Napisane przez: futrzak | 19 lipca 2017

A tymczasem w Urugwaju…

…zaczeła się sprzedaż państwowej marihuany w wyznaczonych do tego aptekach.
Chwatko ustawiły się bladym świtem kolejki, poczem cały zapas jaki był, wykupiono. I to jest najważniejszy news dnia. Czyż to nie urocze?

No.
A tymczasem w Polsce chyba każdy wie, co się dzieje. Partia rządząca usiłuje wprowadzić ustawę dotyczącą reformy sądownictwa przy okazji podporządkowując ministrowi sprawiedliwości skład personalny sądu najwyższego. Ludzie protestują, prezydent już zapowiedział, że w takiej formie jak obecna ustawy nie podpisze.
Tragedia polega na tym, ze reforma sądownictwa powinna zostać zrobiona po 1989 roku, bo postowieckie sądownictwo było zorganizowane tak, żeby łatwo poddawać się życzeniom władzy politycznej. Jakoś przez 3 dekady nikomu nie zależało na tej reformie, wręcz przeciwnie, najróżniejsze partie polityczne ochoczo korzystały z furteczek i furtuni do robienia mniejszych, większych i skandalicznych szwindli (afera reprywatyzacyjna w Wawie to przeciez wierzchołek góry lodowej, a jawne łamanie prawa było radośnie zaklepywane przez sądy właśnie). A teraz? A teraz do władzy dorwała się małpa z brzytwą i jak zrobi reformę, to wyleje dziecko z kąpielą przedtem połamawszy mu nogi.

Co robi opozycja? Ładnie podsumował to radny Jan Śpiewak na swoim profilu fejsowym:

Wczoraj byłem kolejny raz na ulicy protestować przeciwko zmianie ustroju państwa, na który PiS nie otrzymał od obywateli mandatu. Orban na Węgrzech zmienił ustrój, ale miał do tego konstytucyjną większość. U nas partia, która dostała słaby mandat nawet do utworzenia rządu – Kaczyński miał gigantyczny łut szczęścia zdobywając 234 mandaty w sejmie dzięki 37% głosów – chce wywalić struktury państwa do góry nogami.

Kaczyński nie jest Orbanem. Nie ma jego charyzmy i bystrości. A mimo to robi w Polsce to co mu się żywnie podoba. Dlaczego tak jest?

Wczoraj pod Pałacem na ulice wyszło tysiące przeważnie młodych osób, które nie chodziły wcześniej na demonstracje KOD. To był wspaniały widok. Zwykli Warszawiacy, którzy nie chcą bananowej dyktatury. Chcą być częścią Zachodu a nie wschodu z jego kleptokracją, ignorancją, nienawiścią, serwilizmem wobec władzy i pogardą.

Te tysiące osób ruszyło pod Sejm i tam zderzyło się z rzeczywistością. Z geriatrycznym KODem i opozycją parlamentarną, która intelektualnie nie dorasta Kaczyńskiemu do pięt. Przy Schetynie i Petru Kaczyński to wulkan charyzmy i mądrości. Na scenie powitały nas same banały, trochę seksizmu i nieporadne animowanie tłumu. Litości. Robicie te demonstracje od już prawie dwóch lat i nie potraficie ogarnąć kilku dobrych mówców? Rządzicie w 15 województwach, macie dwustu posłów, paręnaście tysięcy radnych a nie stać Was na kogoś kto napisze Wam te kilkanaście zdań? Nie stać Was na kogoś kto będzie potrafił ożywić tłum? Nie stać Was na ćwiczenia z logopedii i występowania przed tłumem?

Dziennikarz Jacek Gądek opisał swoją dzisiejsza rozmowę z jednym z posłów PO:

PiS odrzuci wszystkiego wasze poprawki hurtem i co zrobicie?
Poseł PO: będzie awantura.
A macie jakieś warianty działań?
– Żywioł.

K… mać. Powinniście mieć osiem projektów reformy sądownictwa. Powinniście mieć filmy promocyjne zrobione z historiami ludzi, którzy dzięki sądom, wygrali z urzędnikami, katującym mężem, czy nieuczciwym pracodawcą. Powinniście pokazywać historie tego jak zależny od władzy wymiar sprawiedliwości niszczy ludzi w Rosji czy Chinach. Powinniście za pomocą szkół, które przecież kontrolujecie, edukować dzieci czym jest trójpodział władzy i dlaczego jest taki ważny dla demokracji. Całe miasto powinno być w plakatach i ulotkach wzywających do protestu. Macie struktury i pieniądze. Korzystacie z nich tylko wtedy, żeby ukraść jeszcze pare złotych. W interesie publicznym nie robicie nic. Stajecie się cichym koalicjantem PiSu w rozwalaniu instytucji państwa.

Dzisiaj kolejny dzień protestu. Jeśli tego nie potraficie to oskładkujcie wszystkich posłów, marszałków, prezydentów i wójtów tysiąc złotych miesięcznie i przekażcie te pieniądze ludziom, którzy potrafią organizować opór i przeprowadzać kampanie społeczne. Znam paru takich. Chętnie Wam udzielę kilku rad. Za darmo.

Napisane przez: futrzak | 16 lipca 2017

Reforma edukacji…

Kilka dni temu odbyła się w kręgach znajomych dyskusja na moim wallu fejsowym na temat tego,
skąd się bierze dzisiaj fala wiary w zabobony typu chemtrailsy, homeopatia, leczenie moczem, kreacjonizmy i podobne oraz dlaczego dla tak wielu ludzi nauka (science) jest przedmiotem wiary („ty wierzysz w naukę, a ja nie”).
Dyskusję świetnie podsumował January, za którego pozwoleniem zamieszczam poniższy tekst.
Zgadzam się z nim całkowicie, i jak stwierdziła jedna znajoma: zakładaj patronite’a, bierz moje pieniądze i pisz książkę-podręcznik :)

Odnośnie tego, „co robić”. Tak naprawdę ani w szkołach, ani na uczelniach nie uczy się tego, czym jest nauka (w sensie „science”) i jak nauka działa. Nie uczy się też, w jaki sposób można się z nauką komunikować.

Wierzę, że następujące umiejętności powinny być wprowadzone do szkół i na uniwersytety (powszechnie, także na kierunki „humanistyczne”), niekoniecznie w tej kolejności:

1. Zrozumienie podstaw metodologii naukowej. Falsyfikacjonizm, hipotezy, teorie, konsensus naukowy, debata naukowa, planowanie eksperymentów, testy kliniczne.

