Napisane przez: futrzak | 24 Sierpień 2015

Carné de Salud w Urugwaju

czyli ksiazeczka zdrowia – jest wymagana przy podjeciu pracy.
Badaja krew, mocz, mierza ciesnienie, wywiad o chorobach etc. dodatkowo w wypadku kobiet Papanicolau (badanie cytologiczne) oraz powyzej pewnego wieku mammografia; trzeba tez miec wazna szczepionke przeciwtezcowa. Jesli nie ma sie swistka, to na miejscu ordynuja pierwsza dawke, potem za miesiac mmozna pojsc do dowolnego szpitala i za darmo daja druga.

Mozna to wszystko zalatwic w godzine-dwie – trzeba tylko zabrac ze soba poranny mocz i nie jesc nic na 5 godzin przed pobieraniem krwi. Trzeba tez miec zdjecie i wazny dowod osobisty – co jednakowoz nie stanowi problemu. Zdjecia zapomnialam, a poszlam z paszportem (bo dowodu osobistego czyli cedula de identidad urugwajskiego nie mam przeciez jeszcze). Mila pani w rejestracji powiedziala, ze to nie problem, paszport moze byc, a na brak zdjecia poradzila pojsc do punktu poligraficznego o przecznice dalej.
W tymze punkcie pan na haslo „carne de salud” juz wiedzial co robic i wyfasowal cala strone kolorowych kopii zdjecia paszportowego :) Pani w rejestracji wyciela sobie nozyczkami jedno, przypiela do wniosku i bylo gut.
Waznej cytologii ani mammografii oczywiscie nie mialam, ale w takim wypadku daja tzw. provisory carné‎ de salud, ktore jest wazne przez 6 miesiecy i przez ten czas nalezy doniesc brakujace badania.

Niestety, badania sa robione wg norm amerykanskich. Zalaminowany dokument odebralam dnia nastepnego razem z adnotacja, ze wyniki cholesterolu (total cholesterol level) sa powyzej normy tj. 245 mg. (tu mierza w miligramach, a nie molach) i ze powinnam skonsultowac sie ze swoim lekarzem. Te normy zostaly obnizone w 2004, przy wartosci 200-239 uwaza sie to za „borderline” a powyzej 240 mg. lekarze w USA przypisuja statyny…

Jest jeszcze drugie ale. Total cholesterol level w zasadzie o niczym nie swiadczy (chyba ze bylby powyzej 330 mg. czy cos kolo tego).
Na owo total sklada sie bowiem LDL, HDL, VLDL i trojglicerydy. Trzebaby znac poziom kazdego z nich, zeby moc cos sensownego powiedziec. Tym bardziej, ze cisnienie mam nadal ksiazkowo-wzorcowe…
Oraz: mamografia nie na kazdej kobiecie wychodzi – o czym dowiedzialam sie, gdy w USA robiono mi 2 razy (za kazdy musialam zaplacic, co stanowilo kilkaset dolarow i miescilo sie w rocznym deductible, i dowiedzialam sie o tym oczywiscie dopiero gdy poczta otrzymalam rachunki..) i dopiero POTEM lekarka poinformowala mnie, ze powinnam byc odeslana od razu na USG…ciekawe, jak bedzie tutaj :-/

Napisane przez: futrzak | 22 Sierpień 2015

Dylematy moralne…

Ten dzien, kiedy urodziny, rodzina, szczescie i te rzeczy. Ludzie gratuluja, dlugie zgodne malzenstwo, no mieli lepsze i gorsze momenty, ale generalnie nadal sa razem, gratulacje, zyczenia, cukier, slodycz i motylki.
A ty wiesz, jak bylo. Ze facet ruchal na boku wszystko, co na drzewo nie ucieklo, a co kobieta bylo (a najchetniej nastolatka). Wszyscy wiedzieli, ale ona nie.
I co, uswiadamiac? Mowic, jak juz dzieci dorosle, a ponad 20 lat zycia za?
To nie jest moja przyjaciolka,, ani nikt specjalnie bliski. Znajoma.

I co na to wyznawcy prawdy ponad wszystko, prawdy zawsze i wszedzie? Jak czulibyscie sie z wiadomoscia, ze wasza ukochana zona/maz walily was w trabe od ponad dwudziestu lat? Chcielibyscie wiedziec? A moze nie?

Napisane przez: futrzak | 19 Sierpień 2015

Kim jest dla ciebie Jezus?

Ide sobie dzis do pracy – z matero i termosem, wiec pewnie wygladalam na tutejsza :)

Zaczepily mnie jakies dzieciaki z notesem i dlugopisem. Belkot szybki i niesmialy, wiec powiedzialam po angielsku, ze przepraszam, ale nie rozumiem. One przeprosily, poszly szukac nastepnej osoby.
Dwie ulice dalej znow dzieciaki z notesem. Tym razem dziewczynka i chlopak. To samo, odpowiadam tak samo. A na to dziewczynka: a co jesli bede mowic po angielsku? Czy to bedzie ok? Opadla mi nieco szczeka, wiec mowie, ze ok.
Ona: jestesmy ze szkoly XXX i mamy przeprowadzic ankiete wsrod przechodniow. Tylko jedno pytanie, bedzie szybko!
– ok, co za pytanie?
– kim jest dla ciebie Jezus?

Zrobilo mi sie nieco slabo, i pewne niezbyt mile mysli przemknely przez glowe. No ale mowie zgodnie z prawda:
– nie wierze w zadnych bogow…
– ok, to wszystko! Dziekuje za odpowiedz, milego dnia!

Dziewczynka zapisala moja odpowiedz w notesie (po angielsku) i poszli sobie, zostawiajac mnie z opadnieta szczeka.
No szkoda, ze nie zapamietalam, co za szkola. No ale zabila mnie tym angielskim, tym bardziej, ze mowila lepiej niz wiekszosc firmy w ktorej pracuje, razem wzieta (za wyjatkiem dwoch osob).

Zaprawde, dziwny to kraj…

Napisane przez: futrzak | 17 Sierpień 2015

Zdjecia z dachu

Jako ze przestalo padac na jeden dzien i wyszlo slonce, to ja wyszlam na dach w celu kontynuacji robienia zdjec. Dach znajduje sie na wysokosci trzeciego pietra i widok z niego zdecydowanie przyjemniejszy, niz z naszego balkonu.

Tak prezentuje sie taras od strony wejscia. Ten czarny kolor to sciany oblozone czarna mozaika. Obok plytek chodnikowych wysypany jest zwirek. Normalnie, nie w porze zimowej, stoja tutaj drewniane stoly z lawami.

IMG_0239

Przez wieksza czesc roku te drzewa maja liscie i oslaniaja taras przed widokiem z ulicy.

