Napisane przez: futrzak | 26 Marzec 2015

Chińska restauracja

Ale taka naprawdę chińska, dla Chińczyków. Chłop zauważył, całkiem niedaleko nas. Stwierdził, ze skoro wejście zaslania wieeeelkie akwarium z brudną wodą i ogromna rybą (żywą), to napewno musi byc tylko dla Chinczyków.

No i była.
W srodku klasyka, czyli stoly na kilkanascie osob z obracanym srodkiem, oddzielne pokoje na prywatne rodzinne party, na scianach klasyczne malowidla z poetyckimi ideogramami, telewizor z kanalem z chinskiej kablowki (a moze z satelity).

Kelnerka prawie nie rozumiejaca hiszpanskiego, na widok bialych twarzy wpadla w niejaki poploch. Nie mogla wyjsc ze zdziwienia, ze zamawiamy nie dosc, ze zielona herbate, to jeszcze caliente (gorącą; zeby sie upewnic przyniosla nam nawet puszki z taka „fabryczna” ktorą pija sie z lodem…). Załamala sie calkiem, jak zachcieliśmy pałeczek – defaultowo przyniosla nam noże i widelce…

Zarcie bylo bardzo dobre – o kilka klas lepsze, niz w chinskich restauracjach w China Town. Czuc, ze gotowane przez chinskiego kucharza dla Chinczykow, a nie dla turystow. Zadnych ściem z unikaniem przypraw i innych takich.
I pomyslec, ze tyle czasu mieszkalismy w poblizu i nie wiedzielismy – dopiero teraz, na dwa dni przed wyjazdem…

Eh.

A po drodze, znowu niedaleko, natknelismy sie na przeuroczy zakątek:

photo-2

photo

Prawda, jak niewiele trzeba, zeby kawalek miejskiej pustyni zamienić w coś przyjemnego?

Napisane przez: futrzak | 24 Marzec 2015

Kultura telefonu

czyli jedna generacja w tył. No, bo jak to inaczej nazwać?
Pracuję w firmie, gdzie praca odbywa się zdalnie. Zespół rozsiany jest po USA (wszystkie strefy czasowe), Kostaryce, Argentynie.
Standardem są meetingi online odbywane za pomocą konkretnego softu.

I co? G* z przeproszeniem. Za kazdym, ale to każdym razem jeśli meeting zwoływany jest przez kogoś z marketingu albo szefa IT (!!!!!) jest to… meeting telefoniczny. Furda, że ludzie z Kostaryki albo Argentyny się nie przyłączą. Co tam. Ważne, ze cholerne dupki ze Stanów mogą wszystko załatwiać za pomocą telefonu, który najwyraźniej maja przyklejony do ucha 24 godziny na dobę, nawet jeśli siedzą za komputerem w biurze.

Ciekawe, czy przyczyną tegoż jest wrodzony wstręt do jakiejkolwiek bardziej skomplikowanej technologii czy tez moze fakt, ze wypadku uzywania czegokolwiek do VOIP jest mozliwosc rejestrowania logów? A w wypadku telefonu mozna powiedziec jedno, potem zrobic drugie i „nie mam pańskiego płaszcza i co mi pan zrobi”?

Napisane przez: futrzak | 22 Marzec 2015

Zepsute, nadgryzione jabłko…

A mialo byc tak prosto, mowili. Taka tam wymiana dysku, nie? Nie.

Zbieralam sie jak pies do jeza, w koncu dzis nadszedl ten dzien. Solid State Disk Kingstona, 120GB zakupiony.Tak, przygotowalam sie psychicznie na problemy i opracowalam procedure dzialania, bo Apple wprowadzil sobie w Yosemite (najnowsza wersja MacOS) cos takiego jak kext-signing czyli cyfrowy podpis hardwaru. System wykrywa, ze w srodku jest nieprawilny na przyklad dysk albo pamiec i odmawia wgrania drajwera podczas restartu.

No, ale to sie da wyłączyć. No ale…

Jakis czas temu zrobilam sobie bootowalny pędrak (pendrive) z instalką yosemite.
Nowy dysk wsadzony, ruszamy. Boot do poziomu disk utilities, i dawaj.

ZONK. Ze ponoc instalka z pędraka jest corrupted i nie mozna jej zweryfikowac (a po zrobieniu image sprawdzalam przeciez).
No to jeszcze raz. Nic. Jeszcze raz – to mi sie zaczela grafika walic. Jakies krateczki, paseczki na ekranie i BUM blue screen.

Reboot. A tu ikonka folderu ze znakiem zapytania. Komp zglupial i zgubil swoj boot image. No swietnie. To moze instalka via net? Na makówach jest tak, że mozna sie zabotowac bezposrednio z serwerow Appla w Cupertino, jak sie podczas wlaczania systemu wcisnie odpowiednia sekwencje klawiszy.
Ok, jest, wstal w recovery net mode. Zweryfikowal mi serial number, podsunal pod nos stosowny OS (wersja sprzed 4 lat, z jaka kupilam laptoka) – zaczynamy.

ZONK. An error occurred. Sprubój jeszcze raz.
Nosz k*** nienawidze graficznych interfejsow. Nie ma logow, nie mozna nawet zobaczyc na czym sie to bydlę wywala.
Raz, drugi trzeci – zwis na twardo, CPU 100%, wiatraki w ruch. WTF???
Gadam z kumplem, ktory pracowal przez kilka lat w applowskim supporcie. Mowi, ze nigdy nie widzial przedtem takich cudów. Zaczynam nabierac podejrzen, ze moze mam plytę główną zwalona, zwlaszcza, ze szukajac natchnienia w sieci Chlop natyka sie o pozew zbiorowy Appla w sprawie zwalonego dyzajna plyty glownej akurat tego modelu, który mam…

No ładnie.
Ale, druga rzecza, ktora sie najczesciej po dysku twardym psuje, są kości pamieci. Najpierw reset NVRAMu. Dooopa, dalej nie chce instalowac.
No to wyjmujemy jedna kość najpierw, procedura od poczatku. Dalej sie nie instaluje.
Wyjmujemy dwie, wsadzamy kosci z innego laptopa. Dalej nic.

Wrrrr!
A jutro ja musze pracowac, tutaj komp nie dzialajacy, nie kupie nowego bo poniedzialek i wtorek akurat w Argentynie święto!!
Tragedia.

No to moze chociaz da sie zainstalowac stary system via net na starym dysku? Chlop wsadza spowrotem stary dysk, z powodu roztargnienia i sklerozy zapomina podlaczyc baterię. Net boot – instalka na starym dysku znowu wywala sie na tym samym errorze. Probuję wiec zabootowac z pędraka i sprobowac moze na starym dysku instalke yosemite?

