Napisane przez: futrzak | 23 Kwiecień 2015

Następne mieszkanie znalezione

Mieszkanie znalezione, zaliczka wpłacona, przeprowadzamy sie za tydzien.
Nie ma co prawda Internetu po swiatlowodzie, ale jest po normalnym miedzianym kablu, WiFi, prędkość 2mbs/500kbs wystarczajaca do pracy.
Odleglosc od obecnego mieszkania – trzy przecznice, mozna wiec ręcznie przeniesc wszystko i nie trzeba męczyć sie załadowywaniem samochodu, a potem szukaniem miejsca do parkowania.

Wlasciwie to mieszkanko jest bardzo podobne do ostatniego, ktore wynajmowalismy w Buenos Aires: taka sama powierzchnia, rozplanowanie, tyle ze brak balkonu oraz kuchenki gazowej. Za to okna wychodzą na „studnię” (contrafrente) a nie na ulicę (frente) – co jak dla mnie jest zaletą, bo będzie wreszcie CISZA. Przy pracy zdalnej z domu i lokalizacji w srodku miasta, po którym jezdza stare hałaśliwe autobusy, zaczyna sie doceniac contrafrente…

Aha, i jeszcze jedna różnica: cena. To tutaj jest za 700 USD/mies plus zużyty prąd; tamto w Buenos bylo za 850 USD (i wszystkie oplaty wliczone).
Mamy też tutaj lepsza lokalizacje: samo centrum miasta, ale do oceanu 4 przecznice. Mieszkanie na Aguero (w BA) bylo o 6 stacji metra od centrum, w nienajpiękniejszej dzielnicy, bo zaraz za Abasto, gdzie mieszkali przewaznie Peruwiańczycy, robiący dookoła niezły syf.

Ogloszenie, jesli kogos ciekawi, znajduje sie tu.

W sumie, jesli porównać koszty wynajmu „para turistas” (czyli mieszkania tymczasowe, w pelni umeblowane, na okres nie dluższy niz 5 miesięcy), to w Buenos wychodzą nieco drożej oraz są gorszej jakości – zwłaszcza jakakolwiek hydraulika. W Montevideo rzadko gdzie są na dachach nieśmiertelne beki, tak powszechne w Buenos Aires.

Napisane przez: futrzak | 22 Kwiecień 2015

Antyszczepionkowa histeria

Mity antyszczepionkowe. Jak sie rodza? Na przyklad tak:

Zwolennicy prof Majewskiej, Astromarii et consortes:

Wg danych amerykańskiej bazy VAERS w przeciągu ostatnich 10 lat w wyniku zachorowań na odre zmarło 0 (słownie: zero) osób, natomiast w wyniku szczepień na odrę 108 osób. Żródło: VAERS.

Jak jest naprawde?

Według bazy VAERS ponad 90% śmierci po szczepieniu nastąpiło w wyniku uduszenia. Po położeniu dziecka na brzuchu na miękkiej poduszce albo po przyciśnięciu przez dorosłego. Wysoką pozycję zajmują też wypadki samochodowe. Bo VAERS to baza wszystkich przypadków śmierci po szczepieniu, a nie tych w wyniku szczepień.

Czyli: zbieżność czasowa dwóch wydarzeń nie przesądza o ich kauzalności, oprócz tego każdy może wysłać tam zgloszenie.

Jak ktos nie wierzy, czym jest, jakie ma ograniczenia i do czego służy rzeczona baza danych, może sobie sam sprawdzić: TU.

Problem polega na tym, ze wielu osobom nie chce się sprawdzać, nie znają angielskiego, nie rozumieja stosownej terminologii, wiec biorą takie informacje NA WIARE, no bo skoro jesli wypowiada sie PROFESOR (doktor, czy inny z tytułem) to widocznie WIE.
Voila. Argumentum ad autoritatum w pełnym rozkwicie – szkoda tylko, ze cierpia na tym niestety niczemu nie winne dzieci. Bo przeciez trudno winić dziecko za głupotę rodzica, prawda?

PS: jeśli kogoś interesuje, dlaczego inne argumenty antyszczepionkowców nie mają sensu, niech poczyta u
Barta. Wyjasnione krok po kroku.

Napisane przez: futrzak | 20 Kwiecień 2015

Szukanie mieszkania, podejscie drugie

O pierwszym nie będe wspominac, bo skoro Chlop uznal, ze nie warto nawet zebym sie fatygowala ogladac, to musialo byc straszne.
Drugie za to wygladalo – sądząc ze zdjęć – całkiem zachęcająco..

300 m to niby cała „posesja”, 60m2 to powierzchnia domu. Facet na początku chciał 800 USD/mies plus opłaty za prąd.
Ze niby wyposazone, jaccuzi, ogród, parking etc. no i 5 min od brzegu oceanu (El Pinar to jakies 40 min jazdy samochodem od centrum Montevideo, miejscowość letniskowa).

