Napisane przez: futrzak | 21 września 2017

Uczmy się jezyków obcych….

Zdanie takie:

dupa masa cinci lei pierduta

Nie znam rumuńskiego ani w ząb, ale „dupa masa” oraz „pierduta” ze względu na podobieństwo polskich słów, wiadomo jakich, przyprawiły mnie o czkawkę ze śmiechu :))))

Tymczasem owo zdanie po przetlumaczeniu na polski brzmi:

Po obiedzie zgubiłem pięć lei

Jest nawet zdanie owo bardzo podobne do hiszpanskiego, bo po hiszpansku to bedzie „despues de la cena perdió cinco lei”. Masa po hiszpansku znaczy co prawda ciasto (mesa natomiast to stół), ale znaczenie nie jest jakies odlegle. No i czasownik „gubić” – perder – jest prawie taki sam, bo pochodzi z łaciny (perdet). Że po polsku się z pierdami i pierdutami kojarzy, to inna sprawa…

I kto powiedział, ze czeski jawi sie jako najbardziej śmieszny język dla Polaków? :)))

Reklamy
Napisane przez: futrzak | 18 września 2017

Muzeum Saperów i inne spacery

Koniec avenidy Battle y Ordonez. Nie taka piękna dzielnica, ale pomalowanie ławek i stołów na wesołe kolory od razu wszystko zmienia :)
Czytaj dalej…

Napisane przez: futrzak | 17 września 2017

Jeszcze o ignorancji…

Jest lepiej – histaminy wreszcie zaczęły działac po kilku dniach i mam juz tylko zwykły katar, a z tym daje się zyc. W związku z czym byl spacerek, i beda z niego zdjęcia na stronie – m. in. z muzeum saperów…

A tymczasem. Myślałam, że nic juz mnie nie zdziwi w temacie alt-bzdur, a tu proszę:

A może wiatraki nie generują prądu z wiatru, ale generują wiatr z prądu? Kiedyś nie było wiatraków i żadne katastrofy jak ostatnio w Polsce albo Ameryce się nie działy, a zwróćcie uwagę, że wieje tylko jak się kręcą. Poza tym czasem jak wieje, to niektóre się nie kręcą, czym innym to wytlumaczyc? Poza tym doskonale tłumaczyłoby to ten cały boom „ekologiczny” którym nas karmią… Co o tym myślicie”?

Ja myślę, że to podobny poziom bzdur, co leczenie dziecka chorego na grypę wsadzaniem do pieca na 3 zdrowaśki. W pierwszym wypadku mamy do czynienia z niczym nie zmąconą ignorancja w temacie fizyki, w drugim w temacie medycyny/fizjologii.

Napisane przez: futrzak | 13 września 2017

Piszę ostatnio mało, bo ledwo żyję. Sił starcza tylko na podstawową egzystencję tj. pracę i wlasciwie nic więcej :-/

Przyszła albowiem wiosna, a z nią pierdolone pyłki i alergia, która w tym roku tak mi daje popalić, że ojapierdolęumręzaraziwogóle.
Wyobraźcie sobie, że macie grypę, tylko bez gorączki – zatkany totalnie nos, zatoki, kichanie, swędzące oczy z których się leje, oraz zatkane uszy przez większą część dnia, ból głowy.

Horror jakiś.
Biorę antyhistaminy od kilku dni i przejaśnia się na tyle, ze jakoś mogę oddychać, ale po 19.00 znowu horror. A dawka jest jedna piguła raz na dobę, nie chcę przesadzić, bo to bardzo obciąża wątrobę.
Przed pójściem spać ratuję się kroplami do nosa – przeczyszcza sie i moge usnąc, ale potem w nocy budzę się, kiedy przestają działać (po jakichś 6 godzinach) i potem juz na ogol nie jestem w stanie zasnąć.
W zeszłym roku też miałam alergię (w Polsce nigdy – takie są efekty przenosin na inny kontynent, gdzie rośliny i pyłki z nich nieznane i układ odpornosciowy wariuje :-/ ), ale nie tak ostrą, jak teraz. Za to trwała prawie 2 miesiące :-/

I teraz taka refleksja. Jak muszą się czuć przewlekle chorzy, którzy każdego dnia walczą z bólem i własną niemocą? A ci, co cierpią na nieuleczalne choroby? Czucie się ch*wo cały czas odbiera kompletnie chęć do życia i pomyśleć, ze w większości krajów eutanazja jest nielegalna, eh.

Napisane przez: futrzak | 11 września 2017

Czy dorośli są w stanie produkować nowe komórki nerwowe?

Zgodnie z tym, czego uczono nas w szkole na lekcjach biologii – nie.

Tymczasem najnowsze badania pokazuja ze owszem, jak najbardziej, neurogeneza zachodzi w dorosłych mózgach i jest szereg rzeczy, które mają na nią wpływ:

– uczenie się (czegokolwiek nowego) – zwiększa neurogenezę
– stres – hamuje
– niewystarczająca ilość snu – hamuje
– sex – zwiększa
– aktywność fizyczna – zwiększa
– odpowiednia dieta – zwiększa.

Z dietą dla niektórych pewnie będzie niespodzianka. Otóż ograniczenie liczby kalorii o 20-30% zwiększa (ma tez wplyw na dlugowiecznosc bo wplywa na dlugosc telomerów) neurogenezę, podobnie tzw. „intermittent fasting” – czyli długie posty pomiędzy posiłkami. Tak, to dokładnie odwrotnie niż głoszą popularne zalecenia dietetyczne polecające jeść często, dużo małych posilków w ciągu dnia…
Co jeszcze z zakresu diety? Flawonoidy trzeba jeść i kwasy tłuszczowe omega-3; alkohol co prawda zmniejsza neurogenezę, za to szklaneczka czerwonego wina do obiadu – zwiększa, a to dlatego ze zawiera resveratrol.
Jest tez zwiazek miedzy depresją a neurogenezą: z badań na zwierzętach wynika, ze objawy depresji sa zwiazane z niską neurogeneza, zas antydepresanty ja podwyzszaja. U ludzi ten efekt mozna obserwowac na przykladzie pacjentów onkologicznych – ci, u ktorych wyleczono raka, nadal cierpia na depresje a to dlatego, ze leki przeciwnowotworowe hamują neurogenezę.

No i tak to.

