Posted by: futrzak | 13 April 2021

Caceroleo, bo rząd robi za mało

Jakąś godzinę temu odbył się protest zwany caceroleo: polega on na wyjściu na balkon/ulicę i tłuczeniu w gary i patelnie ile ma się sił.

Protest został zaanonsowany na Twitterze, z powodu nieudolności rządu w reakcję na rosnącą liczbę przypadków covid.
Tak, Urugwajczycy domagają się większych obostrzeń, zamknięcia instytucji będących ogniskami zakażeń (w tym szkół) i zapewnienia podstawowych środków przetrwania tym, którzy w zwiazku z lockdownem nie będą mogli pracować. Plus oczywiście przyspieszenia programu szczepień.

Przypomnijmy: ponad rok temu, gdy pandemia dotarła do Urugwaju, stara ekipa zareagowała tak, jak powinna.
Pandemię udało się zdusić, życie powróciło do normy. Niestety potem nastał bardziej liberalny rząd, dla którego liczy się bardziej “gospodarka” i gdy ponad dwa miesiące temu epidemiolodzy ostrzegali, że trzeba zamknąć granice, bo bardziej zarazliwy i smiertelny szczep Sars-cov-2 juz przeniknął z Brazylii – zostali zlani równo.

Granice nadal zostają otwarte, rząd nie za bardzo się z czymkolwiek spieszy, liczba zakażeń rośnie, takoż samo śmierci, a wyszczepione jak narazie tylko 10% populacji.

Przyrost active cases wygląda tak:

Aktualne dane z wczoraj wyglądają tak:

– wykonano 11.720 testów
– pozytywnych z tego wykryto 2.564, z czego 1,251 w Montevideo
– zmarło tego dnia 71 osób
– od początku epidemii zmarło 1533 osób
– na chwilę obecną jest 32.515 active cases
– 494 w intensive care (OIOM)

Słowem, jest mucho chujowo i trudno się dziwić, ze ludzie protestują.

PS:
Raport sprzed godziny (czyli z dziś) wygląda nieco lepiej, ale dopoki tendencja spadkowa nie utrzyma sie przez 2 tygodnie to nic nie znaczy:

Posted by: futrzak | 10 April 2021

Bajka o miszczach dyzajnu

Tym razem nie o żadnych skumplikowanych rzeczach typu obcobrzmiące “software design” ale o rzeczach przyziemnych: rozbudowa/poprawa domu przez Złotą Rączkę.

No ale od początku.
W obecnym domu mieszkamy od roku i ten rok pozwala nam ocenić dokonania na polu tzw. “mejoras” czyli ulepszania tego co jest.
Sam domek na poczatku (40 lat temu) byl wg porządnego projektu, porządnie zrobiony: ściany z litej cegły, 40 cm grubosci, dach pokryty dachówka, wylewka na podlodze na tyle solidna, ze podloga nadal trzyma poziom.
I wszystko gut i piknie, ale chałupka była oryginalnie mała, taki solidny wczasowy domek letni, a wlasciciel chcial ja przystosowac do calorocznego wynajmu i pracę tą najwyraźniej zlecił… tanim “zlotym rączkom” lokalnym.

Przerobili zadaszone patio z tylu domku na pokoik. No ale to z cegly dziurawki, a dach z łysego cementu, więc zero izolacji i w zimie jest kondensacja na suficie i grzyb. Cool! 😕
Co poza tym?
Garaz przerobiono na oddzielne pomieszczenie, ze scianami, drzwiami i zamkniete. I co? Cudo. Jest dach, rynna, a z tej rynny caly deszcz splywa na…. ZBIORNIK SZAMBA.
Efekt: kiedy sie wprowadzilismy, to przez 9 miesiecy nie trzeba bylo oprozniac szamba, bo byla susza.
Ten rok: po 2 miesiacach szambo wybilo w lazience i nas gownem zalalo. Dopiero obserwacja wszystkich rynn przyniosla oswiecenie: rynna od garazu skierowana jest wprost na zbiornik szamba, a rynna od dachu domu skierowana do kratki, ktora tez ma splyw do szamba. Efekt? tydzien duzych deszczow, i topimy sie w gównie…

A co jeszcze? A podjazd pod chalupę. Chalupa stoi na wzgórzu. Podjazd byl wylany betonem, ale w ramach “ulepszania” i zeby ladnie wyglądalo, ktos POMALOWAL farba olejna ten podjazd. Efekt? Zaden samochod nie wjedzie na gore a i my po deszczu, jak schodzimy, to czesto-gesto jazda na dupie, bo sliskie jak cholera.
No i tak to…

Kolega z pracy z projektu zaczął studia zaoczne i w związku z tym dwa razy w miesiącu nie ma go w pracy, bo ma zajęcia cały dzień. Jutro wypada taki dzień, więc zaanonsował na kanale pracowym, dostępnym dla wszystkich:
“Reminder: tomorrow I have a new journal of the degree”.

I tak se to zostawił, i tak wisiało, dopóki ja nie zauważyłam i mu mówię, ze “a new journal of the degree” nie ma żadnego sensu po angielsku w tym kontekscie.
Nie wiem, czym to tłumaczył i jakie były zawiłości, ale oryginał brzmiał: “tengo una nueva jornada de la licenciatura”. W tutejszym hiszpańskim to jak najbardziej poprawne….

Ja rozumiem, ze każdy może się pomylić i czegoś nie wiedzieć, ale… on z tym klientem na codzień po angielsku pracuje od dwóch i pół roku. Takie kwiatki sadzi kilka razy w tygodniu.
To, co mnie dziwi to fakt, ze nie zdaje sobie sprawy z tego, ze czegoś NIE WIE. Bo gdyby zdawał sobie sprawę, to by się mnie zapytał jak to przetłumaczyć albo chociażby “czy to jest poprawnie”. Ale nie, nic, null.

I tak sobie myślę, ze już chyba wiem, skąd się biorą ludzie, którzy twierdzą, ze “znają dany język” a potem w praktyce okazuje się, ze sadzą błędy takie, ze nie wiadomo o co im chodzi…

Posted by: futrzak | 31 March 2021

Bo w Polsce dzieci ważne są….

Polska to taki katolicki kraj, który pełen jest katolików określających się jako pro-life, obrońcy dziecka poczętego i tak dalej.
Polska ma też katolicki rząd, który pochyla się z troską nad dziećmi poczętymi.

Zobaczmy więc, jaką troską otacza państwo polskie dzieci już urodzone:
___________________________________

Nie umiem powiedzieć, jakie algorytmy internetowe, osobiste skojarzenia i złośliwe kocie bóstwa machające łapkami doprowadziły mnie do tego momentu w życiu, w którym zaczęłam przeglądać protokoły polustracyjne sądów rodzinnych i zespołów kuratorskich, ale fakt jest faktem: od dwóch dni przedzieram się przez te dokumenty, a ich treść jest tak przerażająca, że chyba zaproponuję Wam zabawę.

Oto Koło Dziecięcej Fortuny: dopasuj opis sytuacji rodziny do prawdopodobnego orzeczenia sądowego – pozbawienie lub ograniczenie władzy rodzicielskiej? Dziecko zostaje w rodzinie czy jest z niej interwencyjnie zabezpieczone?
Dalej, ruszcie głowami i orzekajcie jako samozwańczy sędziowie rodzinni mając do dyspozycji jedynie własne wyobrażenie o tym, czym powinno być dobro dziecka.
Definiujcie bezpieczeństwo.
Dziś możecie. Dziś wam wolno. Na końcu może będzie nagroda.
Razem z nami bawią się uczestnicy, których serdecznie witamy: sąd w Kutnie, sąd w Pabianicach, sąd w Zgierzu oraz sędzia z Warszawy. Typowe, reprezentatywne sprawy z dokumentów zalinkowanych w pierwszym komentarzu pod wpisem.

Wprawiamy Koło w ruch i na tapetę bierzemy pierwszą sprawę, zacznijmy może od czegoś błahego:
1. “(…) – z urzędu na wniosek kuratora zawodowego z dnia (…);
(matka cierpi na zbieractwo, ojciec stosuje przemoc fizyczną i
psychiczną, miał podjąć leczenie psychiatryczne); rodzina korzysta z pomocy MOPS, w rodzinie przebywa trójka małoletnich dzieci”
*
No i jak tam, gracze i graczki? Jaki interes dzieci tu rozpoznajecie? Bo chyba zgadzamy się, że przemoc fizyczna i psychiczna, odmowa leczenia psychiatrycznego i zbieractwo to nie są podstawy do odebrania dzieci?