Ehm.
Już po pierwszej wizycie Chłop powiedział, ze narazie z wyposazenia jest tylko łóżko i wiecej nic, ze wszystko rozgrzebane, bo niby gosciu konczy remont. Jedyne, co bylo świetne, to prędkość Internetu: 40 Mb/s download i 10 Mb/s upload (zmierzone przez nas).

A poza tym….
Juz na poczatku zgrzyt: droga prowadząca do chalupy gruntowa, taka, ze resory i tlumik mozna na niej zgubic. Zajechalismy. Gosc oczywiscie uprzedzony, ze jedziemy, spoznilismy sie o pol godziny (co tutaj jest normalne). Dzwonimy, nic. Wybiegly tylko 3 ogromnej wielkosci psy i szczekaja. Po jakichs 10 minutach otwiera sie brama….wychodzi facet w pidżamie, wyglądający i czający tyle, jakby był na ciężkim kacu….
Idziemy oglądać. Mijamy dom główny. Na jego tyłach owa chałupka z ogloszenia…

Po pierwsze, wokoł obejscia mnostwo rzeczy porozwalanych. Stoi w rogu (przed chałupa) sfatygowana zyciem pralka. Parilla duza – ok, jak na zdjeciu. Gościu otwiera drzwi….
Wchodzę. A tam bardak. Jakis suszak rozstawiony z praniem. Podloga czyms uwalana. Z częsci kuchennej tylko blat i zlew, ani lodówki, ani kuchenki. Pytam, kiedy zostanie zakonczony remont?
– jaki remont?
– no.. tu w mieszkaniu..
– no przeciez jest skonczony, wlasnie skonczylem budowac, tylko lodowke trzeba wstawic.
Widok z obu okien wprost na okna domu głównego. Miejsca mało, chalupa w dołku. Dach bez izolacji, nie ma klimy, nie ma zadnego ogrzewania… nie ma tez drugiego wyjscia z poseji, ani zadnego miejsca do parkowania. Prywatnosci za zewnatrz w zasadzie zero.

Temu panu już podziękujemy… oraz życzymy sukcesów w znalezieniu najemców za takie pieniądze…

Napisane przez: futrzak | 17 Kwiecień 2015

Profesjonalne zasysanie kasy

Barbara Ehrenreich rzekła była:
What I would say if I were speaking to small businesspeople on my campaign in Iowa: If your business plan relies on paying wages that are less than people can live on, it’s not a business plan. It’s a plan for exploiting the desperate.

Dokładnie. Argument typu „nie stać mnie płacić pracownikom więcej, bo zbankrutuję” nie jest argumentem biznesmena, ale wykorzystywacza niewolników. W ten sposób tzw. byznes czerpie dodatkowe korzyści cudzym kosztem.
Jak?
Ludzie, którzy za pracę w pełnym wymiarze godzin (a często i większym) dostają zapłatę nie wystarczającą na utrzymanie się, musza korzystac z pomocy zewnetrznej, zeby przeżyć. W USA są to bony z Suplemental Nutrition Assistance Program, czasami możliwość korzystania z subsidized housing, czasami pomoc rzeczowa/celowa z najrożniejszych organizacji.
SNAP oraz wszelakie inne programy pomocowo/socjalne federalne i stanowe są finansowane z pieniędzy wszystkich podatników. W ten sposób podatnicy subsydiują corpo i prywatne firmy – a największą z nich w USA jest zarazem największy pracodawca – Wall Mart. Dlaczegóżby bowiem właściciele mieli obniżyć sobie o kilka milionów miliardowe dywidendy, skoro owe pieniądze mogą pojść do ich własnych kieszeni, a brakującą dziurę wypełni się kasą podatników?

Jak działa ten mechanizm w Polsce? Właściwie tak samo, zmieniają się tylko subtelności i niuanse propagandowe.
Najbardziej wyeksploatowanym argumentem jest „to nie pracodawca cię okrada, tylko państwo”, poczem nastepują wielce uczone tabelki pokazujące, jakież to straszliwe obciążenia i podatki zapłacić musi ów mityczny pracodawca, zeby pozwolić sobie na luksus zatrudnienia jednego dodatkowego pracownika.