IMG_0240

Tutaj widzimy punkt rozwozenia butli z gazem. Ich magazyny oczywiscie maja dachy z blachy falistej…

IMG_0241

Parilla, rozmiar rodzinny :) Spokojnie da sie na ten ruszt wrzucic prosiaczka, cielaczek jednakowoz juz sie nie zmiesci…

IMG_0243

IMG_0244

Parilla, ujecie numer dwa. Czekam tylko na ocieplenie i poprawe pogody (ponoc juz za tydzien ma to nastapic) i bedzie imprezka z asado :)

IMG_0245

A od przodu urocze male palacyki…

IMG_0246

Napisane przez: futrzak | 13 Sierpień 2015

Halp!?

Laptop HP 17 cali, wzglednie nowy (w pracy). Regulacja jasnosci polega na (via windowsowy control panel i display albo z klawiatury) dodaniu wiecej szarego, albo mniej szarego (grey tint). Nic wiecej. Zadnego kontrastu, nasycenia, nic.

Tak wiec mam albo walacy po oczach, wyprany z kolorow swiat, albo zszarzaly, wyprany z kolorow swiat. Przeswietlone zdjecie albo spierdzielona ekspozycja.
Ktokolwiek widzial, ktokolwiek wie, czy da sie cos z tym guanem zrobic?

Napisane przez: futrzak | 12 Sierpień 2015

O nie dzialajacym programie i dzialajacym kranie…

How lovely.
Otoz bowiem dzis przy probie wykonania jednego skryptu win8.1 powitaly mnie cudnym komunikatem:
The application has failed to start because its side-by-side configuration is incorrect.

A poniewaz byl to program napisany w .net, ktorego nigdy wczesniej nie uzywalam, wiec nie wiem o co chodzi, nie?
Porady z oficjalnych stron Microsoftu mozna sobie w buty wsadzic, bo jest to ogolny error, ktory wyskakuje z okazji tysiaca i pincuset najrozniejszych problemow.
Juz po 15 minutach doszlam do tego, ze po prostu musze sobie cala .net framework zainstalowac i skonfigurowac. Ze komputer nie moj, to nie wiedzialam nawet, czy owa framework mam, czy nie, a po takim komunikacie oczywiscie rzucilam sie najpierw sprawdzac plik konfiguracyjny (ktory wygladal ok i nic w nim nie znalazlam nie takiego co trzeba) i rzucac miechem.

I tak jest codzien. Moze dla zwyklych userow, ktorzy nic poza surfowaniem po sieci nie robia, ten system jest ok. Ale dla kogos, kto robi jakikolwiek development, testy czy inna niestandardowa dzialanosc, to jest po prostu zmora. Wiekszosc errorow jest kompletnie beuzyteczna, a jesli jakis program sie wywali, zawiesi czy cierpi na inne bole, to albo czlowieku posiadasz wiedze tajemna (zdobywana w pocie ciezkich doswiadczen I walk przez innych uzytkownikow) albo mozesz komputer ze zlosci wywalic za okno. Ot uroki proprietary operating system..

Z rzeczy ciekawszych, bo obyczajowych, na ktorych kazdy sie zna.
W pracy obserwuje przyzwyczajenia Urugwajczykow.
W kranie w kuchni nie ma cieplej wody. „Ale po co?” – tak mi odpowiedziano, jak zapytalam.
Do lunchu nikt nie pija napojow gazowanych ani zadnych wynalazkow – nalewaja sobie do szklanek przefiltrowana wode z kranu. Jesli lunch odbywa sie w knajpie i sklada z goracego posilku, pija wino i wode.
W ciagu dnia kazdy pije mate – kazdy ma swoj termos i matere, ktora albo ze soba nosi non-stop, albo ma drugi komplecik, ktory zostawia w pracy w kuchni.

Napisane przez: futrzak | 9 Sierpień 2015

Troche zdjec

Widok z balkonu, od lewej. Wbrew pozorom te dwie jasne powierzchnie to nie sa zadne baseny czy inne zbiorniki, ale.. dachy domow – malych parterowych.

IMG_0218
Czytaj dalej…

Napisane przez: futrzak | 7 Sierpień 2015

Z pola walki

Jak narazie pada deszcz. BARDZO. No powiedzmy sobie: pizga ulewa tropikalna, zawiewa tak, ze dachy zrywa.
W ciagu jednego dnia moze byc zmiana trzech por roku: w ciagu godziny przechodzi front atmosferyczny, temperatura spada o kilkanascie stopni, wiatr zmienia sie o 180… a potem 10 godzin i znow to samo. A czasem mniej.
Efekt: dzis rano wyszlam sobie do pracy w t-shircie, bluza lekkka i spocilam sie jak swinia przy porodzie. 3 godziny pozniej: szczekam zebami w biurze, bluza na grzbiet – jak juz doszlam do domu, to mialam konsystencje sopla lodu.
Alez alez – to tylko 15 st C????

Wlasnie.
Powoli ujawniaja sie wady obecnego mieszkania.
No sufit. W srode byli panowie, mieli naprawic, ale jakos tak dalej kapie. Nie leje sie – ale kapie.
Beda isc znowu. Nie na moj rachunek, prawdaz.

No kuchnia. Zlew usytuowany zle. Bateria z lewej strony, bad, bad.
Okap. No na tutejszych projektowany, a ja duza, wiec wale lbem.
Oprocz tego akustyka. Cement, blaha, nowoczesnosc, wiec nie da sie uniknac efektow akustycznych. Zasadniczo da sie jednak zyc. O, na przyklad na glupim praniu juz zaoszczedzilismy ponad tysiac peso – a to tylko posciel byla (w poprzednim mieszkaniu nie bylo pralki, wiec pralnia).

Zdjecia. Wiem, ze zdjecia, ale jak leje i jest szaro i syfiascie, a na dodatek pisze tego posta ok. pierwszej w nocy, to jakie zdjecia?
Beda jak beda, a i tak tylko ze srajfona, bo. Jak mi ktos zasponsoruje pare tysiecy dolarow, to bedzie, oj bedzie. A bez tego kupa, bo panie widzicie, rozumicie. Aparat fotograficzny, nowy komputer – tyle wychodza. Chwilowo mnie nie stac, albowiem siedem miesiecy czynszu mam zamrozone w banku, oraz miesiac na prowizje posrednika nieruchomosci, miesiac czynsz z gory, a jeszcze meble, garki i takie tam pierduty. No troche duzo, przy tym nowy laptop i aparat sa jakby niekoniecznie artykulami PIERWSZEJ potrzeby…(PowerBook dead, aparat prawie dead, ostal mi sie ino srajfon…i pizdzik…).

No ale idzie ku lepszemu. Moze nawet w tym miesiacu bede miala tutejszy dowod tozsamosci? Fiu fiu, powiedzial wrobelek..

