Napisane przez: futrzak | 4 Sierpień 2015

Internet w nowym mieszkaniu

Owoz, jest po swiatlowodzie dociagnietym do apartamentu. 20 Mb/s download, 5 Mb/s upload. I to wliczone, jak pisalam wczesniej, w gastos communes (oplate na wspolnote mieszkaniowa).
Jak tu nie kochac Urugwaju..?

Napisane przez: futrzak | 3 Sierpień 2015

Gdzie bylam, jak mnie nie bylo…

Najpierw praca. Chaos i musze sie uczyc wszystkiego, ale to wszystkiego. Sprawy nie ulatwia fakt, ze na kompie pracowym mam win8.1 wersja hiszpanska (laptop, wszyscy pracuja na laptopach a stanowiska przenosne sa), wiekszosc dokumentacji jest po hiszpansku (to akurat najlatwiejsze) i co gorsza tylko kilka osob mowi po angielsku. Z hiszpanskojezycznych najlepiej rozumiem pania od sprzatania (Brazylijka) oraz sekretarke (Niemka). Tubylcy mowia z predkoscia karabinu maszynowego, slangiem i nie wymawiaja koncowek wyrazow, literki „s” oraz belkoca.

Coz, kiedys sie naucze…
Win 8.1 sprawia problem jak malo co. Dzis na przyklad powitalo mnie radosnie obowiazkowym sciaganiem system updates, co wlacznie z instalowaniem zajelo 40 min.a potem… system prawdaz nie mogl znalezc (i wystartowac) programow takich jak firefox czy excel. Tak wiec wyrzniecie z dysku, a potem reinstalka i poltorej godziny w plecy, prawdaz??? Do tego praca z klientem, ktory przyslal niekompletna informacje, przestarzala specyfikacje i o ile powiedzmy do manualnego testowania to mozna pokombinowac, o tyle do automatyzowania (a konkretnie emulacji terminala platniczego karta kredytowa/debetowa) to jest porazka. No bo, zgaduj sobie czlowieku, od czego jest tych kilka zmiennych, ktorych nie ujeto w specyfikacji i od czego zaleza…
Na szczescie ludzie sa mili i wyrozumiali i zdazylam sie nawet z Chlopem posocjalizowac, bo w piatek bylo asado pracowe. Mieso i zarcie mniam – ale zdziwil mnie brak wina. Zakupiono (byla zrzuta) z alkoholi piwo, whisky oraz ferneta. Huh?

Co poza tym. Przeprowadzka. W sobote zabralismy sie za wozenie. Niby nie mamy duzo gratow, mebli poza krzeselkami ogrodowymi i lozkiem do samodzielnego montazu brak, ale i tak zajelo 3 razy obrocenie samochodzikiem.
Kucanie, wstawanie, podnoszenie pudel i na drugi dzien zakwasiki takie, ze mozna zdechnac…
Nowe mieszkanie jest tansze, ma normalna kuchnie (jest tu nawet miejsce na wstawienie zmywarki i piekarnika). Przyszlo umeblowane tj. z klima, kuchenka (elektryczna niestety dwupalnikowa), lodowka, bojlerem, szafa i podstawowymi meblami – ale poprosilismy tylko o zatrzymanie szafy, jednego stoliczka i dwoch stolkow barowych. Reszta zagracala tylko pomieszczenie – a jest wyjatkowo nieustawne tj. dluga kiszka. Za to posiada balkon no i jest w bardzo nowoczesnym budynku. Jest tam 14 mieszkan, na dachu ogromny taras i parilla, w srodku silownia oraz pralka z suszarka.
Oprocz tego bardzo dobra wentylacja: zdziwilam sie autentycznie, ze w lazience po wzieciu prysznica i zaparowaniu wszystkiego juz po 10 minutach po niczym nie bylo sladu. Dodam, ze w lazience nie ma wentylatora, jest tylko wywietrznik. Najwyrazniej jednak cos tam na koncu owego wywietrznika musi zdrowo powietrze zaciagac, bo efekt jest imponujacy. W poprzednim mieszkaniu bylo wilgotno, ciemmno i zimno, wiec roznice tym bardziej widac.

Z rzeczy mniej przyjemnych: na depozycie nas zlupiono – w gotowce trzeba bylo w banku zlozyc depozyt w wysokosci 7 miesiecznych czynszow :-/ Dobrze, ze chociaz ta gotowka jest indeksowana zgodnie z oficjalnym wskaznikiem inflacji oraz po zakonczonym wynajmie podlega zwrotowi (kontrakt jest na rok, z mozliwoscia potem przedluzenia).
Dobrze tez, ze wlascicielka jest bardzo mila kobieta, ktora o mieszkanie dba. Pierwszej nocy przeszla wichura i tropikalna ulewa i cos pokapalo z sufitu. Niewiele, podejrzewam ze nastapil klasyczny problem tj. zapchaly sie rynny (drzewa nad plaskim dachem, a wialo i padalo tak, ze nam do srodka DRZWI w samochodzie nalalo wody..) – w kazdym razie bardzo sie przejela i zaczela wydzwaniac do administracji. W porownaniu z wlascicielka mieszkania z Buenos, ktora przy laniu sie ciegiem z sufitu poradzila podstawic wiadro – to doprawdy przyjemna odmiana…
Co jeszcze. W gastos communes (oplata na wspolnote) wliczone jest zuzycie wody, sprzatanie budynku, zbanie o wszystkie instalacje oraz – co rzadkosc – dostep do Internetu. Routerek WiFi mamy u siebie w mieszkaniu.
Jeszcze tylko dokupic brakujace meble i mozna bedzie zaczac normalne zycie bez martwienia sie o nastepne locum na co najmniej rok…

Pod koniec tygodnia jak bede miala chwile porobie pare zdjec. Okolica jest spokojna, balkon wychodzi na niskie domki i ich ogrodki, ranek wita nas sloncem i dracymi sie ptaszkami. Calkiem przyjemnie :)

Napisane przez: futrzak | 26 Lipiec 2015

Wiosna idzie..?

Od dwoch dni pogoda wysmienita, wobec czego tlumy wylegly na Ramble i do parkow. Na sloncu temperatura dochodzila nawet do 20 st C! Bosko i przyjemnie pokladac sie na trawie…

Rambla1

Rambla2

A tak wyglada jeden z wydzialow Universidad de la Republica wieczorowa pora. Bardzo mile dla oka efekty wizualne…

Uniwersytet

Oraz przeuroczy placyk nieopodal :

Muralek

Zdjecia robione telefonem, bez zadnej obrobki, wiec sa jakie sa.

Napisane przez: futrzak | 22 Lipiec 2015

O dyskusji i poczuciu wlasnej wartosci

Obcowanie na codzien z ludźmi, którzy mają kompleksy, jest potwornie ciężkie i prawdę mówiąc upiorne.
Własciwie nie da się o niczym pogadac – kazda bowiem próba dyskusji z poglądem jest traktowana jak osobisty atak. Rozmowa w krótkim czasie zaczyna przypominać pole minowe – nie wiem, którym zdaniem wywołam złość, obrażenie się, czy inna negatywna reakcję.
Już nawet nie mowię o polityce (tutaj to wiadomo, łatwo skoczyć sobie do oczu nawet ludziom bez kompleksów…), ale o rzeczach wydawaloby sie tak niewinnych, jak dyskusja o markach samochodów czy książkach:

– E tam, moim zdaniem fiaty są kiepskie, niedbale zrobione, ciągle się psują i nie wiem, czemu własciwie ludzie sie nimi zachwycaja.
– Ale dlaczego mnie atakujesz??? Nie podobaja ci sie fiaty, to twoja sprawa, daj mi spokoj, czy ja sie ciebie czepiam???

[tu nastapił całkowity szczękopad, dopiero jakiś czas poźniej dowiedzialam sie, ze osoba, z ktorą rozmawiałam, jezdzi fiatem wlasnie i uwaza te samochody za ósmy cud świata czy cuś zblizonego…]

Albo tak:
– Nie no moim zdaniem w dzisiejszych czasach gromadzenie ogromnej biblioteki papierowych ksiazek, zwlaszcza w wypadku kogos, kto czesto sie przeprowadza, nie ma sensu. Czytniki są całkiem wygodne, a przecież w książce chodzi chyba o treść tego, co się czyta i to ona jest najważniejsza, a nie zapach papieru?
– czytaj co chcesz jak chcesz i gdzie chcesz twój wybór ja patrzę na świat z własnej perspektywy i takim jak go widzę takim go opisuje moze ci sie to podobać lub nie, ja nie szukam zaczepki wiec i ty sie mnie nie czepiaj.