Napisane przez: futrzak | 8 września 2017

Muszę przyznać, ze mam mściwą satysfakcję, kiedy dziś obserwuję miotających się znajomych w związku z Brexitem, a niektorych panikujących też w związku z „represjami PiS”.

Coż, oni śmiali się ze mnie gdy mowilam, ze lepiej mieć dwa paszporty, niż jeden. Ze skoro siedzą tyle lat w jakims kraju, to niech sobie zrobia drugie obywatelstwo, nigdy nie wiadomo, kiedy sie przyda – bo to, ze dziś przepisy unijne o rezydencji i pracy są, jakie są, nie implikuje, ze jutro się nie zmienią.

Oh, jak wtedy szydzili ze mnie, jak się śmiali. Tylko nieliczni faktycznie zlozyli wnioski o obwatelstwo. Dzisiaj oni też reszcie mogą pokazać srodkowy palec…

Napisane przez: futrzak | 5 września 2017

Wolnego rynku w akcji ciąg dalszy…

Deszcz przestał padać, woda powoli opada w Houston, ludzie siedzą w schroniskach albo poupychani gdzieś po znajomych i rodzinie, a co robią landlordowie zalanych domów? Otóż naciskają na najemców, aby ci nadal płacili czynsz na zalane domy, w których nie mieszkają.

A wiecie, co jest najbardziej zabawne? Że to wszystko zgodnie z teksańskim prawem się odbywa:

Under the Texas property code, if a rental premises is “totally unusable” due to an external disaster then either the landlord or tenant can terminate the lease through written notice. But if the property is “partially unusable” because of a disaster, a tenant may only get a reduction in rent determined by a county or district court.

Czyli:
Zgodnie z teksańskim prawem regulującym zasady wynajmu, jesli odnajmowana nieruchomość jest kompletnie „nie do uzycia” z powodu naturalnej katastrofy, landlord lub najemca może zakończyć umowę najmu poprzez wniosek na piśmie. Natomiast jeśli nieruchomość jest tylko „częściowo nie do użycia”, najmujący może otrzymać tylko zniżkę w płaconym czynszu, która to zniżka jest określana przez sąd rejonowy.

Także bidni najemcy, którzy nie maja się gdzie podziać, dostają rachunki razem z naliczonymi odsetkami za zalane domy, w ktorych nie da się mieszkać.
No. Prawda, że urocze? Ktoś ma ochotę się przeprowadzić do Teksasu?

Napisane przez: futrzak | 2 września 2017

Dziesięć *naj* kraju, w którym mieszkam

Projekt w ramach Klubu Polki na Obczyznie.

Teoretycznie ma to być lista jakoś-tam obiektywna, ale wiadomo, że nikt takich badań raczej nie prowadzi, a sam temat jest dalece przecież subiektywny. Jak mawia stare przysłowie pszczół: piękno jest w oku patrzącego :) – lista będzie więc sporządzona z perspektywy mojej jako osoby mieszkajacej w czwartym już kraju w swoim zyciu :)
[Polska, USA/Kalifornia, Argentyna/Buenos Aires, Urugwaj/Montevideo].

1. Urugwaj to kraj, w którym nic się nie dzieje, a jak już się dzieje, to bardzo powoli.

Nie kazdemu będzie to odpowiadać, jak ktoś młody, ciekawy świata, żądny wrażen, kariery i przygód, to niech lepiej tu nie przyjeżdza. Życie toczy sie powoli, ludziom sie nie spieszy, są wyluzowani i generalnie cierpliwi. Rządy też są bardzo stabilne, nie wprowadza się tu terapii szokowych, nagłych zmian prawa i całej reszty. Ba. Podczas ostatniego wielkiego kryzysu, ktory byl skutkiem bankructwa Argentyny w 2001 roku, gdy załamala się też gospodarka Urugwaju oparta glownie o bankowosc, a ludzie wyszli na ulice – nawet wtedy opozycja nie zabrała się za gwałtowne porządki, tylko pozwoliła urzędującemu prezydentowi dokończyć kadencję. Taka odpowiedzialność za państwo skutkuje tym, że Urugwaj jest wyjątkiem wśród pańśtw Am Pd. co i raz wstrząsanych przewrotami, kryzysami i problemami.

2. Klimat

Nie są to tropiki, występuje zjawisko zimy – ale powiedzmy sobie, że ta zima, to jak większość polskiego lata :) W dzien temperatury zwykle osiągają wartości dwucyfrowe :)
W głębi lądu w lecie bywa dość gorąco, ale przy wybrzeżu jest idealnie. Temperatury na ogol nie przekraczaja 37 stopni w lecie, a zdarza się to raczej rzadko. Pogoda bardzo zmienna (bo polozenie i uksztaltowanie terenu) – dzięki temu jak w zimie nawet walnie przymrozek, to nie na dluzej niz dzien-dwa. W lecie podobnie – 3 dni z kolei z temperatura trzydzieści pare stopni to maks, potem zwykle następuje ochłodzenie. Urugwaj ma nad wymarzonymi przez większość tropikami jeszcze jedną przewagę: brak robactwa takiego jak w tropikach. Insekty wielkości kciuka i owady gryzące wszystko, co się rusza, to nie jest to, co lubię najbardziej :)

3. Żarcie!

Wybór tegoż nie powala na kolana, bo Urugwajczycy są raczej konserwatywni w swoich upodobaniach – króluje więc mięso – wołowina z krów pasących się na pampie. Pierwszorzędna jakość i w porównaniu z Polska bardzo niskie ceny. Relatywnie tania i łatwa do dostania jest tez jagnięcina, a wszystko wrzuca się na tutejszego grilla czyli parillę. Oprócz mięsa robi się też na grillu pizzę :) (pizza a la parilla), rybę, wszelakie inne mięsa, oraz wszystkie podroby krowie – grasicę, jelita, nerki, kaszankę – wszystko :)
Przetwory mleczne są bardzo dobre – ja co prawda mleka nie pijam, ale już masło i sery jadam i są one znakomite. Oczywiście, wybór nie taki jak we Francji czy Szwajcarii, ale to co jest, jest dobre i nie oszukane – co ma ogromne znaczenie dla ludzi przywykłych, że w supermarkecie kupują coś, co nazywa się ser, a ma na liście składników tłuszcz roślinny….
Na codzień w menu królują pizza-pasta-empanada, czyli klasyczne trio przyciągnięte tutaj przez włoskich emigrantów, oraz milanesa. Pizzę i makaron każdy zna, empanada to południowoamerykańska wersja pierogów – tyle, że sa one albo pieczone, albo smażone na głebokim tłuszczu – nigdy gotowane. Nigdy też – przynajmniej w Urugwaju – nie mają wersji na słodko; od słodkości są desery (oh, a oni umieją zrobić deserki…) oraz.. kaszanka! Tak, kaszanka występuje w dwóch podstawowych wersjach: morcilla salada i morcilla dulce, czyli „zwykła” oraz słodka. W żadnej z nich nie ma jednak kaszy, tak jak w polskiej wersji kaszanki.