Napisane przez: futrzak | 4 Sierpień 2015

Internet w nowym mieszkaniu

Owoz, jest po swiatlowodzie dociagnietym do apartamentu. 20 Mb/s download, 5 Mb/s upload. I to wliczone, jak pisalam wczesniej, w gastos communes (oplate na wspolnote mieszkaniowa).
Jak tu nie kochac Urugwaju..?

Napisane przez: futrzak | 3 Sierpień 2015

Gdzie bylam, jak mnie nie bylo…

Najpierw praca. Chaos i musze sie uczyc wszystkiego, ale to wszystkiego. Sprawy nie ulatwia fakt, ze na kompie pracowym mam win8.1 wersja hiszpanska (laptop, wszyscy pracuja na laptopach a stanowiska przenosne sa), wiekszosc dokumentacji jest po hiszpansku (to akurat najlatwiejsze) i co gorsza tylko kilka osob mowi po angielsku. Z hiszpanskojezycznych najlepiej rozumiem pania od sprzatania (Brazylijka) oraz sekretarke (Niemka). Tubylcy mowia z predkoscia karabinu maszynowego, slangiem i nie wymawiaja koncowek wyrazow, literki „s” oraz belkoca.

Coz, kiedys sie naucze…
Win 8.1 sprawia problem jak malo co. Dzis na przyklad powitalo mnie radosnie obowiazkowym sciaganiem system updates, co wlacznie z instalowaniem zajelo 40 min.a potem… system prawdaz nie mogl znalezc (i wystartowac) programow takich jak firefox czy excel. Tak wiec wyrzniecie z dysku, a potem reinstalka i poltorej godziny w plecy, prawdaz??? Do tego praca z klientem, ktory przyslal niekompletna informacje, przestarzala specyfikacje i o ile powiedzmy do manualnego testowania to mozna pokombinowac, o tyle do automatyzowania (a konkretnie emulacji terminala platniczego karta kredytowa/debetowa) to jest porazka. No bo, zgaduj sobie czlowieku, od czego jest tych kilka zmiennych, ktorych nie ujeto w specyfikacji i od czego zaleza…
Na szczescie ludzie sa mili i wyrozumiali i zdazylam sie nawet z Chlopem posocjalizowac, bo w piatek bylo asado pracowe. Mieso i zarcie mniam – ale zdziwil mnie brak wina. Zakupiono (byla zrzuta) z alkoholi piwo, whisky oraz ferneta. Huh?

Co poza tym. Przeprowadzka. W sobote zabralismy sie za wozenie. Niby nie mamy duzo gratow, mebli poza krzeselkami ogrodowymi i lozkiem do samodzielnego montazu brak, ale i tak zajelo 3 razy obrocenie samochodzikiem.
Kucanie, wstawanie, podnoszenie pudel i na drugi dzien zakwasiki takie, ze mozna zdechnac…
Nowe mieszkanie jest tansze, ma normalna kuchnie (jest tu nawet miejsce na wstawienie zmywarki i piekarnika). Przyszlo umeblowane tj. z klima, kuchenka (elektryczna niestety dwupalnikowa), lodowka, bojlerem, szafa i podstawowymi meblami – ale poprosilismy tylko o zatrzymanie szafy, jednego stoliczka i dwoch stolkow barowych. Reszta zagracala tylko pomieszczenie – a jest wyjatkowo nieustawne tj. dluga kiszka. Za to posiada balkon no i jest w bardzo nowoczesnym budynku. Jest tam 14 mieszkan, na dachu ogromny taras i parilla, w srodku silownia oraz pralka z suszarka.
Oprocz tego bardzo dobra wentylacja: zdziwilam sie autentycznie, ze w lazience po wzieciu prysznica i zaparowaniu wszystkiego juz po 10 minutach po niczym nie bylo sladu. Dodam, ze w lazience nie ma wentylatora, jest tylko wywietrznik. Najwyrazniej jednak cos tam na koncu owego wywietrznika musi zdrowo powietrze zaciagac, bo efekt jest imponujacy. W poprzednim mieszkaniu bylo wilgotno, ciemmno i zimno, wiec roznice tym bardziej widac.

Z rzeczy mniej przyjemnych: na depozycie nas zlupiono – w gotowce trzeba bylo w banku zlozyc depozyt w wysokosci 7 miesiecznych czynszow :-/ Dobrze, ze chociaz ta gotowka jest indeksowana zgodnie z oficjalnym wskaznikiem inflacji oraz po zakonczonym wynajmie podlega zwrotowi (kontrakt jest na rok, z mozliwoscia potem przedluzenia).
Dobrze tez, ze wlascicielka jest bardzo mila kobieta, ktora o mieszkanie dba. Pierwszej nocy przeszla wichura i tropikalna ulewa i cos pokapalo z sufitu. Niewiele, podejrzewam ze nastapil klasyczny problem tj. zapchaly sie rynny (drzewa nad plaskim dachem, a wialo i padalo tak, ze nam do srodka DRZWI w samochodzie nalalo wody..) – w kazdym razie bardzo sie przejela i zaczela wydzwaniac do administracji. W porownaniu z wlascicielka mieszkania z Buenos, ktora przy laniu sie ciegiem z sufitu poradzila podstawic wiadro – to doprawdy przyjemna odmiana…
Co jeszcze. W gastos communes (oplata na wspolnote) wliczone jest zuzycie wody, sprzatanie budynku, zbanie o wszystkie instalacje oraz – co rzadkosc – dostep do Internetu. Routerek WiFi mamy u siebie w mieszkaniu.
Jeszcze tylko dokupic brakujace meble i mozna bedzie zaczac normalne zycie bez martwienia sie o nastepne locum na co najmniej rok…

Pod koniec tygodnia jak bede miala chwile porobie pare zdjec. Okolica jest spokojna, balkon wychodzi na niskie domki i ich ogrodki, ranek wita nas sloncem i dracymi sie ptaszkami. Calkiem przyjemnie :)

Napisane przez: futrzak | 26 Lipiec 2015

Wiosna idzie..?

Od dwoch dni pogoda wysmienita, wobec czego tlumy wylegly na Ramble i do parkow. Na sloncu temperatura dochodzila nawet do 20 st C! Bosko i przyjemnie pokladac sie na trawie…

Rambla1

Rambla2

A tak wyglada jeden z wydzialow Universidad de la Republica wieczorowa pora. Bardzo mile dla oka efekty wizualne…

Uniwersytet

Oraz przeuroczy placyk nieopodal :

Muralek

Zdjecia robione telefonem, bez zadnej obrobki, wiec sa jakie sa.

