Napisane przez: futrzak | 28 Maj 2015

O stałości zatrudnienia

Kilka notek temu pisałam o amerykanskim sposobie robienia czegokolwiek: get the plan and stick with it.

No mozna se planować, a życie sobie. Oto bowiem wczoraj oznajmiono mi, ze od jutra nie pracuję w firmie, w ktorej pracowałam 2 lata. Ot, uroki zatrudnienia na kontrakcie i „at will” – czytaj firma może ci wypowiedzieć umowe z dnia na dzień i nic im nie zrobisz.

Nie do konca wiem, o co chodzi.
Oficjalny powód to oczywiście słynny reorg. Zawsze tak się mowi.
Tutaj ponoć wlasciciel i CEO wpadli na pomysl reorganizacji takiej, zeby ulepszyć dział QA. W ramach tego ulepszania zwolnić QA managera, a szeregowych testerów przenieść do działu programistów i kazać im raportować bezpośrednio do dev leads.

Owszem, pracowałam kiedyś w firmach, w ktorych struktura była płaska: programiści mieli swoich dev leads, testerzy swoich qa leads. Jedni i drudzy raportowali bezpośrednio do director of engineering. To ma szansę działać, o ile w rolach leads obsadzeni są doświadczeni ludzie, wykonujący oprócz swojej zwykłej roboty (programowanie, testowanie) też pracę zarządzającą (czyli project managera).

Niestety, w tejże firmie tak nie jest. Z pięciu osób, którymi zarządzałam (team w Indiach na szczescie raportowal do kogo innego…) tylko jeden jest bardziej doświadczony (pracuje w firmie od początku czyli od dziesieciu lat). Ale on jest na wylocie, bo wreszcie skończyl szkołę i juz nawet obwieścił, ze odchodzi, bo znalazl pracę admina etc.
Pozostałe osoby to co prawda inteligentni i ciężko pracujący testerzy, ale naturszczyki. Zaden nie ma wyksztalcenia kierunkowego czy nawet zblizonego, zostali awansowani z działu supportu rok temu. Produkt znają doskonale, ale jeszcze trochę im brakuje, żeby udźwignąć ogarnianie projektów, szacowanie ryzyka, obmyślanie strategii testowania przy ograniczonym czasie i środkach, komunikację z resztą działów etc. Nie mówiąc o tym, że żaden nie zna unixa (3/4 produktów firmy działa na serwerach linuxowych i tutaj to ja im testkejsy pisalam krok po kroku, zeby jakos to szło). Z kolei chłopak robiący automatyzację nie jest zainteresowany niczym więcej, jak skryptami i ich pisaniem..

Także, czarno widzę.
Nie sądzę, aby powodem zwolnienia był mój własny performance – w takiej sytuacji byłyby znaki ostrzegawcze oraz szef nie oferowałby się, że mi zapewni referencje.
O co więc chodzi?
Koncepcje mam dwie.
1. Kasa.
Zbliza sie koniec roku finansowego, a wraz ze mna wypowiedzenia dostaly jeszcze 3 osoby. Moze te pensje brakowały do zamknięcia bilansu, cholera wie.
2. Maja kogoś na moje miejsce.
Nowo zatrudniony director of eng przyszedl z firmy, z którą odnowiono niedawno więzy biznesowe, stamtąd przyszedł też CEO. Bardzo możliwe, ze chcą stamtąd ściągnąć i qa managera, więc trzeba było dla niego zrobić miejsce…
3. Ktoś upadł na głowę…

Jak było, dowiem się może za jakiś czas. Kontakty pozostają, a ludzie rozmawiają.

Tak więc szukam znowu pracy. Jeśli ktoś-coś, to proszę o kontakt.

Napisane przez: futrzak | 26 Maj 2015

Mityczna Krzywa Laffera

Polecam do przeczytania ze zrozumieniem tenże tekst.

Krzywa Laffera. Legendarny mechanizm przywoływany przez konserwatystów z całego świata broniących się przed podwyższaniem podatku. Koncept, z której ma wynikać, że zbyt wysokie podatki zniechęcają ludzi do pracy i prowadzą do spadku dochodów budżetowych. Najbardziej znany i zaprzeczający popularnej intuicji argument przeciwko podwyższaniu podatków w celu zwiększenia przychodów.

Fakty są jednak inne. Liczba dowodów na potwierdzenie istnienia krzywej Laffera jest znikoma. Historia jasno pokazuje, że obniżenie podatków nie zwiększa przychodów. Krzywa Laffera to jedynie idea polityczna służąca do uzasadniania obniżek podatków dla najbogatszych. Badacze gospodarek potwierdzają — nie ma ona podstaw.

Oryginał: http://whistlinginthewind.org/2012/09/07/the-mythical-laffer-curve/;
tłumaczenie: Jarosław Hirny-Budka;
dalsze rozpowszechnianie i cytowanie dozwolone za podaniem źródła oryginalnego i tłumacza.

Napisane przez: futrzak | 25 Maj 2015

Wurw komputerowy, niesmaczny i niezdrowy

I znowu mam ochotę wyp* za okno wszystkie komputery.

Bo nie mogę zdjęć zgrać z aparatu.

Piździk (Asus Transformer z win 8.1) najnormalniej w świecie po prostu aparatu nie widzi, i co mu zrobisz?? (nic – wiele ludzi już ten problem miało z win 8.1, chwilowo nie mam siły z tym gównem się szarpać).
Stary laptop HPeka z Win 7 też aparatu nie widzi, a karty wsadzić się nie da, bo slot nie pasuje..