Ten argument jest bardzo trudny do obalenia, bo przecież każdy, kto kiedykolwiek prowadził własną działalność gospodarczą w Polsce (w tej chwili ta forma zatrudnienia, popularnie zwana umowami śmieciowymi, przewaza) wie, jak zabójczy ZUS trzeba płacić i to niezaleznie od tego, ile i czy wyrobi się zysku…
Tylko ze…
– jednoosobowa dzialalnosc gospodarcza to rodzaj umowy przerzucającej na pracownika wszystkie koszty pracy – ubezpieczenie, podatek, koszty urlopów, chorobowe. W ramach etatu dużą część tych zobowiazan placi również pracodawca, w wypadku innych umow – nic (lub prawie nic);
– pracodawcy chcą płacić zarówno na etacie jak i na umowie smieciowej taka samą sumę netto – co dla nich stanowi „oszczędność” rzędu kilkudziesięciu procent;
– ZUS to jeszcze jeden ukryty podatek, na dodatek nadmiernie obciążający najmniej zarabiajacych. Kowalski zarabiajacy miesiecznie 1500 PLN musi zaplacic tyle samo, ile prezes corpo mającej milionowe zyski – bo wysokośc ZUS nie jest kalkulowana jako procent od zyskow;

Tymczasem…. Czy koszty pracy w stosunku do PKB w Polsce są tak kosmiczne, jak je opisuje Lewiatan i inne firmy lobbyingowe? Wg Eurostatu bynajmniej nie:

PracaWPKB

źródło tabelki

Napisane przez: futrzak | 16 Kwiecień 2015

Więzienie – muzeum

Szukajcie a znajdziecie – mawiają. Znajdziecie, no jasne, ale niekoniecznie to, co szukaliście :)

Oto bowiem w niedziele szukaliśmy supermarketu, na który trafiliśmy przed kilkoma dniami całkiem przypadkiem, a w którym były znakomite calmares en tinta (kalmary w atamencie własnym) po okazyjnej cenie.

Szukaliśmy, szukaliśmy, a znaleźliśmy…. muzeum.
Nazywa się Espacio de Arte Contemporaneo ale dalibóg, stron www to jeszcze nie nauczyli się robić porządnie…

Anyway. Dziś jest tam muzeum, otwarte całkiem niedawno, bo dopiero w lipcu 2010 roku z inicjatywy ministerstwa edukacji i kultury. Mieści się w budynku, w którym kiedyś było więzienie Cárcel de Miguelete

IMG_0021

Więzienie funkcjonowało w latach 1888 – 1990 i prawdę mowiąc to, co z niego zostało, jest znacznie bardziej interesujące, niz wystawy sztuki współczesnej znajdujace sie w salach na parterze.

IMG_0022

Zrujnowane, zalatujące stęchlizną powyszczerbiane mury przypominają bardziej przybytki kaźni sprzed paru wieków niż więzienie czynne nie dalej jak dwie dekady temu…

IMG_0023

spacerniak:

IMG_0025

Tutaj wykonywano karę śmierci poprzez rozstrzelanie – przynajmniej, dopoki nie zostala zniesiona w 1907 roku..

IMG_0026

W kazdym razie murale po zewnetrznej stronie więzienia podobaly mi sie znacznie bardziej, niz tzw. sztuka w środku. No bo jakos nie przemawia do mnie dziecięca kolejka jeżdząca między budynkami przypominajacymi poszywane poduszki. Albo stol, krzesla, kredki i tablica, na ktorej (chyba??) kazdy mogl wypisac, co chcial…

IMG_0031

IMG_0032

IMG_0033

Zdjecia wykonane srajfonem, bez zadnej obrobki, wiec proszę spuścic zaslone milczenia na ich jakosc :)

Napisane przez: futrzak | 14 Kwiecień 2015

Czego można się dowiedzieć z polskiej Wikipedii

Przy okazji czegoś innego rzuciłam okiem na polską Wikipedię, hasło psychopatia (osobowość dyssocjalna) i szczęka mi opadła do samego dołu, po prostu.

Że hasła z historii, polityki i okolic są g* warte, wiedziałam już wcześniej. Ale żeby medycyna???

Sami popatrzcie:

Przyczyny osobowości nieprawidłowej

Czynniki:

społeczno-kulturowe (proces wychowania i socjalizacji)
brak jednego z rodziców w wyniku rozwodu, separacji lub śmierci
klimat emocjonalny poprzedzający rozwód,
brak zainteresowania ze strony ojca,
chwiejność rodzicielska;

A teraz prosze porownac to sobie z wersja angielską hasła. Albo innego europejskiego jezyka, o sprawdzaniu w podręcznikach medycznych już nie wspomnę.

Słabo mi….

Napisane przez: futrzak | 13 Kwiecień 2015

Chmura – WON!

Applowy iCloud to jest kupa g*na, że tak powiem. Zupełnie intuicyjnie trzymalam sie od tego z daleka, na odleglosc kija, i okazalo sie, ze calkiem slusznie. W koncu jednak doszlo do uzycia.