2. Pisanie (by zrozumieć budowę) oraz krytyczna lektura prac naukowych, z naciskiem na „krytyczna”. Backtracking: od informacji na portalu, poprzez press release uczelni i wywiad z naukowcem, po faktyczne dane przedstawione w pracy. Rozumienie pracy w kontekście innych prac.

3. Podstawy statystyki. Co to znaczy „reprezentatywna próba”? Czym różni się badanie wykonane na dziesięciu, stu, dziesięciu tysiących pacjentów? Co to jest precyzja, co to jest dokładność, co to jest powtarzalność?

4. Skąd wiemy, że palenie wywołuje raka? Historia debaty między naukowcami / lekarzami (którzy twierdzili, że wywołuje) a koncernami tytoniowymi (które twierdziły, że nie wywołuje, i miały na swoje poparcie forsę, lobbying, naukowców, prace naukowe itd itp).

5. Jak to wygląda, gdy nauka się myli; w jaki sposób umierają błędne teorie; co się dzieje, gdy naukowcy popełniają błąd (i giną ludzie). Jak się o tym dowiadujemy. Na przykładach.

6. Jak w praktyce działa nauka: jak naukowcy są oceniani i oceniają się nawzajem; jak działają impakt faktory i indeksy cytowań; co się dzieje, gdy naukowcy kłamią, kto ich przyłapuje na kłamstwie i co z tym robi; na czym naukowcom zależy (na sławie i pieniądzach!) i jak to osiągają.

Uch, brzmi jak konspekt książki.

Napisane przez: futrzak | 12 lipca 2017

Narodowe komiksy…

Zamieszczałam kiedyś tutaj krótki komiks o narodowych kompleksach Urugwajczyków. Kilka lat minęło i ten sam komiks został przerobiony na wersję z Polską jako bohaterem…i poleciał w Internety.

Napisane przez: futrzak | 10 lipca 2017

Jak działa pigułka ellaOne

Bo znowu tu i ówdzie wybuchają kłótnie na temat zdawałoby się oczywisty.

Polska Federacja Ruchów Obrony Życia:

Niszczy życie poczęte i rujnuje życie kobiety. Zawarte w niej duże dawki progestagenu nie są obojętne dla zdrowia kobiety i mają bardzo niekorzystny wpływ na układ rozrodczy i gruczoły piersiowe, układ pokarmowy, a także na układ sercowo-naczyniowy, nerwowy i psychikę kobiety

Prof. Bogdan Chazan:

W obu przypadkach (aborcja farmakologiczna i pigułka „dzień po”) niszczone są mechanizmy, które utrzymują ciążę

Jak rzeczywiście działa ellaOne?

Po pierwsze:
hamuje uwalnianie hormonu LH regulującego cykl miesiączkowy. Zwiększenie poziomu tego hormonu sprawia, że zaczyna się owulacja (uwolnienie jajeczka z jajnika), ellaOne hamuje więc proces owulacji. Jajeczko nie zostaje uwolnione, nie trafia do jajowodu i nie może dojść do zapłodnienia.

Po drugie:
zmienia perystaltykę jajowodu i sprawia, że w ciągu 24 godzin od zastosowania jajeczko nie może sprawnie przesuwać się jajowodem, a to uniemożliwia dotarcie jajeczka na czas do jamy macicy.

Po trzecie:
jeśli doszło do zapłodnienia w momencie, kiedy pigułka została zażyta, uniemożliwia ona implantację zarodka w ścianie macicy.

Po czwarte:
jeśli pigułka została zażyta już PO powstaniu ciąży, nie ma wpływu na jej rozwój. O tym wiadomo stąd, że mięśniaki macicy leczy się tą samą substancją czynną (octan uliprystalu), jaka znajduje się w ellaOne, tyle że w znacznie większej dawce (200 mg zamiast 30mg). Kobiety poddawane takiej terapii donoszają ciążę i rodzą zdrowe dzieci.

Po piąte:
czy stosowanie antykoncepcji awaryjnej ma wplyw na liczbę aborcji? Są na ten temat dostepne dane.
W 1999 roku na Węgrzech preparaty antykoncepcji awaryjnej zostały dopuszczone do sprzedaży bez recepty. Liczba aborcji wśród dziewcząt młodszych niż 18-letnie spadła o połowę, a wśród kobiet powyżej 18. roku życia – o 30 proc.

Z powyższego widać, ze Chazan najnormalniej w świecie ordynarnie kłamie. Kłamią też prolajfowcy utrzymując, że jest to tabletka wczesnoporonna. O poronieniu bowiem można mówic dopiero, kiedy zacznie się ciąża, a ta zaczyna się od zagnieżdżenia zarodka w ścianie macicy. Oczywiście, jeśli ktoś wbrew fizjologii człowieka wymyśli sobie, że ciąża zaczyna się od zapłodnienia, to będzie trąbił o tym, że ellaOne „zabija dzieciątka”. I wszystko byłoby ok gdyby tak absurdalna wiara ograniczała sie tylko do wierzących. Wierzą, ze zapłodniona komórka jajowa to „dzieciątko” i nalezą sie jej takie same prawa jak noworodkowi – niech sobie wierzą. Nikt ich nie zmusza do stosowania tej pigułki, do stosowania antykoncepcji w ogole, czy nawet do chodzenia do ginekologa w czasie ciąży.
Problem jednak polega na tym, że prolajfowcom nie wystarcza, ze ONI moga sobie robic co chca i uzywac/nie uzywac antykoncepcji. Nie. Oni chcą swoje wierzenia na siłę przeforsować w postaci prawa, które ma obowiązywać wszystkich w Polsce.

To jest tragedia, która uderza w zwykłe kobiety, utrudniając im dostęp do antykoncepcji. Dlaczego tak się dzieje i czy chodzi faktycznie o aborcję? Nie. Chodzi o to, że wg katolików wszelaka „sztuczna” antykoncepcja jest grzechem i jest potępiona.
Stanowisko to potwierdził Jan Paweł II, a następnie papieska rada do spraw rodziny:

The Church has always taught the intrinsic evil of contraception, that is, of every marital act intentionally rendered unfruitful. This teaching is to be held as definitive and irreformable. Contraception is gravely opposed to marital chastity; it is contrary to the good of the transmission of life (the procreative aspect of matrimony), and to the reciprocal self-giving of the spouses (the unitive aspect of matrimony); it harms true love and denies the sovereign role of God in the transmission of human life.