Wciskam literke, zeby zabootowac gnoja z pędraka znowu a on… OLEWA sekwencję butowania i… se normalnie spokojnie bez nerwacji wstaje ze starego dysku, ze starym systemem i ustawieniami. BEZ WIESZANIA.

Huh???
ALe o co chodzi? To moze jeszcze raz wstanie? Shutdown, podlaczenie baterii, boot.

WSTAL.

I se stoi, i dziala – notkie piszę przeciez…

Czy ktos moze mi wyjasnic owe cuda? Oczywiscie, zaraz pomyslalam sobie, ze moze jednak RAM byl uszkodzony i sial po dysku. No ale skoro tak, to dlaczego po wymianie kości pamięci nie chcial zrobic instalki ani z pędraka ani z sieci tak na nowym jak i starym dysku? I dlaczego raptem ni w pięć niw dziesięć se wstal tym niby uszkodzonym dyskiem po odlączeniu baterii?

Cudów nie ma, a ja nie jestem hardware engineer. Czy ktos ma jakies sensowne wyjasnienie powyzej opisanego fenomenu?

Napisane przez: futrzak | 20 Marzec 2015

Co to jest bucera

A tymczasem rzeczywistość jakże pięknie uzupełnia różne takie rozważania..

Oto gwiazda TVN, znany dziennikarz, miłośnik pozdróży, zdradza w wywiadzie sposób na tanie podróże z dzieckiem po całym świecie:

Podróże są fantastyczne dla dzieci. Widzę, jak Zośka reaguje na wszystko, co nowe. Na ludzi, jedzenie. Na podróż z dzieckiem wcale nie jest trudno się spakować, nie trzeba brać wanienek, krzesełek i bóg wie czego jeszcze. Fotelik samochodowy? Nie ma sensu – stwierdził. – Do Kanady i USA nie braliśmy żadnych gadżetów. Pojechaliśmy do Walmartu, kupiliśmy wszystko, co było nam potrzebne, a pod koniec podróży wszystko oddaliśmy, mówiąc, że nam nie pasowało.

Oczywiście, wyjeżdzając zagramanicę ów cwany podróżnik „szuka miejsc, które nie są naznaczone Polakami.

Ta….
Może jeszcze potem sie dziwi, że po ujawnieniu swojej narodowości ktoś nieprzyjemnie reaguje?

Owszem, spotkalam sie juz z backpakersami o podobnej mentalnosci. Jedzenie? A po co wydawac pieniadze na jezenie? Idzie sie do hostelu, poznym wieczorem otwiera wspólną lodówkę i bierze, co jest. Za darmo. Potrzeba ci sprzetu? Stary, idz to REI, kup co trzeba a potem wracasz i oddajesz. Tylko pamietaj, ze po miesiącu to juz nie przyjmuja zwrotów no i nie podrzyj namiotu i nie wybrudź spiwora, a wszystko będzie ok.

Cóż. Widocznie w tej cudnej, działającej na rynkowych zasadach komercyjnej stacji nie płacą wystarczająco dużo, zeby odżalować te kilkadziesiąt dolarów i kupic w Walmarcie plastikową wanienkę, krzesełko czy nocnik. A jeżeli jednak dobrze mu płacą, to tym gorzej. I takie coś mieni się być obytym w świecie, Ważnym i Znanym dziennikarzem.

O tempora. O mores…

Napisane przez: futrzak | 17 Marzec 2015

Ubóstwo w Polsce

Licząc wg unijnych standardów ubóstwa: nędzarzem jest osoba, która zarabia poniżej 60% mediany zarobków w danym kraju.

W Polsce ostatnia znana mediana (pazdziernik 2012, GUS podal te informacje pod koniec 2013 roku) – 3115,11 zł brutto, czyli 2237,11 zł netto.
Sześćdziesiąt procent tej kwoty to 1869 zł brutto, czyli 1368 zł. netto.
Tylko troszkę więcej niż minimalna krajowa, która w tej chwili wynosi 1680 zł brutto.

Nalezy też pamietać, że mediana nie bierze pod uwagę zarobków z firm zatrudniających mniej niż dziesięć osób, w tym wszystkich samozatrudnionych. Uwzględniane są zarobki jedynie osób na etacie. Gdy ktoś traci etat, znika ze statystyk GUS.

Z powyższego wynika, że nikt nie jest w stanie podać dokładnej czy nawet przybliżonej liczby osób zarabiających netto w okolicach minimalnej krajowej, czyli zarobkowo znajdujących się w obszarze biedy.

Wg Eurostatu Polska jest w czołówce krajów z największą biedą:
The highest poverty rates were recorded in Romania and Bulgaria (41%), Latvia (38%), Lithuania (33%), Hungary (30%), Poland (27.8%) and Greece (27, 7%).

Teraz uwaga: jak oficjalnie definiuje się biedę/ubóstwo w Polsce?
W/g Instytut Pracy i Spraw Socjalnych ubodzy to ci, którzy żyją za mniej niż 466 złotych miesięcznie i takich ludzi jest w Polsce 2 miliony.
Tylko, że te 466 PLN to jest MINIMUM egzystencji, czyli uwzględnia jedynie żywność i potrzebę mieszkaniową. Tacy ludzie są wykluczeni ze społeczeństwa.

Dla porównania: jak to wygląda w Argentynie – kraju o zblizonej liczbie ludnosci (41.5 mln). Przypomnijmy, że Argentyna w 2001 r przeszła spektakulatne bankructwo, będące zwieńczeniem neoliberalnych rządów Menema, po którym aż 54% ludności popadło w nędzę (poverty); Argentyna posiada również obszary endemicznej biedy – głównie na północy kraju, gdzie zamieszkują indianie.

W/g INDEC (argentyński odpowiednik GUS) odsetek obywateli żyjących w nędzy wynosił w 2013 roku 4.7% populacji.
W/g centrali związków zawodowych ten procent wyniósł 18.8%.

Sposób liczenia granicy biedy w Argentynie opiera się na „minimo vital y movil” – koszyku wydatków gospodarstwa domowego – i na rok 2014 tenże koszyk wynosi 4400 ARS netto. Jest to zarazem automatycznie poziom płacy minimalnej (na etat) w kraju. Różnice między oficjalnym i związkowym poziomem biedy biorą się z rożnych wartości przyjętych za podstawę, czyli minimo vital y movil.