Napisane przez: futrzak | 22 Lipiec 2015

O dyskusji i poczuciu wlasnej wartosci

Obcowanie na codzien z ludźmi, którzy mają kompleksy, jest potwornie ciężkie i prawdę mówiąc upiorne.
Własciwie nie da się o niczym pogadac – kazda bowiem próba dyskusji z poglądem jest traktowana jak osobisty atak. Rozmowa w krótkim czasie zaczyna przypominać pole minowe – nie wiem, którym zdaniem wywołam złość, obrażenie się, czy inna negatywna reakcję.
Już nawet nie mowię o polityce (tutaj to wiadomo, łatwo skoczyć sobie do oczu nawet ludziom bez kompleksów…), ale o rzeczach wydawaloby sie tak niewinnych, jak dyskusja o markach samochodów czy książkach:

– E tam, moim zdaniem fiaty są kiepskie, niedbale zrobione, ciągle się psują i nie wiem, czemu własciwie ludzie sie nimi zachwycaja.
– Ale dlaczego mnie atakujesz??? Nie podobaja ci sie fiaty, to twoja sprawa, daj mi spokoj, czy ja sie ciebie czepiam???

[tu nastapił całkowity szczękopad, dopiero jakiś czas poźniej dowiedzialam sie, ze osoba, z ktorą rozmawiałam, jezdzi fiatem wlasnie i uwaza te samochody za ósmy cud świata czy cuś zblizonego…]

Albo tak:
– Nie no moim zdaniem w dzisiejszych czasach gromadzenie ogromnej biblioteki papierowych ksiazek, zwlaszcza w wypadku kogos, kto czesto sie przeprowadza, nie ma sensu. Czytniki są całkiem wygodne, a przecież w książce chodzi chyba o treść tego, co się czyta i to ona jest najważniejsza, a nie zapach papieru?
– czytaj co chcesz jak chcesz i gdzie chcesz twój wybór ja patrzę na świat z własnej perspektywy i takim jak go widzę takim go opisuje moze ci sie to podobać lub nie, ja nie szukam zaczepki wiec i ty sie mnie nie czepiaj.

Dlaczego twierdze, ze reakcje jak powyzej sa objawem posiadanych kompleksow i niskiego poczucia wartosci wlasnej?
Coz. Ktos, kto jest pewien siebie, nie ma problemu z krytyka wyznawanego przez siebie pogladu. Ostatecznie nie ma ludzi nieomylnych ani wszechwiedzacych i jesli w merytorycznej dyskusji ktos udowodni, ze nie mielismy racji, to poglad mozna zmienic (a nawet nalezaloby :). To tylko poglad.
Jest ogromna roznica miedzy powiedzeniem „uwazam, ze poglad X, z ktorym sie zgadzasz, nie ma wiekszego sensu” a „uwazam, ze jestes glupia”.
Osoby z zanizonym poczuciem wartosci wlasnej stawiaja miedzy tymi dwoma wypowiedziami znak rownosci i reaguja bardzo alergicznie: czasami zloscia, czasami obrazeniem sie – jesli to dyskusja w Internecie, najczesciej zaatakuja adwersarza juz bezposrednio argumentem ad personam – tym gorszym i obrzydliwszym, im bardziej zostaly wyprowadzone z rownowagi. Bo musza jakos odreagowac.

Normalna osoba na haslo „uwazam, ze poglad X, przy ktorym sie upierasz, nie ma wiekszego sensu” zareaguje zwykle czyms w stylu „o, a to ciekawe, dlaczego tak uwazasz?”

Szkoda, ze o takich rzeczach nie ucza w szkole. Mogloby to byc czescia tematu pt. „sztuka dyskusji”. Ostatecznie przez tysiace lat, od starozytnych filozofow do wspolczesnosci, erystyka byla zawsze czescia wyksztalcenia humanistycznego. Ba. Zreby erystyki to sa podstawy interakcji miedzyludzkich.
Dzis, odnosze wrazenie, zieje tutaj potworna pustka. Zniklo z jednej strony posluszenstwo i szacunek do starszych/nieznajomych wymuszane brutalna sila (zwlaszcza na poziomie edukacji podstawowej i sredniej) a z drugiej strony nie ma nic w zamian.

Efekt? Fale hejtu przelewajace sie przez Internet, ale tez i na codzien. Osobliwie czeste w sferze Internetu polskojezycznego i wsrod rodakow….

Napisane przez: futrzak | 20 Lipiec 2015

Niespodzianki pracowe cd.

No to zaczynam prace od nastepnego poniedzialku. Potwierdzenie wyplaty z firmy urugwajskiej bedzie bardzo pomocne przy wynajmie dlugodystansowym oraz znakomite do zalatwiania rezydencji w imigracyjnym (tymczasowa juz mam, teraz musze doniesc wszystkie papiery do permanentnej). Oraz, gdyby mi ktos powiedzial 3 miesiace temu, ze w Urugwaju jest rynek IT i ze bede pracowac w firmie urugwajskiej, ktora wchodzi na rynek USA ze swoim produktem i uslugami, to nie uwierzylabym.

Jak mawia stare przyslowie pszczol: nie pojedziesz, nie sprawdzisz, nie obadasz – to nie bedziesz wiedzial. Z punktu widzenia portenos (tak Argentynczykow jak Polakow – przynajmniej tych, z ktorymi rozmawialismy) w Urugwaju nie ma nic i nic sie nie dzieje – oprocz kurortu Punta del Este w sezonie…oraz jest tu bardzo drogo. No, mozna wyskoczyc na weekend do Montevideo, bo maja ladne plaze, ale to by bylo na tyle…
Rzeczywistosc jak zwykle okazala sie nieco inna i bardzo dobrze. Podstawowa roznica jest mozliwosc uzyskania legalnej rezydencji (o ile wykaze sie posiadanie zrodla dochodu w wysokosci co najmniej 650 USD/mies) praktycznie od reki, bez kulania sie po prawnikach i posrednikach. Roznica w stopniu zorganizowania i ilosci korupcji w obu krajach tez jest znaczaca. Niby ten sam jezyk, niby emigracja bazowa podobna, a jednak roznie jest.

Napisane przez: futrzak | 19 Lipiec 2015

Niespodzianki pracowe

Owoz wyslalam swoje resume na ogloszenie o prace z agencji human resources (zasobow ludzkich? posrednictwa pracy?) urugwajskiej.
Odpowiedz telefoniczna przyszla po 2 godzinach i zabawnie bylo, bo rekruter mowil po angielsku tak ze trzy razy gorzej niz ja, po hiszpansku. No, ale umowilismy sie na rozmowe na dzien nastepny.

Pan okazal sie bardzo mily, a poniewaz oferta dotyczyla kogos, kto operuje „advanced English” no to on sie staral i nie mogl powiedziec, ze jak ja nie mowie po hiszpansku (mowie, ale nie tak dobrze zeby podjac sie calego interwju w tymze jezyku), to nie bedzie rozmowy. W kazdym razie stanelo na tym, ze niech on mowi po hiszpansku, ja bede odpowiadac po angielsku, a w razie niezrozumienia mamy komputer przed nosem ze slownikiem i juz.