[Kościół zawsze nauczał o nieodłącznym źle antykoncepcji, tj. każdego aktu małżeńskiego, który jest umyślnie czyniony bez intencji spłodzenia potomstwa. Nauka ta jest definitywną i nie podlegającą zmianie. Antykoncepcja jest poważnie sprzeczna z czystościa małżeńską, jest zaprzeczeniem dobra przekazywania życia (prokreacyjny aspekt małżeństwa) i wzajemnego obdarowywania się małżonków (aspekt scalający małżeństwo); niszczy prawdziwą miłość i odmawia Bogu roli suwerena w przekazywaniu życia].
zrodlo

A że współczesna antykoncepcja hormonalna jest bardzo skuteczna, ma niewiele skutków ubocznych i pozwala kobiecie kontrolować własną płodność, to stanowi śmiertelne zagrożenie dla KK i należy ją zwalczać wszelkimi możliwymi środkami – w tym ordynarnym kłamstwem, szantażem i przekupywaniem polityków. Co się w Polsce dzieje już od dobrych 3 dekad.

Napisane przez: futrzak | 8 lipca 2017

Port i plaża Buceo

Czyli ciąg dalszy zdjęć. Na poniższym plaża przydomowa w czasie odpływu i zachodu słońca.

Ulubiony sposób spędzania czasu przez Urugwajczyków w zimie: leżymy na trawce przy plaży i popijamy mate…

Plaża Buceo w czasie odpływu. Pusta nieco :)

Panorama portu jachtowego Buceo.

I na koniec człowieczek z placu Republiki Korei :)

Napisane przez: futrzak | 7 lipca 2017

Filozofia mojości

Byc moze jedną z największych szkód, jakie poczyniła ideologia neoliberalna w społeczeństwie polskim, było zniszczenie jakiegokolwiek poczucia wspólnoty i własności społecznej. Przekonanie, że skoro płacę, to jestem pan i wszystko mi się należy, jest dziś w Polsce wszechogarniające.

Weźmy taki przykład: płacę rachunek za wodę, więc mogę sobie ją dowolnie marnować, bo za to płacę!
Otóż, nie do końca. Infrastruktura wodno-kanalizacyjna budowana w Polsce jest za pieniądze publiczne, czyli wszystkich podatników. Wybudowanie wodociągów, kanalizacji, oczyszczalni ścieków, stacji uzdatniania wody kosztuje ogromne pieniądze, a rachunki za zużycie wody bieżącej i tak zwykle idą do kieszeni prywatnych firm* obslugujących te urządzenia i bynajmniej nie pokrywają kosztów inwestycji. Mamy więc sytuację, w której inwestycje są robione za pieniądze publiczne, a zyski prywatyzowane. Typowy schemat w krajach, gdzie spoleczenstwo dzieli sie na klasę uprzywilejowaną i całą resztę pracującą na tą klasę.

Teraz. Z punktu widzenia społeczności bardziej opłaca się oszczędzanie zużycia wody, bo jej uzdatnianie po prostu kosztuje i wcale nie jest tak, ze te kilkadziesiąt czy nawet kilkaset złotych płaconych co miesiąc przez Kowalskiego pokrywa wszystkie koszta. Nie pokrywa. Im więcej wody jest marnowane, tym koszta in total dla wszystkich są wyższe, tym większe będą podwyżki za zuzyty metr sześcienny wody, a to i tak nie pokryje na dłuższą metę kosztów utrzymania wszystkiego w ruchu. Na dodatek ilośc wody pitnej w Polsce nie jest niewyczerpywalna – zmniejsza się i zmniejszać się będzie wraz z zachodzącymi zmianami klimatycznymi. Jest to typowy przykład problemu wspólnego pastwiska, gdzie jeśli wszyscy razem zdecydują się na oszczędne zużycie zasobów, to starczy dla wszystkich; jeśli zaś przyjmiemy model w którym „zwycięzca bierze wszystko” (najsilniejszy, najbogatszy, ten ktory placi najwiecej etc.), to dostępne zasoby zostaną bardzo prędko zużyte i dla wszystkich innych, poza zwycięzcą, nie zostanie nic – a w dłuższej perspektywie i zwycięzca nic nie będzie miał, bo rabunkowa polityka prowadzi do załamania się ekosystemu i wyginięcia flory i fauny.

Opisany powyzej problem to nie jest żadna teoria – rożne ludzkie kultury ćwiczyły to w praktyce w przeszłosci – dość wspomnieć jeden z najbardziej estremalnych przypadków tj. wycięcie lasów i zuzycie zasobów na Wyspie Wielkanocnej, w konsekwencji czego nastapilo załamanie lokalnej gospodarki i drastyczny spadek populacji. Są też przykłady całkiem współczesne – chociażby susza i niedobory wody w Sao Paulo.

Niestety, osoby zaczadzone neoliberalnym „moizmem” traktuja otaczające ich środowisko jako nieskończony i niewyczerpywalny zbiornik, którego zasoby mogą dowolnie zużywać, bo przeciez im się za te zapłacone pięć złotych należy! Zapominają niestety, że na codzien korzystają z masy rzeczy zbudowanych za publiczne pieniądze: drogi, szkoły, szpitale, wodociągi, oczyszczalnie ścieków, sieć energetyczna etc. Gdzieś, w którymś miejscu w ich mózgu nastąpił przeskok: pieniądze podatników = moje pieniądze = ja mogę z tym robić co chcę, z pominięciem całej reszty społeczeństwa.
No więc kochani nie, to że placicie pare złotych co miesiąc i ileś tam w podatkach nie czyni z własności publicznej waszej tylko i wyłącznie prywatnej własności, którą możecie dowolnie rozporządzać. Bo są jeszcze inni, którzy na to płacą.

Ten przeskok w mózgu nie nastąpił samoistnie, bynajmniej. Neoliberalny model gospodarki opiera się o założenie, ze ekonomia będzie zawsze rosła. Że trzeba więcej produkować i więcej zużywać, żeby znowu więcej wyprodukować, to wtedy PKB wzrośnie i tym na dole skapnie coś ze stołu pańskiego. Ten model nie działa, o czym dobrze wiedzą mieszkańcy trzeciego świata i żeby nie mieć buntów społecznych, trzeba im było sprzedać rzewną historyjkę o mojości, moich świetych prywatnych prawach, o tym jak wszystko leży w rękach jednostki i jak tylko się postara, to będzie bogata do obrzygu – wystarczy tylko znieść podatki, ograniczyć to, co państwowe do minimum, i zapanuje dobrobyt dla wszystkich i wszędzie.
Tylko, że nie zapanuje. Każdy kraj, który poszedł tą drogą ma rządzącą oligarchię, która jest niezmiernie bogata i bardzo szybko swoje bogactwo powiększa, oraz cała resztę obywateli – większość – która żyje w nędzy, na granicy nędzy albo zaraz tuż nad. I lepiej żyć nie będą, bo żeby przeskoczyć do klasy wyższej ze swoimi zarobkami i oszczedzaniem to musieliby oszczędzać z kilkaset lat…daje się im więc słono oprocentowane kredyty, żeby chociaż namiastkę mieli. Wmawia im się mojość, żeby nie zauważyli prawdziwych mechanizmów swojej mizeroty. A bajka o mojości jest piękna – no bo sami zobaczcie: czyż to nie cudowne miec pod swoją kontrolą wszystko? Myśleć, że się jest wielkim mocarzem, geniuszem, pracusiem i wystarczy tylko chcieć a świat zaściele się u naszych stóp.