To, co wchodzi w skład koszyka jest regulowane ustawą (Ley de Contrato de Trabajo): dla pojedyńczego człowieka bez rodziny ma pokrywać podstawowe wydatki na mieszkanie, żywnośc, ubrania, edukację, służbę zdrowia, transport i wakacje.
Przy obecnych cenach oczywiście nie pokrywa – o wakacjach można zapomnieć, o jedzeniu 3 razy w tygodniu dobrej wołowiny też; niemniej, małą kawalerkę w normalnej dzielnicy (fakt, ze o niskim standardzie) da się wynając za 2000 ARS na kontrakt długoterminowy; edukacja, nawet wyższa, jest za darmo, podobnie państwowa sieć szpitali (prawda, że z dostępnością do nich na prowincji poza miastami jest kiepsko, ze względu na ogromne odległości i słabe zaludnienie); komunikacja miejska jest dotowana (pociągi zwłaszcza są śmiesznie tanie, podobnie autobusy miejskie) – gdy sie sprężyć, da się przeżyć bez wykluczenia społecznego, chociaż faktycznie bardzo skromnie i będzie to trudne.

Napisane przez: futrzak | 16 Marzec 2015

A tymczasem…

rozpoczęła się najpiękniejsza pora roku w Buenos: jesień. Tzn. formalnie się nie rozpoczęła, ale pogoda grawituje w tą stronę.
Przypomnę: jesien tu to jak lato w Polsce, za wyjątkiem ilości slonecznych dni :)
W dzien temperatura dwadzieścia pare, trzydzieści stopni, w nocy spada do komfortowych dwudziestu a nawet osiemnastu :)
Nie ma juz obrzydliwej, duszacej wacianej parówy i trzydziestu paru stopni, które normalny człowiek jest w stanie przetrwac tylko pod klimą….

Niemniej, juz niedlugo będzie nam dane doświadczac tego w kapitalu, bo za 2 tygodnie, z końcem marca przenosimy sie do Urugwaju. Przygotowania trwaja, więc mniej wpisów.

Niestety, przez ponad 3 lata pobytu tutaj obrośliśmy w zbyt dużą ilość rzeczy, których trzeba się teraz pozbyc, bo nie zmiesci sie toto wszystko do małego samochodzika.

Jak wszystko pojdzie dobrze, to za dwa tygodnie będe juz machać łapką z nad oceanu :))))

dedos

Na zdjęciu słynna rzeźba dłoni z plaży w Punta del Este.

Napisane przez: futrzak | 10 Marzec 2015

Banking online – level master!

Czyli przemyslany interfejs uzytkownika.

Otóż zapomniał uzytkownik hasła. Co moze zrobic? „Proszę skontaktuj się z nami”. Jeden jedyny link na całym websajcie. Klikamy i co widac? Ano taki
formularz.

Proszę wybrac powód kontaktu: potrzebuję online banking support.
Tu otwiera mi sie pole obowiązkowe do wypełnienia: „My relationship manager is”

Skad ja mam to wiedzieć???? Odkąd zmienili interfejs, najwyrazniej kazda próba kontaktu musi zostać zainicjowana podaniem nazwiska jakiegos relationship managera. Ja tylko chce zresetowac haaaasłooooo!!!!! na ch* mi rozmowa z jakims bałwanem, który będzie próbował mi wciskać super-oferty???

Dalej jest tylko lepiej. No bo jeśli nie znasz swojego relationship managera to co mozesz zrobic? Skontaktowac sie bezposrednio ze swoim lokalnym biurem!!!!! A co zrobić, jeśli akurat jesteś w kraju, w ktorym nie ma lokalnego biura? Taka mozliwosc najwyrazniej nikomu nie przyszła do glowy.
Wybranie jakiegokolwiek kraju z drop-down i zostawienie niewypelnionego pola „relationship manager” skutkuje zablokowaniem wyslania formularza, no bo przeciez to WYMAGANE pole.
Nic, tylko wziąć za łeb tego, co wymyślił ów formularz i walić łbem w ścianę, aż mu pusty czerep pęknie.

Proszę tez zauwazyc, ze dokladnie ten sam formularz sluzy do kontaktowania sie w sprawie zalozenia nowego konta. Wszystkie pola takie same.

Ah, zapomnialam, zadzwonic mozna. „Call an adviser” prowadzi nas do .. gdzie, gdzie? Office locations!!! I co za pech, ze w Poludniowej Ameryce maja tylko biura w Brazylii. No moge sobie dzwonic, a jakze, międzynarodowo. Wicie rozumicie, zadzwonię do jakiegos biura w Kurytybie albo Rio i tam będe szukac kogos, zeby mi zresetowal haslo do konta online w banku, ktory to bank ponoc miedzynarodowy jest. Tia. Międzynarodowa my ass, z przeproszeniem.

PS: formularz wyslalam, wpisujac jakies zmyslone imie relationship managera. Ciekawe, kiedy i czy przyjdzie jakakolwiek odpowiedz? A teraz pomyslcie, ze musicie zrobic pilny przelew. JAJKS!

Napisane przez: futrzak | 7 Marzec 2015

Libertariański raj

Okazuje się, że jest. Oto kraj, który wcielił w życie filozofię głoszoną przez Ayn Rand, Hayeka, Rothbarda – z wydatną zresztą pomocą USA wcielił. Indywidualizm, egoizm, masz to, na co zasłużyłeś i zarobiłeś, masz, więc trzymaj, podatki to ściema więc nie ma, rząd też, a przestrzeni publicznej nie ma i w ogóle o co chodzi?

Miał byc złoty róg, kraj mlekiem i miodem płynący i droga do dobrobytu i bogactwa.
Co wyszło? A to.

Prywatne armie ochroniarzy dla wybranych, fajne życie dla wybranych i nielicznych bogatych w zamkniętych enklawach. Drogi? Ależ to realizacja marzeń czystego, niczym nie zmąconego wolnego rynku: setki biedaków zasypujących dziury w drodze nieremontowanej od lat. Stoją, zasypują szuflami i tym, co mają pod ręką, a potem czekają na drobne od kierowców…
A że przestępczość jest radosna – San Pedro Sula będące najniebezpieczniejszym miastem świata osiągając 3 zabójstwa dziennie – oh, who cares? Jak cię nie stać na prywatna armię ochroniarzy, to frajer jesteś, bo za mało zarabiasz. Drogi ci przeszkadzają? No to sobie kup smigłowiec…
Że większość obywateli mieszka w slumsach? Nieudacznicy. Że nie stać ich na lekarzy? Banda leni…

To co, kto się wybiera?