4. Laickość państwa

Ten punkt stanowi największe zdziwienie dla wszystkich znajomych i przyjaciół zarówno z Polski, jak i z USA. No bo Ameryka Południowa każdemu kojarzy się (skądinąd slusznie!) z silnym katolicyzmem, zakazem aborcji i generalnie ogromną rolą kościoła w życiu publicznym. Ale nie w Urugwaju! Jest tu autentyczny rozdział kościoła od państwa, mający swój początek jeszcze w pierwszej polowie XIX wieku: w 1837 roku wprowadzono małżeństwo cywilne, w 1861 publiczne cmentarze przeszły pod jurysdykcję państwa, w 1907 zalegalizowano rozwód, a w 1909 religia została zakazana w państwowych publicznych szkołach (tadaaa kłaniamy sie religii w publicznych szkołach w Polsce w 2017 roku…). Kompletny rozdział koscioła od państwa został przypieczętowany konstytucja z 1917 roku. I ludzie tutaj tego przestrzegają. Urugwaj to też jeden z trzech (oprócz Guyany i Kuby) krajów w Ameryce Południowej, gdzie aborcja jest legalna od 2012 roku (na życzenie do 12 tygodnia ciąży).

5. Work-life balance

O ile mogę powiedzieć na podstawie dwuletniego życia w tym kraju, przeważa forma zatrudnienia na etat (chyba, że ktos jest studentem). W ramach etatu jest czterdziestogodzinny tydzień pracy, przysługują wolne dni chorobowe oraz kilkanascie-dwadzieścia parę dni urlopu płatnego rocznie (ilość związana jest ze stażem). Nadgodziny są płatne. WOOOW! W pórównaniu z USA to jest rewolucja niemalże! Mało osób, które w USA nie pracowały wie, że jeśli jesteśmy etatowymi i zarabiamy więcej niż 26 tys. dolarów brutto rocznie, to pracodawca może od nas domagać się pracy w nadgodzinach, a te nadgodziny nie będą dodatkowo płatne. W Urugwaju 40 godzinny tydzien pracy jest normalny, a weekend święty i zarezerwowany dla rodziny. W niedzielne wczesne popołudnie w całym kraju wszędzie dymia parille – to czas w którym bliższa rodzina spotyka się ze sobą przy grillu – zwlaszcza dorosłe już dzieci z rodzicami i dziadkami.

6. Praktyczność i prostota w codziennym życiu Urugwajczyków.

Są oczywiście wyjątki, ale ten kontrast widać wyraźnie, jeśli ktoś tak jak ja po 4 latach życia w Argentynie przeprowadzi się do Urugwaju. Niby to tylko „za rzeką” (La Plata), niby ten sam język, niby też emigranci i ci sami – a jednak zupełnie inna mentalność. Typowy Argentyńczyk jest wygadany, ma rozdęte ego, ekstrawertyczną osobowość noszoną na rękawie :) Opowiada bajki, rzuca się w emocjach i przejawia coś, co możnaby określić mianem cwaniactwa. Urugwajczycy są inni. Ostentacyjność i chwalenie się na zasadzie „co to nie ja” nie jest w modzie. Przesadne dbanie o wygląd też – wielka ulgą było dla mnie przeniesienie sie do Montevideo, gdzie ludzie na ogół (poza tymi, co muszą w pracy) ubierają się w to, w czym im wygodnie; gdzie kobiety na codzień nie noszą żadnego makijażu, nie stroją się, byle tylko wyglądać sexi i zwrócić na siebie uwagę. Na ulicach prawie nie ma tzw. catcalling, tak powszechnego i natarczywego jak w Buenos. To ogromna ulga. Następna ulgą jest to, że w Urugwaju nie muszę zakładać z góry, że ktoś, jeśli będzie tylko miał okazję, to zaraz mnie oszuka – a co było plagą w Buenos, zwlaszcza przy wynajmowaniu mieszkań czy kupowaniu na lokalnych bazarkach/małych sklepikach.

7. Niska przestępczość

No, Japonia czy Dania toto nie jest, ale jak na Amerykę Południową to naprawdę nieźle. Chodząc po Montevideo (czyli stolicy kraju) nie muszę się bać, że ktoś mi da w tubę wieczorem i wyrwie torebkę; wynajmujemy mieszkanie na drugim piętrze i nie trzeba mieć w oknach krat – co było normalne w Buenos. Policja z kolei, w porównaniu z USA, jest służbą dla ludzi, a nie czymś, czego należy się bać i unikać. Oczywiscie, zdaję sobie sprawę z tego, ze gdybym mieszkala w podłej dzielnicy, drobna przestępczość byłaby znacznie gorsza – ale przynajmniej w normalnych dzielnicach miasta mozna na ulicy i w mieszkaniu czuc się w miarę bezpiecznie, czego nie dało się powiedzieć o Buenos – gdzie nawet w najdroższych dzielnicach miasta królowały kraty w oknach i alarmy wszędzie. Jak narazie poza Montevideo nie miałam okazji mieszkać, ale znajomi Urugwajczycy twierdzą, że przestępczości poza stolicą prawie-że nie ma.

8. Legalność marihuany

Nie, żebym była uzależniona, ale sam fakt, że ludzi palących skręta nie wsadza się do pierdla i nie traktuje jak przestępców, to jest niejakie osiągnięcie – przy jednoczesnym całkowitym zakazie reklam tytoniu. Zioło zalegalizowano w 2012 roku, w myśl ustawy możliwe jest nabycie na trzy sposoby:
– własna hodowla (zgłasza się na poczcie, do 6 krzaków, na własnej posesji)
– członkostwo w klubie (do 99 krzaków, na potrzeby własne klubu)
– po wcześniejszej rejestracji, można nabyc w aptece.
Wszystkie trzy opcje są dostępne tylko dla obywateli i legalnych rezydentów.