Jesteś biedny? No to twoja wina. Bos głupi. Bo nie masz silnej woli i determinacji. Bo nie masz ambicji. Bo ci się nie chce. Osoba zatopiona w mojości ma tylko dwie drogi życiowe: albo osiągnie jakiś „sukces” i to wystrzeli ją na pozycje pozwalające na pogardę wobec biednych, no bo przecież „jak ja mogłem/am to każdy moze” albo zostanie biednym, sfrustrowanym, nienawidzącym „bogatych” biedakiem. PERFECT! W ten sposób mamy ekstremalnie podzielone społeczeństwo, które skacze sobie do oczu, a przepaść dzieląca obie strony jest jak rów mariański. Takie społeczeństwo nigdy nie obróci się przeciwko istniejącemu porządkowi społecznemu, przeciwko wladzom, rządom… zbyt są zajęci skakaniem sobie do oczu no i oczywiście każda ze stron winą za cała gównianą sytuację obarcza stronę przeciwną. A świstak siedzi i zawija w sreberka. Dzieli i rządzi.

Znacie to skądś, prawda? W Polsce nic nie ma sensu i nic się nie da, bo nawet jak jakaś garstka ludzi się zbierze i coś zacznie robić, to zostanie utopiona w morzu mojości, nienawiści i niechciejstwa, krytykanctwa, czepianctwa i opluwania. Bardzo wielu z tych, którzy próbowało, w końcu wyjechało. Bo zycie jest za krótkie. Z opresjami można walczyć, z kisielem nie. Czynny opór rodzi reakcję, walka z niechciejstwem przypomina wysiłki zaciągnięcia do lekarza chorego na depresję. Jak ktoś próbował, to wie o czym mówię.
Podsumowując: w Polsce nie zmieni się nic, dopóki nie zmienia się umysły ludzi. Nie przyjedzie wspaniały władca na koniu i nie machnie różdzką, nie będzie cudownego rządu, który raptem sam ze siebie zabierze sie za ulepszanie kraju. Nic z nieba nie spadnie, ani sie samo nie zrobi, dopóki wszystkie próby będa torpedowane odwiecznym „tu się nie da” i wyciąganiem paluchów w poszukiwaniu winnych zainstniałej sytuacji. Wszyscy, tylko nie my! A nawet jak my, to mamy usprawiedliwienie!
Cóż. Dopóki taki sposób myślenia będzie przeważał, nic się nie zmieni. A w każdym razie nie zmieni się nic na lepsze – bo że na gorsze może, to już widać…

PS:
* — jak słusznie zauważył czytelnik w komentarzu, polskie firmy wodociągowe to w przytłaczającej większości spółki z 100% udziałem samorządu. Co oznacza wysokie pensje dla politycznego zarządu i zero zysków dla miasta, za to dużo pieniędzy dla osób prywatnych.

Napisane przez: futrzak | 5 lipca 2017

Wołanie o rewolucję w Ameryce

4 lipca obchodzone jest Independence Day czyli Święto Niepodległości w USA. Z tejże okazji NPR (National Public Radio) puściło serię tweetów z tekstem Deklaracji Niepodległości.
Większość reakcji normalnych ludzi pozytywna, ale…. zwolennicy Trumpa poczuli się obrażeni.

Ich rekacje:

„So NPR is calling for revolution. Interesting way to condone the violence while trying to sound „patriotic”. Your implications are clear”. [Więc NPR wzywa do rewolucji. Interesujacy sposob tolerowania przemocy udający patriotyzm. Wasze intencje są jasne]

„Propaganda is that all you know how? Try supporting a man who wants to do something about the Injustice in this country” [Czy wszystko, na co was stać, to propaganda? Spróbujcie wspierać czlowieka, ktory chce cos zrobic z niesprawiedliwoscia w tym kraju]

„Glad you are being defunded. You have never been balanced on your show” [Bardzo jestem zadowolony, ze obcina sie wam fundusze. Nigdy nie bylicie bezstronni w waszych programach]

„This is why you’re going to get defunded” [Wlasnie z tego powodu obcina sie wam fundusze na dzialanosc]

„Seriously, this is the dumbest idea I have ever seen on twitter. Literally no one is going to read 5000 tweets about this trash” [Serio, to jest najglupsza rzecz jaką kiedykolwiek widzialem na twitterze. Nikt nie przeczyta pieciu tysiecy tweetów-śmieci]

„Horsechit” [końskie gówno – a dokładnie, to autor popełnił literówkę, bo powinno być horseshit hehe]

Tak, tacy ludzie wybrali tego palanta na prezydenta. Nieuki nie znające własnej historii, sądzące że cytowanie Deklaracji Niepodleglości to atak na „ich” prezydenta. Patrioci, którzy nie mają pojęcia o tym, na jakich zasadach zostalo ufundowane państwo, ktorego mienią się być wyznawcami. Syf, dno i rzyg. A potem jakieś k* jenteligenty inaczej się dziwią „no skąd ta pogarda”. WLASNIE STAD, you dumb fucks. Wlasnie stąd.

zrodlo

Napisane przez: futrzak | 4 lipca 2017

Tam, gdzie jest faktyczny rozdzial kosciola od państwa…

Lokalna gazeta właśnie doniosła, że wszczęto śledztwo wobec dyrektorki liceum w Salta z powodu naruszenia zasady laickości w szkole. Do czasu zakonczenia śledztwa (investigacion) minister edukacji zawiesiła w obowiązkach dyrektorkę. Donos do ministerstwa został złożony przez deputowaną Frente Amplio (rządząca, lewicowa koalicja).