Napisane przez: futrzak | 3 Marzec 2015

Cywilizacja gwałtu

W BBC opublikowano właśnie wywiad (będący częścią filmu) z jednym z gwałcicieli i morderców – sprawców autobusowego gwałtu* z 2012 roku w Delhi – wydarzenia, które pociągneło za sobą falę protestów w całym kraju. Mukesh Singh składa właśnie apelację przeciwko wyrokowi śmierci. Wypowiedzi jego oraz jego obrońców są uhm… nad wyraz ciekawe ze tak powiem…

Przyzwoita dziewczyna nie włóczy się o dwudziestej pierwszej poza domem. Dziewczyna jest znacznie bardziej odpowiedzialna za gwałt niż chłopiec.

Ludzie mieli prawo dać im nauczkę.

Podczas gwałtu nie powinna się bronić. Powinna milczeć i pozwolić na gwałt. Wtedy wszystko skończyłoby się na gwałcie i pobiciu chłopaka.

Wypowiedzi adwokatów „autobusowych gwałcicieli”:

Mówisz o mężczyźnie i kobiecie jako przyjaciołach. Bardzo mi przykro, ale nie ma na coś takiego miejsca w naszym społeczeństwie. Mamy najlepszą kulturę. W naszej kulturze nie ma miejsca dla kobiety

Gdyby moja córką albo siostra splamiła honor swój i rodziny niedopuszczalnymi przedmałżeńskimi zachowaniami
na pewno zabrałbym ją do swojego wiejskiego domu i w obecności całej rodziny oblał benzyną i podpalił.

Nie jestem zwolennikiem kary śmierci, ale ci tutaj w pełni na nią zasłużyli. I prosze nie mowić mi o równości kultur, bo zaraz się porzygam.

* – dziewczyna i chlopak wracali z kina, wsiedli do autobusu. Chlopak zostal pobity, dziewczyna wielokrotnie zgwalcona, a na koniec zakatowana metalowym prętem – obrażenia wewnętrzne, które odniosła były tak poważne, że po paru dniach zmarła.

Napisane przez: futrzak | 1 Marzec 2015

Uber w Buenos Aires?

Poszła taka wieśc w eter. Nie, żeby oficjalnie, nie – po prostu ktoś zauważył ogloszenie online o poszukiwaniu kogos do rozwijania biznesu w BA.
Związki zawodowe taksówkarzy od razu zwarly szeregi i zaczely debatowac nad tym, jak nie dopuscic Ubera do stolicy. Najpierw będą składać petycje do burmistrza Macriego, a jak to nie pomoże, to strajk generalny.

Powiedzmy sobie: z palcem w tyłku zablokują kompletnie capital – bo jest ich ok. 38 000 właścicieli taksówek, plus 30 000 kierowców taksówek, plus 6000 personelu pracującego w uslugach radio taxi.

Licencja taksówkarska jest bardzo droga, taksówkarze i ich kierowcy przechodzą regularne inspekcje, płacą roczną opłatę, nie moga kasować sobie za kurs tyle, na ile akurat jakiś pasażer „wygląda”. Nie zdarzają się wypadki takie jak na Manhattanie, ze samochód brudny, taksówkarz śmierdzi czyms-tam i nie mówi po hiszpańsku… Wsiadając tutaj do taksówki nie muszę się bać, że ktoś mnie zgwałci albo obrabuje (co niestety miało miejsce w wypadku kierowców Ubera w Indiach).

Z punktu widzenia komunikacji, Buenos nie potrzebuje żadnych dodatkowych middle-man.
Jest metro, jest duża sieć autobusów jeżdzących dosłownie wszędzie. Jest ciągle rozbudowujący się metrobus, jeżdzący po wyznaczonych pasach (w szczycie to zaprawdę błogosławieństwo).
Sa taksówki – jeździ ich tyle, że praktycznie wszędzie wystarczy wyjść na róg i najdalej po 5 minutach już jedziemy – nawet w środku nocy.
Są remisy (też podlegające licencjonowaniu i kontroli) oraz małe busiki – te jeżdzą też poza kapital.

Nie ma miejsca ani potrzeby na Ubera – porównując opisy dzialania firmy z innych miast, tutaj taksówki sa szybsze i pewniejsze, poza tym jeszcze mają tą zaletę, że nie wymagają posiadania smartfona…

Po co psuć coś, co działa dobrze? Uber być może ma sens w Dolinie Krzemowej i wielu miastach USA, gdzie transport publiczny jest mierny lub wcale go nie ma, a taksówek tez nie za wiele. Ale tu? Rynek transportowy jest wysycony; pieniądze z licencji i działania taksówek, remisów i busików idą do lokalnego budżetu. Zagraniczna corpo raz, że pozbawi tysiace taksówkarzy pracy, dwa, nadwyżkę zgarnie sobie i nie trafi z tego nic do lokalnego budżetu. Na co to komu?
Oczywiście, jakaś część klasy wyższej będzie się mogła pochwalić, że maja taki cool serwis jak w USA i innych miastach na świecie – o, klikasz panie w aplikacyjkę i przyjeżdza samochód…

Napisane przez: futrzak | 26 Luty 2015

Ekonomia skapywania

czyli trickle-down economics to jeden z ulubionych mitów neoliberałów. Dane ekonomiczne z Europy oraz USA za ostatnią chociażby dekadę pokazują, że to nie działa – górny procent społeczeństwa wzbogacił sie o procent dwucyfrowy, podczas gdy cała reszta, o ile uwzględni się inflację, biednieje. I to mimo wzrostu produktywności. Klasa średnia się kurczy. Fakty falsyfikują teorię: bogacenie się właścicieli kapitału nie przekłada się na tworzenie nowych miejsc pracy, innowacyjność ani wzrosty płac. Po co otwierać nową fabrykę, męczyć się, wymyślać i kombinować skoro można zarobić krocie na „produktach finansowych”, derywatach, pożyczkach bez pokrycia etc. a jak bania pęknie dostać pieniążki z bailoutu?

Nawet gdy typowy neoliberał zaabsorbuje jakoś powyzsze fakty to zaraz doda, że przecież żeby komuś coś „dać” (podwyżki) to trzeba komuś zabrać. A jak się komus coś zabierze pod przymusem, to odechce mu się robić czegokolwiek. Brzmi na pierwszy rzut oka sensownie, nie? Tylko, że znów pies pogrzebany jest w szczegółach oraz faktach.

Tak, fakty są już bowiem dostępne.
Oto miliarder Mike Dayton objął fotel gubernatora Minnesoty w styczniu 2011 roku. Odziedziczył po poprzedniku, republikaninie Timie Pawlenty deficyt 6.2 miliarda i 7% bezrobocie. Pawlenty w latach swojego urzędowania 2003-2010 stworzył ledwie 6200 nowych miejsc pracy i twardo trzymał się polityki niepodwyższania podatków.