Dlaczego twierdze, ze reakcje jak powyzej sa objawem posiadanych kompleksow i niskiego poczucia wartosci wlasnej?
Coz. Ktos, kto jest pewien siebie, nie ma problemu z krytyka wyznawanego przez siebie pogladu. Ostatecznie nie ma ludzi nieomylnych ani wszechwiedzacych i jesli w merytorycznej dyskusji ktos udowodni, ze nie mielismy racji, to poglad mozna zmienic (a nawet nalezaloby :). To tylko poglad.
Jest ogromna roznica miedzy powiedzeniem „uwazam, ze poglad X, z ktorym sie zgadzasz, nie ma wiekszego sensu” a „uwazam, ze jestes glupia”.
Osoby z zanizonym poczuciem wartosci wlasnej stawiaja miedzy tymi dwoma wypowiedziami znak rownosci i reaguja bardzo alergicznie: czasami zloscia, czasami obrazeniem sie – jesli to dyskusja w Internecie, najczesciej zaatakuja adwersarza juz bezposrednio argumentem ad personam – tym gorszym i obrzydliwszym, im bardziej zostaly wyprowadzone z rownowagi. Bo musza jakos odreagowac.

Normalna osoba na haslo „uwazam, ze poglad X, przy ktorym sie upierasz, nie ma wiekszego sensu” zareaguje zwykle czyms w stylu „o, a to ciekawe, dlaczego tak uwazasz?”

Szkoda, ze o takich rzeczach nie ucza w szkole. Mogloby to byc czescia tematu pt. „sztuka dyskusji”. Ostatecznie przez tysiace lat, od starozytnych filozofow do wspolczesnosci, erystyka byla zawsze czescia wyksztalcenia humanistycznego. Ba. Zreby erystyki to sa podstawy interakcji miedzyludzkich.
Dzis, odnosze wrazenie, zieje tutaj potworna pustka. Zniklo z jednej strony posluszenstwo i szacunek do starszych/nieznajomych wymuszane brutalna sila (zwlaszcza na poziomie edukacji podstawowej i sredniej) a z drugiej strony nie ma nic w zamian.

Efekt? Fale hejtu przelewajace sie przez Internet, ale tez i na codzien. Osobliwie czeste w sferze Internetu polskojezycznego i wsrod rodakow….

Napisane przez: futrzak | 20 Lipiec 2015

Niespodzianki pracowe cd.

No to zaczynam prace od nastepnego poniedzialku. Potwierdzenie wyplaty z firmy urugwajskiej bedzie bardzo pomocne przy wynajmie dlugodystansowym oraz znakomite do zalatwiania rezydencji w imigracyjnym (tymczasowa juz mam, teraz musze doniesc wszystkie papiery do permanentnej). Oraz, gdyby mi ktos powiedzial 3 miesiace temu, ze w Urugwaju jest rynek IT i ze bede pracowac w firmie urugwajskiej, ktora wchodzi na rynek USA ze swoim produktem i uslugami, to nie uwierzylabym.

Jak mawia stare przyslowie pszczol: nie pojedziesz, nie sprawdzisz, nie obadasz – to nie bedziesz wiedzial. Z punktu widzenia portenos (tak Argentynczykow jak Polakow – przynajmniej tych, z ktorymi rozmawialismy) w Urugwaju nie ma nic i nic sie nie dzieje – oprocz kurortu Punta del Este w sezonie…oraz jest tu bardzo drogo. No, mozna wyskoczyc na weekend do Montevideo, bo maja ladne plaze, ale to by bylo na tyle…
Rzeczywistosc jak zwykle okazala sie nieco inna i bardzo dobrze. Podstawowa roznica jest mozliwosc uzyskania legalnej rezydencji (o ile wykaze sie posiadanie zrodla dochodu w wysokosci co najmniej 650 USD/mies) praktycznie od reki, bez kulania sie po prawnikach i posrednikach. Roznica w stopniu zorganizowania i ilosci korupcji w obu krajach tez jest znaczaca. Niby ten sam jezyk, niby emigracja bazowa podobna, a jednak roznie jest.

Napisane przez: futrzak | 19 Lipiec 2015

Niespodzianki pracowe

Owoz wyslalam swoje resume na ogloszenie o prace z agencji human resources (zasobow ludzkich? posrednictwa pracy?) urugwajskiej.
Odpowiedz telefoniczna przyszla po 2 godzinach i zabawnie bylo, bo rekruter mowil po angielsku tak ze trzy razy gorzej niz ja, po hiszpansku. No, ale umowilismy sie na rozmowe na dzien nastepny.

Pan okazal sie bardzo mily, a poniewaz oferta dotyczyla kogos, kto operuje „advanced English” no to on sie staral i nie mogl powiedziec, ze jak ja nie mowie po hiszpansku (mowie, ale nie tak dobrze zeby podjac sie calego interwju w tymze jezyku), to nie bedzie rozmowy. W kazdym razie stanelo na tym, ze niech on mowi po hiszpansku, ja bede odpowiadac po angielsku, a w razie niezrozumienia mamy komputer przed nosem ze slownikiem i juz.

Poszlo na tyle dobrze, ze za 2 godziny (po interwju) zadzwonila kobieta z firmy juz bezposrednio zatrudniajacej i chciala sie umowic na rozmowe za 2 godziny.
No nie z nami te numery Brunner – ja sie musze przygotowac i spuscic psy goncze ze smyczy :)
Stanelo na rozmowie nastepnego dnia o jedenastej.

Rozmowa odbyla sie. Bylo milo i w ogole, nie wiedzialam jak dlugo trwalo (po zakonczeniu okazalo sie, ze 2.5 godziny, no ale przeciez nie bede patrzec na srajfona co pol godziny, ktora godzina jest, prawdaz), az w pewnym momencie kobieta (jedna ze wspolzalozycieli firmy) wypalila: so I have a job offer for you, do you agree?
No… szczeka mi opadla, boc przez te 25 lat pracy zawodowej nigdy tak predko nikt mi nie oferowal pracy, prawdaz. Powiedzialam wiec, ze …no nie moge odpowiedziec jak nie wiem jakie sa warunki, kasa etc.
Stanelo na tym, ze przemysle kwestie i dam odpowiedz za pare godzin.

Szczegoly to kasa. Praca bylaby na etat, ze wszystkimi benefitami (urlop, ubezpieczenie, podatki odciagane na fundusz emerytalny etc.), 8 godzin dziennie, poniedzialek-piatek. Firma wlasnie otworzyla biura w Silly Valley i oczywiscie padlo pytanie, czy bylabym chetna pracowac tam znow. NIE. Wyjasnilam w trzech punktach:
– Ogromnie wysokie koszty zycia i taki sobie komfort (stanie w korkach na autostradzie to norma, chyba ze ktos mieszka i pracuje w SFO, ale wtedy bank trzeba rozbic zeby wynajac cos sensownego…)
– pracoholizm (jesli ktos ma umowe full-time to zwykle znajduje sie w niej klauzula, ktora mowi ze jesli „praca bedzie wymagala wiecej godzin niz 40 tygodniowo” to te dodatkowe godziny nie sa dodatkowo platne. To, czy wymaga, czy nie, zalezy od szefostwa i jest to masowo naduzywane).
– koszmarnie drogie ubezpieczenia zdrowotne i koszty leczenia czegokolwiek

Pierwszy argument trafil na podatny grunt – bo ona sama bywa tam co pare miesiecy i jazde na trasie San Francisco – San Jose (i przyleglosci) po stojedynce wspomina jako wielki koszmar. Przy drugim argumencie szybko zapewnila, ze u nich w firmie pracuje sie 40 godzin, a ludzie maja czas na zycie prywatne. Trzeciego argumentu nie zrozumiala, ale powiedzmy sobie, ze nie rozumie tego nikt, kto nie zetknal sie z amerykanska sluzba zdrowia majac cos powazniejszego niz zaziebienie (a przy tym nie majac upasionego federalnego ubezpieczenia).

Anyway… pod koniec dnia wyslalam emaila z odpowiedzia, ze sie zgadzam, ale pod warunkiem, ze jesli sie sobie spodobamy, to po paru miesiach probnych przedyskutujemy kwestie podwyzki.

Zobaczymy, co z tego wyniknie.

Napisane przez: futrzak | 15 Lipiec 2015

Wynajem dlugodystansowy

W Argentynie i w Urugwaju jest tak, ze nie mozna juz od zaraz wyrzucic kogos na ulice. Eksmisje na ogol trzeba zalatwiac sadownie, a to trwa. Wobec tego wynajmujacy (landlord, dueno) zabezpiecza sie.