O co chodzi? 30 czerwca mial miejsce wykład na temat aborcji i antykoncepcji grupy matek w tejże szkole. Podczas owego wykładu zostały zaprezentowane materiały z „imagenes catolicas” czyli standardową agitką katolicką (tu są zdjęcia https://www.facebook.com/photo.php?fbid=10213810483323418&set=pcb.10213810484243441&type=3&theater )
Podczas gdy wykład miał miejsce, na zewnatrz protestowała grupa studentów przeciwko ureligijnianiu szkoły i konieczności utrzymania sekularyzmu w szkołach publicznych. Obie ministry – edukacji szkolnictwa ponadpodstawowego (educacion secundaria) i zdrowia zgodziły się, ze naruszenie zasady laickości miało miejsce.

No.
A w Polsce? Jakby się ludzie zbuntowali to też nie byłoby religii w szkołach publicznych za publiczne pieniądze, ani tego całego syfu z klauzulą sumienia. Ale każdy się boi i kładzie uszy po sobie, bo „nie chcę żeby dziecko miało problemy”. I dlatego w Polsce nie ma ładnych rzeczy…

Napisane przez: futrzak | 3 lipca 2017

Problem ze smieciami

ma też Montevideo.
Na poczatek nowa intendencja zafundowała miastu nowe, porządne śmietniki oraz kampanię informacyjna plus zachęcanie, żeby raportować tych, co robią rozpierduchę. Sporo to pomogło, ale nie do końca, bo nie zlikwidowało dzikich wysypisk, dość „popularnych” zwlaszcza w biedniejszych dzielnicach na obrzeżach miasta.
Zmienili więc taktykę i zainstalowali kamery video przy największych. Cóż się okazało? Ze najwięcej śmieci wywalają tam przyjezdni. Przyjeżdza sobie samochodzik i wypierdziela wielkie wory pozostalości po remoncie na przykład. No bo zamówienie kontenera kosztuje…

A kamery ustawione tak, ze dawało się odczytać numery rejestracyjne, więc intendencja zaczęła wlepiać słone kary. Dodatkowo filmiki opublikowano na stronach www, zeby kazdy mogl sobie obejrzec, oraz wrzucono kilka zdjęć do gazety.
Poprawia się.

No.
A tymczasem wczoraj z plaży przydomowej: odpływ w połączeniu z zachodem słońca i panoramą:

Napisane przez: futrzak | 29 czerwca 2017

Urzędnicy psia ich mać…

Nastąpilo ponowne starcie z argentyńskim sposobem organizacji pracy. Otóż. Do skonczenia procesu rezydencji potrzebne nam jest zaświadczenie o niekaralności z Argentyny. Zaswiadczenie owo mozna uzyskac z biura Policia Federal znajdujacego sie w Buenos Aires. Nie chcielismy jechac (taka podroz oznacza moj urlop na 1-2 dni no i tania nie jest) wiec poszlismy do notariusza zeby wystawil pelnomocnictwo na nasza znajoma mieszkajaca na stale w Buenos. Znajoma pelnomocnictwo dostala, poszla do biura policji i…. odbiła się od ściany, bo do tego sa potrzebne odciski palców.

Do akcji ruszył Chłop. Byl juz tak z rok temu w ambasadzie Argentyny w Montevideo i został spławiony tj. powiedziano mu, ze nic sie nie da u nich zalatwic, a w ogole to oni nic nie wiedza i niech spada.
Zanim wybral się drugą razą zrobił solidny research po sieci. Znalazł na stronach ambasady Argentyny w Kanadzie (!!!) ze konsulat moze owszem pobrac odciski palcow na miejscu, a potem wyslac je do BA i ktos z upowaznieniem notarialnym moze je na miejscu w BA odebrac.

Ok. Szturm numer dwa na ambasadę argentyńską. Surprise surprise! Oczywiście powiedziano mu tak, jak za pierwszym razem – ze oni takich rzeczy nie robia i niech spada. Chłop jednak splawic sie nie dal i zaczal naciskac, ze w Internecie na stronie ambasady argentynskiej w Kanadzie wyczytal, ze pobieraja odciski palcow i prosze sprawdzic. Urzędnik poszedl sie kogos-tam zapytac i wrocił z kocią mordą oraz wiadomością ze faktycznie robia! A potem nie mogl sie nadziwic no dlaczego nie pojedziemy osobiscie, przeciez zdalnie ta operacja bedzie kosztowac 90USD od osoby! Ha Ha. Co i tak wychodzi taniej, niz nasza podróż tam i spowrotem*.

No.
A z rzeczy pozytywnych: dostaliśmy dziś rachunek za prund a tam na nim stoi, że w związku z dobrą sytuacją energetyczna kraju (przypominam, 99% energii elektrycznej pochodzi ze zrodel odnawialnych) na prąd w drugiej taryfie (powyzej zuzycia zeszlorocznego w tym samym miesiacu) będzie przez najbliższy rok zniżka 50%.
Tak to działa kiedy kluczowe gałęzie przemysłu są pod kontrolą firmy państwowej, a ta firma jest pod kontrolą społeczną.
UWAGA: to tak NIE działa kiedy firma energetyczna jest prywatna (Święty Zysk Udziałowców zeżre dowolną liczbę nadwyżek, a klienci sa od strzyżenia) lub kiedy jest państwowa, ale rząd i instytucje publiczne są skorumpowane tudzież na usługach tzw. lobbystów, a obywatele nie mają nic do powiedzenia.

* Podroz najtanszym nocnym promem, ktory kursuje na linii Colonia – Buenos Aires wyszlaby moze za porownywalne pieniadze, ale to jest cala noc, bo prom plynie baaaardzo wolno (kilka godzin) a potem trzeba sie jeszcze telepac kilka godzin autobusem z Colonii do Montevideo. Takze wychodzi cala noc nieprzespana w jedna strone, a potem cala noc nieprzespana w druga strone, co właściwie daje z koniecznosci 2 dni urlopu.

Napisane przez: futrzak | 28 czerwca 2017

Zielona zima

Mam spore opoznienie z wrzucaniem zdjęć, ale tak to jest, jak jedyna metodą ściągnięcia ich z telefonu jest wysylanie emailem oddzielnie kazdego jednego zdjęcia :-/
(w zdjęcia klikamy, bo to duże panoramki).

Na początek słynny napis, przy którym każdy turysta musi zrobić sobie zdjęcie, a który to napis znajduje się przy wschodnim końcu plaży Pocitos. Zwykle jest przemalowywany na różne okazje – tutaj zielony z okazji tygodnia recyclingu czy jakoś tak – w każdym razie pomalowany został zaraz po ogłoszeniu, ze USA występują z porozumień paryskich…

Schodzimy z górki, na której znajduje się napis, (tutaj niewidoczny, po lewej stronie zdjęcia jest) i idziemy chodnikiem położonym na górze skarpy nad plażą.