Co zrobił Dayton? Podwyższył podatek stanowy (dochodowy) z 7.85% do 9.85% dla wszystkich zarabiających (rozliczajacych sie indywidualnie) ponad 150,000 USD rocznie oraz małżenstw (rozliczajacych się wspolnie), zarabiających powyzej 250,000.
Podwyżka zwiększyła wpływy w budżecie o 2.1 miliarda dolarów.
Poza tym zgodził się na podwyżkę płacy minimalnej do 9.50 USD/h do 2018 roku oraz wprowadził prawo stanowe gwarantujące „equal pay” dla kobiet.
Republikanie zrobili raban rzecz jasna krzycząc, ze wszystkie biznesy uciekną z Minnesoty.

Tylko, że nie uciekły.

W latach 2011-2015 w Minnesocie powstało 172,000 nowych miejsc pracy. Unemployment jest na poziomie 3.6% (piąty, najniższy wskaźnik ze wszystkich stanów) a mediana zarobków wyższa o 10 tys. niż średnia krajowa.
W końcu 2013 roku ekonomia Minnesoty była piątą najszybciej rosnącą w USA, a wg. Forbesa stan jest na dziewiątym miejscu w rankingu najlepszych do robienia biznesu.
Ludzie jakoś też nie uciekli przerażeni wyższymi podatkami: 6230 więcej (niz za poprzedniej kadencji Pawlentego) osób kwalifikujących sie na najwyższy próg podatkowy złożyło swoje deklaracje właśnie w tym stanie.

Styczeń 2015 rok: Minnesota ma nadwyżkę budzetowa w wysokosci jednego miliarda dolarów, a Dayton obiecal jedną trzecią z tych pieniędzy zainwestować w system szkół publicznych.

I nie, sukces Minnesoty nie wziął się z ogólnego „wzrostu” recovery i innych takich, co to ogarnęły całe USA. Gdyby tak było, to Sam Brown, gubernator Kansas działający w tym samym czasie, odniósłby swoją konserwatywna polityką obniżania podatków i obcinania wydatków spektakularny sukces – tymczasem poniósł sromotną klęskę.

Czy ktoś ma jeszcze jakieś wątpliwości?

Napisane przez: futrzak | 24 Luty 2015

Tango porteno

Mogę napisać: tam byłam!. Koleżanka, zawodowa tancerka, załatwiła za darmo wejściówki na sam show – bo opłata, przyznać trzeba, zwala z nóg:
sam show – w zależności od miejsca: 45-137 USD
cena (obiad) i show – 127-255 USD
Słowem, kroją turystów aż sie kurzy na niebiesko :)
Miejscówka bardzo dobra – zarówno lokalizacją jak i wnętrzem – przepieknie odnowiony w stylu niemieckiego art deco Teatro Porteno. Poczułam się jak na planie Metropolis co najmniej….

tp2

Nawet w kiblu mieli stylowe bardzo lustra, klapy i uchwyty do papieru dopasowane, o. Zdjęć oczywiście w trakcie przedstawienia zakazali robić – oczywiście probowałam, ale i tak na razie nie zobaczę czy cokolwiek wyszło, ponieważ do czasu wymiany dysku w kompie nie mogę ich zrzucić z karty na komputer. Muszą wam więc wystarczyć cudze, ale różnicy zbyt wielkiej nie będzie, ponieważ ten show od nie wiadomo ilu lat jest taki sam dzień w dzień, inni więc widzieli i sfocili dokładnie to samo, co ja, minus selfiki…

vertic_880_0

W skrócie: bardziej podobał mi się tango show dla miejscowych.
W tym nie bylo zbyt wielu zbiorówek, a te na początku były kiepskie. Za dużo rutyny, za mało synchronizacji, dwie panienki tanczyły tak, jakby miały cięzki artretyzm kręgosłupa. Jako atrakcję przewidziano także występ pary sławnych nauczycieli/solistów tanga – staruszków już dziś. Fajnie, że jeszcze tańczą i w ogóle, ale podziwiać nie było czego. Może gdyby poprzedzono to kawałkiem historii i wyjaśnienia? No ale nie poprzedzono…

Śpiewających, niby na żywo, było dwoje solistów. Nawet nieźli, ale z playbacku śpiewali…
Na poziomie i godna zapamiętania była orkiestra, stroje oraz dekoracje. Full wypas i robiące wrażenie. Słowem szoł na bogato :)
Co poza tym? solówka/wariacja dwóch tancerzy tańca współczesnego. Bardzo dobra choreografia i wykonanie, historia opowiedziana ciałem, nawiązująca do rzewnych czasów wspaniałości Baires lat czterdziestych:

20120729.TangoPorteno-01.jpg

solowka

Jak widać wynalazek zasłonięcia kobiecie oczu nowy nie jest, tyle że tutaj tańczyła ona znakomicie zamiast oddawać się podrzędnemu sortowi BDSM :)

Czy warto było pojść na taki show? Za darmo tak. Czy zapłaciłabym ponad 100 USD, zeby go obejrzeć? Nie….
Ale nic to, jak mawiał Mały Rycerzyk, albowiem turyści z całego świata mają odmienne zdanie i lecą jak ćmy do lampy zwabione zawsze pochwalnymi recenzjami z przewodników i komercyjnych websajtów. No bo czy widział ktoś dziś gdzieś uczciwie napisaną recenzje z tego typu rozrywek? Może przez niezależnych i nie znaczących blogerów :)))

Napisane przez: futrzak | 20 Luty 2015

Lektura na weekend

Bardzo dobry wywiad z neoliberalną kapłanką polskiego byznesu, szefową lobbingowej organizacji pracodawców Lewiatan.

Spodobał mi się zwłaszcza ten kawałek:

Lewiatan postawił sobie zadanie, żeby zmieniać świadomość. W gruncie rzeczy wyręczamy państwo, przygotowujemy projekty reform, które powinny powstawać w ministerstwach. Alarmujemy, że grozi nam zapaść systemu emerytalnego, bo w Polsce władza boi się rozmawiać o realnych problemach, które wybuchną w przyszłości. Już w przedszkolu dzieci powinny się uczyć, że trzeba co miesiąc odkładać choćby dziesięć złotych na emeryturę.

– Z czego ludzie mają odkładać? Z pensji? Wasza ulubiona pensja, którą chcecie płacić zatrudnianym pracownikom, wynosi 1600 złotych na rękę. To wynika z badań – zapytano was o to i połowa przedsiębiorców wymieniła tak niską sumę.