W Buenos Aires (byc moze w innych prowincjach jest inaczej – nie wiem, nie wynajmowalam tam) wymagana jest tzw. garantia propietaria – czyli umowe notarialna na wynajem podpisuje razem z nami ktos, kto w zastaw daje swoja nieruchomosc znajdujaca sie tez w BuA. Kontrakt zwykle obejmuje okres dwoch lat.
Czasami mozna trafic na wlasciciela, ktory wezmie depozyt (2-5 miesieczny czynsz) – ale wlasnie, bierze ten depozyt do reki, a potem moze nie oddac .. (sady w Argentynie w takich kwestiach dzialaja baaaardzo wolno..)
Jak latwo sobie wyobrazic powyzsze wyklucza ludzi nie majacych rodziny lub innych osob, ktore podzyrowalyby kontrakt.
Biedni sciagajacy do stolicy laduja wiec w slumsach (tam nie ma zadnych regul..), ci majacy wiecej pieniedzy zdani sa na wynajem „para turistas”. Wtedy wystarcza depozyt w wysokosci miesiecznego czynszu, ale umowa moze byc maksymalnie na 3 miesiace no i oczywiscie wysokosc czynszu jest tak mniej-wiecej dwa razy wieksza.

W Urugwaju problem jest podobny, przy czym rozwiazania inne. Jest oczywiscie gwarancja propietaria, ale nie jest jedyna. Najczesciej wymagane sa:
– ANDA
– Porto Seguro
– Contaduria
– Deposito BHU.

Anda to cos w rodzaju spoldzielni. Zeby pozyskac od nich gwarancje trzeba miec poswiadczenie zarobkow z firmy urugwajskiej (recibio de sueldo) oraz byc czlonkiem Anda (socio). Miesieczna oplata czlonkowska to ok. 500 peso, do tego dochodzi koszt gwarancji w wysokosci 3% od czynszu – mozna placic co miesiac.

Porto Seguro – duza brazylijska prywatna firma oferujaca rozne ubezpieczenia, w tym do wynajmu. Biora ok. 8% od wysokosci czynszu rocznego, do tego trzeba miec odpowiedni pulap zarobkow z firmy urugwajskiej (recibio de sueldo).

Contaduria: panstwowa firma udzielajaca gwarancji. Zeby sie kwalifikowac, trzeba byc pracownikiem panstwowym od co najmniej roku, emerytem/rencista (pensionista) lub osoba starsza (jubilado, nie jestem pewna jakie sa kryteria wieku). Koszt miesieczny to 3% od wysokosci czynszu.

Deposito BHU – depozyt w Banco Hipotecario de Uruguay. Wynosi zwykle rownowartosc 5 miesiecznych czynszow, jest rewaloryzowany o oficjalny wskaznik inflacji. Po zakonczeniu umowy najmu podlega zwrotowi. Konto mozna zalozyc na paszport (narazie nie wiem, jakie sa oplaty, ale raczej niewielkie).

W wypadku pierwszych trzech opcji moze byc tak, ze wlasciciel (np. fundusz inwestycyjny – mnostwo nowych apartamentowcow ma takich wlasnie wlascicieli) zazyczy sobie jako forme platnosci bezposrednie sciaganie z konta z miesiecznej wyplaty.
Depozyt w banku najczesciej jest uzywany przez extranjeros/ekspatow (emigrantow bez obywatelstwa) ze zrodlem dochodow spoza Urugwaju.

Mieszkania na wynajem dlugodystansowy sa zwykle nieumeblowane, przy czym standard owego nieumeblowania jest nieco inny niz w USA: mieszkania nie sa wyposazone w zadne sprzety typu lodowka, kuchenka, zmywarka czy pralka – maja za to zlew z blatem i szafki kuchenne (te nowsze).

System gwarancji dawanych przez firmy panstwowe/spoldzielnie jest imho nieglupi bo cywilizuje rynek wynajmu. WLasciciel nie ma szans wyciac numeru typu nie odda depozytu, najemcy z kolei nie oplaca sie zdemolowac mieszkania czy „zasiedziec sie” zbyt dlugo. Szkody wlasiciela pokryje fundusz firmy, ktora udzielila gwarancje, ale taki najemca juz wiecej gwarancji nie dostanie…

Napisane przez: futrzak | 13 Lipiec 2015

O złym zarządzaniu

Minęło półtora miesiąca odkąd poprzednia firma nie przedluzyla mi umowy.
Zastanawiałam się wtedy o co chodzi.
Dzis ucielam sobie dluzsza pogawędkę z dwoma osobami, które tam nadal pracują i pewne rzeczy wyjaśniły się.
Nie mieli nikogo na moje miejsce – pozycja jest nadal nie obsadzona i nikt nie zamierza nikogo zatrudniać. Nie bylo tez zadnego reorg ani zadnego ulepszania czy poprawiania dzialu QA. Dir of engineering, do ktorego teoretycznie teraz moi byli podwladni raportuja, zupelnie ich pracą nie interesuje się. Nie informuje ich tez co dzieje sie w dziale developers, a poniewaz nie sa zapraszani na zadne zbiorcze meetingi, to kompletnie nie wiedzą, co się dzieje, kto nad czym pracuje i jaki będzie następny projekt do testowania. W tych warunkach nawet jakby chcieli, to nie są w stanie się przygotować, o takich fanaberiach jak pisanie testkejsów już w ogole nie wspomne.
Release, nad którą pracowali w momencie mojego odejścia, była juz 3 razy opóźniana z powodu niegotowości. Nie dziwi, ze nie jest gotowa, skoro praca nad nią wyglada tak:
– chlopcy testuja, co maja odhaczone jako „fixed” bugs w systemie
– ok. 40-50% bugów jest nie poprawiona, na dodatek próby poprawek generują nowe błędy
– chłopacy wysyłają emaila do wszystkich zainteresowanych z listą problemów i wyjaśnieniem
– czekaja tydzień, nic się nie dzieje. Wysyłaja ponaglenia, nic sie nie dzieje (slowem sa kompletnie olewani)
– na 2-3 dni przed wyznaczonym terminem release odzywa sie dir of eng z pytaniem gdzie są z testowaniem
– email z listą problemów jest wysłany raz jeszcze, developery rzucają się na gwalt poprawiac, w ostatniej chwili rzucają swieżutki kod, który oczywiście znowu generuje falę nowych problemów i termin znów zostaje przesunięty.

Co bardziej przytomni developerzy widzą, że statek tonie i jak narazie dwóch już znalazło sobie nową pracę i zwolnili się.
Takie zarządzanie to jest recipe for a disaster i ona prędzej czy później się wydarzy. To tylko kwestia czasu az zdarzy się taki bug, który wywali w drobny mak serwery produkcyjne – tym bardziej, ze przeciez srodowiska testowego, będącego kopią production jak nie bylo, tak nie ma. Tempo poprawiania czegokolwiek padło na pysk – ta release, co sie opóźnia, nie zawiera żadnych nowych features, tylko bug fixes.

Zastanawiam się więc: czy są to działania wynikające z glupoty, niekompetencji i kompletnej ignorancji czy też może są to dzialania celowe? Ostatecznie obecny CEO, derehtor jeden (dzialu engineers) i drugi (marketing communications) przyszli z… firmy konkurencyjnej, która jak narazie za robotę developerską musi mojej eks-firmie placić spore pieniądze. Nie jest wykluczone, ze taki styl zarządzania jest celowy – zeby obnizyc wartosc firmy w celu jej jak najkorzystniejszego późniejszego przejęcia..słowem, czy to jeszcze głupota, czy już sabotaż…?
Cóż, czas pokaże, i to raczej czas dluższy, bo inercja w takich wypadkach bywa spora i mogą jeszcze z rok a nawet więcej pociągnąć – chyba ze coś się spektakularnie j*bnie. A szanse są duuuże…
Nie ma w tej chwili w dziale eng ani jednej osoby, która ogarniałaby codebase i wiedziała jak to wszystko dziala. Kod ma 10 lat i sklada sie z patcha na patchu patchem poganianego. Jest tak koszmarnie napisany że nawet ja, nie programująca na codzień, jak grzebałam w SVN to mi się po prostu rzygać chciało. Szkolne pieprzone błędy, żadnego pomyślunku, organizacji, dokumentacji – ot każdy następny programista tu se coś srutnął, tam se coś srutnął – a ze przy tym zepsuł dziesięć innych rzeczy – who cares? Że zrobil to tak, ze parę negative tests wywala całą funkcjnalność na ryja? Niech się support martwi, jak to odkręcać….

Ta…
A potem jak mi ktoś mówi, że upper management zarabia kupę szmalu bo ma świetne kompetencje, to jedynie ogarnia mnie pusty śmiech…

Napisane przez: futrzak | 11 Lipiec 2015

Meandry (nie)sprawiedliwości amerykańskiej…

Nie raz pisałam tutaj o absurdach i idiotyzmach amerykańskiego wymiaru sprawedliwości, ale to, co przeczytalam dzis, wprawilo mnie w oslupienie i nie wiem nawet, jak skomentowac.