Poszlo na tyle dobrze, ze za 2 godziny (po interwju) zadzwonila kobieta z firmy juz bezposrednio zatrudniajacej i chciala sie umowic na rozmowe za 2 godziny.
No nie z nami te numery Brunner – ja sie musze przygotowac i spuscic psy goncze ze smyczy :)
Stanelo na rozmowie nastepnego dnia o jedenastej.

Rozmowa odbyla sie. Bylo milo i w ogole, nie wiedzialam jak dlugo trwalo (po zakonczeniu okazalo sie, ze 2.5 godziny, no ale przeciez nie bede patrzec na srajfona co pol godziny, ktora godzina jest, prawdaz), az w pewnym momencie kobieta (jedna ze wspolzalozycieli firmy) wypalila: so I have a job offer for you, do you agree?
No… szczeka mi opadla, boc przez te 25 lat pracy zawodowej nigdy tak predko nikt mi nie oferowal pracy, prawdaz. Powiedzialam wiec, ze …no nie moge odpowiedziec jak nie wiem jakie sa warunki, kasa etc.
Stanelo na tym, ze przemysle kwestie i dam odpowiedz za pare godzin.

Szczegoly to kasa. Praca bylaby na etat, ze wszystkimi benefitami (urlop, ubezpieczenie, podatki odciagane na fundusz emerytalny etc.), 8 godzin dziennie, poniedzialek-piatek. Firma wlasnie otworzyla biura w Silly Valley i oczywiscie padlo pytanie, czy bylabym chetna pracowac tam znow. NIE. Wyjasnilam w trzech punktach:
– Ogromnie wysokie koszty zycia i taki sobie komfort (stanie w korkach na autostradzie to norma, chyba ze ktos mieszka i pracuje w SFO, ale wtedy bank trzeba rozbic zeby wynajac cos sensownego…)
– pracoholizm (jesli ktos ma umowe full-time to zwykle znajduje sie w niej klauzula, ktora mowi ze jesli „praca bedzie wymagala wiecej godzin niz 40 tygodniowo” to te dodatkowe godziny nie sa dodatkowo platne. To, czy wymaga, czy nie, zalezy od szefostwa i jest to masowo naduzywane).
– koszmarnie drogie ubezpieczenia zdrowotne i koszty leczenia czegokolwiek

Pierwszy argument trafil na podatny grunt – bo ona sama bywa tam co pare miesiecy i jazde na trasie San Francisco – San Jose (i przyleglosci) po stojedynce wspomina jako wielki koszmar. Przy drugim argumencie szybko zapewnila, ze u nich w firmie pracuje sie 40 godzin, a ludzie maja czas na zycie prywatne. Trzeciego argumentu nie zrozumiala, ale powiedzmy sobie, ze nie rozumie tego nikt, kto nie zetknal sie z amerykanska sluzba zdrowia majac cos powazniejszego niz zaziebienie (a przy tym nie majac upasionego federalnego ubezpieczenia).

Anyway… pod koniec dnia wyslalam emaila z odpowiedzia, ze sie zgadzam, ale pod warunkiem, ze jesli sie sobie spodobamy, to po paru miesiach probnych przedyskutujemy kwestie podwyzki.

Zobaczymy, co z tego wyniknie.

Napisane przez: futrzak | 15 Lipiec 2015

Wynajem dlugodystansowy

W Argentynie i w Urugwaju jest tak, ze nie mozna juz od zaraz wyrzucic kogos na ulice. Eksmisje na ogol trzeba zalatwiac sadownie, a to trwa. Wobec tego wynajmujacy (landlord, dueno) zabezpiecza sie.

W Buenos Aires (byc moze w innych prowincjach jest inaczej – nie wiem, nie wynajmowalam tam) wymagana jest tzw. garantia propietaria – czyli umowe notarialna na wynajem podpisuje razem z nami ktos, kto w zastaw daje swoja nieruchomosc znajdujaca sie tez w BuA. Kontrakt zwykle obejmuje okres dwoch lat.
Czasami mozna trafic na wlasciciela, ktory wezmie depozyt (2-5 miesieczny czynsz) – ale wlasnie, bierze ten depozyt do reki, a potem moze nie oddac .. (sady w Argentynie w takich kwestiach dzialaja baaaardzo wolno..)
Jak latwo sobie wyobrazic powyzsze wyklucza ludzi nie majacych rodziny lub innych osob, ktore podzyrowalyby kontrakt.
Biedni sciagajacy do stolicy laduja wiec w slumsach (tam nie ma zadnych regul..), ci majacy wiecej pieniedzy zdani sa na wynajem „para turistas”. Wtedy wystarcza depozyt w wysokosci miesiecznego czynszu, ale umowa moze byc maksymalnie na 3 miesiace no i oczywiscie wysokosc czynszu jest tak mniej-wiecej dwa razy wieksza.

W Urugwaju problem jest podobny, przy czym rozwiazania inne. Jest oczywiscie gwarancja propietaria, ale nie jest jedyna. Najczesciej wymagane sa:
– ANDA
– Porto Seguro
– Contaduria
– Deposito BHU.

Anda to cos w rodzaju spoldzielni. Zeby pozyskac od nich gwarancje trzeba miec poswiadczenie zarobkow z firmy urugwajskiej (recibio de sueldo) oraz byc czlonkiem Anda (socio). Miesieczna oplata czlonkowska to ok. 500 peso, do tego dochodzi koszt gwarancji w wysokosci 3% od czynszu – mozna placic co miesiac.

Porto Seguro – duza brazylijska prywatna firma oferujaca rozne ubezpieczenia, w tym do wynajmu. Biora ok. 8% od wysokosci czynszu rocznego, do tego trzeba miec odpowiedni pulap zarobkow z firmy urugwajskiej (recibio de sueldo).

Contaduria: panstwowa firma udzielajaca gwarancji. Zeby sie kwalifikowac, trzeba byc pracownikiem panstwowym od co najmniej roku, emerytem/rencista (pensionista) lub osoba starsza (jubilado, nie jestem pewna jakie sa kryteria wieku). Koszt miesieczny to 3% od wysokosci czynszu.

Deposito BHU – depozyt w Banco Hipotecario de Uruguay. Wynosi zwykle rownowartosc 5 miesiecznych czynszow, jest rewaloryzowany o oficjalny wskaznik inflacji. Po zakonczeniu umowy najmu podlega zwrotowi. Konto mozna zalozyc na paszport (narazie nie wiem, jakie sa oplaty, ale raczej niewielkie).

W wypadku pierwszych trzech opcji moze byc tak, ze wlasciciel (np. fundusz inwestycyjny – mnostwo nowych apartamentowcow ma takich wlasnie wlascicieli) zazyczy sobie jako forme platnosci bezposrednie sciaganie z konta z miesiecznej wyplaty.
Depozyt w banku najczesciej jest uzywany przez extranjeros/ekspatow (emigrantow bez obywatelstwa) ze zrodlem dochodow spoza Urugwaju.