– Myślę, że zawsze można coś odkładać.

Myślę, że pani Bochniarz powinna pożyć pół roku za pensję 1600 PLN i poodkładać – być może wtedy byłaby bardziej zorientowana w temacie.
Trudno też powiedzieć, skąd bierze sie jej błyskotliwa wiedza o prowadzeniu firmy – wszak sama do zakładania byznesów nie spieszyła się. Przez dwadzieścia lat siedziała sobie na milusim i fajniusim etaciku akademickim w Instytucie Koniunktur i Cen. Etat porzuciła też nie po to, aby firmę i byznes zakładać – przeszła znów na utrzymanie z pieniędzy podatników i została ministrem przemysłu i handlu. Widocznie w ministerstwie zdobyła odpowiednie kwalifikacje i znajomosci, bo potem, już w wieku 44 lat założyła swoją jedyną firmę:

Możliwe że jej firma Nicom Consulting robiła niesamowite rzeczy, ale wyskakuje mi głównie doradzanie przy sprzedaży Banku Zachodniego, TP SA, Gdańskiej Stoczni Remontowej i Siarkopolu Gdańsk.
Według Ministerstwa Skarbu analizy były niekompletne, z licznymi błędami. Według MSP w prywatyzacji Banku Zachodniego doradca rekomendował ministrowi podpisanie umowy, mimo że nie dopełniono wymogów ustawowych. Choć analizy wykonano z kilkumiesięcznym opóźnieniem, doradca dostał pełne wynagrodzenie – 6,6 mln zł.
Ja bym z chęcią doradzał przy prywatyzacji i brał za to tłusty pieniądz, ale niewiele już zostało. Nie miałem też szansy wyrobienia kontaktów w wielkiej polityce, a co gorsza nawet w gminnej. To że niewiele zostało do sprywatyzowania może być powodem, dla którego Henryka Bochniarz nie jest przedsiębiorcą. Zasiada w radach nadzorczych, prezydenci Lewiatanowi, ale nie posiada własnego biznesu.

Powyższe najlepiej podsumowuje kompetencje pani Bochniarz. Smutne jest jedynie to, że ciągle zbyt wielu Polaków kupuje jej bzdurną narrację, zasuwa ze zgiętym karkiem, a w cichości ducha liczy, że przecież jak zniosą już wszystkie ograniczenia, to oni się odkują, oni też zarobią te 6.6 mln złotych….

Napisane przez: futrzak | 19 Luty 2015

Zabezpieczony: Jak kończą się przyjaźnie

Treść jest chroniona. Proszę podać hasło:

Napisane przez: futrzak | 18 Luty 2015

O stadnej naturze…

porteños – czyli o czymś, czego chyba nigdy do końca nie zrozumiem.

Bo tak: Buenos Aires to miasto o bardzo dużej gęstości zaludnienia na kilometr. W kapitalu (ciudad autonoma de Buenos Aires) na 203 km kwadratowych, czyli mniej niż połowie Warszawy upchane jest ok. 3 mln mieszkańców, zaś cała konurbacja liczy ok. 15 mln ludziów.

Ten tłum, poza okresem urlopowo-wakacyjnym na codzień na ulicach naprawdę widać, słychać i czuć. Możnaby pomyśleć, że w celach wypoczynkowych mieszkańcy stolycy udadzą się w miejsca raczej odludne – ale nie.
Najbardziej majętni kierują się do Punta del Este – wypasionego kurortu przypominającego Miami, również cenami. Tam zbijają się w malownicze kupy – w dzień na plazach i roznych specjalnie organizowanych atrakcjach, w nocy w modnych klubach.

Mniej majętni wybieraja lokalizację Mar del Plata gdzie równiez kultywują stadną formę tak zwanego wypoczynku:

mar-del-plata-1-580x348

Jak juz wypoczną, to znowu kupą, zbici w malownicze autostradowe korki, wracają do stolycy…

Napisane przez: futrzak | 16 Luty 2015

Nową modę…

…zauważam wśród znajomych:

moje dziecko lepiej spędzi czas na kreatywnych zabawach i na nauce, sprzątanie nic nie wnosi do życia, zresztą od tego jest sprzątaczka.

W pedantycznie wysprzątanym domu dzieci są nieszczęśliwe

Sprzątanie nie sprzyja kreatywności, nie rozwija krytycznego myślenia

Uh. Sama nie jestem pedantką ani perfekcjonistką i nie obchodzi mnie, jak ktos wychowuje swoje dzieci. Tylko ze te dzieci potem stają się doroslymi. Takimi doroslymi, ktorzy w publicznej przestrzeni – np. kuchni biurowej – z okazji lunchu robią syf, a potem jak gdyby nigdy nic wstają od stołu i mają kompletnie w d* ze koledzy z pracy tez by chcieli z tej kuchni skorzystać i nie mają ochoty zaczynać od sprzątania po kimś brudnych naczyń. Tacy ludzie nie mają tez najmniejszych problemów z zostawianiem po sobie śmietnika na przykład na plaży czy po pikniku – no przeciez nie nalezy do ich obowiazków sprzątanie! Nie mówię już o przypadkach, jeśli trafi się taki współlokator. Wtedy od razu najlepiej spuścic go na drzewo.. bo kuchni i łazienki dzielić nie sposób. No, ale sprzątanie jest niekreatywne i dla plebsu….

PS: dziś jest poniedziałek i dwa dni wolne z okazji konczącego się karnawału. Napawam się przecudną ciszą…

Napisane przez: futrzak | 11 Luty 2015

Koniec złotej epoki…

Dziś odeszła w przeszłość pewna epoka – odeszla wraz z R., który opuścił właśnie Mountain View.

Ci, którzy czytają mnie od lat wiedzą, kim był. Stały bywalec pubu Mollys, organizator niezapomnianych imprez i dusza towarzystwa, ale przede wszystkim fachowiec w swojej działce: hardware design.

Ja sama zawdzięczam mu bardzo wiele: w czasie, gdy rozwodziłam sie (pierwszy kryzys 2001 roku i pad dotcomow, zostalam bez pracy bo layoffs) i nie mialam do kogo nawet gęby otworzyc, bo wszyscy znajomi z roboty szybciutko zaczeli mnie obchodzić jak smierdzące jajo – wiadomo, znają jego i ją, nikt nie chce „zająć stanowiska” wiec na wszelki wypadek odsuwają sie – on wtedy wyciągnął do mnie rękę – obcy człowiek.
Któregoś dnia poszłam (po raz pierwszy) do Mollys, zamowilam piwko i usiadlam w kącie, a on zaprosił mnie do Okrągłęgo Stołu, zaraz potem do siebie na party z okazji 4th of July. Tak poznałam wszystkich.