Jak panstwo wiedza, kilka wpisow temu szarpalam sie z wydostaniem zdjec ze starego srajfona. Podlączenie do makówy kablem nie wchodzilo w grę, bo makówa niewstana jeszcze byla, teraz nie wchodzi w gre, bo podlaczenie wywoluje automatycznie iPhoto a to zawiesza komputer.

Anyway. Jako ze wysylanie kazdego zdjecia oddzielnie emailem (gdy srajfon jest w zasiegu WiFi) jest przepotwornie wolne, wzielam nowszy srajfon, ktory ma opcję wysylania stadnego, prawdaz. Zdjecia zrobilam, wyslalam do iCloud i…. zaczela sie jazda.

Glupia naiwna ja – pod koniec calej operacji na pytanie o „share” napisalam, ze chce podzielic sie sama ze soba i podalam swoj adres email, poczem radosnie wrocilam do domu z przekonaniem, ze zaraz sobie online obejrze zdjecia.
Buahaaaa.

Akurat. Po pierwsze, nie ma tak, zeby wrzucone zdjecia czy filmy byly sobie na sieci dostepne, nie. Trzeba miec prawdaz oprogramowanie do „wspolpracy” z chmurą. W wypadku makówy musi ona miec OS Maverick (co najmniej) i trzeba uzyc iPhoto albo Aperture, uprzednio opcje chmury wlączyć/skonfigurować. W wypadku Windows trzeba sobie specjalny program sciagnac i skonfigurowac – program do obslugi chmury…

No, to juz sie naogladalam, prawdaz… Mavericka ani pozniejszego OSa nie mam (instalka jak wiadomo nie powiodla sie i narazie przy sieci z prepaidowego modemu napewno jej nie zrobie); odpalenie iPhoto powoduje zawieszanie sie komputera…

W d*pę sobie Apple wsadz uslugę chmury, do ktorej trzeba uzywac jakichs programow trzecich, sciagac, konfigurowac, autoryzowac i trzy razy sie na pięcie obrócić, klasnąc i zagwizdać uszami.
Dobrze, ze nie zaczelam uzywac tego do synchronizowania calej reszty – kalendarza, bookmarkow, kontaktów etc. Tez ponoc dziala tak, jak by chcialo, a nie moglo. O security nie wspomne, bo chyba kazdy slyszal, jaka sie z tego afera zrobila…
Wolę google drive – przynajmniej wszystko mam zawsze dostępne z dowolnego komputera, na którym mam dowolną przeglądarkę.
Oczywiscie, ze srajfona nie moge sobie zdjec ot tak wyslac gdzie chce, nie.

PS: zdjęcia zostały zrzucone za pomocą kabla na piździka (tablet Assus Transformer z win 8.1), oczywiscie nie zeby tak o, dzialalo z Windows normalnie, nie. Samo podlaczenie kabla i wykrycie srajfona nic nie daje, bo od strony windy dostajemy komunikat „there are no pictues on this device” i tyle. Trzeba najpierw unlock screen, potem wlaczyc kabel do portu USB, a potem jeszcze na srajfonie powiedziec, ze nie, to nie jest jakis straszny zlodziej i nikt sie nie wlamuje i ze MOZNA uzyc tego komputera do zgrania zdjec.

OJP…
Chmura-srura. Tym państwu już dziekujemy…

Napisane przez: futrzak | 12 Kwiecień 2015

Plusy, fusy i minusy

czyli obserwacje dnia codziennego w nowym kraju.

1. Jedzenie faktycznie jest o kilka klas lepsze, niz w Argentynie. Wyroby mięsne (witamy spowrotem świetne wędliny!!!), przetwory mleczne a nawet pieczywo. Można tu dostać świetne bułki z siemieniem lnianym oraz żytni pumpernikel. Ten ostatni nie jest tani, bo jedzą go chyba tylko emigranci z Europy północnej, ale jest.

2. Są śledzie!!!! Co prawda importowane tylko (oczywiście, wszak w poludniowym Atlantyku nie plywaja, prawda?), ale są! Łosoś chilijski tańszy niż w Argentynie, podobnie małże.

3. Banki otwarte w godzinach chorych tj. 13.00 – 18.00

4. Do parilli wykorzystuje się na ogoł drewno eukaliptusa, którego plantacji jest sporo (dofinansowanie rządu w celu wygenerowania towaru eksportowego). Smak mięsa z takiej parilli – bezcenny.

5. Jest prepaidowy, mobilny Internet. Sposób ładowania – niespotykany chyba nigdzie indziej na świecie. Otoż, nie ma tak, że pójdzie człowiek doładować kartę i voila – działa. Nie….. doładowanie to tylko doładowanie. A potem trzeba jeszcze oddzielnie wykupić sobie konkretną usługę, wysyłając SMSa….ta…tak jakby doładowanie mozna bylo zuzyc na zagotowanie sobie wody na kawę, no nie?