Zdjęcie robione z górki, napis Montevideo mam dokładnie parę metrów za plecami.
W ciepłe dni wzgórze jest dość szczelne obłożone wylegującymi się Urugwajczykami :) – notabene to świetna miejscówka do obserwowania zachodów słońca…

W tle port jachtowy Buceo. Az do następnej plaży (i dalej) ciagną się takie publiczne, rozlegle zielone tereny rekreacyjne nad samą wodą. Hektary przestrzeni, która jest własnością miasta i jest niesprzedawalna. Osoby prywatne mogą tę przestrzeń tylko wydzierżawić, a zanim to zrobią, musza przedstawic plan po co i uzyskać pozwolenie od władz. Gdyby nie ów wymóg prawny, wszystko zostałoby zabudowane wieżowcami tudzież prywatnymi przystaniami, klubami etc. Widzieliśmy jak to działa w Argentynie: miejscowość wypoczynkowa pod Buenos Aires i kilometry zamkniętych ośrodków, zagrodzonych płotem, poczem malutka publiczna plaża, na której tłoczą się „zwykli” ludzie, upchani jak sardynki w puszce.

Reszta zdjęć w obróbce, niedługo dorzucę :)

Napisane przez: futrzak | 26 czerwca 2017

Zapomniał wół jak cielęciem był

…czyli republikańskie ścierwa.

Senator Mitch McConnell jest gorącym zwolennikiem i robi wszystko na rzecz TrumpCare. Ustawa była dyskutowana za zamkniętymi drzwiami, a jej szczegóły utajnione (!!!!).
Niemniej, w koncu wycieklo co nieco do prasy i okazalo sie, ze republikanie planują obcięcie 880 miliardów funduszy z Medicaid, co dotknie 75 milionów Amerykanów, z czego 23 miliony stracą ubezpieczenie w ogóle w ciągu najblizszych 10 lat.

Ironia polega na tym, że McConnell, sam ofiara polio, nie byłby dziś tu, gdzie jest, a moze w ogole nie przezylby, gdyby nie organizacja chartytatywna March of Dimes, która ufundowała polio treatment center w odleglości 50 mil od ówczesnego miejsca zamieszkania rodziny McConnella, z którego oczywiście jego matka i mały Mitch skwapliwie skorzystali.

Kilkadziesiąt lat później przedstawiciele March of Dime chcieli się spotkać z McConnellem i porozmawiać na temat TrumpCare. Nope.
Ta ludzka spierdolina i żałosne ścierwo stwierdziło, że nie ma czasu.

Cóż. Panu McConnellowi i wszystkim, którzy na niego glosowali wypada życzyć, aby kiedys, gdy popadną w klopoty i ich życie bedzie zależeć od pomocy innych, spotkali się z tym samym: odpowiedzia nie mam czasu i trzaśnięciem drzwiami. Należy im się.

Napisane przez: futrzak | 25 czerwca 2017

Racuchy bezglutenowe

Jak ktoś ma podobny problem co ja – nie może żreć glutenu – to będą w sam raz. Jak może, to też będą, zwlaszcza że w porownaniu z klasycznymi pszennymi te są mega pożywne.

Składniki:
– 3 mocno dojrzałe banany (na granicy zepsucia się)
– 5 duzych jaj
– dowolna skrobia (dawałam na oko, ale pół szklanki to prawie napewno się uzbieralo)
– 1/3 szklanki mąki z kokosa
– cynamon do smaku
– masło klarowane do smażenia
– pół łyżeczki proszku do pieczenia

Rozbijamy jajka, dodajemy cynamon i obie mąki, rozbijamy na gładką masę. Banany rozgniatamy tłuczkiem do ziemniorów i wrzucamy, mieszamy na gładką masę.
Potem wystarczy już usmażyć, masła nie żałować :) Podawać z bardzo tłustą śmietaną. Porcja starcza na trzy normalne osoby albo na dwóch obżartuchów :)

Napisane przez: futrzak | 24 czerwca 2017

Wszystko co dobre, kiedyś się kończy…

Jest sobie taka sieć supermarketów w Urugwaju, nazywa się Tienda Inglesa czyli Sklep Angielski. Firma powstała w 1866 roku, właścicielem do 2016 był Robin Henderson, Urugwajczyk, prawnuk jednego z założycieli. Facet miał manię na punkcie jakości, a firmą zarządzał przez 60 lat.
Tienda to najlepsze supermarkety w Urugwaju – nie dość, ze towary bardzo dobrej jakosci, to jeszcze w rozsądnych cenach.
Niestety, w koncu nadszedł czas emerytury pana Robina. Ponieważ potomkowie nie byli zainteresowani zajmowaniem się firmą, 90% akcji zostało sprzedane amerykańskim inwestorom, a kierownictwo firmy objął Argentyńczyk Matías Allen, poprzednio dyrektor operacyjny Cencosudu, chilijskiego konglomeratu operującego w Chile, Argentynie, Kolombii, Brazylii i Peru i będącego właścicielami (miedzy innymi) takich sieci supermarketów jak Disco, Vea i Jumbo.

No i zaczęły się zmiany – niestety, nie w dobrą stronę. Nowa dyrekcja w ramach optymalizacji zdecydowala, ze firma zatrudnia zbyt wielu pracowników, za duzo im placi i za duze mają benefity.
Lokalna gazeta El Observador dzielnie uderzyła w tony znane dobrze z Polski, że zmiany są konieczne, bo hojne benefity kosztują firmę rocznie 6-7 milionów dolarów i bez obcięcia tych funduszy firma nie będzie „sustentable en el largo plazo” [nie do utrzymania w dłuższej perspektywie]. Jest to nieco zabawny argument biorąc pod uwagę, ze poprzedni wlasciciel nie miał jakoś przez 60 lat problemów z generowaniem zysków i równoczesnym wypłacaniem hojnych benefitów…

Jak narazie strajk pracowników skończył się porozumieniem, w ramach którego będą dostawać mniejsze pensje – poprzednio były liczone one w ten sposób, że ludzie pracowali tygodniowo 44 godziny, natomiast wynagrodzenie wypłacano im tak, jakby pracowali 48 godzin na tydzień. W ramach restrukturyzacji mają też nastąpić zmiany w organizacji i logistyce.
Cóż. Prawdopodobnie Tienda Inglesa za kilka lat upodobni sie do innych supermarketów Cencosudu, które są po prostu drogie i chujowe – bo liczy sie oczywiscie wycisnięcie maksymalnych zysków, bo shareholders value :-(

Napisane przez: futrzak | 22 czerwca 2017

Drogi rodzicu….

bijąc swoje dziecko uczysz go, że:

– przemoc fizyczna jako kara jest normalną rzeczą
– silniejszy ma zawsze rację
– kiedy jesteś zły i zdenerwowany – bij, ale tylko słabszych, którzy nie uderzą ciebie.

