w życiu nie próbowali
– w dupie mam twoje opinie!

Facia oczywiście zablokowałam (szkoda, ze w real life nie można tak skutecznie blokowac jak na necie…), ale to takie charakterystyczne. Nie wiem, ale się wypowiem. Nigdy w życiu tego nie probowalem, ale WIEM LEPIEJ, a jak ktoś zwroci uwage, ze bez sensu jest wypowiadać się o czymś, o czym nie ma się pojęcia, to pojawia się agresja.
I żeby takie zakutopalstwo odnosiło się tylko do żarcia, to kij z tym. Niestety odnosi się do wszystkich innych dziedzin życia. Tacy wiedzący lepiej potrafią terroryzować otoczenie wymuszając swoje „wiem lepiej”, co czasem ma tragiczne skutki – zwlaszcza w relacjach rodzic — dziecko (np. „wiem lepiej, co dla ciebie dobre, nie dyskutuj!”), ale tez w relacjach w miejscu pracy. Ba. „Ja wiem lepiej” służy też bardzo często do wypierania realnych problemów doswiadczanych przez innych (np. „nigdy nie doswiadczylem molestowania, ale to przeciez jest przyjemne jak się tobą osoba płci przeciwnej interesuje”, „weź się w garść i zacznij coś robić, depresja to nie choroba”).

Smutne jest to, że na takich ludzi – dorosłych – edukacja, tłumaczenie i wyjaśnianie nie działa. W większości przypadków działa jedynie zastosowanie na nich tego, co oni stosują na innych ludziach – np. ktoś dyskryminujący na codzien budzi sie dopiero, jak zakosztuje na codzień życia osoby dyskryminowanej. Albo: ktoś całe zycie wyśmiewający się z osób otyłych i uważający ich za leni („nie żryj tyle to nie będziesz gruby, ja się zdrowo odżywiam i jestem chudy) sam tyje, bo zapadł na jedną z chorób, do której leki powodują zmianę gospodarki hormonalnej i zanim zauważył, zrobił się gruby. Teraz na codzień moze zasmakować życia osoby, która jest wyśmiewana, pogardzana i poddawana ostracyzmowi.
Dopiero takie doświadczenia powodują zmianę myślenia w zakutopalcach.

A teraz ironia w całej tej sytuacji: każde zdrowe ludzkie dziecko rodzi się z ogromną ciekawością otaczającego świata, ono łaknie wiedzy o rzeczach, których nie zna (rodzice znają te niekończące się korowody pytań „a dlaczego…” etc.). Reakcja strachu bądź/i agresji na nieznane jest reakcją nabytą. To od rodziców i otoczenia dziecka zależy, czy jego defaultową postawą wobec świata będzie strach czy agresja, czy ciekawość.
Pomyślcie o tym, rodzice…

Napisane przez: futrzak | 29 października 2017

Najlepszy transport w mieście…

Obserwacje z kilkudziesieciokilometrowej wycieczki rowerem elektrycznym (z czego spora część ulicami miasta w ruchu samochodowym, bo sciezek rowerowych niet):

– samochody notorycznie zajezdzaja droge MIMO TEGO ze start ze stopu mam dokladnie w takim samym tempie jak samochod spalinowy;
– w zajezdzaniu przoduja zawodowcy: teksówkarze oraz rozwoziciele żarcia na motocyklach;
– na baterii litowej o pojemnosci 0,36 kilowatogodziny da sie spokojnie zrobic 70-90 km na jednym ładowaniu, wliczajac w to kilka sporawych górek;
– rower elektryczny (a przynajmniej model urban bike) jest znacznie mniej zwrotny i ciezszy niz normalny, do jazdy po chodniku i nawigowania miedzy pieszymi nie nadaje sie;
– po rozładowaniu baterii spokojnie mozna pojechac dalej z napędem mięśni wlasnych, ale pod dużą góre to juz sie raczej nie wjedzie.