A do makówy jak wsadzę kartę SD to automatycznie odpala się iPhoto, które niestety zawiesza najpierw siebie, a potem cały kernel task i zostaje tylko reboot. Próby rebuild library nic nie dają (start z option command, co ma manu odpowiednie wywołać, też powoduje wieszanie); zmiana konfigu, zeby iPhoto automatycznie NIE startowalo przy wsadzeniu karty wymaga niestety odpalenia iPhoto :-/ — no chyba, że ktoś mnie oświeci jak zrobić to z poziomu terminala.

Update:
z poziomu terminala najwyrazniej nie da się. Mozna odistalować iPhoto czyli wywalić do kosza i to pewnie jest najlepsza opcja :)

Napisane przez: futrzak | 23 Maj 2015

Mercado del Puerto

sławne odwiedziliśmy dziś. W każdym przewodniku jest to atrakcja pod tytułem cannot miss.

Mieści się w budynku starego targu portowego. Miejsce w istocie klimatyczne i bardzo sympatyczne, w weekendy odgrywa rolę centro gastronomico y cultural. Niestety, roli owej towarzyszy również inna, zwana złupimy naiwnego turystę z ostatniego grosza.

Czytaj dalej…

Napisane przez: futrzak | 22 Maj 2015

Amerykański sposób na robienie czegokolwiek

Get the plan and stick with it.

Jak to słyszę, to cos mi sie wywraca w żoładku, a maly kotek zaraz umiera przy drodze.
Ta wiara, wiara że jak coś zaplanujesz, każdy krok na każdy dzien, godzine, minute, posiłek, ćwiczenie – że ten plan będzie miał magiczną moc motywacji i sprawstwa.
A jak nie zaplanujesz, to nigdy nic nie zrobisz, bo przeciez bez planu to jesteś jak pijane dziecko we mgle, napewno wpadniesz pod samochód, umrzesz jutro albo wdasz się w niewłaściwe towarzystwo….

Nie, nigdy nie rozumiałam i nie zrozumiem tej części mentalności amerykańskiej. O zgrozo, przenosi się ona i rozsiewa wraz z tanimi poradnikami i wszelakiej maści kursami udoskonalenia zawodowego, treningów well being i tym podobnych.

Straszne. Bo człowiek to taki chomiczek w kieratku, prawda, musi sobie kieratek zaplanować, ustawić, wprawić w ruch i jak zrobi pierwszy krok to nie ma odwrotu – musisz biec aż do upadłego, bo właśnie dokładnie to – przestajesz, to upadniesz, a rozpędzone koło wyrzuci cię na brzeg historii i wkręci w szprychy, połamie kości i na koniec odgryzie łeb.

I ludzie sami sobie zgotowują ten los. A potem są miauki, że nie ma radości życia… nie ma spontanu…że nic się nie chce, że chodzę w kieracie, mam wszystkiego dość, coś wyssało ze mnie wszystkie siły… lekarstwo? Tak jest, zaplanuję swoje wyzwolenie, krok po kroku, MUSI się udać….Just get the plan and stick with it….

SzczurGlowa

Mnie osobiście w zupełności wystarcza, że planowania mam aż do rzygu w pracy i co, mam jeszcze sobie dokładać więcej tego zuego w czasie wolnym, w swoim własnym życiu??? No thank you.
Jak coś lubisz, sprawia ci owo radość, to znajduje się motywacja i zdolności organizacyjne, mimochodem. Po co jakakolwiek konkurencja i ściganie sie? Robisz to dla siebie, prawda? Nie trzeba sobie wmawiać dziecka w brzuch i zmuszać się do każdego następnego kroku. It’s that simple. A jak sie zmuszasz, to nie robisz tego dla siebie.
To, co każdy musi robić, to zarobić na chleb i dach nad głową. Inaczej się w dzisiejszym świecie nie da. Ale poza tym? Po co wsadzać ogon w szprychy i biadolić potem, ze trzeba biec za kołem, bo ogon urwie…?

PS:
Mam na aparacie zdjęcia z dwóch tygodni, zdjęcia których nie zrzuciłam na kompa, bo jedyny sposób to zrzucenie na piździka. A obrabianie zdjęć na 10 calowym dotykowym sprzęcie to jak próby przyszycia oderwanego guzika za pomocą widelca. Głupiego robota, prawdaż, a motywacja też niewielka, bo jak publikuję jakieś zdjęcia, to pies z kulawą nogą nie komentuje i oglądalnośc niewielka… sama dla siebie to przewalam na pendrajwa i już, jest dostępne pod ręką…

Napisane przez: futrzak | 21 Maj 2015

Jak NIE należy sie odchudzać

Zaczynamy od zakupu za prawie darmo na targu kilograma sczernialych na zewnatrz bananów. W środku są one jeszcze calkiem dobre, ale nalezy je zjesc DZIS.

Potem przez następne 2 godziny zastanawiamy się, co z nimi zrobic. Dochodzimy do słusznego wniosku: pizgamy do michy, rozgniatamy na papkę widelcem. Wbijamy 4 jaja, roztrzepujemy. Lekko solimy, dorzucamy sporo gałki muszkatołowej oraz slodkiego (albo nie, jak kto woli) kakao.
Konstytencja w tym momencie jest półpłynna, więc trzeba concoction zagęścić – najlepiej skrobią. Ja użyłam tej z mandioki (manioku) bo akurat miałam pod ręką, ale każda zadziała tak samo, jak to skrobia.
Dorzucamy tyle, żeby konsystencja przypominała rzadki budyń.