Pamiętam kiedys na jednej z hucznych letnich imprez, u niego w domu, gdzie bawila sie ponad setka osob – pamietam pomyslalam, ze to jest jak piękny sen, który już niedlugo odejdzie w przeszlosc. Był rok 2007, a moje słowa prędko okazały się prorocze. R. jako jeden z pierwszych został zwolniony wraz z falą nadchodzącego kryzysu. Na początku, jak wszyscy, nie przejmowal sie. W koncu byl bardzo dobry w swojej dzialce (verilog, motherboard design, chip design, encryption), kilknascie lat doswiadczenia, wiec czemu mialby miec problemy? Ale mial. Praca nie nadchodzila a on ciągle wierzyl, ze sytuacja nie jest nadzwyczajna. Mial dom kupiony na kredyt i samochod na kredyt, bo przy zarobkach dobrze szesciocyfrowych nie bylo problemu ze splatami. Wierzyl, ze juz-juz znajdzie prace, więc najpierw wymaksowal karty kredytowe, potem skasowal 401K i wyciagnal z niego kase a wszystko po to, zeby nie stracic domu.
Ja w tym samym czasie bylam w takiej samej sytuacji i wbrew wszystkim mundrym radom dookólnym zdecydowalam, ze przestaję splacać chałupę.

On placil do konca. Najpierw bank przejąl jego samochod, potem zabral mu dom. Do konca nie wierzyl, ze bedzie sie musial wyniesc, wiec po przybiciu kartki na drzwi z informacja o eviction mial kilka dni. Wszystkie swoje rzeczy (a jako zapalony i utalentowany kucharz mial caly jeden pokoj klamotów i profesjonalnych akcesoriow kuchennych) upchal w storage i przeniosl sie do pokoju, ktory zaoferowala mu u siebie B. Nie chciał zadeklarować bankructwa.
Rozpił się – pił w Mollys na kredyt – ale powiedzmy sobie szczerze, ile osob psychicznie wychodzi bez szwanku z walnięcia łbem o dno?

W czasie, kiedy ja nadal bylam bezrobotna, on w koncu znalazł pracę przez znajomego, który to znajomy szukał swojego zastępstwa (z kregu Mollys, of course). Juz nie te same pieniadze, ale nadal więcej niz dwa razy wyzsze od sredniej. Zyl u B. skromnie i staral sie splacac dlugi. Taki byl stan na dzien, kiedy ja wyjechalam z Mountain View w 2011 roku.

Minęły trzy lata i co widzę? R. wyjeżdza z Mountain View i USA i wraca do rodziny w UK. Powód: skonczyly mu sie pieniądze, a pracy nadal nie ma. Od znajomych wiem, ze byl na kontraktach tu i tam, szukal stalej pracy, byly interviews, ale nic jakos z tego nie wyszlo…

I tak myslę sobie: o co chodzi z tym zatrudnianiem na hurra w działce IT w Dolinie Krzemowej? Czyzby to jednak ściema? A moze zatrudniają tylko w okreslonych dzialkach i tylko ludzi w okreslonym wieku? R. ma mniej-więcej tyle lat co ja, w swoim zawodzie pracuje juz prawie 20 lat, swoja wartosc zna. Nie daje sobie wciskać bullshit, nie chcial sie przemianowac na programiste-od-wszystkiego-websajty-bazy-danych-co-tylko-chcesz.
Zawsze mówił, że on sie do tego nie nadaje, on jest hardware engineer, to jest to co kocha robić i to będzie robił. Być może to właśnie go zgubiło?

Oczywiscie, ma nadzieje, że to tylko tymczasowe i ze niedlugo wróci. Jego serce i tyłek jest w Mntv, w knajpie, gdzie oficjalnie przybito metalowa tabliczkę na jego zwyczajowym krześle, tabliczke z napisem „King R.”.

PS: z dawnego towarzystwa zreszta nic juz prawie nie zostalo. Wiele ludzi rozjechalo sie po USA i po swiecie, wszystko się rozpadło, do Mollys przychodzi już zupełnie inny tłum, tłum którego nic nie łączy i którego nikt nie zna. Nie chcą się socjalizować, nie są zainteresowani niczym poza uwaleniem się, odłączeniem i spławem. Reset po osiemdziesięciogodzinnym tygodniu pracy….

Napisane przez: futrzak | 9 Luty 2015

Śmierc kultur


Wiesz, czym jest śmierć: końcem istnienia struktury w formie stanowiącej o jej tożsamości – na skutek rozpadu lub przekształcenia w inną formę. Nie ma reguł silniejszych od Praw
Progresu, to najbardziej podstawowe zasady, zakorzenione głębiej niż prawa fizyki. Każda kultura, społeczność, każdy gatunek znajdujący się pod presją konkurencji, we wszechświecie o stałych warunkach nieuchronnie się doskonali, idąc po krzywej zmian ku Ul. Od form gorzej przystosowanych ku lepiej przystosowanym; te pierwsze zatem umierają. Progres jest w istocie historią zagłady kolejnych realizacji frenu. Ta Krzywa to mapa cmentarzyska kultur. Każda kultura balansuje na ostrzu noża, stanowi ofiarę rozdzierających ją sił: postępowej i zachowawczej. Jeśli przeważy postępowa, zatracona zostanie tożsamość – i to jest
śmierć. Jeśli przeważy zachowawcza, nic się nie zmienia aż do końca, gdy inne kultury, lepiej przystosowane, przytłoczą tamtą – i to też będzie śmierć. Różnica pojawia się w momencie takiego przyspieszenia wędrówki po Krzywej, że zależności powyższe zostają zaobserwowane jako twarde statystyczne prawa, formułuje się model – jak u was sformułował go Alphonse Remy – i podejmuje się w oparciu o jego znajomość działania mające na celu zarazem zachowanie tożsamości i zabezpieczenie się przed kulturami z wyżyn Krzywej – ponieważ istnieje już wówczas świadomość zagrożenia. I tak oto powstają Cywilizacje. Przynajmniej tak działo się w Czterech Progresach. Oczywiście to również nie jest rozwiązanie ostateczne, na wieczność, ale –
– A Deformanci? Na Polach publicznych znajduję wzory opisujące Progresy rozbieżne –
– Bełkot ideologiczny. Deformacja rodzi się zazwyczaj jako bunt przeciwko Cywilizacji. To też jest pewna linia zmian, ale oczywiście nie zmierza ku UL Zwać ją Progresem byłoby wielkim nadużyciem, bo skoro nie dąży ona ku doskonałości, czym mierzyć jej postęp lub degenerację? Zmiana nieukierunkowana to po prostu deformacja. Rzecz jasna, Deformacje – ani Cywilizacje leżące niżej na Krzywej – nie byłyby możliwe, gdyby wszechświat został bez reszty zagospodarowany, cała przestrzeń wypełniona życiem. Tak samo na Ziemi różne ekscentryczne kultury trwały, dopóki były izolowane, dopóki świat się nie domknął i zasady konkurencji nie zaczęły ich dotyczyć.
Możesz je nazwać „naturalnymi Deformacjami”. A wiem, że i potem mieliście różne takie enklawy archaizmu, motywowane religijnie lub politycznie – już Deformacje świadome, świadome ucieczki z Progresu: Cesarstwo Chińskie, a na zachodzie – amisze; muzea komunizmu na Kubie czy w Korei Północnej, talibowie, potem Protektoraty Krzyża, i Czarne Emiraty… Co się z nimi stało?
– Wchłonął je chrześcijański kapitalizm.
– Przegrały lub przystosowały się. W domkniętym środowisku nie ma ucieczki. Jak żeście to nazywali za twoich czasów, stahs?
Zamoyski wypuścił z płuc dym.
– Globalizacja.
– Globalizacja. Globalizacja jest zaledwie pierwszym przejawem tego fundamentalnego, uniwersalnego procesu: kosmologizacji. Wyścig zaczyna się na globie, ale w ostatecznym rozrachunku nie chodzi przecież o osiągnięcie Formy Doskonałej danego środowiska planetarnego – lecz Formy Doskonalej wszechświata, wszystkich możliwych wszechświatów.