Wyśmienicie, sąd w Pabianicach był dokładnie tego samego zdania, dlatego jedynie ograniczył rodzicom władzę i zobowiązał kuratora do nadzoru. Dzieci zostały w rodzinie. Kurator wpadnie, przeprowadzi wywiady, sporządzi notatki służbowe.
Spytacie, co z tą przemocą wobec trójki dzieci? Ustanie od wizyt kuratorskich? Może niektórzy zaniepokoją się, że rodzice zakatowanego miesięcznego niemowlęcia, które w lipcu 2020 r. w Rudzie Śląskiej zmarło od obrażeń, również mieli nadzór kuratorski i nie ocaliło to dziecka (dla porządku: rodzice mieli również starszą córkę, zabraną im wcześniej z powodu pobicia i umieszczoną w pieczy zastępczej, ale ostatecznie prokuratura umorzyła sprawę, a sąd zdecydował o powrocie dziecka do rodziców ustanawiając właśnie nadzór kuratorski)?
Słuchajcie, nie wiem, ale sąd chyba wie, co robi, c’nie? Ten w Rudzie Śląskiej też.
*
2. “z urzędu wniosek kuratora z dnia (…..), który uzyskał anonimowy
telefon o możliwych zaniedbaniach małoletniego dziecka przebywającego w mieszkaniu, gdzie odbywają się libacje alkoholowe; wywiad środowiskowy przeprowadzono (…..), który potwierdził zagrożenie dla dziecka (pijani rodzice, straszny brud w mieszkaniu, obce osoby pod wpływem alkoholu,
dziecko brudne, na dłoni ślad przypalania papierosem, dziecko chore na cukrzycę samo robi sobie zastrzyki);”
*
O, ta sprawa jest bardzo ciekawa. Pojawia nam się w niej bohater/ka drugiego planu czyli przejęta sąsiadka, przechodzień, może członek dalszej rodziny. Ta miła osoba najwyraźniej uwierzyła w medialne przekazy, że “widzisz krzywdę dziecka? Reaguj!”. No i zareagowała. Zadzwoniła do kuratora, opowiedziała o swoich wątpliwościach.
Wywiad kuratorski potwierdził obawy.
Co zdecydował sąd, jak uważacie?

Ale poważnie, sądzę, że stoimy tu na wspólnym stanowisku, że ślady przypaleń na dłoni dziecka, zaniedbania zdrowotne i pijani rodzice to nie są podstawy do interwencyjnego zabezpieczenia dziecka w trybie natychmiastowym, prawda?
Bez przesady, chyba dzieciak umie sobie podać zastrzyk z insuliny, nie? Nawet poparzoną dłonią. A jak nie umie to może podejść do sąsiadów i poprosić – tak czy nie?
Zachodnia cywilizacja śmierci i gender mogą Wam próbować wmówić, że zachodzi tu jakaś, hehe, “przemoc” wobec dziecka, ale PAMIĘTAJCIE, MYŚLCIE NIEZALEŻNIE!111! i nie ulegajcie tym podszeptom: miejsce dziecka jest w rodzinie biologicznej.
Dlatego tez sąd w Kutnie zdecydował, że jedynie ograniczy rodzicom władzę, dziecko pozostanie w rodzinie, a do rodziny od czasu do czasu wpadnie kurator. Miejmy nadzieję, że będzie mieć ze sobą plasterki z Kubusiem Puchatkiem, przydadzą się do opatrywania ran po kiepowaniu papierosów na rękach dziecka.
*
3. Teraz będzie grubo, więc skalibrujcie radary czujności, bo przenosimy się do Zgierza:
“- z urzędu wniosek GOPS z (…..) (oboje rodzice nadużywają alkoholu, ojciec pozbawiony władzy rodzicielskiej z powodu nadużywania alkoholu i stosowania przemocy w rodzinie, matka urodziła 15 dzieci, dwoje zmarło, reszta dzieci w placówkach opiekuńczo – wychowawczych albo rodzinach zastępczych, kolejne dziecko urodziło się (…..)); (…..) wpływa akt urodzenia
małoletniej; (…..) wywiad środowiskowy (dziecko ma niezbędne ubrania, pampersy, mleko, matka nieporadna wychowawczo, nie interesuje się swoimi dziećmi umieszczonymi w placówkach opiekuńczo – wychowawczych, w mieszkaniu ciepło).”
Podsumujmy: jest sobie szczęśliwa i płodna rodzina, już piętnaścioro ptasząt przybyło w tym gnieździe. Niestety żadne z nich nie mieszka z matką/rodzicami, albowiem mieszkają w domach dziecka lub w rodzinach zastępczych (minus dwoje, bo dwoje piskląt już zmarło, ale nie róbmy afery – każdemu z nas umierają dzieci i naszym znajomym też, normalne sprawy, ludzka rzecz).

Co jest w tej sprawie kluczowe: dziecko ma pieluchy, ubrania i mleko. Na chuj drążyć, że starszą czternastkę (minus martwą dwójkę) już z tego domu wcześniej zabrano? Sąd w Zgierzu postanawia więc ograniczyć rodzicom władzę rodzicielską, zostawić dziecko w rodzinie i ustanowić – tak, zgadliście! – kuratora.
Widzicie, kurator to jest taki kit szklarski, że kiedy okno się Wam już rozsypie w drobiazgi i zaczyna w głowie kiełkować niebezpieczna myśl o konieczności wstawienia nowej szyby, polskie sądy wychodzą naprzeciw z ekologicznym postulatem: po co wymieniać szybę, skoro można użyć kitu i posklejać szklane drzazgi? Że się nie da? Że nic nie będzie widać? Że to bez sensu?
Od razu widać, że nie macie w sobie żadnej wiary w drugiego człowieka i lecicie konsumpcyjnymi stereotypami, zamiast pomyśleć o środowisku naturalnym.
Tak samo jest z rodzinami biologicznymi. Po co zabierać z rodziny dzieci i dawać im szansę na bezpieczeństwo oraz normalność, skoro można wstawić kuratorski kit i łatać wychowawczą ruderę?
Poza tym kto byłby tak arogancki i zadufany w sobie, aby stwierdzić, ze jeśli rodzice już skrzywdzili czternaścioro swoich dzieci, to piętnaste też na pewno skrzywdzą (statystycy, socjolożki, pracownicy społeczni, psycholożki, specjaliści traumy wczesnodziecięcej morda w kubeł, Was nie pytam)?
Dlatego tę rundę wygrywa sąd w Zgierzu i jego niezachwiana wiara w dawanie piętnastej szansy rodzicom, którzy wprawdzie nie odwiedzają żadnego ze swoich dzieci umieszczonych w pieczy zastępczej, ale W MIESZKANIU MAJĄ CIEPŁO.
*
4. A teraz osłodzę Wam tę herbatę i zajmiemy się dla odmiany czymś lżejszym. Zaledwie świerzbem.
“z urzędu wniosek z dnia (…..) pedagoga szkolnego o wgląd w sytuację rodzinną (absencja szkolna, nieprzygotowani do lekcji, do szkoły dzieci przychodzą głodne i w brudnej odzieży, chorują na świerzb); wywiad środowiskowy z dnia (…..) potwierdził opisane zaniedbania, mieszkanie brudne wymagające remontu”

Myślę, że pod koniec rundy czwartej wszyscy już rozumiemy, że coś tak nieistotnego jak świerzb (nie mówiąc o głodzie dzieci, absencji szkolnej i brudnej odzieży) nie zasługuje w rozpoznaniu sądu na odebranie władzy rodzicielskiej ani zabranie z rodziny. Zatem owszem, zgadliście: nadzór kuratora.
Możemy się jeszcze wspólnie pośmiać nad naiwnością tego szkolnego pedagoga lub pedagożki, którym się wydawało, że ich wrażliwość i interwencja będą mieć moc zmiany dziecięcej biografii na lepszą.
*
5. Na ostatnią rundę zachowałam coś bardzo specjalnego. Naszą piątą uczestniczkę, sędzię rodzinną z Warszawy, nazwę panią “Sursum Corda”. Niesie ona nam pokrzepienie i przywraca wiarę w mądrość sędziowską, ponieważ jest to sprawa zakończona postanowieniem o odebraniu władzy rodzicielskiej.
Zreferuję pokrótce sytuację:
trzy małe dziewczynki. Rodzice piją, matka okalecza się w obecności córek, usiłuje wyskakiwać przez okno na widok policji. Rodzice zaniedbują dzieci (wypisują ze szpitala na żądanie pomimo rozległego oparzenia dzieci, nie kontynuują leczenia). Regularnie wzywana jest policja z powodu awantur domowych. Żłobek, do którego uczęszcza najmłodsza, informuje, że w mleku przygotowywanym przez rodziców znajdował się ‘tynk ze ściany’. Rodzice mają – a jakże – nadzór kuratorski, ale są wobec kuratora agresywni i odmawiają współpracy. O proponowanych im terapiach i kursach podniesienia umiejętności rodzicielskich twierdzą, ze to “strata czasu”. Rezygnują z asystenta rodziny. Mieszkanie jest brudne i zanieczyszczone psimi odchodami, jest także zapluskwione. Rodzice mają Niebieską Kartę za stosowanie przemocy wobec dzieci, jedna z córek ma podrażnienia okolicy sromu, ale matka odmawia wyjaśnień.
Po 5 latach sąd podejmuje jakże pochopną i nieprzemyślaną decyzję zabrania dzieci i umieszczenia ich w pieczy zastępczej.
To ja może napiszę jeszcze raz: PO PIĘCIU LATACH.
Dziękuję, że zwróciliście uwagę na to szalone tempo i oszałamiającą reaktywność systemu.