Paćkę nakładamy stołową łyzką na rozgrzany tłuszcz na patelni – nie za duże porcje, bo to miękkie i za łatwo nie przewraca się.
Potem żremy. Raz z dżemem, raz ze śmietaną, a i z salami prawdaż, smakują znakomicie.

Żremy, aż nie padniemy – bo takie dobre.

Następną godzinę spędzamy na kanapie kontemplując przeżarcie oraz termin ewentualnego odchudzania się. Wypada, jak zwykle, jutro, prawdaż :)

PS: dla zapalonych początkujących kucharzy: przykro mi, ale ilości odmierzanych nie podam. Gotuję, jak ten chłop, co w szpitalu umarł: na oko :)
W ogole miarki i wagi w kuchni to sorry, ale wynalazek ostatnich dekad. Któraż to gospodyni miała w domu wagi aptekarskie??? A jakoś sobie radziły, prawda?
Tak więc, drogie dzieci, uczta się gotować po staropierdawnemu :) praktyka czyni mistrza :))))

Napisane przez: futrzak | 19 Maj 2015

Bankowy troll

Pisalam juz wczesniej o Polakach umoczonych w kredytach.

Że zachowują się nieracjonanie, że ludzie są strasznie agresywnie nastawieni jedni do drugich.
Wyjaśnieniem tejże sytuacji po części jest niniejszy tekst.

Polecam zwłaszcza spis mesydżów. Brzmi baaaardzo znajomo, nieprawdaż?

PS: i jeszcze cytacik na dziś, przeuroczy: How to join the 1% : start by choosing the right parents

Napisane przez: futrzak | 18 Maj 2015

Z cyklu: muszę, bo się uduszę

Czlowiek moze uciekac od korporacyjnej mentalności, ale to się przenosi szybciej, niż najbardziej zjadliwe wirusy eboli i innych takich.

No bo jak? Firma zatrudniajaca nie wiecej niz 50 pracownikow (etatowych muahaaaa bo ile zatrudnia na zasadzie outsourcingu w Am Pd – to wie tylko księgowość…) i ma taki dysfunkcjonalny dzial IT, ze szok.

Dopominam sie juz trzeci tydzien o durny shell access do testowych serwerow. Tak, dobrze panstwo slyszą: TESTOWYCH a nie do środowiska produkcji. Do tego ostatniego zreszta, gdyby nawet ktos mi ofiarowal od zaraz root access, to kombajnem nie zaciagnie, oj nie.
No ale jako manager działu QA to takie dziwne, ze chcę miec shell access do serwerów pod linuxem i możliwość ich administracji??? To, że mam trzeciego director of engineering w ciągu roku nie pomaga niczemu, bo każdy nowy zaczyna od zera, i jak już-już sie zorientuje, w jakie bagno wdepnął, to sp*
Tak, klasyka gatunku: magiczne przejscie od małej prywatnej firmy-startup do czegos, co sie rozrasta, urosło (albo mu się zdaje buahaaaa) i chce na giełdę. Da sie zrobić, spoko ale…NIE ZA TAKĄ KASĘ.

Ja się nie dziwię. Ja ten chlew testuję i usiłuję ogarnąc od dwóch lat. Większego syfu to dawno nie widziałam, ale coż. Jak zwykle kasa rządzi i niech się jakims początkującym programistom nie wydaje, że…. Jak zaczynałam, to miałam pomysły, robiłam z nosem przy monitorze, tony bugów i te rzeczy. Po pół roku, jak zobaczyłam, ze psa z kulawą nogą to nie interesuje – why the fuck should I care?
Jest jak jest. Ale nawet mnie, z moim stoickim zen (sie czlowiek dorobił w nerwowej branzy po kilkunastu latach, nie?) szlag dzisiaj trafił dokładnie i centralnie.

Bo wicie rozumicie. CEO firmy z pretensją, że GDZIE jesteśmy z testowaniem XXX – przecież poszło do testowania miesiac temu?
– A ja na to jak na lato. A gdzie moje środowisko testowe? Od MIESIĄCA w kazdym raporcie, na każdym meetingu trąbię, że nie ma, że show stopper etc. I co? Nic.
Moje warunki są proste: albo mi dacie dostęp i sama sobie będę (do spółki z developerami) administrować, a jak nie – to WY róbcie, ale tak, że ma być na czas.
I co? I gówno. Bo wicie, rozumicie, czekam juz trzeci tydzień na rzecz zdawałoby się prostą: przewalenie danych ze środowiska produkcji na serwery qa. WTF????

Zatrudniono tak ze dwa miesiące temu director of IT. I czym sie ten dureń zajmuje? No robieniem tabelek w Microsoft Project i wpisywaniu i planowaniu, i przewidywaniu. A jak podstawy leżą odłogiem (ale naprawdę podstawy: serwery produkcyjne się wyp* średnio z raz na tydzień, prawdaż…) – tak leżą dalej.

Ok, ja dużo mogę zrozumieć. Nie mają kasy, nie mają sprzętu ale – please – coś, co już dawno zostało zrobione, rozwiązane i przetrawione – WTF????
Ok, być może ja jestem ofiarą sex discrimination i jakiejś tam babie (tak, jestem jedyną w dziale eng kobietą) nic nikt nie powie… ale dzięka bogu mam prywatne kontakty wśród reszty zespołu. I co? Kupa.