To jest najlepszy transport w mieście – a przynajmniej w takim miescie, w ktorym deszcze nie leje non stop i nie pizgaja śnieżyce. No, ale infrastruktura też musi być, bo jednak wymuszanie pierwszenstwa na rowerach to chleb powszedni tutaj, niestety :-/

Napisane przez: futrzak | 26 października 2017

Wybory parlamentarne w Argentynie

Wpis na prośbę stałych czytelników :)

No więc, rzeczone wybory odbyły się w niedzielę. Kirchneryści przegrali w najwazniejszej prowincji kraju – Buenos Aires. Partia Cambiemos (czyli partia urzędującego prezydenta Macriego) wygrala w 13 z 23 prowincji oraz w kapitalu.
Oznacza to, ze makryści nie maja większości w zadnej izbie – ani w senacie ani w nizszej. Z drugiej strony, sa w tej chwili największym blokiem w kongresie. Będzie sie działo, bo zeby przepchac jakiekolwiek zmiany, będą musieli wejsć z kims w koalicje i targowac sie.

A sytuacja w kraju po 2 latach rządów Macriego jest łagodnie mówiąc mało ciekawa. Po zniesieniu ograniczen walutowych i celnych rozszalała się inflacja. Masowe zwolnienia pracowników z sektora panstwowego pociagnely za sobą strajki i niezadowolenie, a zniesienie barier chroniących lokalną produkcję też nie wyszło ludziom na dobre.
Macri zapowiedzial reformy sytemu podatkowego, prawa pracy i edukacji – narazie jednak nie ma zadnych konkretow.
Media mainstreamowe się ciesza, bo będzie „business environment improvement” i w ogole, aj waj, jak pięknie, peso sie umocnilo, emitujemy więcej bondów, rynki reagują pozytywnie. Stara śpiewka.

Tymczasem trup se w szafie leży: dwucyfrowy deficyt. Nowy szef banku centralnego Federico Sturzenegger przystąpił do tłumienia inflacji metodą podnoszenia interest rates – co jak wiemy z USA we wspolczesnym systemie finansowym NIE DZIALA.
Bank chwali sie podniesieniem rezerw dolarowych – z 25 miliardów (ktore Macri odziedziczyl po rządach kirchnerystów) do ok. 48 miliardów. Piknie, ale zostały one zwiększone poprzez nadmierną emisję peso, które potem musiały zostać „wysterylizowane” poprzez emisje bondów z bardzo wysokimi interest rates, co z kolei pociągnelo za sobą wzrost długu z 28 miliardów dolarów do 58 miliardów – i suma ta cały czas rośnie.
Taka polityka powoduje ograniczenie dostępności kredytów dla zwyklych przedsiębiorców, a z drugiej strony jest nie do utrzymania na dluzszą metę – bo przeciez wyemitowane bondy trzeba obsługiwać, a przy takim oprocentowaniu w koncu skonczy sie kaska i będzie bankructwo.

Scenariusz ów Argentyna ćwiczyła w 2001 roku, Macri idzie dokładnie w tą samą stronę – wprowadzania wolnorynkowych reform. Od strony ekonomicznej Cambiemos to są po prostu neoliberałowie – etykietka „centroprawicowa partia” przyczepiona im przez zachodnie media to jest jakiś joke.

No ale muzyka nadal gra, krzesła stoją puste. Jak muzyka się skonczy, to krzeseł napewno nie starczy dla zwyklych ludzi…

PS:
ciezko powiedziec, co kirchnerystom poszło nie tak – napewno przyczyniła się do tego kampania Kryśki, która objeżdżała kraj i…straszyła Macrim. Zabraklo jej pozytywnego przekazu. Z kolei Cambiemos, z drugiej strony, płyneło na fali obiecanek-cacanek, ze będzie cud miod i malina i dobrobyt dla wszstkich, niech no tylko uda im sie zdobyc większość w parlamencie. Jak widać obiecanki doskonale podziałały na wyborców najludniejszej prowincji oraz kapitalu…

Napisane przez: futrzak | 26 października 2017

A tymczasem w Polsce….