Potem mijają lata, nic się nie zmienia (a nie, przepraszam, zmienia się, bo matka rodzi kolejną córkę), rodzice nie realizują planu pracy, opinie biegłych są miażdżące i już po kolejnych dwóch latach (łącznie praca z rodziną zajęła 7 lat) sąd postanawia wreszcie wydać wyrok.
I teraz wkleję fragment tego wyroku, abyście ogrzali swoje serca i unieśli je w górę [pisownia oryginalna]:
“Należy tu podkreślić, iż pomoc rodzinie uczestników udzielana jest przez powołane do tego instytucje od połowy 2013 r. Jest to bardzo długi okres czasu, który niestety nie spowodował w ocenie Sądu zmian na lepsze w funkcjonowaniu uczestników w roli rodziców. (…) Zdaniem Sądu nadal funkcjonują jako osoby niesamodzielne, niedojrzałe i nie odpowiedzialne. Ocena ta wynika z kilkuletniej obserwacji ich zachowań oraz ich sytuacji bytowej i życiowej.(…)
Równie “niestresujące” mają podejście do zadłużenia lokalu, w którym od wielu lat mieszkają. Beztrosko nie płacą za ten lokal korzystając z niego, nie obchodzi ich to jakie będą tego konsekwencje. Konsekwencje są zaś takie, że dług urósł do 60.000 zł, a lokal nadal nie jest opłacany. W końcu zakończy się to wyrzuceniem ich z tego lokalu. (…) Dochodzi do awantur, wzywana jest Policja, co doraźnie pomaga, ale na dłuższą metę niczego nie zmienia. [M]ieszkają w bardzo ciasnym, czasami zarobaczonym lokalu korzystając z pomocy opieki społecznej, zasiłków, pomocy asystenta rodziny i kuratora sądowego. Zdaniem Sądu jest to taki “wygodny” tryb życia, którego W. K. (1) i M. K. nie chcą zmienić. (…)
W tej sytuacji i przy takim podejściu do życia zdaniem Sądu uczestnicy nie są zdolni do przejęcia opieki nad trójką starszych córek, co oznacza że dzieci te spędzą całe swoje dzieciństwo w domu dziecka. Nie jest to zgodne z dobrem małoletnich, które potrzebują normalnych rodziców, to jest takich którzy zapewnią im dobrą opiekę, własny dach nad głową, własne łóżko, własne biurko i mieszkanie do którego można będzie zaprosić choć raz na jakiś czas kolegę czy koleżankę z klasy. Tkwienie przez całe życie w jednym 8 metrowym pokoju przez 6- cio osobową rodzinę jest niemożliwe, nie są to ludzkie warunki bytowania. Dzieci nie powinny być także skazane na stały dom dziecka z tego powodu, że ich rodzice mają dysfunkcje zdrowotne, umysłowe i emocjonalne o których pisali biegli w swojej opinii. Opinia ta oparta jest o stan faktyczny w okresie prawie 5 lat, gdy był prowadzony nadzór nad rodziną i wniosku z niej wynikające nie są wcale zaskakujące.

Mając na uwadze też, że jest to czwarta sprawa dotycząca opieki nad dziećmi w przeciągu 5 lat należało zdaniem Sądu Rejonowego w końcu podjąć stanowczą decyzję o pozbawieniu uczestników władzy rodzicielskiej, ponieważ mieli już kilka szans na poprawę swojej sytuacji życiowej, czego nie uczynili”
No i co, sędzia zareagowała odważnie? Tak jest. Nazwała rzeczy po imieniu? A jakże! Pojechała rodzicom po rajtach z tekstem o ‘normalnych rodzicach i że ‘dzieci nie powinny być skazane na stały dom dziecka’? Totalnie stanowcza decyzja! Stanowcza!
Z tym że najmłodsza, czwarta dziewczynka oczywiście pozostała z rodzicami i ustanowiono – zgadnijcie – tak jest! Kuratora!
Gdyż – no wiecie, to, że rodzice przez siedem lat zawodzili z trójką niczego jeszcze nie przesądza dla czwartego dziecka, no nie? I w ogóle to nie bądźmy tacy hop do przodu z tym zabieraniem dzieci i stanowczością, pożaru nie ma.
*
Co mogę od siebie dodać na koniec:
– po pierwsze to, że ten wybór reprezentatywnych spraw pokazuje dość wyraźnie, co trzeba – i jak długo – czynić dziecku, aby doprowadzić do zabrania go z rodziny. I jak często się tego jednak i tak nie zrobi;
– równocześnie pamiętajcie jednak, że rodzina biologiczna jest jedynym właściwym środowiskiem wychowawczym dla dzieci, więc system będzie walczyć o nią do krwi i ustalać nadzory kuratorskie, byleby tylko nie dać dzieciom szansy na normalną rodzinę zastępczą/adopcyjną kosztem pozbawienia biologicznych rodziców siedemdziesiątej ósmej szansy na poprawę;
– wynik analizy polustracyjnej przywołanych wyżej spraw sądowych jest taki, ze były prowadzone prawidłowo. Serio. Nie kłamię. Możecie sobie przeczytać cały ten dokument (linkuję w komentarzu niżej):

– jeśli sądzicie, że to, co zacytowałam, to sądowy hardcore to najwidoczniej nie czytaliście raportów polustracyjnych z pracy zespołów kuratorskich. Tak, jeszcze bardziej wysadzają mózgi, a piętnastoletnia praca z nierokującą rodziną, w której cały czas zachodzi przemoc wobec dzieci, nie jest niczym niespotykanym w Polsce;
– średni czas pobytu dziecka w rodzinie zastępczej wynosi 3 lata i 7 miesięcy (śmieszny żart: nazywamy to w Polsce ‘pieczą TYMCZASOWĄ’), o ile w ogóle dojdzie do arcy-odważnej decyzji, aby dziecko zabezpieczyć poza rodziną. Bo zasadniczo zapiszcie w kajecikach i wykujcie na pamięć: nadzór kuratorski. Jeszcze asystent rodziny i szafa gra, można bachora odhaczyć z wokandy i zapomnieć na kolejne lata;
– średni czas oczekiwania w Polsce na adopcję dziecka wynosi 2-5 lat (im młodsze dziecko tym dłużej się czeka, bo coraz mniej małych dzieci trafia do adopcji. Większość z nich zdąży podrosnąć nim sądy zakończą postępowanie i zdecydują, czy śmierć dwójki rodzeństwa to wystarczająco mocna przesłanka na rzecz zagrożenia dobra żyjącego jeszcze brata/siostry)
– średni czas pracy asystenta rodziny z rodziną biologiczną przed odebraniem dziecka z rodziny wyniósł w 2019 roku 22 miesiące. Dużo można zrobić z dzieckiem przez 22 miesiące, nie? Perspektywy zapierają dech w piersiach;
– pamiętajcie też (to dla mnie nowa wiedza, dowiedziałam się tego wczoraj w jednej z dyskusji), że „tzw. prawa dziecka” zajmują zbyt wiele naszej uwagi i ogólnie dzieci mają za dużo praw. Myślę, że to dziecko robiące zastrzyki z insuliny poparzoną dłonią podpisałoby się pod tym oburącz (kolejny śmieszny żart, bo wcale nie: przecież rodzice gasili na nim papierosy. No ale nogą by się mogło podpisać, ostatecznie życie w polskiej rodzinie uczy nas ważnych umiejętności survivalowych, to się nazywa „kapitał społeczny”).

Obiecałam jednak wcześniej nagrodę i chciałabym się wywiązać. Widzicie, kiedy następnym razem wdacie się w dyskusję z osobami krzyczącymi, że aborcja to morderstwo, a Trybunał Konstytucyjny – Pany! chciałabym Was prosić o postawienie na stole jednej kwestii. Nie bądźcie złośliwi, nie bądźcie agresywni, spytajcie spokojnie:
„powiedz mi, Kaju, dlaczego tak ci zależy na tym, aby w Polsce rodziły się kolejne dzieci? Ale tak szczerze. Po co nam dzieci? Czy nie wydaje ci się, że w tym przerażającym, bezwzględnym, sadystycznym społeczeństwie zupełnie jawnie legitymizującym krzywdzenie dzieci, gwałcenie dzieci, przypalanie dzieci papierosami, systemową głuchotę i ślepotę wobec wieloletniego niszczenia urodzonych już dzieci – nie zasługujemy na ani jedno dziecko?
Ani jedno.
ANI. KURWA. JEDNO.
A te, które już są, powinniśmy oddać na wychowanie dowolnym społeczeństwom, które nauczyły się szanować dzieci i widzieć w nich ludzi posiadających prawa. Tak, zasranemu Barnevernet i Jugendamtowi.”

zrodlo.
Autorka, Anna Krawczyk, jest badaczką Interdyscyplinarnego Zespołu Badań nad Dzieciństwem UW, prowadzi rodzinę zastępczą.

Posted by: futrzak | 28 March 2021

Czy pomysł wybicia bilionowej monety jest absurdem?

Bo oczywiście już niektórzy zaczeli tak mówić – że demokratom w USA odp*oliło i że to tylko “komuchy” mogły wpaść na taki pomysł.
Ale może przed wydaniem “opinii” warto najpierw sie oświecić i dowiedziec, skąd się w ogóle wziął taki koncept?

***************
Reprezentantka amerykańskich Demokratów Rashida Tlaib wystąpiła z pomysłem sfinansowania wydatków na odbudowę ekonomiczną Stanów Zjednoczonych po pandemii za pomocą… wybijania platynowych monet bilion-dolarowych (1 i dwanaście zer albo 56 015 sasinów).
Skąd pomysł z wybijaniem monet? Przecież jak już tworzymy pieniądze z niczego to drukowanie zwykłych banknotów miałoby więcej sensu i byłoby tańsze, prawda?
USA nie mogą jednak tak zrobić bez zmiany przepisów i bez naruszenia neoliberalnego status quo.