******

A teraz, proszę państwa, proszę misia pocałować w d.
Chcecie wiedzieć, skąd się wzieło powiedzenie, że ryba psuje się od głowy? Właśnie stąd. Mozesz miec genialnych pracownikow, ale jesli szef jest młotem skończonym, gluchym na cokolwiek, to prędzej czy później rozsądni ludzie uciekną, a on zostanie zwolniony na końcu.

Napisane przez: futrzak | 17 Maj 2015

Dlaczego nie mogę mieć ważnego paszportu polskiego

Kiedyś, gdy próbowałam załatwić tę sprawę pisałam dlaczego, ale było to dość mocno skrótowe.

Dziś będzie wersja pełna, oficjalna, z zacytowaniem stosownych dokumentów – po to, żeby mieć gdzie odsyłać kolejnych pytających, których zresztą wraz z nadciągającymi wyborami coraz więcej.

***

Dawno temu wyemigrowalam do USA, tam wyszlam za mąż, zmieniłam nazwisko i uzyskałam amerykańskie dokumenty tożsamości (SSN, prawo jazdy, permanent residence etc.). Ponieważ paszport polski nadal mialam na stare nazwisko, generowalo to za kazdym razem klopoty i koniecznosc tlumaczenia sie przed urzednikami celnymi podczas przekraczania granic. Paszport stracił ważność w 2001 roku, uznalam więc, ze jest to dobra okazja do zmiany nazwiska rowniez na paszporcie – tak, aby wszystkie dokumenty, ktorych uzywam, byly na to samo nazwisko.

No problem. Wniosek, zdjecie, stary paszport, kopia marriage certificate (aktu małżeństwa) tlumaczona notarialnie – i już. Po jakimś miesiącu dostałam drogą pocztową nowy paszport na nowe nazwisko z dołączonym starym (anulowanym).

Lata płyneły, życie tez, rozwiodlam sie, mój eks-maużonek znikł z horyzontu zdarzeń. Nadszedł rok 2011, pszport wyekspirował mi znowu, więc ok – wysyłam wniosek o odnowienie. A tu ZONK.
Cóż się okazało?

Kilka lat temu, 13 lipca 2006 roku została wprowadzona nowa ustawa o dokumentach paszportowych.

Wedle nowego rozporządzenia wykonawczego do tej ustawy, ponieważ zmieniłam nazwisko, która to zmiana nastąpiła z powodu zawarcia związku małżeńskiego, musze ten związek najpierw „umiejscowić” zebym mogla w ogole paszport odnowic. Co jest potrzebne do „umiejscowienia”? Oto lista:

– Wniosek o umiejscowienie aktu małżeństwa
– Akt małżeństwa (oryginał lub kopia poświadczona przez Urząd wydający akt – Konsulat przyjmuje jedynie odpisy zupełne, nieakceptowane są odpisy skrócone, tzw. „Abstract”)
– Klauzula Apostille do aktu małżeństwa wydana przez Urząd Secretary of State
– Tłumaczenie aktu małżeństwa na język polski
– Akt urodzenia małżonka
– Tłumaczenie aktu urodzenia małżonka (jeśli akt wydany poza Polską)
– Akt urodzenia małżonki
– Tłumaczenie aktu urodzenia małżonki (jeśli akt wydany poza Polską)
– Protokół o wyborze nazwisk po zawarciu małżeństwa
– Podanie o sprostowanie/uzupełnienie aktu małżeństwa
– Pełnomocnictwo współmałżonka(-i) na umiejscowienie aktu małżeństwa.
– Kopia ważnego dokumentu tożsamości wnioskodawcy (paszport, prawo jazdy, dowód osobisty)
– Opłata konsularna $113 lub $154 w zależności od liczby sprawdzanych tłumaczeń
(gotówka, money order lub cashier’s check wystawiony dla „Consulate General of the Republic of Poland” – Konsulat nie przyjmuje czeków osobistych)

I tu poległam.
Przeszkoda urosła w związku z faktem, że z eks-maużonkiem nie utrzymuje kontaktu od wielu lat, nie wiem nawet gdzie obecnie przebywa/mieszka.

Akt urodzenia maużonka co prawda posiadam, ale został on wydany x lat temu, co dla polskiego urzędu jest nieakceptowalne – musi być nie starszy, niż 3 miesiące. Dlaczego – nie wiem. Tak jakby dane o urodzeniu zmienialy sie co trzy miesiace, prawda?
Nowego aktu urodzenia urząd amerykański mi nie wyda, bo JUŻ nie jestem rodziną (wszak się rozwiodłam).
Ale to jeszcze nic. Skąd i jak mam pozyskać protokół o wyborze nazwisk (wymaga podpisu obu maużonków) oraz pełnomocnictwo współmaużonka na umiejscowienie aktu małżeństwa???

Niestety, odpowiedzi na to pytanie nie uzyskałam od polskiego konsulatu w USA. Moje emaile zostały zignorowane, próby kontaktu telefonicznego konczyly sie odsylaniem po różnych numerach oraz odsyłaniem do oficjalnego spisu dokumentów i stwierdzeniami „takie jest prawo”.