Taki oto pomniczek powstał w Ząbkowicach Śląskich, z inicjatywy lokalnej Akcji Katolickiej i wikarego księdza Marka Zołoteńkiego z parafii pw. św. Anny, który dziś jest proboszczem wałbrzyskiej parafii Matki Bożej Częstochowskiej. Pomniczek ma służyć upamiętnieniu dzieci poczętych i nienarodzonych, które zostały zamordowane w zbrodniczych aborcjach:

Nie, to nie photoshop, to sie zdarzyło naprawdę….

PS:
Nie, nie da się tego zwalić na PiS. Pomnik powstał 7 LAT TEMU.

Napisane przez: futrzak | 25 października 2017

Co się polepszy, to się popieprzy

Coraz bardziej rozumiem ludzi, którzy wolą mieć swój dom, a nie apartamą w bloku/osiedlu.

W domu, jak się coś zepsuje, to naprawa należy do nas. Nawet jeśli dom jest wynajmowany, to dogadywanie się i naprawy są na linii wynajmujący-właściciel. Jeśli właściciel jest rozsądny, wszystko daje się polubownie załatwić.

A w apartamentowcu? Gówniana administracja to jest problem kompletnie nierozwiązywalny. Mieszkanie, w którym obecnie mieszkamy było fajne przez 2 lata, a teraz…ponieważ zbliża się okres lat dziesięciu, po którym gwarancja na wiele rzeczy ekspiruje, administracja stara się wymigać od czegokolwiek i pozorować naprawy.

Weźmy dach. Przeciekał, akurat nad mieszkaniem, które wynajmujemy. Sobie ciekło, pleśń rosła. Po monitach przysłano ekipę naprawiającą. NIBY naprawiła, woda przestała się lać, ale pleśń jak była, tak była. Właścicielka na swój koszt przysłala malarzy/tynkarzy, zeby to załatwili. Przyszli, wyczyścili, położyli nowy tynk i…. gówno, okazało się, ze tynk nie schnie. Poszli na dach, odgarnęli żwir (dach jest płaski, jest tam parilla i taras wysypany żwirkiem) i co się okazało? Ze administracja nic nie naprawiła, nie położono membrany, nic – zwykła farbą tylko pomalowano kawałek dachu i ściany – ot tak, zeby laik, co sie nie zna, nie potrafił odroznic a zeby wydawalo mu sie, ze cos zrobiono….

Podobna historia z cisnieniem wody w instalacji. Od jakiegos pół roku cisnienie zaczeło skakać. Wchodzisz pod prysznic, odkręcasz wodę, na początku leci, potem coraz słabiej, ledwie ciurka, czasami w ogole przestaje lecieć i trzeba czekać minute, czasem kilka, zeby sie cisnienie wyrównalo i zaczelo znowu lecieć. Zgłaszaliśmy to, a jakze. Administracja przyslala hydraulika, ktory przyszedl, stwierdził ze cos tam bylo zle wyregulowane, poprawil, poszedl. Przez tydzien bylo a-ok, teraz znowu to samo.

Albo domofon. Był zepsuty z rok, tj. raz działał, raz nie, coraz gorzej. W koncu przestal w ogole dzialac. Wlasciciele zalozyli specjalny fundusz, na ktorzy zrzucili sie wszyscy, bo trzeba bylo od nowa robic cala instalacje, a to droga impreza. Zrobili. Działa. Przychodzą następne gastos comunes (opłata na wspólnotę) i co widzę? Placimy miesiecznie, jako odnajmujacy, wyzsza oplatę zeby spłacić ten cholerny domofon.
Niestety, w umowie wynajmu nie ma dokladnej sumy – stoi tylko, ze zobowiazalismy sie placic gastos comunes. Nie ma wyszczegolnienia w jakiej wysokosci i dokladnie za co. Uroczo.

Albo zamek na dole. Zacina się. Od 2.5 roku sprzątaczka monituje administrację. Raz cos tam zrobiono, troche bylo lepiej, potem znowu sie spieprzylo, bo zamka nie wymieniono. Kilka dni temu odbiłam sie od drzwi wejsciowych, bo zaciął się na amen, nie byłam w stanie otworzyć, dopiero Chłop otworzył uzywajac brute force.