Hm… miało być 10 punktów, ale to są takie przesądy systemu dziesiętnego – ot, okrągła liczba, wszędzie :)
Jakoś nic mi więcej do głowy nie przychodzi, jak dla mnie powyższe 8 jest w zupełności wystarczające do tego, zeby Urugwaj byl bardzo milym krajem do zycia. Oczywiscie, są tez wady, ale to na następny wpis :-P

Napisane przez: futrzak | 2 września 2017

Cytacik na weekend


Najmniej wartościowym natomiast rodzajem dumy jest duma narodowa. Kto bowiem nią się odznacza, ten zdradza brak cech indywidualnych, z których mógłby być dumny, bo w przeciwnym wypadku nie odwoływałby się do czegoś, co podziela z tyloma milionami ludzi. Kto ma wybitne zalety osobiste, ten raczej dostrzeże braki własnego narodu, ponieważ ma je nieustannie przed oczyma. Każdy jednak żałosny dureń, który nie posiada nic na świecie, z czego mógłby być dumny, chwyta się ostatniej deski ratunku, jaką jest duma z przynależności do danego akurat narodu; odżywa wtedy i z wdzięczności gotów jest bronić πυξ και λαξ [rękami i nogami] wszystkich wad i głupstw, jakie naród ten cechują”.

Artur Schopenhauer, „W poszukiwaniu mądrości życia. Parerga i paralipomena.”

Czyli, uwaga – przesyłamy pieniądze przelewem z Polski do Urugwaju! Yeah!

Punkt pierwszy: jedyny bank, który podjął się tego przelewu po stronie polskiej, to PKO BP. Być moze inne też robią takie usługi, ale umyślny po obejściu ładnych kilku, został spławiony na zasadzie „ale my nie wiemy”, „pan przyjdzie jutro, jak będzie kolezanka, która..” itp.

Punkt drugi: PKO dostawszy wszystkie dane, przelew spieprzył, oraz nie raczył poinformowac o tym fakcie.

Ze nie doszlo i dlaczego, dowiedzielismy sie od banku urugwajskiego (BROU) – otóż PKO nie potrafił znależć banku-korespondenta (intermediary) – mimo ze wszystkie informacje miał podane. PKO wysłalo zapytanie do BROU, ale bylo owo pytanie tak sformułowane, ze naruszało zasady bankowości (jakie – tego bank nie sprecyzowal), więc zostało olane. Przelew sie odbił.
Oficjalną listę bankow-respondentow (intermediary – jest niezbędne do systemu SWIFT) wyciągnął od BROU Chłop, a następnie podesłal umyślnemu w Polsce – tenże poszedł ponownie do PKO i już spławić się nie dał. Przelew wyszedł….

……i szedł…..

……i szedł……

……i szedł……

……i szedł……

……i szedł……

Obszedł już pewnie kulę ziemską trzy razy naokoło, aż wreszcie JEST!!! Juz po sześciu dniach DOSZEDL!!!!
O SZCZESCIE PIERDOLONE NIEPOJETE!!!!

Tak dla porównania: przelew z BROU do Chin szedł półtora dnia i bez zgrzytów po drodze…Ktoś jeszcze się dziwi, dlaczego obce firmy nie walą drzwiami i oknami, zeby handlowac z Polską, za to z Chinami kazda?
O tym, jaka w firmie chinskiej panuje obsluga klienta, to juz nawet nie wspomne.

Ah, i żeby nie było, ze najeżdzam znow na banki polskie. Otoz mój bank z USA, Wells Fargo, wcale nie byl lepszy. Przy transferze miedzy dwoma bankami w USA, w tej samej strefie czasowej, zastrzegal sobie czas 48 godzin. Dlaczego? Bo gnidy mogly. O tym, ze za kazde wyciagniegnie 300 dolarow z bankomatu tu, w Urugwaju (czy gdziekolwiek indziej poza ich wlasnym bankomatem) kasowali 8.50 USD, juz nawet nie wspomne, bo mnie do dziś trzącha na to skurwysyństwo.

Napisane przez: futrzak | 29 sierpnia 2017

Wolny rynek w akcji

Objawil sie był w Teksasie. Nic wielkiego – przeciez na tym wlasnie polega, ze ma byc rownowaga miedzy podażą i popytem, nie? Popyt ogromny, to sprzedawca może sobie zawołać jaką chce cenę, nieprawdaż?

Coz. Teksańczycy przez lata tak uważali, a wszystkich, którzy usiłowali „regulowac wolny rynek” wyzywali od komuchów i kazali swoje brudne łapy trzymać z dala. Aż do dziś. A coż sie stalo? Ano poszkodowanym powodzią w Houston nie spodobalo sie, ze sprzedawcy kasują za zgrzewkę butelek wody ceny typu 40-90 dolarów. I masowo zaczęli w związku z tym składać skargi do teksaskiego prokuratora generalnego, żeby coś z tym zrobił.
Prokurator zrobił. Pogroził palcem spekulantom i zapowiedział, że „Znajdziemy was. A kiedy was znajdziemy, to będziemy ścigać, więc lepiej przestańcie”.

Ciekawe, swoja drogą, z jakiego paragrafu będzie ścigał pan prokurator, ciekawe.

Oprócz tego stosunek teksańczyków do pomocy federalnej również zaczyna się zmieniać. Przypomnijmy: gdy w 2012 huragan Sandy zniszczyl Nowy Jork i okolice, prawie wszyscy kongresmani z Teksasu byli przeciwni przyznaniu NYC pomocy z funduszy federalnych. Dziś? Ah, dziś to wiadomo, co innego. Dziś to dotyczy nas, a nie tych wrednych jankesów z Big Apple. Slowem, hipokryzja na całego. Nie, żeby to jakaś nowość była – zwolennicy wolnego rynku na calym swiecie tak maja – ze chcą go niczym nie skrępowanego, dopoki im samym zelazo nie zacznie się palić pod tyłkiem.