W 2011 roku wrocilam do Polski na 3 miesiące i próbowałam załatwić tę sprawę w urzędach w różnych miastach. Skutek dokładnie zerowy. Wzruszenie ramion i „nie wiem, co mogę pani poradzić. Takie są przepisy, musimy się ich trzymać.”

Tak więc jestem obywatelem polskim*, ale nie mogę mieć ważnego paszportu ani dowodu osobistego. Co więcej, nie mogę w Polsce przebywać legalnie dłużej, niż 3 miesiące, ani nie moge legalnie pracować. Dlaczego? Otoż wjezdzajac na paszporcie amerykanskim, moge przebywać w strefie Shengen (do której Polska wszak nalezy) 90 dni. Powyzej tego czasu powinnam wystąpić o wizę. Wizy tej, jako obywatel polski, nie otrzymam – przeciez jestem obywatelem a obywatelom nie wydaje się wiz!!! A ze nie moge miec zadnego waznego polskiego dokumentu – no one cares.
Debil, który uchwalał nowelizacje w/w prawa najwyrazniej nie pomyslał o przypadkach takich, jak mój. Niewazne, ze w podobnej sytuacji sa tysiące Polaków. Najwyraźniej wladzom polskim jest to na rękę – tym bardziej, że przeciez Polak rezydujący poza granicami kraju bez ważnego paszportu nie może glosować w wyborach powszechnych.

* — obywatelem jestem, poniewaz nawet gdybym chciala sie zrzec obywatelstwa, to nie moge, ze wzgledu na inny urzedniczy paragraf 22: obywatelstwo moze odebrac tylko prezydent Rzeczypospolitej, przy czym moze on nie rozpatrzeć wniosku w ogole, bez podania powodów i nic go nie zmusza do jakiegokolwiek terminu.

Napisane przez: futrzak | 15 Maj 2015

Urugwaj – porady praktyczne

Dzis o kasie.

Nie ma tutaj dwóch kursów wymiany, jak w Argentynie – oficjalnego i czarnorynkowego, jednakże o pewnych niuansach lepiej wiedzieć, niż nie wiedzieć.
Dotyczy to zwlaszcza osób zarabiajacych w innych walutach niż urugwajskie peso oraz turystów.

Otóż: bardziej opłaca sie na miejscu wyciągnąc z bankomatu dolary (jeśli ktoś ma konto w tej walucie) a potem pojść wymienić je na peso w kantorze, niz od razu wyciagać z bankomatu peso.

Po pierwsze: przelicznik kursu bankowy jest znacznie gorszy niz kantorowy (banki mają bandycki spread).
Po drugie: jednorazowy limit wybrania z bankomatu wynosi w dolarach 300 USD, a w peso 5000. Przy kursie USD/UYU 1:26 to NIE JEST ta sama ilośc gotówy (8000 peso versus 5000 peso) – ale opłata za użycie obcego bankomatu pozostaje ta sama: 6 USD.
Jeśli ktoś ma konto w banku, ktorego nie ma w Urugwaju, a zamierza w tym kraju być dlużej niż kilka dni i wyciągać pieniądze częściej – sumy zaczynają być znaczące.

W wypadku turystów, jak zwykle – cash is the king.
Nie dajcie sobie wmówić w brzuch cudownych kart kredytowych, czeków podróżnych i innych bankowych pierdół. Banki na międzynarodowych transakcjach i przelicznikach czeszą od maluczkich tak niebotyczną kasę, że aż trzeszczą zęby….

Napisane przez: futrzak | 12 Maj 2015

Dyskusje (a raczej wściekłe wierzgania) wyborcze..

Teksty o tym, ze emigranci „nie mają moralnego prawa” glosowac, to nic nowego. Pojawiają się podczas kazdych wyborów, ktorych wyniki glosowania wśród polonii nie pasują Polakom mieszkającym w Polsce.
Oczywiście, są to głosy równie skuteczne, jak wycie psa na puszczy podczas gradobicia, bo zaraz po wyborach jedynie sluszni Polacy zapominaja o polityce, zapominaja dopominać się, zeby zmienic konstytucję tak, aby odebrać prawo glosowania Polakom mieszkającym poza Polską. Ba, zapominają w ogóle o wszystkim i dają się wodzić za nos jak stado baranów nieświadomych, że są gnane w stronę przepaści..

No, ale wycie jest takie fajne, bo nie trzeba nic robić, a za 4 lata można znowu wyć i zwalac winę na onych co to źle oddali głos, bo przeciez o niczym nie mają pojęcia.

Niemniej…brak moralnego prawa do glosowania to jedno. Przy tych wyborach jednak – wielu znajomym, wydawaloby sie rozsądnym i myślacym – mózg już całkowicie odjęło. Odjęło do stopnia, ze zaczeli wyć na nutę „morda w kubeł, tchórze i zdrajcy, co uciekli z kraju, nie mają moralnego prawa dyskutowac o tym, co się w kraju dzieje”.

Wicie rozumicie – nie mają w/g nich prawa już nawet dyskutować. A w następnym zdaniu wyją, domagając się demokracji i publicznej debaty i nie widzą w tym żadnej sprzeczności.

Normalnie słabo mi. Bezmyslność, strzykanie jadem i durnota wylewają się wszystkimi otworami głowy. W sumie poziom agresji urósł do takiego pułapu, ze nie zdziwilyby mnie wcale zamieszki i demolki w kraju.