Oto bowiem sędzina skazała na osadzenie w ośrodku dla młodocianych (juvenile detention center) dzieci za to że… nie chciały pójsc z ojcem na lunch. Ich rodzice od 2009 roku są w trakcie bitwy o opiekę nad dziećmi (w efekcie rozwodu).
Sędzina said the children had disobeyed her orders to „have a healthy relationship” with their father.

Dzieci (lat 9, 10 i 15) złamały prawo odmawiając wykonania wyroku sądu i za to zamknięto je…w poprawczaku. Zeby bylo jeszcze zabawniej – nie wiadomo, na jak dlugo. Formalnie moga tam przebywac do czasu ukończenia 18 lat, narazie zamknięto je na czas wakacji.

Mind boggling. Nawet jesli faktycznie matka nastawiala je przeciwko ojcu, to ona powinna ponieść jakieś konsekwencje – ale nie dzieci! I na dodatek sędzina jeszcze wystosowala zakaz kontaktów między rodzenstwem podczas ich przebywania w poprawczaku. Matka rownież nie moze ich wydywac, ani nikt z jej strony rodziny, za to ojciec jak najbardziej. Ale one nie chcą widywać ojca. Twierdzą, ze bil matkę.

Fragment rozmowy z sądu, z najstarszym z rodzeństwa:

“I didn’t do anything wrong,” the boy said.

“No, you did,” Gorcyca said.

“I ordered you to talk to your father. You chose not to talk to your father. You defied a direct court order. It’s direct contempt so I’m finding you guilty of civil contempt.”

The boy responded: “But he was the one that (did) something wrong. I thought there (were) rules .. for not hitting someone.”

“You’re supposed to have a high IQ, which I’m doubting right now because of the way you act,”

Potem było jeszcze dziwniej, sędzina zaczęła straszyć dzieci.
Ojciec przerwał milczenie i udzielił wywiadu. Najwyrazniej uwaza wyrok sądu za uzasadniony i jakoś nie przeszkadza mu, że jego własne dzieci siedzą za kratkami…

Źródło.

Napisane przez: futrzak | 9 Lipiec 2015

Dlaczego Polacy emigrują

Napisano już na ów temat tony, ale fragment poniższej rozmowy ze znajomą, która zresztą całkiem niedawno (kilka miesięcy temu) zdecydowała sie na podjęcie pracy w zawodzie – ale w Niemczech – jest niezłym podsumowaniem. Bo jednak kasa to nie wszystko…


– Wiesz X, jak czytam twoje uwagi z pracy to odnosze wrazenie, ze w Polsce pracowalas w jakims koszmarnym piekle. A teraz trafilas do firmy, ktora jest porządna, ludzi traktuje normalnie i jak ludzi, oraz o pracownikow dba.
– Tak było, z tym piekłem. Tylko kiedy tam tkwiłam, nie wiedziałam o tym i sądziłam, że to normalne.
Od pół roku nikt na mnie nie krzyknął. Nikt nie usiłował mnie zastraszyć, szantażować ani karać. Uwagę zwracają grzecznie, kulturalnie i z podziękowaniem za zrozumienie i dostosowanie się (czort z tym, że to tylko formułka, i tak brzmi lepiej niż „jeszcze jeden taki wyskok i wylatujesz!”). Prośbę o urlop kwitują „OK”, a nie dwugodzinnym lamentem z elementami szantażu emocjonalnego i trzymaniem w niepewności do ostatniej chwili.
Pewnie, nie wszystko jest idealnie i miałabym kilka uwag, ale w porównaniu z moim przednim pracodawcą – raj.

Sama mialam ten syndrom, gdy zaczelam pracowac w USA. Autentycznie bylam zdziwiona, że można inaczej, a mimo to pracownicy nie leżą do góry brzuchami i nie kiwaja nóżką popijając drinka z palemką w pracy…
Tak, zdarzaly sie uwagi, ale zawsze w cztery oczy i nigdy podniesionym glosem.

Oraz, czlowiek do wszystkiego potrafi sie przystosowac. Niedawno rozmawialam z kumplem ktory stwierdzil, ze on woli jak mi ktoś prosto w twarz wykrzyczy co mu lezy na wątrobie, a nie będzie owijał w bawełnę.
Nie dalo się go przekonać, ze taką samą tresc da sie przekazac bez krzyku i przeklenstw i że forma pozbawiona negatywnego bagażu emocjonalnego lepiej oddziałuje na wspolpracownikow/podwładnych. Nie i nie, bez wrzasku się nie liczy….
Przypomina to trochę dziecko, które przez lata było obiektem agresji i tak przywykło, że kiedy po raz pierwszy ktoś go prosi o zrobienie czegoś bez bicia, jest kompletnie zdezorientowane i nie wie o co chodzi…

Napisane przez: futrzak | 7 Lipiec 2015

Z frontu walki z zimą…

I rzeczywistość, a raczej zimno, nas pokonały.

W zeszłym miesiącu grzaliśmy się grzejnikiem elektrycznym…i za miesiąc rachunek za prąd właśnie wczoraj zapłaciliśmy: 3000 peso czyli jakieś 110 USD.

To bardzo dużo, jak na miejscowe standardy. No ale w tym mieszkaniu wszystko jest na prąd: i kuchenka i boiler do grzania wody, oprocz tego oczywiscie lodówka, czajnik elektryczny.. :-/
Starsi Urugwajczycy ponoć przyzwyczajeni i nawet naczynia myją w zimnej wodzie, ale ja takiego hardcoru nie mam zamiaru uprawiać…

Przeprosilismy się więc z piecem gazowym, chociaż wczoraj to już prawie czarna rozpacz była.
Zadzwonił bowiem Chłop do firmy, która wymienia butle (akurat sie stara skonczyła) a tam mu powiedzieli, ze nowa będzie kosztować 2700 peso… what???? Cena wydala nam sie z kosmosu wzięta, więc nie zamówiliśmy, i dobrze. Późniejsze konsultacje ze znajomą przyniosły oświecenie: Chłop poprosił o garrafę, czyli całą nową butlę, a nie o „recarga de garrafa” albo „recarga de gas”. To ostatnie kosztuje na szczęście tylko 470 peso…

Skoro już jesteśmy przy temacie lapsusów językowych: w Buenos sprzedawczynie mówią „quien sigue” (nastepny proszę), a tutaj „adelante”. A bagietka nazywa sie „flauta”..

PS: W Argentynie zużyciem ani elektryczności, ani gazu nie przejmowaliśmy się, bo były smiesznie tanie – subsydiowane przez rząd….

Napisane przez: futrzak | 6 Lipiec 2015

Co dalej, Grecjo?

Właśnie. Zaczyna sie robić coraz ciekawiej.

Grecy w referendum odrzucili dalsze austerity. Doceniam rząd Tsiprasa za to, ze pozwolił się ludziom wypowiedzieć – to jest właśnie sedno demokracji. Rząd nie ma robić nic za plecami czy bez poparcia narodu, którym rządzi.
Ciekawe jest to, że zwolennicy niekończącej się austerity i obarczania nowego pokolenia długami zaciągnietymi nie przez nich wybrany rząd równocześnie uważają (całkiem słusznie), że obarczanie syna czy córki długiem rodzica jest nieludzkie. A to przecież dokładnie ta sama zasada.

Powiedzmy sobie szczerze: w świecie, gdzie kredyt na skalę państwową jest nie do uniknięcia (a jak ktoś za bardzo chce uniknąć, to gdy przekupstwa nie działają, organizuje się zamach stanu), odmawianie możliwości bankructwa i restrukturyzacji długu jest wpędzaniem państw spowrotem do poziomu neokolonii. A oskarżanie kredytobiorcy i tylko kredytobiorcy o niewyplacalność jest niezrozumieniem całego mechanizmu.
Bo mamy tu DWIE strony biznesu. Kredytodawcę i kredytobiorcę. Ten pierwszy żyje z udzielania kredytów i ma ogromną przewage tak nad indywidualnym człowiekiem jak i nad rządem państwa (nie będącego mocarstwem) wynikająca z tego, że jest ZAWODOWCEM. Tenże zawodowiec (najczęściej będący zresztą emitentem pieniądza!!! – bo tak, ponad 90% wspolczesnego pieniadza jest kreowanego w postaciu dlugu przez banki prywatne) doskonale wie, jak kalkulować ryzyko pożyczki i to ryzyko przejawia się w oprocentowaniu bondów (państwa) i rat (indywidualni ludzie). Różnice są szokujące – owo oprocentowanie może wynosić od zera do kilkudziesięciu procent. Im mniej wiarygodny kredytobiorca, tym większy musi byc procent oraz zastaw pod pożyczkę.