A w temacie hipokryzji również wykazał się pan pastor teleewangelista Joel Osten, który zamknął swoj megakościół (prawie 17 tys. miejsc pojemności) przed ofiarami powodzi. Jak na twitterze zaczął się shitstorm z tego powodu, pan pastor odpowiedzial, ze kosciol zamknięty bo przeciez jest podtopiony. Jak wkurzeni ludzie zaczeli wrzucac zdjecia, na ktorych jasno bylo widac, ze powodz obiektu nie dotknela, to pan pastor wreszcie pękł, kosciol otworzyl i zaczal glosic wszem i wobec, ze przeciez wcale go nie zamknął!
Wot bezczelność wyższego rzędu. Ironii calej sprawie dodaje to, ze kilka meczetów w Houston udostepnilo swoje wnętrza powodziowiczom bez rozglosu, nukania i proszenia. Ah ci wstrętni muzułmanie…

PS:
Pare godzin później i zbieram szczękę z podłogi. Supporterzy Trumpa odpierają twitterowy atak: „A gdzie był Obama podczas huraganu Katrina???” „Dlaczego Obama nic nie zrobil podczas Katriny”…. OJP…. jakbym sama tego nie widziala, to po prostu najnormalniej w swiecie nie uwierzylabym. To się w pale nie mieści, w jak alternatywnej rzeczywistości żyją ci ludzie.

Napisane przez: futrzak | 28 sierpnia 2017

Kuchnia fjużon przedstawia

Nalesniki Dziwaczne a la Chłop.

Ciasto: 3 jaja, mąka z mandioki (fecula de mandioca) i sos sojowy.
Wsad: ser zolty Dambo (urugwajski, miękki), salceson (urugwajski, lepszy niz polska szynka…) oraz brazylijskie ogóreczki agridoce (słodkokwaśne).
Po zwinięciu naleśnik maczany w meksykanskiej salsa chile verde.
A wiecie co w tym wszystkim najzabawniejsze? Ze pyszne jak cholera!!

Przypisy:
Mandioka: inaczej cassava, maniok, yuca, arrowroot. Mąka, ktorej uzylam, to jest tak naprawde skrobia z mandioki;
Ser zolty dambo: taki semi-soft ser, uzywany bardzo często na pizzę, o łagodnym smaku.
Ogórki agridoce: coś pomiędzy kiszonymi i w occie, ale zalewa jest słodzona, wiec jak troche podfermentuja to wychodzi zajebisty smak, taki delikatny;
Salsa Chile Verde: składa sie z papryczek chile i tomatillo obrobionych termicznie. Tu poszlam na skróty i kupilam gotową zaimportowana z Meksyku.

Napisane przez: futrzak | 26 sierpnia 2017

Chwile grozy….

..przezylam albowiem ni stąd ni zowąd, nie mogę sie zalogować na swoje konto na wordpressie!!!

Mysl pierwsza: znowu jakiś ch*j złamany włamał mię się (lub próbował) włamać na konto.

Gorączkowe szukanie.
Dig
Dig
Dig

Ale czy moge zmienic haslo? MOGE.
Zmienilam. Wszystko wygląda ok. Zaglądam do poczty: aaaaaa ok. WordPress podniósl alarm, albowiem odkryli ze moja nazwa uzytkownika znalazla sie na liscie opublikowanej przez „group of security researchers”. W związku z tym zrobili reset – i bardzo dobrze.
UFFFFFFF.
Breathe in, breathe out…

No, a tak poza tym. Dziś walnęłam sobie taki oto niewinny wpis na fejsie:

Pracuję z domu. Dzis jest w Urugwaju swieto (3-dniowy weekend), na dodatek strajkuje komunikacja miejska, wiec cisza w miescie porazajaca wręcz. Za oknem rowniutko pada sobie deszcz… a moja produktywnosc w tej ciszy jest o kilka rzędow wielkosci wyzsza, niz gdybym siedziala w biurze, zanurzona w halasie i chaosie. Po prostu teraz moge sie skupic i roznica jest tak uderzająca, ze az niesamowita. Niestety argument o produktywnosci rzadko trafia do pracodawcow – bo do biura trzeba przychodzic I JUZ. BO TAK.
No. To by bylo na tyle w temacie, jak to pracodawcom zalezy niby na produktywnosci czy wynikach pracy. Gówno, a nie im zalezy. Jakby zalezalo, to nikt nie zmuszalby do przychodzenia do biura tudziez nikt nie wpadalby na pomysly wszczepek podskornych, co to maja pomoc „lepiej zliczac czas spędzony w firmie”

Na to odezwał się znajomy ze starych czasów, znajomy który dziś jest Ważnym Dyrektorem. Odezwał się w te słowy:

„Ja się co do zasady nie zgadzam na pracę zdalną, chyba że ktoś ma jakiś konkretny produkt do przygotowania. Nie mam problemu, jak ktoś siedzi w domu i programuje, pisze projekt, ofertę, cokolwiek. Natomiast pewnego rodzaju dyspozycyjność jest wpisana w normalne zadania większości z nas. A tej dyspozycyjności i możliwości choćby porozmawiania z szefem czy współpracownikami metodami technicznymi zapewnić się nie da.

W dalszej części rozmowy okazało się, że ” bo najszybszym i najbardziej efektywnym sposobem komunikacji jest człowiek + mimika + możliwość bezpośredniej interakcji + kartka papiery/tablica i coś do pisania. zerknij do literatury, badania były robione”

Na prośbę o podanie linków do tych badań otrzymałam spis podręcznikow sprzed 1-2 dekad z jakiegoś zapyziałego uniwerka polskiego, z wydziału zarządzania. Ooook. Ten, tego. Co ma praca zatytułowana „A. Załazińska, Schematy myśli wyrażane w gestach. Gesty metaforyczne obrazujące abstrakcyjne relacje i zasoby podmiotu mówiącego, Wydawnictwo Stentor, Kraków 2001” do problemów z komunikacją wirtualną dziś? Nie wiem, i nie dowiedziałam się, albowiem adwersarz finalnie odpowiedział tak: „kompletnie się z Toba nie zgadzam, ale szkoda mi czasu na g*wno-burze na FB”.