6. W większości stolicy oraz ważniejszych miastach jest Internet po światłowodach. Dziekujemy państwowemu monopolowi telefonicznemu, który działa w interesie mieszkańców kraju, a nie udziałowców. W ogole Urugwaj ma najlepsza w calej Am Pd infrastrukture i tym zachwyca się caly tzw. cywilizowany świat. O ironio milczy ów świat o źródłach tejże infrastruktury i sposobach jej finansowania.

7. Styl imprezowania podobny jak w Argentynie: do klubów wychodzi się późno w noc, baluje do rana. Niedzielny ranek to najbardziej opustoszala pora pod wględem aktywności ludzkiej. Wszyscy odsypiaja :)

8. Mate piją wszyscy i wszędzie. Po ulicach chodzą ludzie z termosem pod pachą i materą w ręku. Przeciętna matera ma znacznie większy rozmiar niż w Argentynie.

Jose-Mujica-bebiendo-mate

(zdjęcie z www.taringa.net

Napisane przez: futrzak | 9 Kwiecień 2015

Czy można zadłużyć się nieświadomie?

Jest takie powiedzenie, ze bogatemu wszedzie sie dobrze zyje, a biednemu zawsze wiatr w oczy.
True, true, ale w jednych krajach wiatr w oczy onym biednym, a w innych wichura z gradem, sniegiem a i jeszcze kopa na popęd dostaną od lokalnych i państwowych władz.

Takie kopy od jakiegoś czasu rozdają władze i ustawodawstwo Kalifornii, niestety.
Rezydenci tego stanu mogą zarobić mandat drogowy (traffic citation) za niezapięcie pasów, wandalizm, naklejki rejestracji samchodu umieszczone w niewłaściwym miejscu (misplaced registration stickers), niedzialajace tylne swiatla, wagarowanie (tak tak ), brak zmiany oficjalnego adresu na prawie jazdy (w razie przeprowadzki), smiecenie, spanie na chodniku – wszystko w wysokosci 490 USD. Opłata wzrosła od czasu recesji 2008 roku.

Co się dzieje, jeśli ktoś nie zapłaci mandatu i nie pojawi się w sądzie w wyznaczonym czasie? Taka osoba zostaje obciążona dodatkową opłatą (civil assessment fee) 300 USD, a jej prawo jazdy zawieszone.
Na dodatek przegapienie terminu sądowego skutkuje banem na możliwość pojawienia się w sądzie w ogóle (i udowodnienia np. swojej niewinnosci albo rozlozenia oplaty na raty), dopoki nie uiści się całej sumy.

W wielu wypadkach ludzie nie zjawiają się w sądzie po prostu dlatego, ze nie otrzymali wezwania albo dlatego, ze mandaty wręczone przez policję są wypisane w nieczytelny sposób.
Od tej chwili zaczyna się spirala w dół: niemożność dojechania do pracy samochodem (w bardzo niewielu miejscach jest jakas alternatywa w postaci komunikacji publicznej) oznacza utratę pracy albo narazenie sie na kolejne mandaty: 300-1000 USD za jazde z zawieszonym prawem jazdy oraz sześć miesięcy więzienia.

Przez ostatnie 8 lat w Kalifornii zawieszono 4.2 mln praw jazdy, czyli 17% wszystkich posiadajacych prawo jazdy.
Historie takie, jak rezydenta San Francisco, Thaddeusa Forda, nie są rzadkie. w 2008 roku został zatrzymany, gdy przestawiał niezarejestrowany samochod przyjaciela z jednego miejsca parkingowego na drugie. To właśnie wtedy dowiedział się, że popełnił wykroczenie prowadzenia samochodu mając zawieszone prawo jazdy (o czym nie wiedział). Prawo jazdy zawieszono, bo nie zapłacił mandatów dotyczących samochodu, który sprzedał. O mandatach nie wiedział, bo nie on je otrzymał, tylko osoba prowadzaca samochod, ktory sprzedal. Niemniej, poniewaz jego nazwisko „was on the vehicle”, został obiążony płatnością. Z powodu nieposiadania ważnego prawa jazdy stracił pracę jako taksówkarz i nie mógł dostać następnej, bo nie miał wymaganych dokumentów. Zaczał zalegać z czynszem i w końcu znalazł się na ulicy jako bezdomny.

źródło.

Napisane przez: futrzak | 7 Kwiecień 2015

O karłowacieniu….

Montevideo jest miastem rozciagajacym sie na niewielkich wzgorzach. No, moze wzgorza to za duzo powiedziane, sa tu jakies wzniesienia, tkanka miejska nie rozciaga sie na kompletnie płaskiej patelni, jak to miało miejsce w Buenos.