Ów mechanizm jako-tako funkcjonuje, dopóki druga część byznesu – kara za zbytnie zalewarowanie i złą ocenę kredytobiorcy jest na miejscu. Tak, mówię o bankructwie banku tudzież instytucji kredytowej.
Ale ten mechanizm znikł. W USA banki rozpętały szaleństwo kredytów subprime mortgage bo wiedziały, że mają za plecami instytucje państwowe: Freddie Mac i Fannie Mae. Gdy tym ostatnim zabraklo płynności, rząd USA ufundował ją z pieniędzy podatników. Czyli: udzielajace pozyczek banki oblowily sie az pod korek, kreujac w systemach komputerowych biliony dolarów, z ktorych wyprowadzily to co mogly, a potem gdy ktoś powiedział sprawdzam wyciągneły na wierzch puste kieszenie i łapę po publiczne pieniądze.
Prywatyzacja zysków, upublicznienie strat. To jest właśnie ten transfer bogactwa od 99% do 0.01% najbogatszych tego swiata.

W wypadku Grecji było dokladnie tak samo. Na pozyczkach udzielanych skorumpowanym greckim rządom zyskały najpierw banki, potem firmy i biznes ze starej UE (przejmujący za grosze co się dało), potem greccy oligarchowie. Na koniec skapnęło coś i zwykłym ludziom – kiedy maja chleb i igrzyska, nie wychodzą wszak na ulice.
Słyszy sie głosy, że ci zwykli ludzie sami sobie winni, przecież nikt nie chciał płacić podatków i oszukiwał, ile się da i że to niby „Grecy mają w genach”.

Oh really. Polacy za komuny robili tak samo, kradli ile wlezie – WSZYSCY. Potrzebne na codzien rzeczy – począwszy od cementu, poprzez benzynę, sprzęt, żarcie a na papierze tolaletowym skończywszy, wynosiło się z państwowych firm, a ci, którzy to robili, byli nazywani „zaradnymi”. Chciałeś zbudować dom czy zrobić wesele w czasach kartkowych? Trzeba było srodki załatwić.
Czy po roku 90-tym coś się zmieniło? Tak, zaczęto złodziejską prywatyzację na gargantuiczną skalę, przewały byly robione na każdym kroku – nawet najmniejszy „przedsiębiorca” poczytywał sobie za szczyt sprytu uniknięcie VATu za samochód montując w głupim cinquecento „kratkę” i rejestrując go jako samochód „ciężarowy”…umowy o pracę, z uczciwie płaconym podatkiem i ZUSem? Hahaha. Przez te kilka lat, gdy pracowałam w Polsce, nie dostąpiłam zaszczytu, podobnie jak i setki tysiecy moich rówieśników. Kazano nam się cieszyć, że w ogóle ktokolwiek cokolwiek płaci i wmawiano, że zaczynając od sprzątania czy stania za barem zrobi się karierę, a na emeryturę uzbieramy zakładając działalność gospodarczą…

Czy jeszcze ktoś się dziwi, że ludzie oszukiwani i dojeni na każdym kroku, widzący, że ci na świeczniku kradną miliardy, nie będą się poczuwać do obowiązkowego płacenia czegokolwiek na rzecz złodziejskiego panstwa? Że w ogóle nie będą uważać tego państwa za swoje i pokierują się logiką taką samą, jak ci na górze – korzystać, ile można i póki jest – kto pierwszy ten lepszy?
Czy jak Polska zbankrutuje (narazie jest na etapie twórczej księgowości w ukrywaniu długu no i narazie ma jeszcze własną walutę…) to ci wszyscy, co dziś odżegnują od czci i wiary Greków potulnie zgodza się na dekady austerity? Chciałabym to zobaczyć…

Anyhow.
Varufakis został zmuszony do rezygnacji – był chyba zbyt ciężkim insult do przełknięcia dla wierzycieli. Jest to o tyle zabawne, że w sumie był zwolennikiem i EU i pozostania Grecji tamże, jak i pozostania przy euro. Nowy minister finansów Grecji jest… eurosceptykiem, a z jego poprzednich wypowiedzi jasno widać, że wstąpienie Grecji do strefy euro uważa za błąd.
Ciekawe, prawda?
No ale wśród unijnych polityków (podobnie jak i w corpo) najbardziej nienawidzi się tych, którzy uczciwie mówią, że król jest nagi. To ich należy usunąć z horyzontu zdarzeń jak najszybciej.
Co dalej? Możliwe, że Grecja euro nie porzuci, a negocjacje zaczną się na nowo i obejmą restrukturyzację długu w formie możliwej do zaakceptowania przez Syrizę i grecką ulicę. Ostatecznie Tsipras poczynił rytualne ustępstwo, a Trojka mogła utwierdzić się w przekonaniu, że jeśli Grecja porzuci euro, to za jej przykładem pójdą Hiszpania, Portugalia, Włochy..a to równałoby się końcowi Unii Europejskiej i euro jako waluty. No i oczywiście końcowi dominacji Niemiec. A tego nie chcą.
Być może wydarzy się to, co sugeruje Picketty: ustalenie nowego porządku finansowego w EU, zaczynając od oddłużenia wszystkich członków Unii. Czas pokaże.

Tymczasem greckie banki są zamknięte na głucho, a dziennie wypłaty ograniczone do 60 euro. Ot, greckie corralito…. To argentyńskie trwało prawie rok, wpędziło w nędzę prawie połowę Argentynczyków i zmiotło dwa rządy, przy czym ostatni prezydent, Fernando de la Rúa, został zmuszony do opuszczenia Casa Rosada (pałacu prezydenckiego) śmigłowcem, aby uniknąc linczu…
Greckie corralito może być równie zabójcze, ale nie wysadzi w powietrze Syrizy, tylko EU…a posprzątać może przyjść Turcja…

Napisane przez: futrzak | 3 Lipiec 2015

Cocina uruguaya

..czyli witamy w krainie mięsem i mlekiem płynącej…

Na pierwszy rzut oka wydaje się kuchnia urugwajska prawie taka sama, jak kuchnia z prowincji Buenos Aires – wszak i tu i tam była to przede wszystkim fuzja kuchni emigranckich – hiszpańskiej i włoskiej. Ale tylko na pierwszy rzut oka, a pies (czyli smak) pogrzebany jest w szczególach. Poniższy wpis będzie dość skrótowy – napiszę tylko o tym, czego sama próbowałam jak dotąd.

1. Parillada, czyli – powiedzmy – grill. Nie wygląda on jednak tak, jak Polakom wydaje się, ze powinien. Po pierwsze, pali się zawsze drewnem. Dziś jest to zwykle drewno z eukaliptusa, ktorego szkółek i plantacji jest calkiem sporo.
Po drugie, ruszt jest ustawiony na ogół pod kątem, wygląda to mniej-wiecej tak:

parrillada-uruguaya

Na ów ruszt pcha się przede wszystkim wołowinę i wieprzowinę, ale praktycznie każdą część zwierzęcia – równiez rzeczy uwazane w Polsce za niejadalne: jelita cienkie (chinchulines), jelito grube (tripa gorda), grasicę (mollejas); oprocz tego po wsiach nierzadko zagości też królik, nandu, kaczka, dzik. Dorzuca się też warzywa: paprykę i słodkie ziemniaki (albo zwykłe, jednak te pierwsze sa tańsze i popularniejsze).
Mozna tez spotkac asado con cuero czyli caly zwierzak, razem ze skórą, rozpięty na ruszcie w ksztalcie krzyża umiesczonego przy ognisku.

2. Chivito. Taka, wiecie, skromniutka kanapka…składa się z polędwicy wołowej (lomo) smażonej na patelni, do tego mozarella, pomidory, majonez, bekon, szynka, sałata, jajko na twardo i papryka. Może być z bułką, ale może być też „al plato” czyli z frytkami i sałatką i wtedy wygląda tak:

Chivito

Porcja jest wielkości lotniskowca i spokojnie mogą się nią najeść dwie dorosłe osoby. Ja i Chłop do mikrusów nie należymy, a ledwo byliśmy w stanie skonczyć toto we dwójkę…

3. Choripán. Powiedzmy, ze to cos w rodzaju hot-doga, ale znów, wielkości lotniskowca. W solidną bułę (zblizona do tzw. wrocławskiej) wsadza się chorizo (taką hiszpanska kielbasę), do tego obowiązkowo pomidor i sałata oraz najrozniejsze sosy i dodatki. Choripan sprzedawany jest zwykle z ulicznych budek, sałatki i sosy mozna wybrac samemu, pokazując palcem :)

4. Milanesa czyli stary dobry schabowy, tyle ze tutaj robiony najczęsciej z wołowiny albo kurczaka, tudzież…z szynki i sera. Wydaje się to dziwną kombinacją i nie wiem, jak oni to robią, że się wszystko trzyma kupy… ale się trzyma! Co więcej, milanesa może być zarówno smażona na patelni, jak i pieczona. Oprócz tego jest jeszcze milanesa napolitana, czyli wersja na bogato z szynka, serem, pomidorem (albo sosem na bazie pomidorow) i oregano. Dobre! Nasz polski schaboszczak wypada w porównaniu nader skromnie…

5. Empanady. Te można spotkać w większości Am. Pd. i przypominaja nasze pierogi – jednak nie są gotowane, ale pieczone albo smażone na głebokim tłuszczu. Nadzienie, podobnie jak w wypadku pierogów, moze byc najrozniejsze, przy czym te najczęściej spotykane są z szynka i serem, serem i cebulą, mieloną wołowiną z roznymi dodatkami, oraz na słodko z dżemem z pigwy, dulce de leche, ricottą.