Dysklajmer:

1. Proszę nie mówic, ze nie da sie zmienic konstytucji, bo Jaśnie Urzędujacy (jeszcze) prezydent III RP wlasnie podpisal projekt zmiany konstytucji. Cóż sklonilo go do tak niemozliwego kroku? Ot, strach o stolek. Bo ludziska oddali 20% glosow na kontrkandydata, ktory obiecal JOWy…A ze samemu sie bylo przeciwnym JOWom od poczatku a teraz BAM będziemy je na gwałt wprowadzać?

2. Sama jestem za tym, zeby mieszkajacych na stale poza Polską pozbawic prawa do glosowania – ALE razem z mozliwoscią zrzeczenia się obywatelstwa na życzenie i bezproblemowo. Teraz nie ma takiej mozliwosci, niestety (tj. niby jest, ale decyzje musi podpisać prezydent i nie ma zadnego trybu odwolawczego, jesli ma chimerę i NIE podpisze albo wniosek wywali do kosza).

Napisane przez: futrzak | 11 Maj 2015

Ogród botaniczny w Montevideo

Jest wielki, w porównaniu ze sławnym Jardín Botánico Carlos Thays de la Ciudad Autónoma de Buenos Aires czyli ogrodem botanicznym w Baires.
W jednym i drugim niestety palmiarnia zamknięta na głucho :-/

Ten w Montevideo posadowiony jest na skraju ogromnego publicznego kompleksu parkowego Prado, zajmującego aż 106 hektarów.
Nie jest spektakularny, nie nadaje się do klasycznego „zwiedzania”… tam idzie się po to, żeby pobyć. Odpocząć. Wystawić twarz do słońca, pociągnąć mate, pogadać z przyjaciółmi i chłonąć przyrodę..

IMG_0084
Czytaj dalej…

Napisane przez: futrzak | 8 Maj 2015

Dylematy moralne

Z jednej strony jest zakaz tortur i on słuszny jest. Wymuszanie zeznań torturami jest nic nie warte, a cała reszta to sadyzm i zemsta. Nigdy nie wiadomo, kiedy kto i przy czym sie pomyli.

Z drugiej strony: tzw. honor killings – kara wymierzana kobietom za „zbeszczeszczenie” moralne klanu. O ile samą karę jakoś jeszcze można zrozumieć – ale sposób jej wymierzenia już nie. Odpuszczam sobie tutaj rozważania na temat, czy wyjscie dziewczyny z chlopakiem do kina jest powodem uznania, ze honor rodziny został splamiony (ja uwazam, ze nie, ale mniejsza z tym).

NATOMIAST. Jaka jest kara? Śmierć. Śmierć w męczarniach. Nawet jeśli nie śmierć, to ciężke męczarnie.
Jak? Zwykle na dwa sposoby:
– oblanie benzyną (lub inną łatwopalną cieczą) i podpalenie
– oblanie kwasem – najczęściej w twarz

W pierwszym wypadku ofiara jeśli w ogóle przeżyje, będzie oszpecona i ciężko okaleczona do końca zycia. Biorąc pod uwage fakt, że w patriarchalnych społeczeństwach życie kobiety jest zredukowane do wyjścia za mąz, urodzenia dzieci i odchowania – taka kobieta jest skazana na zycie w piekle na tym padole. Łez – dla niej. A najlepiej, żeby w ogóle nie przeżyła.

W drugim wypadku przeżywalność jest większa, ale życie, jakie zostaje – rownie gówniane. Jeśli ofierze uda się zachowac oboje oczu (co jest rzadkim przypadkiem) to i tak ma potwornie znieksztalconą twarz. W spoleczenstwie, gdzie jedyna rolą kobiety jest wyjsc za mąż i urodzić dzieci…. skazana jest na piekło. Śmieć, bydło i pomiotło, które jest bezużyteczne.

I teraz. Ci, którzy zadają tak potworne cierpienia, WIEDZĄ jak to się kończy. WIEDZĄ, ze taka kobieta będzie oszpecona do końca życia, o ile w ogóle przeżyje. WIEDZĄ, że nie będzie miała żadnego życia. W wypadku, kiedy umiera „szybko”, najczęściej jest to wykonane zarzezaniem nożem, ukamienowaniem albo zatłuczeniem (cywilizowanie zwane linczem…)

Pytanie: czy kara pozbawienia iluś-tam lat wolności za tak potworne cierpienia zadane innej osobie jest karą adekwatną? Czy powinna być stosowana kara śmierci? A może zgodnie z szariatem, oko-za-oko? Czyli, wylałeś kwas na kobietę, straciła w efekcie wzrok, to wylejemy kwas na ciebie?
Jak powstrzymać tego typu bestialstwa, które rozgrywają sie w rodzinie a ofiara, nawet jesli świadoma zagrożenia, nie ma gdzie uciec?

…a potem tylko mam ochotę walnąć w pusty czerep kogoś, kto mówi „ale im jest z tym dobrze, przecież sie nie buntują”.
Walnąć, poczekać, az poplynie krew i zapytac sie „no ale przeciez dobrze ci z tym, o co ci chodzi?”

Napisane przez: futrzak | 7 Maj 2015

Do spamerów

Ostatnio mam jakiś wręcz najazd polskich spamerów.
Do tej pory stosowałam politykę taką, że usuwałam tylko komercyjne linki. Niestety, z upływem czasu widzę, ze to nic nie daje.
Od dziś będę więc usuwac całe komentarze a adres, z ktorego zostaly wysłane, wrzucac do akismeta (niech się uczy :)

Takze, drodzy moi, darujcie sobie … nic tu po was.