Jako ze poruszamy sie w obrębie centrum i przyleglosci na autonogach, to te gorki zaczyna byc czuc…. I to jest smutne – bo dopiero teraz zauwazam, jak bardzo zdechła mi kondycja podczas mieszkania w środku molocha. Żeby przejsc pare kilometrow, zaliczyc parę razy góra-dół a potem mieć zakwasy na drugi dzień???

Eh. A przeciez jeszcze całkiem niedawno, własnymi nogami, w śnieżycy wlazłam na przykład na Lassen Peak. Albo łaziłam po Ansel Adams Wilderness z ciężkim worem na plecach.

Strasznie szybko człowiek karłowacieje jak przestaje byc aktywny fizycznie :-/

Z innej beczki: kto zgadnie, jaki język, zaraz po hiszpańskim, był najbardziej słyszalny w tutejszym urzędzie imigracyjnym?

Napisane przez: futrzak | 6 Kwiecień 2015

Zmartwychwstanie makówki

Tak jest! Komputery tez zmartwychwstaja :)

Przypomne stan sprzed przeprowadzki: komputer padl, przy probie bootowania dawal 3 krotkie sygnaly, potem przerwa i znow. Tak sobie bipczal. Kombinacja bipów wskazywala na problem sprzetowy, z RAMem wlasnie.

Dzis Chłop poszedl wymienic filtr paliwa w samochodzie… przyniosl stary, wybebeszyl, zamoczyl w nim szmatke, tąże przetarl styki RAMU i gniazdo i voila – komputer wstal! Zabootowal sie grzecznie, potem zrobil grzeczny shutdown (poprzednio sie na tej operacji wieszal) i znowu wstal.
Na dodatek prepaidowy modem antela (takie cos jak Play, ten sam hardware huaweia), ktory nijak nie chcial sie instalowac na win7 (system nie widzial modemu jako urzadzenia USB ale jako zewnetrzna storage, wobec czego przy probie polaczenia nie wysylalo toto odpowiednich sygnalow do logowania sie do sieci) grzecznie sie zainstalowal bez jednego errora.

Ze tak powiem – pasmo szarpiących za żyłę niestajacych sukcesów :)
Zebysmy jeszcze tylko znalezli nowa chałupę ze światlowodem za polowe ceny obecnej, to juz w ogole chyba oszalałabym ze szczęscia…

BTW: miejscowy szczep winny tj. tannat baaaaardzo mi smakuje. Zdecydowanie bardziej od malbeca. Ma bardzo dużo tanin i jest bardziej dry.

Napisane przez: futrzak | 5 Kwiecień 2015

Interbalnearia do Punta del Este…

Wczoraj udalismy sie na wycieczke dluzsza – cel Punta del Este. Droga z Montevideo (140 km. ruta Interbalnearia) prawie jak autostrada – prawie, bo nie bylo slimakow do wjazdu/zjazdu a ronda i czasami swiatla (w jakiejs miejscowosci, gdzie zreszta bylo tez ograniczenie predkosci). Spokojnie wszyscy pomykaja ponad setke, sliczna dwupasmowka z bardzo dobra nawierzchnia. Dwa razy trzeba bylo uiscic oplate – w calym kraju bodajze jest ona taka sama tj. 65 peso urugwajskich na bramce (ok 2.50 USD). Zanim jeszcze dojechalismy do Punta del Este odkrylismy przeuroczy zakatek z cyplem wrzynajacym sie w morze. Az do tej chwili nie zdawalam sobie sprawy, jak bardzo tesknilam za oceanem….fale, bezkres i powalajacy zapach.
Czytaj dalej…

Napisane przez: futrzak | 2 Kwiecień 2015

Widoki zaokienne

A jednak udalo mi sie wrzucic kilka zdjec, ale zajecie to potworne – kazde jedno trzeba wyslac ze srajfona emailem (to zrobilam korzystajac z WiFi w knajpie), a potem zgrac na dysk w domu korzystajac z tego modemu. Gmail oczywiscie defaultowo wszystko skanuje, transfer wolny… normalnie makabra jakas :-/ Mam wrazenie, ze te pakiety TCP/IP to golebie pocztowe nosza w pysku….

W kazdym razie to, co ponizej przedstawia widok z okien nowego mieszkania. Calkiem sympatycznie, aczkolwiek wychylanie sie z okna przprawia o lekki niepokoj – zwlaszcza, ze okno zaczyna sie od poziomu uda, a zadnych barierek nie ma…

photo (6)

photo (4)

photo (3)

photo (2)

photo (5)

Napisane przez: futrzak | 2 Kwiecień 2015

I co dalej w Urugwaju..