W turbo uproszczeniu: w większości państw kapitalistycznych monopol na dosłowne drukowanie banknotów ma bank centralny, który jest w dużej mierze niezależny od rządu.
W ramach dość skomplikowanej procedury – którą tu podaję w telegraficznym skrócie – wydrukowane banknoty najczęściej trafiają do banków w postaci rezerw. Istnienie rezerw ma umożliwiać bankom udzielanie kredytów. Kredyty potem zmieniają się w depozyty i dalej krążą po gospodarce (a część w nich wraca do państwa w postaci wpływów podatkowych). Coś na kształt półotwartego obiegu wody w ekosystemie.

To neoliberalne rozwiązanie ma powstrzymywać władzę ustawodawczą przed wpuszczaniem zbyt wielu pieniędzy do obiegu za jednym zamachem. W teorii ilość pieniędzy w gospodarce ma zatem rosnąć zgodnie z wytycznymi banku centralnego i potrzebami sektora prywatnego (jak sektor prywatny widzi, że jest czas, żeby inwestować, to zaciąga więcej pożyczek itd.). Wydatki państwa powinny się więc dostosować do nastroju prywatnych przedsiębiorstw.

W tym systemie państwo, żeby dokonać wydatków z budżetu zgodnie z prawem, państwo powinno na każdy wydatek znaleźć najpierw środki. Może to zrobić na dwa główne sposoby:
a) wpływami z podatków, lub
b) długiem (czyli wypuszczaniem oprocentowanych obligacji, które potem kupi ktoś z sektora prywatnego).

Stany Zjednoczone, podobnie jak Polska, mają limit zadłużenia. I kiedy w 2011 roku zbliżały się do sufitu zadłużenia, wtedy pomysł wybijania monet o zawrotnych nominałach pojawił się poraz pierwszy, jako sposób na obejście ustawowych ograniczeń.
Bank Rezerwy Federalnej (amerykański bank centralny) ma wprawdzie monopol na drukowanie banknotów, ale… Departament Skarbu (odpowiednik Ministerstwa Finansów) posiada prerogatywę do wybijania monet o ustalonych przez siebie nominałach (bo USA są dziwnym państwem, z rozwiązaniami prawnymi, które leżały za kanapą od czasów wojny o niepodległość w XVIII wieku).
Powstał więc pomysł, żeby Departament Skarbu wziął z Fortu Knox kawałek platyny o wartości 1500 dolarów i wybił z niego monetę nominale 1 bilion dolarów. W ten sposób amerykański budżet byłby bogatszy bez zadłużenia i bez podatków. Potem tę monetę wymieni się na banknoty w banku centralnym. I tak znalazłyby się pieniądze na wypłaty świadczeń obywatelom (dokładnie – 2000 dolarów miesięcznie w trakcie trwania pandemii i 1000 dolarów miesięcznie przez rok po jej zakończeniu).

To jest tak zwana monetyzacja i pewnie śmierdzi wam na kilometr hiperinflacją.
Otóż, nie do końca. Bo Stany Zjednoczone i inne państwa już robią coś bardzo podobnego od lat i nie powoduje to hiperinflacji.
Sęk w tym, że robią to całkowicie na okrętkę za pomocą narzędzia zwanego “Luzowaniem ilościowym” (Quantitative easing).
Pamiętacie te obligacje, o których wspomniałem wyżej? Bank centralny nie może kupować obligacji bezpośrednio od państwa, bo w ten sposób państwo finansowałoby się samo i cały pomysł oddzielenia bankowości centralnej od rządu poszedłby się… bujać.

Ale banki centralne mają z reguły możliwość kupowania obligacji posiadanych przez prywatne podmioty (najczęściej banki). Obligacje to w pewnym sensie zamrożone pieniądze, więc jeżeli taki Goldman Sachs kupi obligacje skarbu państwa, to w razie potrzeby bank centralny może może odkupić te obligacje od Goldmana i w zamian za to dostarczyć bankowi komercyjnemu rezerw (czyli “rozmrożonych” pieniędzy, które już nie przynoszą odsetek, ale za to można za ich pomocą udzielać pożyczek).
I wtedy jak FED (czyli państwo) kupi od prywatnej firmy obligacje skarbu (czyli państwa), to te obligacje są niszczone i umarzane, i wszyscy są zadowoleni… a nie czekajcie… wtedy FED staje się posiadaczem obligacji, pobiera odsetki od państwa, a potem nadwyżkę zysków oddaje skarbowi państwa.
Bo oczywiście że w neoliberalnym ustroju nie obeszłoby się od absurdalnych fikołków księgowych.

No dobra, to co powinniśmy uważać o pomyśle wybijania monet zamiast emisji obligacji? Gorzej? Lepiej? Tak samo?
Oczywiście, dokonywanie wydatków deficytowych za pomocą tworzenia pieniędzy niepokrytych podatkami i długiem może w pewnych sytuacjach prowadzić do inflacji (np. kiedy bezrobocie jest bardzo niskie i gospodarka działa na pełnych obrotach) i trzeba liczyć na wstrzemięźliwość i racjonalność ustawodawcy w tym zakresie. A z tym bywa różnie.

Ale monetyzacja ma jedną niewątpliwą przewagę nad emisją obligacji. Na całym procesie nie korzystają nieproporcjonalnie najbogatsi. Bo widzicie, obligacje w praktyce trafiają najczęściej do firm i instytucji finansowych, więc to one najbardziej korzystają na tym, że państwo obiecuje wypłacać od odsetki od swojego zadłużenia. Z kolei wiele wskazuje na to, że luzowanie ilościowe może prowadzić do baniek inwestycyjnych na Wall Street zamiast do inwestowania pieniędzy w realną gospodarkę. Za to w przypadku “tworzenia” pieniędzy trafiających bezpośrednio na Main Street (do zwykłych obywateli, małych przedsiębiorstw itd.) te pieniądze muszą dopiero – w ramach konsumpcji i inwestycji – trafić z rąk zwykłych ludzi do wielkich firm.
To daje mniej zamożnym silniejszą pozycję negocjacyjną niż w sytuacji, gdy państwo kieruje pieniądze najpierw do najbogatszych (i do tego płaci im odsetki za fatygę), licząc że część tego bogactwa łaskawie “skapnie” do zwykłych ludzi.
Z drugiej strony wyobraźcie sobie, gdyby ktoś taką monetę zgubił. Trochę byłby przypał.

Cytat z Michała Ziemskiego

Posted by: futrzak | 25 March 2021

Slużba zdrowia w Mazowieckim padła

Tak to wygląda oczami ratowników medycznych:

Posted by: futrzak | 22 March 2021

Protest lekarzy w Polsce

Zanim ktokolwiek obejrzy lub wyslucha kolejnej porcji szczucia TVP na lekarzy polskich i ogolnie sluzbe zdrowia, co to “nie czuje powolania” w obliczu trzeciej fali pandemii, niech przeczyta dlaczego w ogole lekarze protestują:

Pomimo apeli, sugestii, pism i zapytań, Ministerstwo Zdrowia nie przygotowało nas do kolejnej – trzeciej już fali pandemii covid-19.
Po raz kolejny szpitale pękają w szwach, koordynatorzy nie mający narzędzi do wykonywania swojej pracy, karetki jeżdżą od szpitala do szpitala, by czekać na podjazdach, SORy są oblężone, oddziały pełne, a procedury i przyjęcia planowe wstrzymane. Po raz wtóry niewydolny, niedofinansowany od lat system upada pod naporem pandemii covid-19, a lekarze zostają z tym sami, bez jakiegokolwiek wsparcia rządu.

Minister Zdrowia wydaje kolejne szkodliwe decyzje – zamiast uwolnić kilka tysięcy młodych lekarzy po testowej części Państwowego Egzaminu Specjalizacyjnego, woli trzymać ich w gotowości do części ustnej (niepraktykowanej nigdzie indziej w UE).
Lekarze dwoją się i troją, zastępują chorych kolegów na dyżurach, nie będąc w stanie zabezpieczyć podstawowych standardów świadczeń dla pacjentów, a Minister w tym czasie blokuje powrót kilku tysięcy specjalistów do pracy. Minister drwi z Naszego wysiłku!
Tymczasem, gdy blokowani są Polacy, ministerstwo ściąga lekarzy spoza UE – przy czym nawet nie próbuje weryfikować ich kwalifikacji zawodowych czy znajomości języka polskiego. Polskich lekarzy trzeba za to egzaminować kilkakrotnie z tego samego materiału…

Już z całej Polski dobiegają sygnały o powołaniach lekarzy do walki z covid-19. Znów wojewodowie nie odrobili lekcji i nie przygotowali się, aby wykonać sumiennie swój obowiązek.
Znów powołuje się przewlekle chorych czy kobiety karmiące.
Ile jeszcze fal pandemii musi minąć, by rozwiązać tak proste zagadnienie administracyjne jak pozyskanie informacji o przeciwwskazaniach do powołania lekarzy w danym województwie? Niektóre osoby z przeciwwskazaniami w drugiej fali zostały ponownie powołane teraz, bo nikt tych przeciwwskazań nigdzie nie odnotował. Co więcej powołuje się lekarzy z POZ – z pierwszej linii frontu. Jaki będzie tego efekt? Dla nas oczywisty, ale chyba nie dla decydentów.
Pacjenci, którzy nie będą mogli uzyskać pomocy w POZ pójdą na już skrajnie przeciążony SOR! SOR, na którym pacjenci spędzają wiele godzin bez zapewnienia chociażby bezpiecznej epidemiologicznie odległości. SOR, który nie jest gotowy do walki z tą pandemią, mimo, że to już trzecia fala.