Swoją drogą, jakie to żałosne. Zamiast zapłacić uczciwie za miejsce reklamowe na stronie związanej z tematem, właściciele byznesów wolą płacić grosze zwykłym ludziom za umieszczanie ich linków belegdzie… Niewazne, czy miejsce zwiazane z tematem (no moj blog jako zywo nie ma nic wspolnego z linkami do samochodow ani ramami okiennymi…), czy nie.

Nie sprawdzaja skutecznosci? Nie wiedza jak to dziala? Sasiad ich przekonal, ze tak jest najtaniej? Eh…

Napisane przez: futrzak | 4 Maj 2015

Ceny energii w Urugwaju

Niestety, od tej strony tanio nie jest. Ceny energii elektrycznej są na poziomie Europy Zachodniej, za to gaz (ziemnego nie ma w ogóle) sporo droższy.

prąd w płaskiej, całodobowej taryfie – 4,2 UYU/kWh
prąd w nocnej taryfie – 1,0 UYU
prąd w dziennej – 8,0 UYU
gaz propan-butan – 33 UYU/kg
benzyna, diesel, olej opałowy – ok. 42-45 UYU/litr

1 USD = 26 peso urugwajskich

Gaz oraz ropa muszą być importowane i w wypadku kraju na końcu świata to swoje niestety kosztuje.
Prąd uzyskiwany jest głównie z elektrowni wodnych (60%), produkcja własna wystarcza na zaspokojenie potrzeb w godzinach poza szczytem. Reszta uzupełniana jest importem z Argentyny i Brazylii, glownie paliwa do elektrowni cieplnych.
Pocieszające jest to, że kraj przestawia się w oszałamiającym tempie na energię wiatrową i słoneczną – jeśli ktoś szarpnie sie na domowe instalacje, to może po gwarantowanej cenie nadwyżki sprzedawać do sieci.
Jeśli kogoś interesują szczegóły urugwajskiej rewolucji energetycznej, może sobie poczytać TU.

Wróćmy do konkretów. Jak to przekłada się na tzw. „przeciętne” zużycie?
W poprzednim mieszkaniu rachunek za prąd wyniósł 2200 UYU (czyli ok. 83 USD) za miesiąc. ALE. Tam było wszystko na prąd: kuchenka, boiler do grzania wody no i oczywiście oświetlenie w wersji energożernej, czyli halogeny wszędzie. Kuchenka była odpalana co najmniej parę razy dziennie do grzania wody na herbatę/mate oraz do gotowania co najmniej jednego posiłku.

Myślę, ze spokojnie moznaby zejsc do polowy tej kwoty, gdyby halogeny zastapić energooszczednymi zarówkami, a kuchenkę elektryczną gazową. W mieszkaniu w bloku niestety elektrycznego boilera wyeliminować się nie da. W wolnostojącym domu najtańszym rozwiązaniem – w tym klimacie – są solary. Działają cały rok, za wyjątkiem kilku pochmurnych dni sudestady w roku…

Przeciętnego ekspata, dopiero co przybyłego z USA, pierwszy miesięczny rachunek przyprawia zwykle o szok.
Amerykanie nie mają w ogóle nawyku oszczędzania energii: w lecie większość trzyma klimy wywalone na 20-22 st C na okrągło, w zimie ogrzewanie tez chodzi non-stop, przy czym koncept jakiejkolwiek izolacji w ścianach domów na ogół jest obcy (przynajmniej w Kalifornii, nawet w górach).

PS: sudestada to arktyczne powietrze przywiewane z południa Argentyny.

Napisane przez: futrzak | 3 Maj 2015

Wieczorne Montevideo

Po drugiej stronie ulicy od naszego nowego mieszkania, przy Plaza de Cagancha, stoi sobie przeuroczy budynek. Nazywa się Palacio Piria i zostal zbudowany w 1917 roku według projektu francuskiego architekta Camille Gardelle. Dziś mieści się tam sąd najwyższy Urugwaju.

photo

Rambla (czyli nadmorski bulwar w Montevideo) to nie jedyne miejsce, gdzie weekendowymi wieczorami spędzają czas mieszkańcy Montevideo. Miłośnicy tanga zbierają się na Plaza Fabini, gdzie grają tango na świeżym powietrzu i każdy może sobie potuptać. Zwykle jest więcej gapiów niż tancerzy, ale przyjemnie jest patrzeć, jak zwykli ludzie w każdym wieku – nie wyłączając staruszków – celebrują tradycyjne, melancholiczne rytmy…

photo-2

Sam parczek jest bardzo przyjemny, siedzenie wieczorem na laweczce i sączenie mate przy dźwiękach tanga wpływa bardzo kojąco na umęczone wyścigiem szczurów europejskie dusze…

photo-5

Drzewko prądowe, smaczne i zdrowe…

photo-3

Oraz niesamowicie oświetlony dom:

photo-4

Napisane przez: futrzak | 1 Maj 2015

Okruchy różne

Jest Internet po kablu, więc stopniowo będę wrzucać to, co zalega za telefonie…
Czytaj dalej…

Napisane przez: futrzak | 29 Kwiecień 2015

Recenzja kolejnego mieszkania w Montevideo

A jakby kogoś ciekawiło to mieszkanie, które opuszczamy dziś, może sobie je obejrzeć tu