A teraz jebana wisienka na torcie: stwierdzilismy, ze mamy juz serdecznie tego wszystkiego dosc i chcemy sie wyprowadzic – no ale kontrakt mamy podpisany do lipca. Cóż sie dowiedzielismy? Ze za wczesniejsze wypowiedzenie umowy musimy zaplacic karę. Karę w wysokości 3 miesięcznych czynszów. A rozwiazanie umowy za porozumieniem stron nie wchodzi w grę, bo przeciez mieszkanie nadal nadaje sie do uzytku, jak coś jest nie tak, to „jest naprawiane”. Czyli, musimy wynajmowac do końca kontraktu, płacąc ogromne pieniądze (bo mieszkanie w dobrym miejscu, NIBY nowy blok, ładny projekt architektoniczny i w ogole, wiecie, z zewnątrz pierwsza klasa i tak dalej) albo pałować się w sądzie nie wiadomo ile o wywalczenie KIEDYS odszkodowania – bo depozyt za mieszkanie wynosi 8 miesięcznych czynszów, więc oczywiście defaultowo nam zablokowanoby depozyt do czasu zakonczenia sprawy sądowej.

Wiecie, co mam teraz ochotę zrobić? Wiecie, czemu już nie dziwię się tez niektórym odnajmującym, co na pożegnanie potrafią nasypać piasku w rury lub zrobić cos podobnego? Tak, ja mam najszczersza ochotę zrobić dokladnie to samo – tym bardziej, ze wszystkie rachunki zawsze placimy na czas, nigdy z niczym sie nie spoznilismy i co? I ch*j.

PS:
I nie, zeby w innych krajach, w ktorych zylam, bylo jakos znacząco różnie. W Kalifornii wynajem od firmy zarządzającej aparatamentami przeznaczonymi na wynajem wygladal podobnie: pilnowali tylko, zeby czesać kupę kasy, a naprawy i maintenance mieli kompletnie w dupie. Jak coś się nie podobalo – wyprowadz się (placac karę jak przed terminem kontraktu) albo pałuj się w sądzie. O Polsce to juz nawet nie chcę sie wypowiadac, bo noz sie w kieszeni otwiera, podobnież o Argentynie.

Napisane przez: futrzak | 19 października 2017

Polskie elity czyli jak się nachapać za frajer

O aferze reprywatyzacyjnej w Warszawie chyba kazdy slyszal. Na światło dzienne, dzięki działalności niezmordowanego Jana Śpiewaka (radnego miasta Wawy, którego juz wielokrotnie pozywano, grozono i chciano zniszczyć) wychodzą coraz to nowe szczegóły, a obraz rysuje się jasny – pod czujnym okiem Hanny Gronkiewicz-Waltz od lat działała sobie mafia, przejmująca za frajer, na podstawie lewych lub żadnych dokumentow, warte dziś miliony grunty i kamienice. Umoczeni są urzędnicy ratusza, pani prezydent, mecenasi, sędziowie, deweloperzy i właściwie wszyscy oni powinni się znaleźć na kratami.

Ostatni rozdział to pani mecenas, córka byłego ministra sprawiedliwości, która w czasie jak ojciec piastowal urząd ministra w rządzie Tuska, weszła w posiadanie kamienicy metodą na „kuratora”. Tyle, ze reprezentowala pana Piekarskiego, który w chwili podpisywania dokumentów nie zyl od 50 lat…

Czy ktoś się jeszcze dziwi, ze PiSowi rosnie poparcie i ze żadne tlumy nie będą gonić pod Sejm w obronie konstytucji i demokracji, pod wodzą tzw. „opozycji”?