Tyle, w temacie dyskusji. Nie odniósł się adwersarz zupelnie do moich argumentów takich, jak:

– szefostwo, ktore samo nie wie, czego chce i zamiast siąść na dupie, przemyslec kwestie, a potem to sensownie ubrac w slowa, organizuje zamiast tego spotkanie z polowa dzialu, zajmuje 2 godziny podczas ktorych glownie macha rękami, cos rysuje, opowiada jakieś niewiadomoco, nikt nie wie o co chodzi – a potem ma pretensje, ze nikt nie wie o co chodzi. No ale komunikacja bezpośrednia jest niezbędna, nie da się przekazać wszystkiego bez osobistego stawiennictwa;
– szef powinien to, co chce przekazać, przemyśleć i jakoś to ubrać w słowa. Company meetings to nie powinny być gremia, gdzie on będzie szukał audytorium, poklasku czy pomysłów. NIE.
– pracownicy, z drugiej strony, jesli na takich meetings są obecni, a tak naprawdę nie zwracają uwagi na to, co się dzieje – też coś z nimi nie tak
– długie ponad godzinne meetingi w szerokim gronie nie mają sensu CHYBA ZE jest to spotkanie kwartalne czy polroczne, na ktorym omawia sie wyniki firmy za ten okres – a i wtedy ma ono postac prezentacji CFO czy CEO, a reszta slucha
– szefostwo, które organizuje dział pod siebie, czyli glowny kanal komunikacji jest taki, ktory im najlepiej odpowiada – czytaj: musisz byc w biurze i na meetingach, bo ja sie najlepiej wyrazam w ten sposob i niewazne w jaki sposob ty najbardziej jestes produktywny – ja nie naucze się robic prezentacji w jakims programie, ja MUSZE miec tablice i kredę, a jak ciebie nie ma, to spadaj, są następni na twoje miejsce

Na te argumenty nie było odpowiedzi. Nie, bo nie i koniec.
A ze wsrod software engineers jest nadreprezentacja introwertykow, ktorym najlepiej pracuje sie w ciszy i spokoju, gdy nikt im nie przeszkadza? Who cares, kanal komunikacji ma byc zorganizowany pod szefa ekstrawertyka, bo tak mu najwygodniej.
To by bylo na tyle w temacie snucia opowieści z mchu i paproci jakoby to praca zdalna była rozwiązaniem szeregu problemów typu korki na miescie etc. Ta. Technologia już jest, tylko ludzie jeszcze nie.

Napisane przez: futrzak | 25 sierpnia 2017

Jestem

zyje. Nikt sie nie włamał, jutro będzie wyjaśnienie…

Napisane przez: futrzak | 21 sierpnia 2017

Dzielna urugwajska opozycja…

Jakiś czas temu opozycja urugwajska (przypomnijmy: w kraju od ponad dekady czyli trzecią kadencję rządzi lewicowa koalicja Frente Amplio) wszczęła wielką aferę wymierzoną w wice prezydenta Raul Sendica. Że ponoć kradł on pieniądze z kasy publicznej i wydawał na prywatne cele – zwłaszcza miało dotyczyć to posługiwania sie firmową kartą kredytową ANCAPu (z czasów, gdy był prezesem i v-ce prezesem tejże firmy państwowej).

Dziś opublikowano wyniki niezależnej kontroli. Sendic na cele prywatne wydał…. 130 dolarów amerykańskich (którą to sumę zresztą zwrócił).
Oskarżany był zaś o sprzeniewierzenie jakichś dziesiątek tysięcy dolarów.

Kurtyyyyyna.
Dobrze, że ci panowie już nie są u władzy, bowiem ich inteligencja polityczna i w ogole rozumienie rzeczywistosci sytuuje się gdzieś w pobliżu labradora…

Napisane przez: futrzak | 16 sierpnia 2017

Jakie mogą być konsekwencje zalegalizowania marihuany…

Jakiś czas temu pisałam, ze w Urugwaju zaczela sie sprzedaz panstwowej marihuany.

Jednakże banki, prowadzące rachunki dla tych aptek zagroziły, że zamkną im konta, jak apteki nie przestaną sprzedawać marihuany. Santander już wypowiedział jednej z aptek umowę.
Oficjalnie banki twierdzą, jakoby mogły mieć nieprzyjemności z powodu „udziału w biznesie związanym z narkotykami”.

I mean, WTF???? Banki, skazane za pranie pieniędzy dla mafii narkotykowych i dostające symboliczne grzywny w ramach ugody, nagle są takie przewrażliwione że mogą mieć jakieś „nieprzyjemności”?!?!?!

Fucking joke czyli pierdolony żart. Ci, co trzęsą tym światem najwyraźniej zaczeli się bać, że eksperyment z legalną marihuaną się powiedzie i że za przykładem małego, śmiesznego kraiku z Ameryki Południowej pójdą inne kraje latynoamerykańskie (np. Meksyk) – a to już byłoby bardzo poważne zakłócenie interesów miedzynarodowych mafii oraz współpracujących z nimi banków i służb specjalnych takich jak CIA.

Banco Republica (panstwowy bank Urugwaju) narazie nie wypowiedział nikomu umowy, ale nie wyklucza, że pod wpływem „nacisku międzynarodowych instytucji finansowych”, które grożą np. odcięciem od systemu SWIFT, będzie musiał to zrobić. Jest to zrozumiałe o tyle, że Banco Republica nie moze odciąc interesów całego kraju od możliwości międzynarodowych płatności – to wywróciłoby gospodarkę kraju. Rząd tymczasem szuka możliwości jakiegoś załatwienia sprawy.

To by było na tyle w temacie autonomii małych krajów, którym zachce się iść pod prąd banksterce, mafii i przekupionym politykom. Smutne.

Napisane przez: futrzak | 13 sierpnia 2017

Rób to, co kochasz, a pieniądze same przyjdą…

Nie wiem dlaczego ludziom wydaje sie, ze maksyma „rób to co kochasz, a pieniądze same przyjda” ma w sobie jakąś prawdę czy mądrość.