Autor książki, z której pochodzi cytat, jest genialny, ale bardzo wielu ludzi uważa to, co wyżej, za bełkot, bo nie są w stanie przeczytac każdego zdania ze zrozumieniem. Bo tak to jest: jeśli czegoś nie rozumieją, to jest bełkot. Z drugiej strony, za bełkot uważa sie to, co nalepką bełkot opatrzone jest. Byle uniknąć myslenia, byle nie pytać, nie różnić się, nie odstawać. Ja, milion, bo za miliony bełkoczę i pieprzę głupoty…

Napisane przez: futrzak | 6 Luty 2015

Nakaz aresztowania presidenty?

Clarin triumfalnie opublikował tzw. „nakaz aresztowania presidenty” znaleziony ponoć w koszu na śmiecie w domu Nismana, a zagraniczna prasa, nie wyłączając Huffington Post, prasy polskiej i nawet BBC, informację przedrukowała.

Argentine prosecutor Alberto Nisman drafted an arrest warrant for President Cristina Fernandez de Kirchner.

Brzmi absolutnie sensacyjnie, bo robi z prezydenty kraju co najmniej bandytę zamieszanego w podejrzaną śmierć prokuratora… tylko że:

Clarin się czepia, że prokurator prowadząca sprawę nie poinformowała o tym opinii publicznej. Szczerze mówiąc, podejrzewam, że nawet jeśli by miała informować o wszystkich postępach śledztwa to ten fakt by uznała za pozbawiony znaczenia. Otóż konstytucja Argentyny jest dość podobna do konstytucji USA. Procedura skazywania głowy państwa wygląda formalnie tak samo. Oskarżającym jest izba niższa parlamentu, w roli sędziego występuje izba wyższa (Senat). Jakby kogoś interesowało art. 53, 59 i 60 Konstytucji Republiki Argentyny. Najwyraźniej ani dziennikarze Clarinu (z trudem, ale da się zrozumieć) ani ten kto pisał Nismanowi ten tekst (pytanie kto) ani sam Nisman nie miał zbyt dokładnego pojęcia o tych treściach. A może Nisman miał, dlatego spokojnie wyrzucił do kosza ten tekst, który może ktoś mu przysłał. Zresztą była na nim data z czerwca zeszłego roku. I wniosek o odebranie immunitetu, co ciekawe. Czyli użyto takiej instytucji prawnej jaka istnieje np. w Polsce, a nie tej, która funkcjonuje w Argentynie. To nieco narzuca podejrzenie, że mógł to pisać prawnik, ale nie argentyński. Co więcej, także nie z USA, tylko z państwa z kręgu prawa kontynentalnego.

No ale tego już w żadnej gazecie, BBC News nie wyłączając, nie napisali…bo cała sensacja znikłaby, a nakład spadł…I w ten sposób jeszcze długie miesiące będą powtarzane sensacyjne teorie spiskowe udowadniające, że to Cristina Fernandez de Kirchner stoi za całą aferą i że być może wydała nawet nakaz morderstwa Nismana :-/

Tu całość.

Napisane przez: futrzak | 3 Luty 2015

Z serii Państwo Policyjne

Wiele już odsłon było, ale tego, co dzisiaj, nie grali jeszcze.
Oto bowiem aresztowano publicznego obrońcę w trakcie wykonywania swoich obowiązków.

Policjant, ubrany po cywilnemu, podszedł do klienta reprezentowanego przez panią Tillotson celem zrobienia zdjęć i zadania pytań. Obronczyni nie zgodziła się, stanęła pomiędzy nimi oraz nie chciała „odejść na stronę w celu rozmowy”. Policjant wobec tego oświadczył, ze zaaresztuje ją z powodu… opierania się aresztowaniu :)

Na nagraniu słychać (i widać) ze obrończyni Tillotson nie stawiała oporu oraz głośno informowała, że wykonuje swoje obowiązki służbowe. Cóż, waaaadza wie lepiej, została więc zakuta w kajdanki i odtransporotwana do aresztu. Zdarzenie miało miejsce w budynku sądu w San Francisco, pod drzwiami sali rozpraw.

Po godzinie Tillotson zwolniono, a rzecznik policji oświadczył że „oficer miał prawo zaaresztować każdego, kto przeszkadzał mu w wykonywaniu jego pracy, a w sprawie podejrzanego trwało śledztwo kryminalne.”

Jeff Adachi, również publiczny obrońca dystryktu San Francisco, w ten sposób skwitował słowa rzecznika:
Nie jesteśmy w Guantánamo Bay. Ludzie mają prawo do obecności adwokata podczas przesłuchania.

No.
Ale naiwna publika wierzy w rzewne scenki z hollywoodzkich filmów, gdzie dobrzy policjanci z pompą obwieszczają jakie to też prawa ma aresztowany i czy musi odpowiadać na pytania policji. Buahaaaa.

Older Posts »

Kategorie

Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Dołącz do 115 obserwujących.