Dofinansowanie ochrony zdrowia? Nic z tych rzeczy. Rada Dialogu Społecznego (na której lekarze nie mieli prawa głosu!) ustaliła po raz kolejny, że zdrowie pacjentów nie jest priorytetem dla władz Państwa Polskiego. Z dumą podpisali się, że możemy zostać w ogonie Europy, wciąż nie zbliżając się do średnich europejskich wydatków PKB na ochronę zdrowia. Podwyżki dla lekarzy, aby zachęcić ich do pracy w tych krytycznie ciężkich warunkach? Nie ma problemu! 19 zł miesięcznie BRUTTO podwyżki dla lekarza specjalisty. Tyle jest warta wg. MZ jego wiedza i umiejętności.

Mamy DOSYĆ. Dosyć obojętności polityków na krzywdę i śmierć Polaków. Nie ma możliwości zaopatrywania bieżących problemów zdrowotnych, a wciąż wydłuża się kolejka przekładanych wciąż zaległych wizyt. Dla wielu pacjentów, w tym zwłaszcza onkologicznych, ta kolejka może się okazać śmiertelnie długa.

Wiemy, że lekarze dawali z siebie 300% w poprzednich dwóch falach pandemii i nie mają już siły walczyć samotnie. Wiemy, że ogarnia ich bezsilność, frustracja i wypalenie. Wiemy, że wielu z nich zdecydowało, że nie może już tak dłużej pracować i skorzystało z urlopów lub zwolnień lekarskich, aby ratować swoje własne zdrowie. Nie możemy mieć do nich o to pretensji. Żal mamy jedynie do polityków, że podczas gdy my walczymy ze wszystkich sił i z narażeniem własnego zdrowia i życia, oni nadal zamiast nam pomagać, utrudniają walkę z pandemią. Ciągle zmieniane nakazy, zakazy i brak realnych działań.

Co musi się wydarzyć, aby politycy w końcu zainteresowali się zdrowiem zwykłego Kowalskiego, którego nie stać na leczenie prywatne, a nie ma on dostępu poza kolejnością do szpitali MSWiA tak jak rządzący. Ile jeszcze osób musi umrzeć lub stracić sprawność, by rząd wprowadził realną reformę ochrony zdrowia zamiast niekończących się prac kosmetycznych i gaszenia pożarów, które w środowisku zwykło się już nazywać “pudrowaniem trupa”?

Dziś zaczyna się oddolna inicjatywa lekarzy – tydzień zdrowia. Tysiące lekarzy z całego kraju, z największym żalem opuści swoich pacjentów, by ratować własne zdrowie, w oczekiwaniu na długo wyczekiwaną reformę ochrony zdrowia i poprawę warunków pracy. Nie chcemy opuszczać potrzebujących, ale też nie możemy już tak dłużej pracować, utrzymując na własnych barkach cały system, bez jakiejkolwiek pomocy rządu.
Przepraszamy Was pacjenci, ale jest to heroizm jakiego nie powinno się od kogokolwiek wymagać. To już zbyt wiele. Ile można nie spać? Ile śmierci oglądać każdego dnia?
Oczekujemy stanowczych działań Ministerstwa Zdrowia! Tylko od tych działań będzie zależało, czy i kiedy lekarze wrócą do pracy. Mamy nadzieję, że rząd nie każe pacjentom czekać dłużej niż tydzień.

Cytat ze strony Porozumienie Rezydentow. Wytluszczenia moje.

PS:
Gdybym miala cynicznie oceniac, jaki jest cel powyzszych działań rządu, to powiedzialabym, ze taki: upieczemy kilka pieczeni przy jednym ogniu! Nauczy sie pokory tych zarozumialych gnojkow lekarzy, pokazemy im, do kogo nalezy wladza. Nie beda mieli zadnego dopuszczenia do zawodu (ze specjalizacja). Nie podoba im sie, to WON! Pacjenci? No jak juz troche ich umrze na SOR, to pojdzie fama wsrod ludu, ze lepiej umierac w domu pokornie (Bog rozpozna swoich, ochrzczonych) niz szukac pomocy w panstwowych placowkach. Ludzie i tak beda pomstowac na tych zarozumialych butnych polskich lekarzy, co im sie w tylkach poprzewracalo. Jak juz wszystko przycichnie to sprowadzi sie lekarzy z Ukrainy, Bialorusi, oni beda z pocalowaniem ręki pracować za grosze.

Posted by: futrzak | 21 March 2021

Szczepienia na covid w Urugwaju

No to zarejestrowaliśmy się z Chłopem na szczepienie.

Szczepią już wszystkich (18 lat wzwyż) – niestety dla zwykłej publiki dostępny jest tylko sinovac.
Szczepionki Pfizera było bardzo mało – poszła w całości na służbe zdrowia, całkiem zresztą słusznie.
Planują zaszczepić ok. 2 mln (Uy ma 3.5 mln ludnosci) w przeciągu 2 miesięcy.

Rejestrować się mozna online – trzeba podać numer ceduli (dowodu osobistego), numer telefonu i email. Zawiadamiają SMSem i wysyłaja emaila z podaniem daty i miejsca szczepienia.
Jeśli ktoś przegapi, to wypada na koniec kolejki.

Posted by: futrzak | 19 March 2021

Zdurnienie polskiej opozycji

A kiedy juz myslisz, ze z kretynizmem wsrod polskiej opozycji byc nie moze gorzej, bo juz dawno doszli do ściany, to wychodzi przed lud poseł KO, cały na bialo, i sklada projekt “reformy” sądów:

Posted by: futrzak | 17 March 2021

Podżeganie do nienawiści przez katolickie media

wygląda na przykład tak:

Tenże ksiądz został ciężko pobity 2 marca i odwieziony na OIOM. Przez kilka dni zdążyła się przelać fala hejtu na tych “podłych lewaków co biją księży i atakują koscioly”, tym bardziej ze news obleciał wszystkie prawicowe media a nawet pokazał się w Tvn i reszcie.

Tymczasem jak poszukac w innych źródłach niz prawicowe i TVNy to okazuje się, że księdza proboszcza pobił kościelny, który pracował na parafii od 20 lat, tego dnia upił się i najwyraźniej miał z proboszczem jakiś zatarg i go pobił.

Więc droga Polonio Christiana, wasz nagłówek powinien brzmieć:

Tak wyglądają porachunki w Kościele a nie “Tak wygląda nienawiść do Kościoła”.

uczciwe źrodło

PS:

Najwyrazniej PCh po szybkiej reakcji internautów zaczyna się cichcem wycofywać z pierwotnej, szczującej na lewicę wersji:

Posted by: futrzak | 15 March 2021

Płeć biologiczna?

Co na ten temat mówi nauka? Czy w ogóle taki termin jak “płeć biologiczna” jest używany? Otóż nie.

Biologicznych cech klasyfikujących płeć jest 8: chromosomalna, gonadalna, gonadomorficzna, zewnętrzna, fenotypowa, metaboliczna i mózgowa [1]. W każdym z tych kryteriów są co najmniej dwie opcje klasyczne i stan pośredni, a często wiele stanów pośrednich.
Płeć w dokumentach (płeć socjalna, metrykalna) jest ustalana na podstawie budowy genitaliów w chwili narodzin (dlatego nazywa się ją też płcią nadawaną przy narodzinach, A*AB – assigned * at birth), ale identyfikacja płciowa, czyli faktyczna płeć danej jednostki, nie ma nic wspólnego z genitaliami, bo zależy wyłącznie od budowy mózgu, która kształtuje się w II trymestrze ciąży i jest później niezmienna [2].

Nie ma takiego terminu naukowego jak płeć biologiczna. Konsensus biologów jest taki, że płeć to spektrum wynikające z 10 czynników [1]:
▪ płeć chromosomalna (genotypowa) – kariotypy prawidłowe (mężczyźni kariotyp 46,XY, a kobiety 46,XX) + kariotypy z inną konfiguracją chromosomów płci (osoby interpłciowe),
▪ płeć gonadalna – obecność gonad (jądra, jajniki)
▪ płeć wewnętrzna (gonadoforyczna) – obecność pierwotnych dróg gonadalnych (nasieniowody, jajowody, macica oraz dystalna część pochwy),
▪ płeć zewnętrzna – zewnętrzne narządy płciowe (prącie, srom),
▪ płeć fenotypowa (somatotypowa, biotypowa) – trzeciorzędowe cechy płciowe występujące u dorosłego osobnika,
▪ płeć hormonalna – relacja względnej ilości wydzielanych hormonów płciowych (androgeny, estrogeny),
▪ płeć metaboliczna – aparat enzymatyczny charakterystyczny dla niektórych systemów metabolicznych,
▪ płeć socjalna (metrykalna, prawna, nadana przy urodzeniu) – mająca wyznaczać pełnienie roli męskiej lub żeńskiej, wyznaczana na podstawie zewnętrznych narządów rozrodczych po urodzeniu,
▪ płeć mózgowa – zróżnicowanie się mózgu w zakresie endokrynnej czynności podwzgórza i przysadki mózgowej,
▪ płeć psychiczna (tożsamość płciowa) – poczucie przynależności do określonej płci, identyfikacja z binarnymi płciami męską lub żeńską lub identyfikacja niebinarna.