Bicie małego człowieka uczy go agresji, rodzi bunt i nienawiść. Nie dziw się więc drogi rodzicu, że twoje dziecko będzie nieznośne poza domem, będzie bić inne dzieci, a gdy dorośnie i go zdenerwujesz, to pobije ciebie. Przecież go tego nauczyłeś, prawda? Nauczyłeś go, że szacunek wynikający ze strachu należy się tylko silniejszym, bo oni mogą zrobić krzywdę. Kiedy zaś stają sie słabsi i zależni, tak jak ty na starość, wtedy można ich traktować tak, jak oni traktowali ciebie.

Powiadasz, drogi rodzicu, że ty też byłeś bity i wyrosłeś na „porządnego człowieka”? Twoje dziecko też. Przecież właśnie od ciebie nauczyło się, czym jest przemoc….

TU nieco dłuższe rozwinięcie – proszę rodzicu przeczytaj, zanim rzucisz się z furią udowadniać, że gadam bzdury…

Napisane przez: futrzak | 20 czerwca 2017

Książki papierowe

dziś są właściwie już przeżytkiem przeszłości. Coś jak dorożki albo kominki w domach. Posiadają wartość sentymentalną i estetyczną.
Dekorowanie półek książkami i czerpanie z tego odęto-intelektualistycznego powodu do wyższości zawsze mnie śmieszyło – no bo w końcu o co chodzi w książce – o dekorację ściany czy może o treść? Jeśli o to drugie, to obecne czytniki od strony funkcjonalnej przewyższają papier pod każdym względem. Małe, poręczne, zmieszczą się do kieszeni. Można na nich trzymać wieeeeeeele książek. Można czytać w warunkach kiepskiego światła albo i bez światła. Mają funkcję szukania i cut-and-paste (pamiętam upierdliwość podkreślania, zaznaczania i przyklejania karteczek w miejscach, które potem chcialam wykorzystac, albo pracowite przepisywanie cytatów). W ogóle, biblioteka elektroniczna zmieści się na małym dysku zewnętrznym – kilkadziesiąt tysięcy tytułów. Czy to nie genialne? Można ją wsadzić do kieszeni i zabrać ze sobą.
Braki? Oh, no nie pachnie jak papier. Doprawdy.

Dlatego zabawne są te dyskusje w Internecie na temat wyższości książek papierowych i tesknoty za nimi. W Internecie. Na komputerach. Równie dobrze możnaby dyskutować na temat wyższości codziennego transportu w postaci powozów konnych…jak się człowiek uprze, to da się, oczywiście. Ale czy to ma sens w dobie samochodów, pociągów i samolotów? Czy w transporcie chodzi o szybkość, wydajność, ekonomiczność i wygodę poruszania się, czy też może o podziwianie piękna zwierzęcia i obcowanie z nim? Czy w czytaniu książek chodzi o fetysz papieru, dotykanie, wąchanie i podziwianie na ścianie, czy moze o treść tego, co się czyta…?

Napisane przez: futrzak | 18 czerwca 2017

Przerwa na reklamę

Napisane przez: futrzak | 16 czerwca 2017

Trochę cyferek

Bo z jednej strony mamy frakcję ludzi twierdzącą, że bogactwo USA rośnie, a z drugiej tych twierdzących że bieda też rośnie w zastraszającym tempie.
Cóż, prawda jak zwykle jest bardziej skomplikowana.

FED opublikował właśnie makroekonomiczne dane statystyczne na temat gospodarki USA.
Total household wealth (suma bogactwa gospodarstw domowych) osiągnęła rekordowy pułap: ponad 94 bilionów (10 do potęgi 12 – 1 000 000 000 000). Liczba ta zwiększyła się o 40 bilionów od czasu ostatniej wiekiej recesji 2009 roku.
Piknie. Co jednak z dystrybucją? 2/3 tego szalonego wzrostu zostało wypracowane w nieruchomościach oraz na giełdzie.

Jak wygląda sprawa z sektorem byznesu? Otóż, ponad 80% zarejestrowanych biznesów w USA to są tzw. „nonemployer companies” czyli jednoosobowe działalności gospodarcze. Tylko 35% z tych biznesików przynosi profity, reszta operuje ze stratą. Z tego wynika, że (licząc już wszystkie firmy) ok. 72% wszystkich zarejestrowanych w USA firm nie przynosi zysków.
Gdzie poszły rekordowe zyski? Ano do kieszeni jednego promila najbogatszych, którzy zarobili krocie przejmując nieruchomości za grosze w dołku recesji, a teraz nadwyżki pakują w giełdę. Idzie to znakomicie a iść będzie jeszcze lepiej, bo wszak republikanie znieśli Dodd-Frank Act temperujący giełdowe i bankowe spekulacje.

Jak wygląda reszta wskaźników?
Niewesoło. Aż 40% młodych Amerykanów żyje nadal z rodzicami – procent najwyższy przez ostanie 75 lat. Bynajmniej nie wynika to z ich lenistwa ani norm kulturowych (tradycyjnie wszyscy po graduation zawsze byli wykopywani na swoj wlasny rachunek) tylko z tego, ze ich nie stać. Zapewne nie bez znaczenia jest tu dług studencki, który niedawno osiągnął też rekord – 1.4 biliona. Dorzucmy do tego total kredyt konsumencki – 3.8 biliona. Płace? En total od 2009, jeśli weźmiemy pod uwagę inflację – nie wzrosły. Na dodatek największy przyrost nowych miejsc pracy jest w sektorach najbardziej kiepsko płatnych. IT jest tutaj wyjątkiem, który jednakże nie jest na tyle duży, żeby w skali całego kraju robić jakąkolwiek różnicę.

Tak więc bogactwo owszem, przyrosło, ale tylko najbogatszemu procentowi społeczeństwa. Reszta jedzie w dół jak na rollecoasterze, zadluzając się przy okazji.
Co dalej? Biorąc pod uwage to, że republikanie pracowicie znoszą wszystkie regulacje sektora finansowego wprowadzone za Obamy, a mające na celu ukrócenie bankowej i giełdowej spekulacji – będzie wesoło. Tj. walnie następny kryzys o skali gargantuicznej, po którym USA już się prawdopodobnie nie podniesie. Chyba, że zdarzyłby się cud.
Jak to mawiali Rzymianie kiedy jeszcze imperium rzymskie istniało – obyś żył w ciekawych czasach…

zrodlo.