6. Pizza. Tu właściwie nie ma się co rozwodzić, pizza jak to pizza włoska, lokalne dziwadło polega – jak w Argentynie – na serwowaniu „pizza a caballo” (dosłownie tłumacząc pizza na koniu) czyli pizza posadzona na placku z mąki z cieciorki – na fainie. Śmiesznie, no nie?
Oprócz tego są najrozniejsze pasty (capeletis, añolotis, sorrentinos, tortelines, ravioles, ñoquis) tarty i takie tam.

7. Wędliny. Pyszne, po prostu. Tysiąc wariacji na temat jamón (czyli szynki) – styl hiszpański. Zaraz potem idą moje ulubione: morcilla dulce (słodka kaszanka, w ktorej nie ma kaszy, za to są skórki z pomarańczy, rodzynki, cynamon, kakao), queso de cerdo (salceson biały, styl niemiecki), morcillon (czarny salceson z dodatkiem ozorków), leonesa (rodzaj mortadeli, moja ulubiona jest z kurczaka z papryka i oliwkami) no i oczywiście najróżniejsze salami i pancetta. Auuuuu!

8. Mate! Oczywiscie, że mate. W Urugwaju mate pije się wszędzie i ciągle, a po ulicach chodzą ludzie z termosem pod pachą i materą w ręku. Same matery są zwykle znacznie większe niż te argentyńskie, najpopularniejsze są robione z calabazy (roślina dyniowata, wydrążona i ususzona) obciągniętej skórą albo wypalanej gliny też obciągnietej skórą.

mate

9. Wino! Tak, w Urugwaju produkuje się wino rownie dobre, co w Argentynie, chociaz zupełnie inne. Chyba najpopularniejszy szczep to Tannat z którego wino jest mocno wytrawne, z dużą ilością tanin i głębokim dębowo-korzennym posmakiem (a przynajmniej tak mię się to kojarzy i smakuje, zawodowi winiarze mogą mieć na ten temat inne zdanie…). Miesza się go z Pinot, Cabernetem i Merlot. Oprócz tego sławę zyskało tzw. „medio y medio” czyli mieszanka słodkiego bialego wina gazowanego z białym wytrawnym. Całkiem dobre w smaku, nie powiem, ale upić się tym to tragedia dnia następnego…

10. Garrapiñada. Nad deserami i słodkościami nie będę sie rozwodzić, bo ich nie jadam – z jednym wyjątkiem, garrapiñady wlasnie. Są to orzeszki ziemne gotowane w karmelu z cukru i wanilii, a potem pakowane do małych woreczków. Mozna spotkac tez tak samo robione migdały. Zwykle są sprzedawane z obnośnych małych wózków na ulicach i na Rambli.

A teraz, jaka jest roznica między tymi samymi daniami argentyńskimi i urugwajskimi? Ostatecznie zylam 3 lata w Argentynie, a teraz zyję w Urugwaju, wiec moge porównać..
Po pierwsze jakosc miesa. Urugwajskie jest o niebo lepsze – nawet to supermarketowe czy ze zwykłego mięsnego. Po drugie, jakosc serów. Tu wiedzą, jak je robić i zapewne duza w tym zasługa emigracji szwajcarskiej…
Po trzecie: argentyńskie wersje posiłków są jakieś takie niedbałe, tak jakby nikomu nie chciało się zawracać tyłka detalami.. np. ensalada rusa składa sie z pohabatolonych byle jak marchewy i ziemniakow z paskudnym majonezem. Wersja urugwajska znacznie bardziej przypomina naszą sałatkę jarzynową, chociaż nie ma w niej cebuli i ogórka. Albo garrapiñada: ta urugwajska jest znacznie bardziej miękka i aromatyczna..do hamburgerów i choripanów z budek ma się do wyboru dwa razy więcej sosów i dodatków, na ogół znacznie lepszych… i tak prawie ze wszystkim. Temat wędlin i pieczywa argentyńskiego przemilczę, bo nie ma się nad czym rozwodzić….

Napisane przez: futrzak | 30 Czerwiec 2015

Bankructwo Grecji

wisi na włosku – nie zeby to jakas nowość była – co bardziej przytomni ekonomisci (i nie tylko) wiedzieli, ze tzw. „program pomocowy” i przeforsowane w jego wyniku pseudoreformy doprowadzą do zapasci gospodarki greckiej i tak wlasnie się stalo.

Natomiast czyms, czego chyba banksterka (tu: głównie Trojka) nie spodziewala się, bylo dojscie do wladzy Syrizy, a potem nieugięcie sie rządu Tsiprasa i nie wyrażenie zgody na dalsze niszczenie kraju. Kulminacja nastąpiła po tym, gdy Tsipras oglosił referendum w sprawie przyjęcia bądź nie tzw. „pakietu pomocowego”.
To bylo najwyraźniej jezyczkiem u wagi (co za bezczelnośc pozwalać obywatelom decydować o własnej przyszłości???) i ruszyła ogromna medialna kampania mająca na celu wypranie zwykłym mieszkancom eurozony mózgów.

Flagowy argument, łykany przez prawie wszystkich (tym chętniej, im gorzej wiedzie się słuchającym – zwykła, ludzka zawiść ma tu miejsce) jest taki sam, jak podczas kryzysu subprime mortgages w USA i jak w Polsce przy zwyżce kursu franka. Wersja dłuższa zostala zgrabnie wytlumaczona przez Pochodne Kofeiny.
Wersję krótką można podsumować tak: Grecy są leniwi, nie chciało im sie pracowac, nie płacą podatków, przejedli wszystko na zasiłki i dobrze im tak. Poza tym nikt im nie kazał brać pożyczek.

Well…. Tylko, że nie. Zdaniem Krugmana

Nieprawdą jest, jakoby Grecy byli leniwi. W istocie pracują więcej niż większość Europejczyków, w tym Niemcy. Nie posiadali też rozbuchanego państwa opiekuńczego. Wydatki socjalne, mierzone jako procent GDP, były w Grecji znacząco niższe, niż w Szwecji czy Niemczech właśnie.

Gdzież więc podziała sie kaska z ostatniego tzw. „bailoutu”?
Cóż, jak podsumowuje Guardian:

Tylko 10% wszystkich pieniędzy otrzymanych przez Grecję w 2010 i 2012 roku trafiło do zwykłych ludzi i na program reform. Reszta poszła do banków, które pożyczały Grecji pieniądze przed kryzysem. Następnie Ateny zostały zmuszone do obniżenia świadczeń emerytalnych i płac minimalnych.
Zadziałał dokładnie ten sam mechanizm, co w USA:

„The bailouts have been for the European financial sector, while passing the debt from being owed to the private sector to the public sector.”

czyli bailout był skierowany na uratowanie sektora finansowego, który to sektor po zarobieniu kasy na hojnie udzielanych na lewo i prawo pożyczkach i napędzaniu inflacji przerzucił koszty swojej niewypłacalności na sektor publicznych finansów, czyli świadczenia fundowane z pieniędzy zwykłych Greków. Flagowy bank stojący za wejściem Grecji do strefy euro – Goldman Sachs – skręcił księgi rachunkowe po to, żeby na papierze Grecja spełniała formalne wymogi, a on mogł się obłowić i uniknąć odpowiedzialności.

No. Ale zwykły Polak dalej będzie obwiniał leniwych Greków, podążając za trendem wyznaczonym przez płatnych, bankowych trolli…

Napisane przez: futrzak | 27 Czerwiec 2015

Wyprawa do Fortu Artigasa

czyli do Fortaleza del Cerro.