Po pierwsze maksyma owa opiera sie na kilku milczacych zalozeniach:
– jesli robie cos, co kocham, to muszę byc w tym dobra (w wielu wypadkach to nieprawda)
– jesli jestem w czyms dobra, to znajdzie sie ktos, kto bedzie chcial za to placic i to placic odpowiednio duze pieniadze
– ze jesli robie cos, co nie jest usluga, a wymierną rzeczą, to będe umiala ja sprzedac
– ze jesli nawet bede umiala ja sprzedac, to nie będzie ządnej konkurencji, która zalatwi mnie reklamą, nizsza cena czy innymi mniej legalnymi zagrywkami

Tymczasem rzeczywistosc jest znacznie, znaaaaaacznie bardziej skomplikowana. Rzadko kiedy ktos, kto specjalizuje sie w jakiejs jednej konkretnej dziedzinie, jest rowniez alfa i omega w trzech innych. Przyklad: ilez to razy słyszałam, ze jak mi sie cos w jakiejs firmie nie podoba, zebym zalozyla wlasna. Ba. Wielu Polaków slyszalo to jako remedium na wszelakie bolączki zawodowe. Tymczasem np. przeciętny inzynier programista, ktory nawet i jest bardzo dobry w programowaniu, wcale nie musi byc rownie dobry w rozmowach z ludzmi, sprzedawaniu, negocjowaniu kontraktow – a to jest niezbędne, zeby odnieść sukces jako firma. Ba. Trzeba miec jeszcze kapitał pozyskany wzglednie tanim kosztem, zeby odsetki nie zabiły i zeby nie skonczyć z dlugami jako bezdomny na ulicy.
Powiedzcie, ilu znacie takich programistow, co w nocy będą siedzieć i dziargać kod do swojej ulubionej aplikacji/gierki, a w dzien biegac i przymilac sie do potencjalnych klientow i wciskac im swoj produkt? Wlasnie. Nawet jesli ktos, kto jest genialnym programista i pracuje w cudzej firmie, wcale nie musi byc awansowany ani doceniany ani dobrze oplacany – wystarczy, ze bedzie np. osobą ze spektrum autyzmu i bedzie pomijany we wszelakich rankingach, no bo wiecie, brak teamwork, jest gburem, nie umie sie zachowac, egoista etc. Ba. Jak przez zwykłą maszynę interview z osoba z HR przejdzie, to juz bedzie wielki sukces…

Albo inny przyklad. Swego czasu jak wylądowalam na dugotrwalym bezrobociu slyszalam od wielu ludzi, zebym zajela sie zawodowym robieniem bizuterii, bo mam do tego talent. Owszem, lubie cos takiego robic i rajcuje mnie to, ale. Po pierwsze: moj gust wcale nie musi byc tozsamy z tym, co podoba sie wiekszosci klientow – a to oni placa (no i klepanie tego samego wzoru setny raz juz nie jest rajcujace). Po drugie – o ile kocham robic takie rzeczy, o tyle nienawidze sprzedawac. A samo sie nie sprzeda ani nie zareklamuje. Po trzecie – zeby tylko z czegos takiego wyzyc, trzeba albo isc w hurtowe ilosci (a tutaj z maszynami CNC nijak nie wygra sie, a one bardzo drogie są…) albo robić całkowicie ręcznie cos, co bedzie mialo niebotyczna cene jednostkową. A to oznacza wylansowanie wlasnej marki i mody na nią. Jak to osiągnąć, to jest Zloty Gral branzy modowej, tylko nielicznym sie udaje…a rachunki przeciez co miesiac trzeba placic, niezaleznie od tego, czy sie uda, czy nie.

To wszystko, o czym powyzej piszę, w duzym stopniu daje się załatwic pieniędzmi. Tak – pieniędzmi. Spory, nieobciązony dlugiem kapital daje komfort nie martwienia sie o rachunki ani papu. Pozwala na zatrudnienie fachowcow do zajęć, ktorych nie lubimy/nie umiemy (specow od reklamy, biznes developmentu, sprzedazy etc.). Pozwala na bywanie i pokazywanie sie tam, gdzie mozemy spotkac odpowiednich ludzi, od ktorych dalej bedzie zalezec nasza kariera (np. znajomosci mamy Billa Gatesa, ktora zalatwila mu kontrakt w IBM, od ktorego zaczela sie jego kariera). Pozwala wreszcie na popelnianie błędów i uczenie sie na nich. Ktos, kto jedzie na kapitale pozyczonym z banku, ma tylko jedna szanse, a jak sie nie uda, konczy bankructwem i niesplaconym dlugiem.

Czy teraz juz rozumiecie, dlaczego pochodzenie i miejsce urodzenia tak bardzo determinuje, co kto potem osiagnie w zyciu? Czy rozumiecie, skąd się biorą tabuny artystów, którzy sa w najlepszym razie przeciętni, ale są na topie list przebojów i wszędzie ich pełno? Skąd ci celebryci i celebrytki, które są znane głównie z tego, ze są znane? Takie coś daje się osiągnąć odpowiednimi pieniędzmi i kontaktami. Talentu już nie…

Ale to nie tylko szołbiznes. Czy Gates byłby dziś tam, gdzie jest, gdyby urodził się w slumsach Kalkuty? Pewnie nie. Pewnie nawet studiów nie skończyłby – bo dzieci ze slumsów pracują w wieku kilku lat, a z biedy udaje im się wyjść tylko dzięki aktywnemu wsparciu państwa i społeczenstwa – bo ich wlasnej rodziny na to nie stac. Ale nawet, załóżmy, gdyby skonczyl szkołe, jak daleko zaszedłby Gates bez milionów rodziny na rozkręceniu biznesu i kontaktów matki pozwalających na pierwszy lukratywny kontrakt?
Gates to przyklad z górnej półki, ale nawet żeby osiągnąć względny sukces w zyciu, czyli np. zdobyć dobrze płatny zawód, uznawany w razie czego na calym swiecie, tez bez wsparcia rodziny, albo zadluzenia sie na starcie, nie da rady. Kiedys w Polsce byly stypendia socjalne i akademiki, pozwalajace najbrdziej utalentowanym (co zdali egzaminy na panstwowe uczelnie) na przetrwanie jakos studiów. A teraz? Ktos, kto przyjezdza z popegeerowskiej wioski nie da rady sam, bez zadnej pomocy utrzymac sie w Wawie czy Wroclawiu i skonczyc dobrych, dziennych studiów na dobrym uniwersytecie. I nie, zaocznie to sobie mozna konczyc jakies takie humanistyczne kierunki, na ktorych nie ma duzego oblozenia godzinowego ani nie ma labów – ale medycyny czy politechniki (tudzież ważnych STEM) w trybie dziennym sie w ten sposob skonczyć nie da – a tylko takie kierunki otwieraja droge na świat.

Oczywiscie, zdaję sobie sprawę z tego, ze świat jest niesprawiedliwy i jedni maja gorzej a drudzy lepiej – ale ja sie pytam po co, PO CO mącić w głowach tym, co mają gorzej i wciskać im ułudę, że jak „tylko będą chcieli” to świat stanie przed nimi otworem? Fakty są takie, że samo chcenie to warunek konieczny, ale niewystarczający do poprawy własnego losu. Dla kogos, kto urodził się w kręgu biedy, perspektywy na wyjście z niej w dzisiejszym świecie, za wyjątkiem kilku państw, są w zasadzie nieistniejące. Wmawianie, że jest inaczej powoduje tylko rozczarowanie, zgorzknienie i często potem agresję. I jakże często znajdują się politycy, którzy takie rozczarowane masy wykorzystują, żeby dojść do władzy, a potem wprowadzić zamordyzm.