Znalezienie mieszkania w czasie, ktory okresla sie tutaj jako „semana santa” (swiety tydzien) okazalo sie praca herkulesowa. Ogloszenia na urugwajskim mercadolibre oczywiwiscie wisza, ale ciagle te same. Zmienia sie moze kilka… to, ze wisza nie znaczy, ze mieszkanie jest dostepne, do dyspozycji i do wynajecia.
Niestety pod kazde jedno trzeba zadzwonic i sie wypytac. Co kosztuje czas i pieniadze, bo sie kupuje karte pre-paid.

W kazdym razie po 3 dobach w hotelu udalo nam sie znalezc cos: studio, calkiem ladne, na 10-tym pietrze w centrum, oszalamiajace widoki ale….
– malutka kuchnia z kuchenka elektryczna (a za prad sie tutaj dodatkowo placi, bo drozszy znacznie niz w Argentynie i nie wlicza sie do oplaty wynajmu)
– drogie (tysiac dolcow za miesiac)
– BEZ INTERNETU

To ostatnie bylo najbardziej dotkliwe. Wlascicielka po wielkich dyskusjach udostepnila Internet mobilny czyli modem taki, jak w Polsce Play.
Dziala …

No to wynajelismy, perspektywa placenia 2300 usd za hotel za miesiac (wliczajac parking) zrobila swoje.

ALE. Dzis sie okazalo, ze ten modemik-sremik ma tak zalosna predkosc, ze oprogramowanie do konferencji online nie da rady pociagnac.
No i mam problem. Umowa podpisana na miesiac, a ja mam raz w tygodniu meeting, ktory jest obligatoryjny (z reszty jakos sie moge wykpic). Na dodatek laptop sie wylozyl totalnie, uzywam assus transformer 10 inch, gdzie niestety sluchawki sobie wepne, ale mikrofonu juz nie.
I dupa.
Od czwartku do poniedzialku miasta nie ma, wszyscy wyjechani i wszystko pozamykane. Takie sa „uroki” prowincjonalnego miasta – przy czym uwaga, to prowicjonalne miasto ma wiecej ludnosci, niz Wawa i przedmiescia… co zawsze sobie przypominam jak slysze, kiedy Polacy narzekaja, jakie to zadupie.
No, ale to tak na marginesie.

Z pozytywow: kraj wyglada na znacznie lepiej zorganizowany, niz Argentyna. Drogi lepiej oznakowane, mniej chaosu.
Sa tutaj biedni ludzie, chalupy wrecz sie rozwalajace – ale mniej syfu. Zwlaszcza w stolicy. Jakos albo ludzie bardziej o to dbaja, albo sa lepsze sluzby sprzatajace, albo nie wiem co – ale takiego syfu, jak w Buenos I na przedmiesciach nie ma. Cartoneros tez jakos sie nie rzucaja w oczy.

Jakosc jedzenia co najmniej o 3 klasy lepsza. Ok, to tylko 4 dni, supermarket i przypadkowe restauracje, ale roznice widac. Sery o jakies 30% tansze niz w Argentynie. Pieczywo znacznie lepsze (tak twierdzi Chlop, bo ja oczywiscie nie moge tego jadac). Benzyna drozsza (ok. 1.65 USD/litr). Prad drozszy. Internet lepszy (tam, gdzie jest, ale nawet mobilny jest bardziej dostepny i chyba tanszy).
O bankach nie wspomne, bo maja godziny urzedowania 13.00-18.00 . Spuscimy tutaj zaslone milczenia…

Zdjec nie bedzie, bo assus nie ma odpowiedniego wejscia na karte od aparatu (zbyt staropierdawna jest), a ze nie mamy tu WiFi, to nawet zdjec ze srajfona nie mam jak wrzucic nigdzie. No chyba, ze znajdziemy jakis otwarty przybytek dzis po pracy, co wcale nie jest pewne. Wczorajsza wycieczka wieczorna na stare miasto byla nieco przygnebiajaca. Wszystko wyludnione, otwarty tylko McD i Burger King. Trzeba sie chyba bedzie przejsc na Pocitos – jest tam duzo ekspatow, moze bedzie cos otwarte…

Napisane przez: futrzak | 30 Marzec 2015

Podroz

Jak zwykle, wszystko sie opoznilo. Najpierw pakowanie. Trzeba bylo dobrze ponad godziny, zeby Chlop sie poddal i przyznal ze nie, nie zmiesci sie wszystko do wnetrza samochodu, trzeba instalowac bagaznik na dach oraz popylac do sklepu po pasy mocujace (dlaczego faceci sa tak oslo uparci???).