No, ale najwyraźniej nowe tzw. „elyty” pilnie się uczą od starych. Oto bowiem państwo ahrystokracja Braniccy zglosili się po swoje dobra – chcą odzyskać sporą część Ursynowa. Furda, że jeszcze przed wojną zadłużona rodzina Branickich zaczęła parcelację i sprzedaż gruntów w celu spłaty dlugów. Zdążyli sprzedać do 1939 roku 1,8 tys. hektarów działek. No ale wiecie, to dobra rodzinne bezprawnie zagrabione przez wstrętną komunę, należą im się…
Ciekawe, czy potomkowie chłopów pańszczyźnianych mogliby się dziś domagać odszkodowania od państwa hrabiostwa za pracę niewolniczą? A moze panstwo polskie mogloby sie domagac zadośćuczynienia za udział w rozbiorach pana Ksawerego Branickiego? No skoro rozliczać się z przeszłości i wyrównywać rachunki, to raz a porządnie?

Zródła:
Warszawska mapa reprywatyzacji
Mecenas, corka bylego ministra przejmuje kamienice „na zmarlego”
Braniccy chca zwrotu czesci Ursynowa

Napisane przez: futrzak | 18 października 2017

#metoo #jateż

Przez polski Internet – również – przetoczyła się akcja #jateż.

Przetoczyła się też gównoburza, w której faceci (ale tez i nieliczne kobiety) usiłowaly ile tchu w płucach i palcach, wszystko i wszystkich zakrzyczeć, unieważnić, wyśmiać i zdeprecjonować.

Tym państwu dedykuję wpis Radka Teklaka. Napisał to, co ja chciałam napisać i zapewne w lepszy sposób.Tak, proszę przeczytać uważnie, zanim ktoś skomentuje u mnie.

Akcja miała sens, bo uświadomiła wielu ludziom, że problem przemocy i molestowania seksualnego jest powszechny i dotyka prawie każdą kobietę oraz bardzo nielicznych mężczyzn. I że jest mnóstwo jeszcze do zrobienia, żeby przestał – o czym świadczą żenujące i idiotyczne komentarze. Bardzo powszechne zwłaszcza w Polsce….

Napisane przez: futrzak | 15 października 2017

Słońce, morze, takie tam nudy

No bo co można robić? To samo co reszta Urugwajczyków, czyli uwalić się na trawie/piasku i wpatrywać w fale, wystawiać pysk do słońca albo łowić. Łowić, łowić…


Czytaj dalej…

Napisane przez: futrzak | 12 października 2017

Na co nam ta demokracja

Bo wlasnie rozmawiam z ludzmi – Polakami z kraju – na roznych forach spolecznosciowych i nawet wsrod osob wyksztalconych, myślących i na poziomie zauwazam niezdrowy trend: podniecają się tą demokracją jak z przeproszeniem nastolatek walący konia. Tak wiecie, na zasadzie sztuka dla sztuki, jakby ta demokracja to jakaś magiczna różdźka była, złoty róg, o który jak już się stoczy bitwę i go zdobęcie, to jednorożce będą srać tęczą i zapanuje wieczny dobrobyt.

Tymczasem umyka im najwazniejsze, a mianowicie:

Forma wladzy w danym kraju to jedno. Podcięcie podstaw ekonomicznych calego spoleczenstwa to drugie. Jesli ma miejsce to drugie, to forma wladzy nie ma wiekszego znaczenia – co najwyzej twor zwany panstwem dluzej pociagnie na bagnetach wbitych w dupę ludzi – ale cudow nie ma.

I teraz – uwaga – chwila skupienia.

Ekonomia kilkudziesieciomilionowego kraju, oparta o uslugi i dobra luksusowe dla jednego procenta elity, jest unsustainable, niezaleznie od tego, czy panuje demokracja czy monarchia czy dyktatura. Zwiazek Sowiecki zawalil sie z powodow ekonomicznych. Chiny urosly w sile, bo w odpowiednim momencie zmienili zasady, na jakich oparli swoją gospodarke (przy jednoczesnym zachowaniu dyktatury partii).
Arabia Saudyjska, mimo spania na niebotycznej kasie przez dekady, jest dzis w czarnej dupie, bo budzet jak mieli oparty prawie w całosci o dochody z ropy, tak nadal mają, podczas gdy cena ropy poleciala na pysk.