Wbrew temu, czego najprawdopodobniej uczyli was w szkole, płeć u ludzi NIE jest zdeterminowana przez chromosomy. Taki typ determinacji płci występuje np u pszczół […].
Płeć u ludzi jest zdeterminowana genetycznie[4], przez obecność lub brak genu SRY – chociaż ostatecznie płeć człowieka określa się przez różne czynniki, które wyjaśnię niżej.
Zaprzeczenie czyjejś identyfikacji płciowej ma tyle samo sensu, co zaprzeczanie czyjemuś kolorowi oczu.

Dodatkowo, najnowszym systemem klasyfikacji jest ICD-11, gdzie nie ma transseksualizmu[6].
Określenie płeć biologiczna jest zwyczajnie błędne i nie prowadzi do niczego. Wiele osób mówiąc “płeć biologiczna” ma na myśli “płeć nadana przy urodzeniu”. Wyrażajmy się precyzyjnie, a wszystkim to ułatwi komunikację 🙂
Dodatkowo określenie to często służy by obrażać osoby transpłciowe, dlatego się go unika.

*****************************************************************************
[1] Stanisław Dulko. ABC…płci. „Kosmos. Problemy Nauk Biologicznych”, 2003
[2] https://www.ncbi.nlm.nih.gov/m/pubmed/18980961/
[3] https://www.nature.com/articles/348448a0
[4] Mała encyklopedia medycyny. Warszawa: Państwowe Wydawnictwo Naukowe, 1990
[5]http://m.genome.cshlp.org/content/16/11/1366
[6]https://www.psychologytoday.com/…/what-s-new-in-the…”

Zebrały i podsumowały: Lifyen i Klaudia Deirenne Mazur

Posted by: futrzak | 13 March 2021

Szwedzka szkoła

Cytuję za Radkiem Wiśniewskim

[Visby. Wizytacja. Wizbica Gocięska]

Zatem dostaliśmy jeden dzień w szwedzkiej szkole od pierwszego do ostatniego dzwonka z klasą bodajże pierwszą licealną. Niby, że to potrzebne komuś do książki. Lena bez problemu umówiła nas z nauczycielami, ci się ucieszyli, bo to zawsze coś ciekawego, ludzie z innego kraju. Umowa była taka, że z lekcji na lekcję chodzimy, oglądamy, pytamy, uczestniczymy. Dwie osoby to w sam raz na to, żeby wtopić się w tłum.

Najpierw odkrycie, że do szkoły wchodzi się przez … bibliotekę/czytelnię. Peter, nauczyciel literatury, który czekał na nas przy wejściu powiedział, że to specjalnie tak wymyślili, bo dzieciaki dojeżdżają z całej wyspy do tego liceum, więc po lekcjach, szczególnie zimą, jesienią – a w Szwecji głownie jest zima i jesień, czasem trochę wiosny – nie mają co robić gdy na dworze zawierucha. No to czekają na transport i czytają. Bo ich te książki otaczają.

Na szklanych drzwiach informacja, że na długiej przerwie nieustający konkurs poetycki/slam dla uczniów. Peter powiedział, że to własna inicjatywa uczniów. Że czasem mają jakieś zadanie domowe w stylu napisz wiersz, albo esej, ale on nie sprawdza tych zadań, więc im brakuje jakiegoś rodzaju uznania społecznego dla tych prac więc sobie robią agony. Nie wiem czy użył słowa “agon”, ale tak mi się skojarzyło, tak mi wybrzmiało w głowie.
– Jak to nie sprawdzasz im prac domowych?! – zapytałem zdziwiony. A on spojrzał na mnie zdziwiony jeszcze bardziej.
– A u was się sprawdza zadania domowe? – zapytał.
– Tak, jasne, bywało, że się miało dobre oceny ze sprawdzianów i odpowiedzi, a z powodu zadań domowych miało się kłopoty i to spore. – odpowiedziałem wspominając serdecznie nauczycielkę od matematyki, która nawet jak udało mi się, co bardzo rzadkie, podać dobre rozwiązanie zadania obniżała mi ocenę za niestaranne wykonanie wykresu funkcji wykładniczej. I miałem w pamięci słynne sprawdzanie zeszytów do głębokiego liceum czy aby notatki z lekcji uzupełnione, koniecznie jednobrzmiące u wszystkich z tych samych lekcji, pokreślone na czerwono zadania domowe, wpisywane do zeszytu uwagi, dyskusje na czerwone długopisy, pały w dzienniku, sarkazm, ironia, wyścigi na drobne podłości w stylu “nie dam ci odpisać zadania, bo się napracowałem” i tak dalej.

– Wiesz co – powiedział Peter z uśmiechem – nie wiem jak było u was w szkole, ale ja zakładam, że zadanie domowe, jeżeli im daję to jest dla nich, żeby byli lepsi, mądrzejsi, coś zrozumieli z tematu jaki omawiamy czy opracowujemy, żeby było im łatwiej współpracować, dzielić się doświadczeniem.
Ktoś nie zrobi zadania domowego – trudno, jego strata, będzie mniej rozumiał, mniej wiedział, będzie sobie gorzej radził, wolny wybór.

Zdumień było więcej. Na przykład takie, że okazało się, że mieliśmy szczęście, bo w zasadzie do końca września dzieciaki nie powinny być w szkole, bo jest tak, że rok szkolny nie trwa 10 miesięcy tylko 9. Bo jeden miesiąc każdy i każda z liceum ma sobie zorganizować rodzaj społecznego stażu i musi go zaliczyć. To ma być coś użytecznego dla społeczności. Może być pomoc w szpitalu, supermarkecie, organizacji pozarządowej, stowarzyszeniu lokalnym, zakładzie dorabiania kluczy, warsztacie rowerowym, myjni samochodowej, hospicjum. Masz zdobyć doświadczenie i ma być to pożyteczne dla wspólnoty.
Pomyślałem sobie jakby to było w takim Brzegu, gdyby przez chociażby ten miesiąc w roku te setki licealistów i licealistek szukały zajęcia pożytecznego dla wspólnoty. Ilu by trafiło do naszego Stowarzyszenia? Pewnie większość po odbębnieniu miesiąca by wracała do szkolnych zajęć, ale pewnie jedna na 10 osób by zostawała. Byłby sens wtedy robić taki “Syfon” właśnie we wrześniu, nawet z grupową prezentacją naszych praktykantów. Mielibyśmy na sali 120 a nie 20 osób.

Albo inne zdumienie – na przykład to, że w klasie w liceum ławki nie były ustawione w równe rzędy tylko były krzesła, pufy, stoliki rożnych rozmiarów, fasonów i ludożerka sobie je zestawiała dowolnie. Zapytałem czy zawsze tak jest, że ustawiają całą klasę od nowa co lekcję. Powiedzieli, że tak, bo na każdej lekcji robią co innego, mają inne zadania, czasem indywidualne, czasem grupowe i w te grupy zadaniowe też się różnie łączą. W innych grupach pracują na chemii, w innych na fizyce, literaturze czy historii. Bo przedmioty są różne, ich zdolności są różne, słabsi łączą się z silniejszymi, albo czasem robią sobie dream-team z jakiegoś przedmiotu, żeby coś pokazać kolegom i koleżankom, jak można rozwiązać jakiś trudny problem poznawczy.
I znowu przypomniałem sobie licealne boje o nasza “indiańską ławkę” przez jedną nauczycielkę w liceum nazywaną lożą szyderców, czyli o dwie ławki w pierwszym rzędzie ustawione w “L” tak żebyśmy z Szamanem, Zacharem i Krzywym mogli siedzieć razem w jednej paczce. Pozwalano nam, ale to były ciągłe przepychanki, rozstawianie ławek, zestawianie ławek, mogą, nie mogą. W zasadzie – dzisiaj zastanawiam się – dlaczego? Bo zaburzaliśmy symetrię podwójnych ławek w trzech rzędach? Carsko-pruski porządek klasy jako przyszłego batalionu ginącego w równych szeregach na chwałę domu panującego?

Jakoś te moje pytania wydały się wszystkim na tyle intrygujące, że zamiast tematu lekcji nauczyciel zaproponował, żebyśmy sobie opowiedzieli o swoich światach. Ta opowieść o polskiej szkole i szwedzkiej szkole trwała ze dwie godziny, może nawet trzy. Ludożerka była ciekawa wszystkiego, świetnie posługiwała się angielskim, o wiele pytała. Opowiadałem bez miłosierdzia i o Milusiu, wuefiście który wyzywał nas i nasze matki na początek i koniec każdej lekcji wuefu w podstawówce. I o tym że byliśmy przemocowym stadem dzikich mandryli, w których słabsi naprawdę mieli przejebane. I o tym jak kolega koledze niby przypadkiem odciął kciuka na zajęciach ZPT. I o tym jak w pierwszej klasie liceum karniakiem było bieganie wokół boiska w maskach przeciwgazowych. I o tej cholernej indiańskiej ławce, o którą walczyliśmy tak zażarcie cztery lata w liceum, które miało łatkę “alternatywnego”. No po prostu o polskiej szkole opowiadałem.
O ośmieszaniu przed frontem klasy w podstawówce, biciu linijką po łapach w niższych klasach podstawówki, targaniu za uszy, wyrzucaniu z lekcji, pisaniu osobnych sprawdzianów od reszty klasy za karę za nienoszenie podręcznika na lekcje historii i wielu innych historiach, z których przecież śmiałem się, miałem za normalne doświadczenie szkolne. Nie wyszedłem w końcu z polskiej szkoły z poczuciem wiktymizacji, bycia ofiarą systemu. No może z podstawówki -to trochę tak. Ale ogólnie – jakoś tam się żyło.