Przyroda sama zadbala o idealne umiejscowienie: najwyzsze wzgórze w departamencie Montevideo (ha ha, cale 134 metry…) tuż przy zatoce Montevideo i wejściu do portu. Nic, tylko zbudować fortecę, obsadzić ją armatami i port będzie nie do zdobycia…tak tez sie stalo: w 1839 roku zakonczono budowę.

Dziś w forcie jest muzeum – dostępne dla wszystkich, jednakże jak większość tego typu przybytków w stolicy – w godzinach mocno niewiadomych. Tj. zgodnie z przybitą tabliczką na drzwiach powinno byc otwarte gdy przybyliśmy, ale nie było. No trudno.

Ale zacznę może od początku.
Na wzgórze nie dojeżdza żaden autobus komunikacji miejskiej, wybraliśmy się więc byli samochodem.
Samochód miał coraz większe problemy z wspinaniem sie po krętych uliczkach, kasłał, czkał aż…. wreszcie sobie stanął. TADAAAAm! Benzyna sie skonczyła.
Tyle lat jeżdze samochodem, a nigdy nie zdarzyl mi sie podobny „wypadek przy pracy”… no ale coz, prawda jest, ze nigdy nie jezdzilam takim zabytkiem motoryzacji, ktory mialby wiekszosc czujników i kontrolek zepsutych.

Co robi sie w Urugwaju w podobnych sytuacjach? Ano dyma na piechotę na najblizsza stację benzynowa (na szczescie byla niedaleko) i kupuje benzynę w… worku! Worek wygląda tak:

IMG_8234

Uprzejmy pan ze stacji dodał do kompletu rurkę (za darmo, bo sam worek kosztuje 20 peso urugwajskich czyli 0.7 USD) – do zwrotu…

Dojechanie na sama górę nie jest trywialne, bo co prawda sam Fort widac, ale uliczki nie maja zadnego oznaczenia ani drogowskazów, a ciagną sie przez….slumsy. Mimo, ze okolica wygladala malo ciekawie, to jednak nic sie nam nie stalo oraz nikt nie wykazywal wrogich zamiarów. Droga na szczyt jak i same okolice fortu mocno zaniedbane..ale widoki powalają na kolana.

Sami zresztą zobaczcie…

Napisane przez: futrzak | 22 Czerwiec 2015

Skąd się biorą tyrani


Wiadomo dzisiaj, że mózg człowieka w momencie narodzin nie jest jeszcze w pełni ukształtowany. Maltretowanie lub zaniedbywanie dziecka powoduje, że jego mózg, poddany ciągłemu działaniu hormonu stresu, doznaje uszkodzeń i zasklepia się w kalekiej formie nie rozwijając pewnych partii m.in. odpowiedzialnych za wyższe emocje, takie jak współczucie czy altruizm. U dzieci maltretowanych części mózgu zawiadujące tymi emocjami są nawet o jedną trzecią mniejsze niż u pozostałych. Doświadczenia na małpach wykazały, że zwierzęta pozbawione we wczesnym dzieciństwie troskliwej opieki stawały się agresywne i skłonne do zabijania przedstawicieli swego gatunku. U dzieci brak ciepła fizycznego i emocjonalnego kontaktu z opiekunem oraz przemoc wiodą do podobnych skutków.

[….]
Aby przetrwać nieludzkie traktowanie – tłumaczy Miller- dziecko musi wyrobić w sobie mechanizm obronny. Musi wyprzeć się swego bólu, a maltretowanie uznać za normę. Dlatego poniżanie i przemoc, przy braku jakiejkolwiek pomocy, alternatywy czy możliwości ucieczki, mogą wpoić ofierze podziw dla okrucieństwa i przekonanie, że bicie jest nieszkodliwe, a kary cielesne usprawiedliwione. Przekonanie to, zakodowane w podświadomości, może dojść do głosu wiele lat później, ponieważ dzieci brutalnie traktowane często nie wykazują natychmiastowych objawów zadanego im gwałtu. Zawsze jednak, wcześniej czy później, najczęściej wówczas, kiedy dręczone dzieci same zostają rodzicami, dochodzi do powtórzenia rodzinnej tragedii. Jako dorośli czynią swym dzieciom dokładnie to, czego doświadczyli od własnych rodziców.

[…]
Małe dziecko narażone na przemoc ze strony najbliższych nie może ani obronić się, ani uciec. Porównując jego sytuację z położeniem więźnia obozu koncentracyjnego Miller twierdzi, że jest ona w pewnym sensie gorsza. Dorosły więzień obozu jest w pełni świadom wyrządzanego mu zła, odczuwa nienawiść do oprawców, może o swych odczuciach porozmawiać z towarzyszami niedoli, może w swej rozpaczy obwiniać ludzi, Boga lub los. Dziecko nie ma żadnej z tych możliwości. Wobec braku wcześniejszych doświadczeń nie wie, że znęcanie się nad nim jest wynaturzeniem, więc choć cierpi, przyjmuje to za coś naturalnego. Pomimo zadawanego mu bólu kocha rodziców, gdyż miłość ta jest mu niezbędna do życia. Nienawiść do nich jest wypierana ze świadomości tym bardziej, że jest ona zakazana
kulturowo. Dziecko nie ma zwykle komu zwierzyć się ze swoich uczuć – tym trudniejszych do wyrażenia, że nie zawsze uświadomionych, zawsze natomiast bardzo skomplikowanych. Według Miller nie tyle samo cierpienie, co niemożność jego wyrażenia staje się przyczyną psychicznej patologii.
Zdławione reakcje znajdują więc ujście dopiero po latach w aktach samo estrukcji (nerwica, uzależnienie od narkotyków, samobójstwa, choroby psychiczne) albo w agresji skierowanej przeciw słabszym (w tym własnym dzieciom) lub przeciw mniejszościom. Obiekty nienawiści różnią się w różnych krajach i kulturach, ale mechanizm jest ten sam. Dziecięce fantazje o zemście znajdują zastępcze ofiary i budują zastępcze ideologie nienawiści, by uzasadnić swą paranoję.

Wpis dedykuję wszystkim rodzicom, którzy uważają bicie za niezbędną „metodę wychowawczą”.
Zanim podniosą znowu rękę na swoje dziecko, zanim znowu je upokorzą, niech przeczytają całość wywiadu z Alice Miller i zastanowią się nad tym, co robią.

Napisane przez: futrzak | 19 Czerwiec 2015

Retro wspomnień czar…

Postanowilam zapisac sie na lokalny portal dla szukających pracy http://www.buscojobs.com.uy i poczulam sie jak w Polsce lat 90-tych.

Obligatoryjnie trzeba podać datę urodzenia, stan cywilny (w USA dzięka demokratom i ustawom antydyskryminacyjnym, nie trzeba…), edukacje, doświadczenie zawodowe….
ALE. To ostatnie jakiś mundry zrobił jako drop-down z juz wyznaczoną selekcją, a nie free-txt. Tak więc nie mogę zgodnie z prawdą podać kraju, bo Polski na spisie nie ma. Podobnież nie ma kierunku, z ktorego się magistrowałam. Właściwie większości rzeczy nie ma, bo ja nie urodziłam sie w Urugwaju, ani tutaj nie konczylam szkol, tudziez nie pracowalam …a już w ogole wymóg podawania zarobków w kazdej poprzedniej pracy uwazam za outrageous – no chyba ze mamy ustawę, która nakłada na wszystkich (właścicieli firm też) obowiązek podawania swoich obecnych i przeszłych zarobków. A ominąć tego się nie da, bo trzeba miec wszystkie pola wypełnione, bo inaczej nie da się zaaplikować na żadną ofertę…a większość firm ma nazwę zastrzeżoną… (jak jest jawna, to mogę znalezc ich website i wyslać tą drogą resume, chociaż skuteczność takich akcji, jak nauczylam sie doswiadczalnie, jest prawie zadna…).

Ręce tak trochę opadają, bo ten sajt się szczyci byc liderem na rynku hiszpańskojęzycznym w temacie HR…a szukają nie tylko Urugwajczyków, bo są ogłoszenia po angielsku, francusku, portugalsku…a czasem i w innych językach. Ostatecznie w Urugwaju jest tzw. Zona America, strefa wolnocłowa i ze specjalnymi ulgami, są tutaj centra outsourcingu kilku światowych gigantów.
Ofert w ogóle w działce IT na tym websajcie (największym w kraju) jest 140. Jedyną zaletą websajta jest to, że jako aplikant mogę zobaczyć, ile osób na dana oferte wyslało swoje resume. To już coś. Ale poza tym bryndza i żalość.

No nic, nie spodziewałam sie niczego sensownego, ale oczywiście jak czlowiek se poczyta szumne zapewnienia, że Urugwaj będzie drugą Doliną Krzemową i sratytaty, to potem trochę się chce smiać. Nie, nie liczyłam na szukanie pracy tą drogą, po prostu stwierdziłam, że nie szkodzi spróbować i zobaczyc, co to.