Napisane przez: futrzak | 14 czerwca 2017

Gig economy

Co jakiś czas piewcy neoliberalizmu zachwycają się nową technologią i możliwościami, jakie ona daje: tzw. „gig economy”. Czyli mamy platformy web i aplikacje mobilne, które pozwalają na kontakty zleceniodawca-zleceniobiorca w czasie rzeczywistym oraz przesyłanie pieniędzy za wykonane prace. Firma będąca „marketplace” (jak to ładnie sobie nazywają) kasuje procent za wylistowanie i pośrednictwo.

Wszystko ładnie pięknie, ale…
To system, którego głownymi beneficjentami są zleceniodawcy i wlaściciel aplikacji, bo:

– pracę możliwą do wykonania zdalnie outsourcuje się na terenie całego świata, co prowadzi do walki cenowej i zawsze tak bedzie, bo zleceniodawcow jest w skali globalnej znacznie mniej, niz zleceniobiorcow. W efekcie np. oplaty za słowo od tłumaczenia albo redakcji tekstu są śmiesznie niskie (bardzo często ich jakość też).
– w wypadku pracy wymagajacej obecności fizycznej na miejscu jest podobnie – w koncu ile ktoś moze zaplacic za rzeczy typu zrobienie zakupów, opiekowanie się dzieckiem dorywcze, pranie, sprzatanie czy poskladanie mebli etc? Na dodatek do kazdej takiej pracy trzeba dojechac, co w wypadku wielkiego miasta nastręcza nie lada klopotow logistycznych no i kosztow, czyniąc więcej niż dwa zlecenia dziennie nieopłacalnymi.

Najgorszą jednak wadą „gig economy” jest to, ze gig raz jest, a innym razem go nie ma. Nigdy nie wiadomo, kiedy przyjdą pieniądze i czy w ogole przyjdą – w razie reklamacji nie mozna się kontaktować z inspekcją pracy, bo nie ma tutaj tradycyjnego stosunku pracy przecież. A czynsz i media trzeba placic regularnie co miesiąc, jeść też trzeba codziennie, ubezpieczenie zdrowotne płacić, benzynę do samochodu kupić zeby gdziekolwiek dojechac. W razie choroby – kompletna katastrofa, bo nie ma pracy, pieniędzy i najlepiej sobie strzelić w łeb – bo co innego? Taka praca ma sens tylko i wyłącznie jako praca dodatkowa, w celu „dorobienia sobie”. Do normalnego utrzymania siebie i rodziny zupełnie sie nie nadaje i nie powinna w ogole być podnoszona jako argument w dyskusjach o rozwiązywaniu problemów bezrobocia.

Chyba że…. chyba że bierzemy pod uwagę tandem dochód podstawowy (universal income) i gig economy. Jeśli to pierwsze starcza na przeżycie, mozna juz zastanawiać się nad sensownoscia pracy dorywczej..

Anyway.
Najlepsze podsumowanie gig economy z aszdziennika:

Jest alternatywa dla tradycyjnych szpitali i niepublicznych zakładów opieki zdrowotnej. Już 1 lipca w Polsce zadebiutuje usługa Uber Hospital, która połączy poszukujących pomocy pacjentów i ludzi, którzy w wolnych chwilach chcieliby dorobić sobie jako lekarz.

W miastach, w których jest obecny Uber Hospital, każdą usługę medyczną można zamówić za pomocą aplikacji – dowiaduje się ASZdziennik. Zamówienie jest przesyłane do najbliższej osoby, która czuje, że się nie boi i jest w stanie podjąć się operacji, zabiegu lub wydania diagnozy.

– Na Banacha to nawet i miesiąc poczekaliby na swoją kolej – twierdzi w rozmowie z ASZdziennikiem 53-letni Zbigniew, który od miesiąca uczestniczy w testach Uber Hospital i na terenie Warszawy w wolnych chwilach usuwa kamienie nerkowe. – W hydraulice mam lekko przestój, to czemu mam nie dorobić sobie wieczorkiem? – chwali działanie aplikacji.

Taniej, szybciej, dyskretnie i 24 godziny na dobę – to zalety, jakie najczęściej wymieniają pierwsi pacjenci. Najczęściej chwalą brak kolejek, bo chętnych na dodatkową fuchę jest coraz więcej.

Napisane przez: futrzak | 11 czerwca 2017

Higado a la tela

Kolejne odkrycie kulinarne, hyhyhyh.

Tłumacząc dosłownie na polski „higado a la tela” znaczy „wątroba w tkaninie” (prosze nie kierować sie google translate, bo podaje „web wątroby” :))).
Najpierw kupiliśmy takie coś w sklepie:

Jak widać, wyrób urugwajski, na składzie ma wątróbkę wieprzową, boczek wędzony, przyprawy oraz epiplon czyli tę błonę, co zwisa od żołądka w dół. Na początku się opierałam no bo ani wiem co to jest, ani wiem co z tym zrobić, ale Chłop się uparł. Leżało toto potem parę miesięcy w zamrażalniku i baliśmy się podejść.
Przyszedł jednak czas na rozmrózenie lodówki, trzeba więc było podjąć jakąś próbę zrobienia czegoś z dziwadłem.

Zasadniczo linia myślenia pod tytułem „jeśli to mięso i kupione w sklepie i wyrób urugwajski, to napewno musi się dać zrobić na parilli, okazała się trafna. Na wszystkich przepisach widać, że rzeczone higado wrzuca się na parillę. No ale nie mamy parilli.
Zabraliśmy się więc za to rozpoczynając od mikrofalówki (żeby całe higado w miare rownomiernie rozgrzać), a potem wrzuciliśmy do opiekacza. Wytopiła się z tego ilość tłuszczu jakaś nieziemska, trzy kawałki skurczyły sie chyba o połowę, ale pachniało nieźle, podpieczonym tłuszczykiem.

Na ciepło – bomba!
Na zimno – też bomba!
Poniżej zdjęcie po wyjęciu z lodówki na drugi dzień i pokrojeniu na plastry. Spokojnie mozna to ładować na kanapkę, zwarte i trzyma się jak nalezy:

Przyszłoby komuś w Polsce do głowy, ze wątróbkę można na grillu zrobić? A potem jeść na zimno? Pewnie nie. Mnie też nie przyszło, a tu proszę jaka niespodzianka…

Older Posts »

Kategorie