Kiedy skończyłem moją część opowieści, a umówiliśmy się, że najpierw oni opowiadają o swojej szkole a potem ja o naszej – zapadło długie milczenie.
Wszyscy patrzyli na mnie przy tablicy – łącznie z nauczycielem – jak na kogoś, kto właśnie im opowiedział, że przeszedł wietnamski obóz dla jeńców wojennych i z niego uciekł i przetrwał i żyje i nawet jest podobny do człowieka.
W ich oczach malował się właśnie taki rodzaj przerażenia pomieszanego z podziwem,
a potem spontanicznie zaczęli mi bić brawo.
A było mi wstyd.

Posted by: futrzak | 11 March 2021

Rozgrywki ligowe oposy kontra Urugwajczycy

Psze państwa, jak narazie oposy wygrywają dwa do zera!

Mecz pierwszy:
Pracownik Chłopa, młody chlopak 18 lat, opisuje swoje pierwsze zetknięcie z oposem:
– Widzę leży jakieś dziwne zwierzę niedaleko chałupy, nie rusza się, może martwe? No to wziąłem kija, szturcham… a tu nagle KIC! Zasyczało, skoczyło, zębiska wielkie wystawiło, no to się poderwałem i uciekłem, co miałem robic??

Mecz drugi:
Kolega z mojej pracy opisuje zetknięcie “z jakimś dziwnym zwierzęciem”:
– Ciemno już było, wychodzę do ogrodu, a tam jakiś cień śmignął na drzewie. Myślałem, że to kot, no to chciałem go przestraszyć, zeby uciekł… a tu nagle wrzask, błysk zębów, syk! Przestraszyłem się i uciekłem, co miałem robić???

No i tak to :)
Do tej pory myślałam, że taktyka udawania martwego oraz wydawania okropnych dźwięków to taka ściema, no jak to w ogóle możę działać? A tu proszę. Działa na największego drapieżnika będącego zagrożeniem dla oposa: człowieka….

Zdjecie By Johnruble – Own work, Public Domain, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=8186140, pokazuje oposa, który udaje martwego

Posted by: futrzak | 8 March 2021

Sytuacja kobiet w Urugwaju

Jest o wiele lepsza niż w Polsce, ale to w sumie nic dziwnego, bo Urugwaj to kraj laicki i żaden kościół ani religia nie są tutaj silne.

Warto przypomnieć fakty – cytuję za Martą Sajdak:

🟪 Wszystko zaczęło się w 1913, kiedy to Urugwajki otrzymały prawo do rozwodu z wyłącznej woli. Był to pierwszy kraj w Ameryce Łacińskiej, który pozwolił kobiecie rozwieść się z własnej woli, bez konieczności podawania przyczyny, czy posiadania zgody małżonka.
🟪 W 1932 roku Urugwajki uzyskały prawo do głosowania. Do parlamentu wstąpiły w 1943 r., ale dopiero w 1968 kobieta została wybrana na urząd ministra (była nią Alba Roballo – minister kultury)
Oto osiem spraw, które udało się wywalczyć w przeciągu ostatnich lat:
🟪 ABORCJA. Od 2012 roku Urugwajki mają prawo do przerwania ciąży do dwunastego tygodnia.
🟪 WYDŁUŻENIE URLOPU MACIERZYŃSKIEGO. Urugwajki wywalczyły 14 tygodni urlopu oraz przez 6 miesięcy otrzymują od państwa połowę wynagrodzenia.
🟪 SZCZEPIONKA HPV (czyli szczepionka zapobiegająca rakowi szyjki macicy). Szczepionka ta jest obowiązkowa i darmowa dla wszystkich dziewczynek w wieku 12 lat.
🟪 DARMOWE LECZENIE NIEPŁODNOŚCI. Leczenie niepłodności zarówno u kobiet, jak i u mężczyzn jest w 100% finansowane przez państwo. Zabiegi in vitro są darmowe dla osób, których przychód miesięczny nie przekracza 30.000 pesos (ok.3 tysięcy złotych)
🟪 DZIEŃ WOLNY OD PRACY W DNIU BADAŃ. Urugwajki mają prawo do dnia wolnego na wykonanie badania mammograficznego oraz cytologii.
🟪 SALE DO KARMIENIA. Wszystkie firmy, które zatrudniają więcej niż 20 kobiet muszą mieć specjalnie wydzieloną salę do karmienia i ściągania pokarmu.
🟪 TABLETKA tzw.”DZIEŃ PO” od 2003 roku jest dostępna za darmo w państwowych przychodniach lub dostępna bez recepty w aptekach.
🟪 TABLETKI ANTYKONCEPCYJNE są sprzedawane bez recepty (jeśli jednak ją mamy, to wtedy koszt leków jest o 20% mniejszy).

PS:
Wszystkim, ktorzy już zapomnieli pragnę przypomnieć, że 8 marca to nie dzień celebracji kobiecości tylko Dzień Praw Kobiet, o które ciągle niestety trzeba walczyć.

Posted by: futrzak | 4 March 2021

Bird on a wire

Dosłownie!

Taki mnie dziś widoczek z okna powitał w kanciapie w której pracuję:

Jakość kiepska, bo zoomem z Hujaweja, no ale nie chciałam spłoszyć.
Ptaszydło bujało się na sznurze do bielizny zaraz nad oczkiem wodnym. Nazywa się toto Bentewi i żre wszystko co popadnie: owoce, owady, jaja i małe pisklęta, rybki, nietoperze…

W naszym wypadku wyżerał oposowe wingorona oraz najwyraźniej chciał rybkę sobie upolować :-/

Posted by: futrzak | 1 March 2021

Codzienność osób niepełnosprawnych w Polsce

Cytuję za pozwoleniem Ani:

Dawno przestałam się przejmować tym, co ludzie mówią, ale po ostatnich wpisach dostałam wiadomości od osób niepełnosprawnych i ich opiekunów, abym pisała o codzienności, bo ich mówienie jest niesłyszane, niedostrzegane.
Wczoraj udostępniłam wywiad z matką, której pełnoletniej córki nie wpuścili do ubera, ponieważ zgodnie z przepisami nie miała maseczki.
Ja doskonale znam takie sytuacje.
W czasie pandemii byłam kilkanaście razy kontrolowana przez policję i wojsko właśnie z powodu braku maseczki u córki, a Ola nie nosi, bo byłaby to dla nas męka. Wystarczą nam krzyki ze zmęczenia.

Robię zakupy w markecie. Zwracają mi uwagę staruszkowie, że Ola nie ma maseczki i ich naraża.
-Ola ma autyzm i nie jest w stanie nosić maseczki.
-Jak obowiązek to obowiązek – tłumaczą mi.
-Zgodnie z przepisami osoby z autyzmem nie mają obowiązku.
-Policję wezwiemy to zaraz zobaczysz czy nie ma obowiązku – grożą.
-Wiedzą państwo, że teraz poza przymusem noszenia maseczek wprowadzono obowiązek codziennego mycia się. Raz w tygodniu nie wystarczy, bo roznosi się wirusy.
-A jak zbadają? – Pyta zaskoczona staruszka.
-Nie muszą badać. Wystarczy, że będą czuć przez maseczkę.

Zakupy zrobione, stoimy w kolejce. Zwykle jest tak, że gdy zachowuję 2 m odstęp, aby nie narażać innych, siebie i córki to ciągle ktoś się wpycha w kolejkę, bo przecież tę przestrzeń trzeba wykorzystać… Za to za mną przestrzeń mała. No i znalazł się pan, który namierzył, że dziecko w wózku nie ma maseczki, więc depcze mi po piętach.
-Proszę pana, proszę zachować odstęp.
-Nie będziesz mnie pouczać. Bachor ma maseczkę założyć.
-Moja córka nie musi nosić maseczki, bo ma autyzm i padaczkę.
-Sraczkę nie padaczkę. Naraża mnie pani.
-Pan naraża siebie nie zachowując odstępu.

Przy kolejnym razie wyzwisk zaczęłam kolejnego delikwenta nagrywać:
-Pani nie ma prawa mnie nagrywać.
-Pan nie ma prawa mnie obrażać. A nagrywać mam prawo. Nie mam prawa udostępniać. Zresztą jest pan w monitorowanym sklepie. Jeden monitoring w tę czy w tę.
-Tylko k*rwy mają niepełnosprawne dzieci.
-Widocznie pańska siostra też jest k*rwą.
-Jej się takie urodziło. Bóg tak chciał, a ty od k*rwienia masz.
-Skoro wszystkie to wszystkie. Bez wyjątku. -I wyszłam ze spakowanymi zakupami.