Napisane przez: futrzak | 9 sierpnia 2017

Outsourcujemy code review!

Tak jest! Objawił sie startup, który chce być firmą na zlecenie świadczącą usługi outsourcingu w temacie code review.

Pomysł jest tak poroniony, że aż nie wiadomo, od czego zacząć.

Po pierwsze:
code review pełni w procesie developmentu bardzo ważną funkcję. Pozwala junior programistom uczyć się od bardziej doświadczonych kolegów. Pozwala reszcie zespołu orientować się w tym, co robią inni. Pozwala na wyłapanie błędów na poziomie dyzajnu na najwcześniejszym etapie, a nie dopiero po zrobieniu integration tests.

Po drugie:
code review do tego, zeby byl zrobiony porządnie, wymaga znajomości istniejącej code base. Nie da się inaczej – a jesli sie da, to wtedy będzie to robione tylko na poziomie syntaktyki, a nie semantyki, po co więc? Od syntaktyki są dziś całkiem niezłe, profesjonalne edytory i środowiska programistyczne.

Po trzecie:
znajomość code base pociąga za sobą problemy z intellectual property oraz dokumentacją. Osoba pracująca na etat w danej firmie i mająca tejże firmy udziały, jest dość lojalna, a nawet jak przestanie być i sprzeda jakieś szczegóły konkurencji, to łatwo potem wygrać sprawę sądową. Zewnetrzna firma związana jest innym konktraktem, a jej dostęp do tzw. sensitive information bardzo ograniczony. Ponieważ większość zespolów pracuje dziś w trybie agile, to w zasadzie nie ma żadnej dokumentacji. Co zewnętrzna osoba z ograniczonym dostępem do code base i bez znajomości produktu, architektury, specyfiki etc. może właściwie ocenić i na ile skutecznie? Niewiele.

Po czwarte:
kto będzie robił te zewnętrzne code reviews? Startup twierdzi, że „eksperci”. Nauczona doświadczeniem dwóch dekad obserwowania firm z SV mam tutaj raczej pesymityczne podejście – skończy się jak zawsze, czyli na zatrudnianiu byle tańszych kontraktorów z Indii, a zgarnianiu rożnicy do własnej kiesznonki.

Jedno jest wszak pewne: jesli strategiczne decyzje w firmie podejmuje księgowy po MBA i wyszło mu, ze developerzy spędzają i 50% czasu na „code review” zamiast „robić development”, to da mu się sprzedać zewnętrzny serwis robiący to „code review” taniej, niz kosztuje pol etatu normalnego programisty. I taki księgowy będzie uważał, że zrobił świetny interes i przysługę firmie….

Napisane przez: futrzak | 8 sierpnia 2017

Kiedy kobiety przestały programować…

Artykuł o takim tytule ukazał się właśnie w NPR.

Zacznijmy od faktów, czyli wykresu (niestety nie da sie go wkleić jako obrazka bezpośrednio do wpisu):

https://apps.npr.org/dailygraphics/graphics/women-cs/child.html?initialWidth=764&childId=responsive-embed-women-cs

Jak widać liczba kobiet na studiach prawniczych, medycznych, science i informatyce stale rosła od połowy lat 60-tych oraz rosła nadal później – za wyjątkiem informatyki, gdzie liczba kobiet zaczęła spadać w pierwszej połowie lat 80-tych. Co się wtedy stało?
Autorzy artykułu oczywiście nie są w stanie podać konkluzywnej odpowiedzi, jednak mają dość poważne przesłanki, aby odpowiedzieć na to pytanie.
Otoz, w latach 80-tych pod strzechy w USA zawitały komputery osobiste. Wtedy byly one reklamowane jako zabawki dla chlopcow i dla chłopców były kupowane.

W latach 90-tych badaczka Jane Margolis przeprowadziła wywiady z setkami studentów informatyki z uniwersytetu Carnegie Mellon (jeden z najlepszych w USA). Zauważyła, że rodziny tych studentów kupowały komputery dla chłopców, nawet wtedy, gdy ich córki naprawdę były zainteresowane informatyką.
Takie podejście miało ogromne znaczenie, gdy dzieci poszły do collegu na studia, bo wykładowcy i profesorowie po prostu założyli, że studenci mieli w domu komputery, więc program nie zaczynał się od początku ale przyjmował, że określone podstawy każdy student już ma. Dziewczyny zwykle ich nie miały, bo komputery byly nie dla nich, więc dostawały gorsze oceny i w konsekwencji szukały kierunków, na których „lepiej by im szło”. Potem już łatwo było rozkręcić kulturę nerdów i przyjąć stereotypowe wytłumaczenie, jakoby kobiety „nie nadawały się do komputerów”.

Nikomu nie chciało się sprawdzać faktów – do dziś większość studentów CS nie ma pojęcia, że do lat 80-tych kobiet w informatyce było sporo i że miały niezłe osiągnięcia. Margaret Hamilton – odpowiedzialna na napisanie oprogramowania do misji Apollo 11. Grace Hopper – informatyczka i admirał marynarki USA, twórczyni pierwszego kompilatora. O tych kobietach na studiach z informatyki nie wspomina się, a szkoda, bo może wtedy mniej byłoby dyskryminacji.

Napisane przez: futrzak | 6 sierpnia 2017

Z cyklu lapsusy językowe

Dawno dawno temu w argentyńskim urzędzie celnym odbierałam paczkę z USA w której była duża, ręczna plastikowa pralka, taka mniej-wiecej:

Celnik zanim otworzył pudło pyta się, co to jest. Ja na to z pewna siebie miną, że „vaso plastico”. Facet otworzyl i…. szczęka mu opadła do podlogi, a potem popatrzył się na mnie jak na wariatkę i zapytał co też ja będę z tego piła. Vaso to w rioplatense szklanka, powiedziałam więc, że to plastikowa szklanka. Że wielkości dużej beki na kapustę – ojtam ojtam, detal, nie? :)

Older Posts »

Kategorie