No, to już wiem.

Napisane przez: futrzak | 17 Czerwiec 2015

Tempora et mores

Ciekawy artykuł ukazał się na lamach BBC.
Zmieniają się czasy, zmieniają i obyczaje. Technologia umozliwia łatwe kojarzenie mlodych, studiujacych dziewczyn ze starszymi mezczyznami, sklonnymi pokryc ich wydatki na studia.

Zanim zrobi się gównoburza w komentarzach, uprzejmie proszę zauważyć kilka faktów:

– gdyby studia były bezpłatne, a dorywcze prace dostępne kobietom* płatne wystarczająco, zapewne zjawisko nie występowałoby
– gdyby nie bylo męzczyzn, sklonnych finansowac tego typu uklady, zjawisko nie występowałoby
– tego typu układy są znacznie bardziej zblizone do tradycyjnych aranzowanych małzenstw niz do prostytucji – oraz bardziej korzystne dla kobiety niz jedno i drugie.

Aranżowane malzenstwa** są wbrew pozorom bardzo powszechne na swiecie. Indie, swiat arabski – tutaj malzenstwo to jest po prostu kontrakt biznesowy, z wyznaczonymi obowiazkami: mąz ma placic na utrzymanie rodziny, żona ma szereg obowiązków (zwykle domowych), z czego najwazniejszy to urodzenie i wychowanie dzieci. Przy czym w razie rozwodu to żona ma przesrane – w szarii całościowa opieka nad dziećmi nalezy sie męzowi i jego rodzinie, podzial majatku nie istnieje (żona moze zabrac ze soba tylko to, co wniosla w posagu). W Indiach prawo jest bardziej łaskawe, ale rozwódka albo wdowa, ktora cale zycie zajmowala sie domem, tez znajduje sie w bardzo nieprzyjemnej sytuacji i moze liczyc tylko na swoja rodzine.
W Chinach, Korei, Japonii sytuacja wyglada znacznie lepiej, ale nadal obowiazkiem mlodych jest znalezc partnera, urodzic potomstwo i je wychowac – przy czym wystepuje tu podzial ról. Kobieta, nawet jesli ma jakas kariere przed slubem, to po urodzeniu dziecka oczekuje sie od niej rezygnacji z tejze i poswięcenia sie zupelnie wychowaniu dziecka. Rozwody sa bardzo niemile widziane.

O prostytucji nie będe wspominac, bo powiedzmy sobie szczerze procent kobiet, ktory z pelna swiadomoscia wybiera taki sposób na zycie jest na tyle nikły, ze pomijalny wlaściwie. Domy publiczne są pelne kobiet, ktore zostaly do tego procederu przymuszone bądź to biedą, bądź tez brutalną siła polączoną z szantażem.

A posiadanie sugar daddy jest dosc korzystne. Kobieta moze zdecydowac sie na taki uklad, a moze nie. Moze tez wybrac konkretną osobę. Przewagę finansową, którą zyskuje, przeznacza na inwestycję we własną przyszłosć w postaci dobrej edukacji. Uklad moze w kazdej chwili przerwac.
W historii cywilizacji ludzkiej kobiety chyba nigdy nie mialy takiej swobody i takiego wyboru…(z pominieciem niewielkich wyjatkow, takich jak spoleczenstwa matriarchalne czy pierwotne wspolnoty) – chociaż gorzki to wybór, bo oczywiście okupiony całymi kubłami pomyj wylewanymi na ich głowy przez tzw. straznikow moralnosci.

* – prace dorywcze typowo męskie są zazwyczaj lepiej płatne. W budowlance nikt nie chce zatrudnic kobiety, a przeciez malowanie, glazurowanie, elektryka czy spawanie moze byc równie dobrze wykonywane przez kobiety (czasami nawet lepiej, a to ze wzgledu na ich skupulatnosc i dokladnosc) i jest znacznie lepiej platne niz sprzatanie czy bycie niańką. Ja sama będąc studentką wpieniałam się na durne ograniczenia – nikt nie chcial mnie zatrudnić przy obsludze zwlok (mycie, ubieranie w kostnicy szpitalnej) – a kumple, ktorzy przy tym pracowali zarabiali w tydzien tyle, co ja jako sprzątaczka w 3 miesiące.

** – w aranzowanych malzenstwach kobieta nie zawsze ma mozliwosc wyboru, a w wielu przypadkach moze go przypłacić zyciem z powodu tzw. honor killings.

Napisane przez: futrzak | 15 Czerwiec 2015

Zima..?

A tak poza tym marznę i to marznę potwornie. Od kilku dni jest jakis kataklizm – kilka stopni C w nocy – a w tzw. Interiorze to nawet przymrozki chwyciły…

Myślałam, ze wczoraj bylo apogeum, ale nie. Dziś do kompleciku walnęła jakaś wichura z Antarktydy – tragedia normalnie. Niby sloneczko swieci, niebo niebieskie, ale jak powieje w ślepia, to łzy ciurkiem lecą, a uszy zamarzają i odpadają.
W domu wcale nie lepiej – tu przeciez nigdzie nie ma kaloryferow ani porządnego ogrzewania, a przenosny piec na gaz do bani, bo nie ma wylotu spalin kominem na zewnatrz, wiec trzeba wietrzyc, zeby sie nie udusic…więc o dupę potłuc takie rozwiązanie. A przenosny grzejnik elektryczny (1kw) nie wystarcza. Tak, wiem, moge sobie kupic drugi, a nawet trzeci – a potem z tymi klamotami sie przeprowadzac…

Tak więc siedzę i marznę. Nie pomagają wełniane skarpety i bambosze z kożuszkiem z owczej skóry – a nie przyszlo mi do glowy, zeby ciągnąć ze sobą z Kalifornii ubranka od snowbordu… *Wzdech*.
Chciał ktos znać wady Urugwaju? To wlasnie jedna z nich. Nikt nie buduje domów z super ogrzewaniem, bo i po co? Na tydzien, góra dwa w roku, nie opłaca się (za to klima jest powszechna). Tak więc naród cierpi w milczeniu.

Wiem, jest cała masa krajów, które mają bardziej przesrane od strony klimatycznej. Ot taka Polska, ze o Syberii nie wspomne. Problem jednak polega na tym, ze ja od 17 lat szczęśliwie żyłam w miejscach, gdzie zimy niet, więc sie odzwyczailam.

Na duchu podnosi mnie herbatka z cachaçą (wyjątkowo komponuje się z czarna liściastą i miodem…) oraz złośliwa myśl, że ja się tak pomęcze jeszcze z kilka dni, a potem wszystko wróci do normy. A w Polsce bedzie podobna i jeszcze gorsza pogoda co najmniej przez kilka miesiecy :)

Napisane przez: futrzak | 15 Czerwiec 2015

Aquí y allá

czyli spacer tu i tam, dookoła chałupy.

Najpiew flagowa ulica miasta, czyli 18 de Julio. Jej nazwa pochodzi od daty uchwalenia pierwszej konstytucji Urugwaju. Wsród budynków po jednej i po drugiej stronie można znalezc perełki architektoniczne, niestety tylko kilka zostało pięknie odrestaurowanych. Reszta stoi w milczeniu, przykurzona, wcisnięta pomiędzy koszmarne bloczyska z czasów dyktatury i poźniejsze klocki…

Następny rządek zdjęć to dzielnica Palermo, nazwę wzięła od włoskich imigrantów, którzy osiedlali się tutaj na początku XX wieku w sporych ilościach. Oprócz nich oczywiście Hiszpanie i inne nacje europejskie, ale też afrouruguayos czyli potomkowie różnych nacji afrykańskich, sprowadzonych jako niewolnicy do kraju podczas kolonialnych czasów hiszpańskich. Dzisiaj stanowią oni ok. 6 % ludności, przy czym jakąś domieszkę krwi murzyńskiej ma ok. 9% obywateli.

Trzeci rządek zdjęć to Rambla – nadmorski bulwar. W tym miejscu taki sobie, bo zastawiony paskudnymi blokami z lat (chyba?) siedemdziesiątych czy osiemdziesiątych, a potem starymi budynkami portowymi przy dawnych dokach, powoli popadających w ruinę. O dziwo wszędzie jest szokująco czysto – przynajmniej w porównaniu z Buenos Aires.

Reszta to Plaza Independencia i okolice. W środku placu pomnik i mauzoleum bohatera kraju, czyli José Gervasio Artigasa, któremu Urugwaj zawdzięcza niepodleglosc.

Tu wszystkie zdjęcia z podpisami.

Older Posts »

Kategorie

Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Dołącz do 141 obserwujących.