Demokracja to jest fajny ustroj, jesli ma sluzyc do kontrolowania oligarchii i przycięcia ich zapędow. Ale demokracja sama w sobie, bez rozsądnej polityki gospodarczej, gówno jest warta. Podobnie z dyktaturą czy monrachią – magicznie nie zapewni niczego i ja sie dziwie, skad w ogole niektorym takie przekonania przychodza do glowy.
Jak sie uwali podstawy gospodarcze, to naprawdę, zmiana ustroju nic nie da.
A Polska w tej chwili dzielnie zmierza w strone upieprzenia sobie mozliwosci rozwoju gospodarczego. Od 3 dekad polskie rządy nie rozumiały i nie wiedziały, o co caman. Potem wydawalo im sie, ze samo wstąpienie do UE bedzie jakims złotym rogiem, co to sam spuści i zyszczy.

Teraz sa następne rządy, ktore znow toną w niekompetencji i brak im jakiejkolwiek wizji rozwoju gospodarki kraju. Ale i tak najgorsze jest to, ze ludzie, w swojej masie, nie wiedzą o co chodzi i nadal toną w sporach o jakies gówna i potrafią sie przypieprzyć do poszczególnych protestujacych grup, ktore to grupy wskazuja na psucie systemowe panstwa.

…i wlasnie dlatego mówie, ze Polska ma gówniana przyszlosc. Dopóki bowiem nie zmieni się mentalność przeciętnego wyborcy, dopóki nie zrozumie on, że ma na coś wpływ, że ma prawo domagać się konkretów w zamian za swoje podatki – ba, dopóki nie zrozumie, że bez podatków i kontroli ich wydawania nie będzie fajnego państwa – dopóty… będzie tak jak dziś. Albo gorzej.

Napisane przez: futrzak | 8 października 2017

O sposobach rekrutacji

Zastanawiam sie od jakiegos czasu dlaczego w polskich ogloszeniach o pracę nie są podawane widełki płacowe? Na w miarę normalnym rynku wygląda to mniej-więcej tak, ze jak jest rynek pracodawcy, to widełki znikaja (kazdy ma nadzieje na zlapanie zdesperowanego pracownika za jak najmniejsza mozliwa stawke, ktora chca negocjowac juz po calym procesie rekrutacji); jak jest rynek pracownika, to widełki są na ogół podawane. Do tego dochodzą benefity — i nie mam tutaj bynajmniej na myśli benefitu typu „karta multisport”. W Polsce w tej chwili wszędzie trąbi się, że jest rynek pracownika, ponoć w okolicach Warszawy bezrobocie 2%, pracodawcy dramatycznie opisują, jak to brak im rąk do pracy, nie da się nikogo znaleźć etc. Ale jak spojrzeć w ogloszenia, widełek w wypadku wykwalifikowanej pracy na etat nadal nie ma. Ciekawe dlaczego? Wczoraj jedna rekruterka tłumaczyła mi, że to z powodu „mentalności Polaków, ktorzy wypisuja głupie komentarze”. O RYLY? Czy państwu rekruterstwu nie przyjdzie do głowy, ze podawanie widełek po prostu OBU STRONOM OSZCZĘDZA CZAS? A moze chodzi o to, ze jawność stawek wymusza ich podwyższanie? Bo jak jedna firma się wyłamie i poda normalną stawkę, to pies z kulawą nogą nie zainteresuje się tymi, co oferują nędzne grosze? Bo jak w ogłoszeniu pojawi się stawka, a ludzie w tejże firmie pracujący kilka lat i robiący to samo, zarabiają grosze, to będą domagać się podwyżki?

Jak dla mnie ukrywanie oferowanej płacy jest niepoważne. Wyobraźcie sobie, ze macie firmę i negocjujecie kontrakt, ale nie macie pojęcia ile wam zapłacą. Proszę ułożyć sobie ofertę i stracić x dni czasu zanim dowiecie się, że oferowana stawka jest śmiesznie niska, i że gdybyście wiedzieli na początku, to w ogole nie marnowalibyście swojego czasu na takiego kontrahenta. Prawda, że absurdalne? To czemu w stosunku do pracowników uważa się to za postępowanie fair i jeszcze nawija jakiś makaron na uszy?

Older Posts »

Kategorie