Mieszkania na wynajem dlugodystansowy sa zwykle nieumeblowane, przy czym standard owego nieumeblowania jest nieco inny niz w USA: mieszkania nie sa wyposazone w zadne sprzety typu lodowka, kuchenka, zmywarka czy pralka – maja za to zlew z blatem i szafki kuchenne (te nowsze).

System gwarancji dawanych przez firmy panstwowe/spoldzielnie jest imho nieglupi bo cywilizuje rynek wynajmu. WLasciciel nie ma szans wyciac numeru typu nie odda depozytu, najemcy z kolei nie oplaca sie zdemolowac mieszkania czy „zasiedziec sie” zbyt dlugo. Szkody wlasiciela pokryje fundusz firmy, ktora udzielila gwarancje, ale taki najemca juz wiecej gwarancji nie dostanie…

Napisane przez: futrzak | 13 Lipiec 2015

O złym zarządzaniu

Minęło półtora miesiąca odkąd poprzednia firma nie przedluzyla mi umowy.
Zastanawiałam się wtedy o co chodzi.
Dzis ucielam sobie dluzsza pogawędkę z dwoma osobami, które tam nadal pracują i pewne rzeczy wyjaśniły się.
Nie mieli nikogo na moje miejsce – pozycja jest nadal nie obsadzona i nikt nie zamierza nikogo zatrudniać. Nie bylo tez zadnego reorg ani zadnego ulepszania czy poprawiania dzialu QA. Dir of engineering, do ktorego teoretycznie teraz moi byli podwladni raportuja, zupelnie ich pracą nie interesuje się. Nie informuje ich tez co dzieje sie w dziale developers, a poniewaz nie sa zapraszani na zadne zbiorcze meetingi, to kompletnie nie wiedzą, co się dzieje, kto nad czym pracuje i jaki będzie następny projekt do testowania. W tych warunkach nawet jakby chcieli, to nie są w stanie się przygotować, o takich fanaberiach jak pisanie testkejsów już w ogole nie wspomne.
Release, nad którą pracowali w momencie mojego odejścia, była juz 3 razy opóźniana z powodu niegotowości. Nie dziwi, ze nie jest gotowa, skoro praca nad nią wyglada tak:
– chlopcy testuja, co maja odhaczone jako „fixed” bugs w systemie
– ok. 40-50% bugów jest nie poprawiona, na dodatek próby poprawek generują nowe błędy
– chłopacy wysyłają emaila do wszystkich zainteresowanych z listą problemów i wyjaśnieniem
– czekaja tydzień, nic się nie dzieje. Wysyłaja ponaglenia, nic sie nie dzieje (slowem sa kompletnie olewani)
– na 2-3 dni przed wyznaczonym terminem release odzywa sie dir of eng z pytaniem gdzie są z testowaniem
– email z listą problemów jest wysłany raz jeszcze, developery rzucają się na gwalt poprawiac, w ostatniej chwili rzucają swieżutki kod, który oczywiście znowu generuje falę nowych problemów i termin znów zostaje przesunięty.

Co bardziej przytomni developerzy widzą, że statek tonie i jak narazie dwóch już znalazło sobie nową pracę i zwolnili się.
Takie zarządzanie to jest recipe for a disaster i ona prędzej czy później się wydarzy. To tylko kwestia czasu az zdarzy się taki bug, który wywali w drobny mak serwery produkcyjne – tym bardziej, ze przeciez srodowiska testowego, będącego kopią production jak nie bylo, tak nie ma. Tempo poprawiania czegokolwiek padło na pysk – ta release, co sie opóźnia, nie zawiera żadnych nowych features, tylko bug fixes.

Zastanawiam się więc: czy są to działania wynikające z glupoty, niekompetencji i kompletnej ignorancji czy też może są to dzialania celowe? Ostatecznie obecny CEO, derehtor jeden (dzialu engineers) i drugi (marketing communications) przyszli z… firmy konkurencyjnej, która jak narazie za robotę developerską musi mojej eks-firmie placić spore pieniądze. Nie jest wykluczone, ze taki styl zarządzania jest celowy – zeby obnizyc wartosc firmy w celu jej jak najkorzystniejszego późniejszego przejęcia..słowem, czy to jeszcze głupota, czy już sabotaż…?
Cóż, czas pokaże, i to raczej czas dluższy, bo inercja w takich wypadkach bywa spora i mogą jeszcze z rok a nawet więcej pociągnąć – chyba ze coś się spektakularnie j*bnie. A szanse są duuuże…
Nie ma w tej chwili w dziale eng ani jednej osoby, która ogarniałaby codebase i wiedziała jak to wszystko dziala. Kod ma 10 lat i sklada sie z patcha na patchu patchem poganianego. Jest tak koszmarnie napisany że nawet ja, nie programująca na codzień, jak grzebałam w SVN to mi się po prostu rzygać chciało. Szkolne pieprzone błędy, żadnego pomyślunku, organizacji, dokumentacji – ot każdy następny programista tu se coś srutnął, tam se coś srutnął – a ze przy tym zepsuł dziesięć innych rzeczy – who cares? Że zrobil to tak, ze parę negative tests wywala całą funkcjnalność na ryja? Niech się support martwi, jak to odkręcać….

Ta…
A potem jak mi ktoś mówi, że upper management zarabia kupę szmalu bo ma świetne kompetencje, to jedynie ogarnia mnie pusty śmiech…

Napisane przez: futrzak | 11 Lipiec 2015

Meandry (nie)sprawiedliwości amerykańskiej…

Nie raz pisałam tutaj o absurdach i idiotyzmach amerykańskiego wymiaru sprawedliwości, ale to, co przeczytalam dzis, wprawilo mnie w oslupienie i nie wiem nawet, jak skomentowac.

Oto bowiem sędzina skazała na osadzenie w ośrodku dla młodocianych (juvenile detention center) dzieci za to że… nie chciały pójsc z ojcem na lunch. Ich rodzice od 2009 roku są w trakcie bitwy o opiekę nad dziećmi (w efekcie rozwodu).
Sędzina said the children had disobeyed her orders to „have a healthy relationship” with their father.

Dzieci (lat 9, 10 i 15) złamały prawo odmawiając wykonania wyroku sądu i za to zamknięto je…w poprawczaku. Zeby bylo jeszcze zabawniej – nie wiadomo, na jak dlugo. Formalnie moga tam przebywac do czasu ukończenia 18 lat, narazie zamknięto je na czas wakacji.