Wyglada znacznie lepiej na zdjęciach niż w rzeczywistości, zdjęcia robił fachowiec. Gdybym miała pisać własną opinię/komentarz (review) wyglądałby mniej-więcej tak:

Mieszkanie bardzo ładne, widne i przyjemne, ma jednak swoje wady:

– „WI FI optativo” to jest ściema. Nie ma żadnego WiFi. Właścicielka co najwyżej udostępnia modem mobilny (taki jak Play, tez firmy Huawei), ktory niestety jest niewystarczajacy do pracy online – polaczenie sie ciagle zrywa i jest w godzinach pracy wolne – mieszkanie znajduje sie w okolicy biurowców, więc sieć komorkowa jest wysycona w godzinach urzędowania (w weekendy raczej nie ma z tym problemów);
– lepiej nie wynajmowac w lecie, no chyba ze komus nie przeszkadza siedzenie pod klimą 24h/dobę. Ogromne okna na dwóch scianach od strony słonecznej plus nieizolowany dach powodują, ze temperatura wewnątrz jest o kilkanascie stopni wyzsza niz na zewnatrz;
– kuchnia jest w zasadzie nieistniejaca – ciasny nook z kawalkiem blatu i przenosna elektryczna kuchenka, na ktorej mozna zagotowac wodę w czajniku, ale juz nic innego; nie ma tez zadnej wentylacji
– poza tym mieszkanie lata świetności ma już za sobą, widać nieco ślady zużycia, zwłaszcza hydrauliki – ale to kwestia hydrauliki w całym budynku – podczas naszego pobytu ekipy remontowe robily cos w tym kierunku i poproszono nas o nie uzywanie wody przez parę godzin.

Generalnie na parę dni, w celach czysto turystycznych (w mieszkaniu śpimy tylko, a zywimy sie na miescie), jest w zupełności w porządku.
Natomiast wniosek ogólny jest prosty: zawsze, ale to zawsze mieszkanie należy obejrzec przed wynajęciem i dopytać o szczególy, bo stan faktyczny może się rożnić znacznie od tego, co w ogłoszeniu. Dotyczy to zwlaszcza mieszkań wynajmowanych przez agencje; najlepiej wynająć bezpośrednio od właściciela, ale do tego trzeba znać hiszpański (szukanie na mercadolibre.com.uy a potem kontakt telefoniczny).

Napisane przez: futrzak | 28 Kwiecień 2015

Soul Searching

W Baltimore ogromne rozruchy. Wybuchly po pogrzebie kolejnej czarnej ofiary policji: niejaki Frieddie Gray po aresztowaniu (podczas?) odniosl smiertelne obrazenia, w wyniku których zmarł tydzień poźniej.
Dwa rywalizujące ze sobą gangi – Bloods i Crips – oglosily rozejm i przyłączyly sie do protestow.
Protesty, a przynajmniej ich część, zaowocowaly wandalizmem i szabrowaniem, kilka samochodow policyjnych puszczono z dymem, kilku policjantow oberwalo. Przeciwko protestujacym wyslano gwardię narodową.

Protesty i rozruchy nie ustaną, póki nie zostaną usunięte ich przyczyny: nieuzasadniona brutalnosc policji, rasowe profilowanie czarnych i kolorowych, kompletna bezkarność funkcjonariuszy, którzy biorą udział w śmiertelnym pobiciu albo zastrzeleniu.

To nie są żadne wymysły, a problem nie bardzo daje się dluzej zamiatac pod dywan. Za błędy policji płacą podatnicy: w Los Angeles ugody w procesach sądowych przeciwko LAPD kosztują ponad miliard dolarów rocznie; w Nowym Jorku co dwie i pol godziny jest wnoszony pozew sądowy przeciwko NYPD.
Policja w tym miescie jest pozywana tak często, ze szef finansowy (NYC city comptroller) Scott Stringer publicznie przyznał, ze budżet na rok 2015 musi zawierać kwotę 674 milionów dolarów na ugody sądowe. Suma owa to więcej, niż budżet miasta przeznaczony na parki, osoby starsze (Department of Aging) i bibliotekę publiczną razem wziete. (źródło.)

A co tymczasem mowi prezydent?
„We can’t just leave this to the police. I think there are police departments that have to do some soul searching. I think there’s some communities that have to do some soul searching. But I think we as a country have to do some soul searching”

For fuck sake, soul searching???? A co z postawieniem przed sądem funkcjonariuszy popelniajacych morderstwa i „przypadkowe” zabójstwa??? Albo okaleczajacych dzieci, bo zrobili antynarkotykowy najazd na nie ten dom co trzeba, a granat wybuchl w kołysce dziecka??? Czy czasem nie potrzebna jest tutaj kompletna reforma służb policji?? Egzekwowanie antyrasistowskiego prawa? Zmiana szkolenia nowych oficerów?
Czy w tym kraju musi dojść do powtórki z 1992 Los Angeles riots, zeby problem przestal być ignorowany?

Napisane przez: futrzak | 27 Kwiecień 2015

Leniwa niedziela

Zaczęła się tak średnio, bo obudziły mnie dzwięki syren, warkot samochodów i jakies krzyki. Potem wszystko ucichlo, juz-juz zaczelam znowu przysypiac i… to samo. A potem tak razy trzy…

Wysadzenie łba za okno w celu obadania sytuacji przyniosło wieści: na dole odbywal sie finał maratonu…
Czytaj dalej…

Older Posts »

Kategorie

Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Dołącz do 126 obserwujących.