I wiecie, że k*rwą nie są prostytutki tylko osoby, które potrafią przeciwstawić się patriarchalnym chłopcom w każdym wieku?
A Ola jak to Ola: miewa okresy, że nie jestem w stanie namówić jej, aby usiadła w wannie, więc ma siedzisko do wanny na takie okazji, nie jestem w stanie namówić jej do wejścia do niektórych budynków, dlatego to ona wybrała szkołę, bo nie będzie chodziła gdzieś, gdzie rękami i nogami by się zaparła, nie jest czasami w stanie wejść, aby odwiedzić znajomych, nie chodzi na żadne uroczystości rodzinne, bo gwar jej przeszkadza, nie chodzi na imprezy w mieście, bo boli ją hałas. A my musimy się do tego dostosować. I z tego powodu unikamy takich spotkań.

Od siebie dodam, że Ola ma 9 lat, nie mówi, a na dłuższe trasy jej mama zabiera wózek, bo nigdy nie wiadomo, kiedy Ola “odpłynie”, będzie miała kolejny atak i upadnie. A łatwiej wieźć nieprzytomne dziecko w wózku niż ciągnąć na plecach.
Niestety, sam fakt wożenia dziewięcioletniej dziewczynki w wózku też spotyka się z ostracyzmem społecznym.
Ciągle.

Posted by: futrzak | 26 February 2021

Jak zniechęcić dziecko do nauki?

A na przykład tak.

Za ponizsze zadanie mozna bylo otrzymac maksymalnie 6 punktów, to zadanie z lekcji matematyki ze szkoly podstawowej:

Nie wiem, co miał we łbie nauczyciel, który tak ocenił.
Takie obnizenie oceny byloby uzasadnione, gdyby to byla lekcja jezyka angielskiego i w zadaniu trzebaby odpowiedziec na pytanie uzywajac tej samej konstrukcji gramatycznej, ktora znajdowala sie w pytaniu. Ale tu????
WTF.

Posted by: futrzak | 23 February 2021

Dlaczego młodzi mieszkają z rodzicami?

Poseł Kałużny, sekretarz generalny kierowanej przez Zbigniewa Ziobro partii Solidarna Polska, pozwolił sobie na Twitterze podsumować przyczyny tego, że młodzi ludzie w Polsce nadal mieszkają z rodzicami:

“Takiemu młodemu człowiekowi, który nie jest nauczony pracy, zaradności, odpowiedzialności i do 35 roku życia mieszka z rodzicami rzeczywiście nie pozostaje nic innego jak biegać po ulicach z flagami LGBT i pluć na Kościół i pomniki narodowe”.

Słowem, niezaradne lenie, nie to co Kałużny, który jak sam o sobie twierdzi:

“Mam 35 lat. Z domu wyprowadziłem się 16 lat temu i od tamtego momentu sam się utrzymuje. Mam żonę i trzy córki. Pracowałem w markecie, w budowlance, w księgowości, z niepełnosprawnymi, w sporcie. Nie miałem tatusia komunisty”.

Cóż. Moze i nie miał tatusia komunisty, ale za to za 750 zl miesięcznie wynajmował w centrum Warszawy 90-metrowe mieszkanie przez cztery lata. Wynajmował je od Centralnego Ośrodka Sportu, w którym był zastępcą dyrektora, a potem dyrektorem. Centralny Osrodek Sportu jest instytucją państwową, powołaną 1969 roku i podlegającą ministerstwu sportu i turystyki.

Co poza tym robił pan Kałużny? Jak donosi Innpoland:

[…] parlamentarzysta ma za sobą 11-letnią karierę jako radny miasta Chełmża (woj. kujawsko-pomorskie).
A to oznacza, że zarys jego kariery możemy poznać poprzez oświadczenia majątkowe.

Początki kariery Kałużnego nikną jednak w mrokach dziejów: Urząd Miasta Chełmża udostępnia w internecie jedynie oświadczenia radnych kadencji 2014–2018. W “brakujących” latach polityk m.in. kończył studia na UMK w Toruniu i pracował w wydziale księgowości toruńskiego Urzędu Miasta. W 2014 r. bez sukcesu kandydował też do Parlamentu Europejskiego.

Pierwsze oświadczenie majątkowe Kałużnego pochodzi z grudnia 2014 r., kiedy pracował w okolicznej szkole jako katecheta. Jego ówczesna sytuacja finansowa nie wyróżnia się niczym szczególnym: w wieku 28 lat posiada z żoną mieszkanie na kredyt i Opla Astrę z 2003 r., a roczny dochód małżeństwa Kałużnych to ok. 47 tys. zł plus wynagrodzenie żony (nie jest podane, jednak rok później wynosi ono zaledwie 30 tys. zł).
Zanim jednak ktokolwiek zakrzyknie, że oto i dowód – mieszkanie można spokojnie zakupić na kredyt przed trzydziestką nawet z pensji katechety – warto podkreślić, że państwo Kałużni mieszkają w niewielkiej, kilkunastotysięcznej Chełmży, a wartość ich lokum wynosi 80 tys. zł.
Ich sytuacja dość mocno odbiega więc od problemów młodych z większych ośrodków miejskich – zresztą w 2020 r. wartość tego samego mieszkania to już 140 tys. zł.

Zmiany w oświadczeniach Kałużnego pojawiają się dopiero na wiosnę 2017 r. – i ma to wyraźny związek z tym, że w 2016 r. polityk – który wcześniej przez 1,5 roku był prezesem klubu piłkarskiego Legia Chełmża – został mianowany zastępcą dyrektora Centralnego Ośrodka Sportu w Warszawie. Dopiero wtedy, w wieku 30 lat, Kałużny chwali się po raz pierwszy jakimikolwiek oszczędnościami: 4221,93 zł.

Nareszcie jednak może pozwolić sobie na oszczędzanie: jego wynagrodzenie wzrasta do 133 tys. zł rocznie z 40 tys. zł rok wcześniej. W 2017 zarobił już 175 tys. zł, a od stycznia do sierpnia 2018 (kiedy awansował na dyrektora COS) – 168 tys. zł.
Co ciekawe, aż do 2020 r. Kałużny korzystał ze związanego ze stanowiskiem przywileju i wynajmował od COS 90-metrowe mieszkanie w centrum Warszawy za… 750 zł miesięcznie. Jak pisał TVN 24, po wyborach w 2019 r. nowy poseł mieszkał tam jeszcze przez chwilę, a czynsz podniesiono do 1650 zł.

Najlepsze jednak następuje na końcu:

Od momentu, w którym zaczął zarabiać pensję dyrektorską, nabył na kredyt dwie działki warte prawie 300 tys. zł, zebrał 90 tys. zł oszczędności oraz zaciągnął ok. 200 tys. zł kredytu gotówkowego.
W 2019 r. Kałużni zarobili łącznie 281 991,62 zł (od 2019 r. poseł podaje wynagrodzenie razem z wynagrodzeniem swojej żony).

Tak więc, droga młodzieży – macie gotowy przepis na sukces w życiu. Jedyną niepewną rzeczą jest w sumie teraz tylko to, czy posad dyrektorskich starczy dla nas wszystkich.

Posted by: futrzak | 22 February 2021

Bantustan

J*any bantustan, bo tego się nie da inaczej określić.

Wczoraj kolejna dzika eksmisja w Warszawie.

Mieszkanie wraz z lokatorem zostało sprzedane na licytacji, sąd wstrzymał eksmisję, nowy właściciel olał wyrok i wynajął trzech zbirów, którzy przyszli, rozwiercili zamki, grozili śmiercią a następnie zaczeli na ulicę wyrzucać rzeczy lokatora.
Na miejscu pojawili się aktywiści z KOL, zaczęła się szarpanina.

Wzywane patrole policji po kolei odmawiały zajęcia się ewidentnym łamaniem prawa. Dwanaście patroli policji uznało, że pobicie, niszczenie cudzego mienia i groźby śmierci nie są przestępstwem.
Zareagował dopiero TRZYNASTY patrol a i to pewnie tylko dlatego, ze na miejsce dojechała też telewizja oraz interweniowała posłanka Razem Magdalena Biejat.

Tym razem się udało, ale takich “czyścicieli kamienic” w Polsce jest mnóstwo i ludzie są wyrzucani na bruk w środku zimy, a ich mienie niszczone. I POLICJA MA TO W DUPIE.

Halo, oto państwo w UE, wiek XXI, a nie żadne tam camorry sycylijskie czy inne mafie.
Demokracja-sracja, a wzbiera na jeszcze większy rzyg, jak sie poczyta komentarze w Internecie broniące przestępców. TFU.

Posted by: futrzak | 21 February 2021

Dydelf, raz!

Sprawna akcja komandoska.
Wczoraj juz przysypialam, az nagle słyszę z salunu jakieś chroboty, zaraz potem głos Chłopa: chodź tu prędko z telefonem, opos szaleje w salonie!
No to przybiegłam, patrzę i faktycznie młode dydelfiątko pomyka po kątach, obwąchuje, ogląda.
Udało się zrobić kilka zdjęć, których jakość nie powala, bo półmrok no i obiekt przemieszczał się sprawnie i szybko – no ale są!
Jak widać dydelfiątko jeszcze młode i małe. No ale udało się uwiecznić!

RAZ!
Dydelf biegnacy przy miotle
Wylazl spod stolika
W pelnym pędzie pod drzwiami

No i chciałam powiedzieć, ze ogon w połowie czarny a w polowie biały rozwalił mnie zupełnie :)

Older Posts »

Categories