Mind boggling. Nawet jesli faktycznie matka nastawiala je przeciwko ojcu, to ona powinna ponieść jakieś konsekwencje – ale nie dzieci! I na dodatek sędzina jeszcze wystosowala zakaz kontaktów między rodzenstwem podczas ich przebywania w poprawczaku. Matka rownież nie moze ich wydywac, ani nikt z jej strony rodziny, za to ojciec jak najbardziej. Ale one nie chcą widywać ojca. Twierdzą, ze bil matkę.

Fragment rozmowy z sądu, z najstarszym z rodzeństwa:

“I didn’t do anything wrong,” the boy said.

“No, you did,” Gorcyca said.

“I ordered you to talk to your father. You chose not to talk to your father. You defied a direct court order. It’s direct contempt so I’m finding you guilty of civil contempt.”

The boy responded: “But he was the one that (did) something wrong. I thought there (were) rules .. for not hitting someone.”

“You’re supposed to have a high IQ, which I’m doubting right now because of the way you act,”

Potem było jeszcze dziwniej, sędzina zaczęła straszyć dzieci.
Ojciec przerwał milczenie i udzielił wywiadu. Najwyrazniej uwaza wyrok sądu za uzasadniony i jakoś nie przeszkadza mu, że jego własne dzieci siedzą za kratkami…

Źródło.

Napisane przez: futrzak | 9 Lipiec 2015

Dlaczego Polacy emigrują

Napisano już na ów temat tony, ale fragment poniższej rozmowy ze znajomą, która zresztą całkiem niedawno (kilka miesięcy temu) zdecydowała sie na podjęcie pracy w zawodzie – ale w Niemczech – jest niezłym podsumowaniem. Bo jednak kasa to nie wszystko…


– Wiesz X, jak czytam twoje uwagi z pracy to odnosze wrazenie, ze w Polsce pracowalas w jakims koszmarnym piekle. A teraz trafilas do firmy, ktora jest porządna, ludzi traktuje normalnie i jak ludzi, oraz o pracownikow dba.
– Tak było, z tym piekłem. Tylko kiedy tam tkwiłam, nie wiedziałam o tym i sądziłam, że to normalne.
Od pół roku nikt na mnie nie krzyknął. Nikt nie usiłował mnie zastraszyć, szantażować ani karać. Uwagę zwracają grzecznie, kulturalnie i z podziękowaniem za zrozumienie i dostosowanie się (czort z tym, że to tylko formułka, i tak brzmi lepiej niż „jeszcze jeden taki wyskok i wylatujesz!”). Prośbę o urlop kwitują „OK”, a nie dwugodzinnym lamentem z elementami szantażu emocjonalnego i trzymaniem w niepewności do ostatniej chwili.
Pewnie, nie wszystko jest idealnie i miałabym kilka uwag, ale w porównaniu z moim przednim pracodawcą – raj.

Sama mialam ten syndrom, gdy zaczelam pracowac w USA. Autentycznie bylam zdziwiona, że można inaczej, a mimo to pracownicy nie leżą do góry brzuchami i nie kiwaja nóżką popijając drinka z palemką w pracy…
Tak, zdarzaly sie uwagi, ale zawsze w cztery oczy i nigdy podniesionym glosem.

Oraz, czlowiek do wszystkiego potrafi sie przystosowac. Niedawno rozmawialam z kumplem ktory stwierdzil, ze on woli jak mi ktoś prosto w twarz wykrzyczy co mu lezy na wątrobie, a nie będzie owijał w bawełnę.
Nie dalo się go przekonać, ze taką samą tresc da sie przekazac bez krzyku i przeklenstw i że forma pozbawiona negatywnego bagażu emocjonalnego lepiej oddziałuje na wspolpracownikow/podwładnych. Nie i nie, bez wrzasku się nie liczy….
Przypomina to trochę dziecko, które przez lata było obiektem agresji i tak przywykło, że kiedy po raz pierwszy ktoś go prosi o zrobienie czegoś bez bicia, jest kompletnie zdezorientowane i nie wie o co chodzi…

Napisane przez: futrzak | 7 Lipiec 2015

Z frontu walki z zimą…

I rzeczywistość, a raczej zimno, nas pokonały.

W zeszłym miesiącu grzaliśmy się grzejnikiem elektrycznym…i za miesiąc rachunek za prąd właśnie wczoraj zapłaciliśmy: 3000 peso czyli jakieś 110 USD.

To bardzo dużo, jak na miejscowe standardy. No ale w tym mieszkaniu wszystko jest na prąd: i kuchenka i boiler do grzania wody, oprocz tego oczywiscie lodówka, czajnik elektryczny.. :-/
Starsi Urugwajczycy ponoć przyzwyczajeni i nawet naczynia myją w zimnej wodzie, ale ja takiego hardcoru nie mam zamiaru uprawiać…

Przeprosilismy się więc z piecem gazowym, chociaż wczoraj to już prawie czarna rozpacz była.
Zadzwonił bowiem Chłop do firmy, która wymienia butle (akurat sie stara skonczyła) a tam mu powiedzieli, ze nowa będzie kosztować 2700 peso… what???? Cena wydala nam sie z kosmosu wzięta, więc nie zamówiliśmy, i dobrze. Późniejsze konsultacje ze znajomą przyniosły oświecenie: Chłop poprosił o garrafę, czyli całą nową butlę, a nie o „recarga de garrafa” albo „recarga de gas”. To ostatnie kosztuje na szczęście tylko 470 peso…

Skoro już jesteśmy przy temacie lapsusów językowych: w Buenos sprzedawczynie mówią „quien sigue” (nastepny proszę), a tutaj „adelante”. A bagietka nazywa sie „flauta”..

PS: W Argentynie zużyciem ani elektryczności, ani gazu nie przejmowaliśmy się, bo były smiesznie tanie – subsydiowane przez rząd….

Napisane przez: futrzak | 6 Lipiec 2015

Co dalej, Grecjo?

Właśnie. Zaczyna sie robić coraz ciekawiej.

Grecy w referendum odrzucili dalsze austerity. Doceniam rząd Tsiprasa za to, ze pozwolił się ludziom wypowiedzieć – to jest właśnie sedno demokracji. Rząd nie ma robić nic za plecami czy bez poparcia narodu, którym rządzi.
Ciekawe jest to, że zwolennicy niekończącej się austerity i obarczania nowego pokolenia długami zaciągnietymi nie przez nich wybrany rząd równocześnie uważają (całkiem słusznie), że obarczanie syna czy córki długiem rodzica jest nieludzkie. A to przecież dokładnie ta sama zasada.

Powiedzmy sobie szczerze: w świecie, gdzie kredyt na skalę państwową jest nie do uniknięcia (a jak ktoś za bardzo chce uniknąć, to gdy przekupstwa nie działają, organizuje się zamach stanu), odmawianie możliwości bankructwa i restrukturyzacji długu jest wpędzaniem państw spowrotem do poziomu neokolonii. A oskarżanie kredytobiorcy i tylko kredytobiorcy o niewyplacalność jest niezrozumieniem całego mechanizmu.
Bo mamy tu DWIE strony biznesu. Kredytodawcę i kredytobiorcę. Ten pierwszy żyje z udzielania kredytów i ma ogromną przewage tak nad indywidualnym człowiekiem jak i nad rządem państwa (nie będącego mocarstwem) wynikająca z tego, że jest ZAWODOWCEM. Tenże zawodowiec (najczęściej będący zresztą emitentem pieniądza!!! – bo tak, ponad 90% wspolczesnego pieniadza jest kreowanego w postaciu dlugu przez banki prywatne) doskonale wie, jak kalkulować ryzyko pożyczki i to ryzyko przejawia się w oprocentowaniu bondów (państwa) i rat (indywidualni ludzie). Różnice są szokujące – owo oprocentowanie może wynosić od zera do kilkudziesięciu procent. Im mniej wiarygodny kredytobiorca, tym większy musi byc procent oraz zastaw pod pożyczkę.

Ów mechanizm jako-tako funkcjonuje, dopóki druga część byznesu – kara za zbytnie zalewarowanie i złą ocenę kredytobiorcy jest na miejscu. Tak, mówię o bankructwie banku tudzież instytucji kredytowej.
Ale ten mechanizm znikł. W USA banki rozpętały szaleństwo kredytów subprime mortgage bo wiedziały, że mają za plecami instytucje państwowe: Freddie Mac i Fannie Mae. Gdy tym ostatnim zabraklo płynności, rząd USA ufundował ją z pieniędzy podatników. Czyli: udzielajace pozyczek banki oblowily sie az pod korek, kreujac w systemach komputerowych biliony dolarów, z ktorych wyprowadzily to co mogly, a potem gdy ktoś powiedział sprawdzam wyciągneły na wierzch puste kieszenie i łapę po publiczne pieniądze.
Prywatyzacja zysków, upublicznienie strat. To jest właśnie ten transfer bogactwa od 99% do 0.01% najbogatszych tego swiata.

W wypadku Grecji było dokladnie tak samo. Na pozyczkach udzielanych skorumpowanym greckim rządom zyskały najpierw banki, potem firmy i biznes ze starej UE (przejmujący za grosze co się dało), potem greccy oligarchowie. Na koniec skapnęło coś i zwykłym ludziom – kiedy maja chleb i igrzyska, nie wychodzą wszak na ulice.
Słyszy sie głosy, że ci zwykli ludzie sami sobie winni, przecież nikt nie chciał płacić podatków i oszukiwał, ile się da i że to niby „Grecy mają w genach”.

Oh really. Polacy za komuny robili tak samo, kradli ile wlezie – WSZYSCY. Potrzebne na codzien rzeczy – począwszy od cementu, poprzez benzynę, sprzęt, żarcie a na papierze tolaletowym skończywszy, wynosiło się z państwowych firm, a ci, którzy to robili, byli nazywani „zaradnymi”. Chciałeś zbudować dom czy zrobić wesele w czasach kartkowych? Trzeba było srodki załatwić.
Czy po roku 90-tym coś się zmieniło? Tak, zaczęto złodziejską prywatyzację na gargantuiczną skalę, przewały byly robione na każdym kroku – nawet najmniejszy „przedsiębiorca” poczytywał sobie za szczyt sprytu uniknięcie VATu za samochód montując w głupim cinquecento „kratkę” i rejestrując go jako samochód „ciężarowy”…umowy o pracę, z uczciwie płaconym podatkiem i ZUSem? Hahaha. Przez te kilka lat, gdy pracowałam w Polsce, nie dostąpiłam zaszczytu, podobnie jak i setki tysiecy moich rówieśników. Kazano nam się cieszyć, że w ogóle ktokolwiek cokolwiek płaci i wmawiano, że zaczynając od sprzątania czy stania za barem zrobi się karierę, a na emeryturę uzbieramy zakładając działalność gospodarczą…

Czy jeszcze ktoś się dziwi, że ludzie oszukiwani i dojeni na każdym kroku, widzący, że ci na świeczniku kradną miliardy, nie będą się poczuwać do obowiązkowego płacenia czegokolwiek na rzecz złodziejskiego panstwa? Że w ogóle nie będą uważać tego państwa za swoje i pokierują się logiką taką samą, jak ci na górze – korzystać, ile można i póki jest – kto pierwszy ten lepszy?
Czy jak Polska zbankrutuje (narazie jest na etapie twórczej księgowości w ukrywaniu długu no i narazie ma jeszcze własną walutę…) to ci wszyscy, co dziś odżegnują od czci i wiary Greków potulnie zgodza się na dekady austerity? Chciałabym to zobaczyć…

Anyhow.
Varufakis został zmuszony do rezygnacji – był chyba zbyt ciężkim insult do przełknięcia dla wierzycieli. Jest to o tyle zabawne, że w sumie był zwolennikiem i EU i pozostania Grecji tamże, jak i pozostania przy euro. Nowy minister finansów Grecji jest… eurosceptykiem, a z jego poprzednich wypowiedzi jasno widać, że wstąpienie Grecji do strefy euro uważa za błąd.
Ciekawe, prawda?
No ale wśród unijnych polityków (podobnie jak i w corpo) najbardziej nienawidzi się tych, którzy uczciwie mówią, że król jest nagi. To ich należy usunąć z horyzontu zdarzeń jak najszybciej.
Co dalej? Możliwe, że Grecja euro nie porzuci, a negocjacje zaczną się na nowo i obejmą restrukturyzację długu w formie możliwej do zaakceptowania przez Syrizę i grecką ulicę. Ostatecznie Tsipras poczynił rytualne ustępstwo, a Trojka mogła utwierdzić się w przekonaniu, że jeśli Grecja porzuci euro, to za jej przykładem pójdą Hiszpania, Portugalia, Włochy..a to równałoby się końcowi Unii Europejskiej i euro jako waluty. No i oczywiście końcowi dominacji Niemiec. A tego nie chcą.
Być może wydarzy się to, co sugeruje Picketty: ustalenie nowego porządku finansowego w EU, zaczynając od oddłużenia wszystkich członków Unii. Czas pokaże.

Tymczasem greckie banki są zamknięte na głucho, a dziennie wypłaty ograniczone do 60 euro. Ot, greckie corralito…. To argentyńskie trwało prawie rok, wpędziło w nędzę prawie połowę Argentynczyków i zmiotło dwa rządy, przy czym ostatni prezydent, Fernando de la Rúa, został zmuszony do opuszczenia Casa Rosada (pałacu prezydenckiego) śmigłowcem, aby uniknąc linczu…
Greckie corralito może być równie zabójcze, ale nie wysadzi w powietrze Syrizy, tylko EU…a posprzątać może przyjść Turcja…

Older Posts »

Kategorie

Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Dołącz do 142 obserwujących.