W efekcie ruszylismy spod domu dopiero ok. 11 rano, nastepna godzine zajelo przebicie sie przez miasto. Na autostradzie okazalo sie, ze nie da sie jechac z walizami i gumami do spania na dachu szybciej, niz jakies 80 km/h…

Do przejscia granicznego na Rio Uruguay w Gualeguaychu dotarlismy ok. 16.00…celnicy zdziwili sie, ze nie mielismy waznej wizy pobytowej w Argentynie, do tego jakos ciezko im szlo trawienie niestandardowego zestawu dokumentow. W koncu jakis starszy ranga wyjasnil, ze samochod kupiony i zarejestrowany w Argentynie nie potrzebuje zadnych dodatkowych pozwolen, licencji etc.
Poinformowano nas, ze z tytulu niewaznej wizy, jesli nastepnym razem chcemy znowu przekroczyc granice argentynska, to bedziemy musieli zaplacic kare: 300 ARS, oplaty dokonuje sie online, za pomoca karty kredytowej, potem trzeba wydrukowac sobie dowod, ze sie oplacilo i to pokazac na granicy, bo inaczej nas nie wpuszcza…(prawda, jaka malo skomplikowana procedura?).
Celnik o malo co, a zakosilby nam dowod rejestracyjny – dobrze, ze wykazalam sie czujnoscia czekisty i po prostu zauwazylam, ze wsrod pliku dokumentow, ktore nam zwrocil, tego akurat nie bylo…
Potem jeszcze tylko kontrola samochodu. Ograniczyla sie do otwarcia bagaznika i pytania, czy mamy jakas zywnosc (nie mielismy, konfiskuja jesli sie ma), pokazania papierka od poprzedniego celnika – i juz.
W sumie byla to najmniej skomplikowana odprawa graniczna samochodowa jaka przechodzilam. Gdybysmy nie mieli wyekspirowanych wiz trwalaby zreszta 10 razy krocej…

Krajobraz po przekroczeniu rzeki zmienil sie dosc znacznie. Po pierwsze – nareszcie gorki i pagorki!!! Po drugie, inna szata roslinna, taka bardziej podobna do europejskiej – oczywiscie jesli pominac palmy i plantacje eukaliptusow.
Te ostatnie zreszta pachnialy oszalamiajaco…
Poza tym, lepsze oznakowanie drog i znacznie mniej chaosu.. oraz jakos czysciej.

Pierwszego dnia nie udalo nam sie dojechac do Montevideo. Zatrzymalismy sie w jakiejs 10-cio tysiecznej miescince, ktora miala hotel. Standard owego hotelu to byly zniszczone lata 70-te, wielkosc pokoju mniej-wiecej pudelka od zapalek (jak jedna osoba lezala na lozku z wyciagnietymi nogami, to druga juz nie przeszla do lazienki…), grzyb i odpadajacy tynk w lazience. Z zalet mozna wymienic dzialajaca instalacje lazienkowa, ciepla wode oraz…WiFi. Za to wszystko trzeba bylo zaplacic 52 USD. Rozboj w bialy dzien, ale coz bylo robic…

WiFi i to szybki, byl na kazdej stacji benzynowej i lokalu, ktore napotykalismy po drodze. Roznica w porownaniu z Argentyna mocno na plus.

Do Montevideo dojechalismy okolo poludnia dnia nastepnego i…spedzili godzine na szukaniu hotelu. No, bo jak sie nie ma mapy, to jednak w miescie dwumilionowym (razem z przedmiesciami) na rympal ciezko znalezc jakas ulice….

W kazdym razie mission accomplished, hotel Ibis ma parking podziemny (za dodatkowe 5 USD), a za dzien pokoj dwojke kasuja 75 USD. Widoki na Ramble, czyli nadmorski bulwar. Przyjemnie i spokojnie nawet wieczorem, w poblizu ambasada amerykanska – niestety – bo supermarket pod hotelem z tych najdrozszych (siec Disco, znana tez w Argentynie), okoliczne sklepy/knajpy tez.
No ale chociaz widoczek z okna przyjemny…

photo

photo (1)

Napisane przez: futrzak | 30 Marzec 2015

Dlaczego Urugwaj

Wiedzieć a doświadczyć, to są dwie różne rzeczy. TRYWIAŁ powie ktoś i w istocie tak jest. Ale….

Dopiero jak ma sie mozliwosci porównać i doświadczyć, odczuwa się tę roznice. I wtedy dopiero przestawia sie cos w glowie, i zmienia sie postrzeganie swiata…

Do tej pory nigdy nie mieszkalam na stałe w naprawdę dużym mieście. Żadne z miast polskich nie łapie się do tej kategorii, nawet nie Warszawa, bo gęstość zaludnienia ma w sumie niewielką. W USA nigdy nie mieszkałam w NYC, LA, Bostonie, Filadelfii czy nawet Chicago. Nawet zreszta te miasta (za wyjątkiem Manhattanu) sa dość, ze tak powiem, „rozwlekłe”.

Buenos Aires bylo pierwszym. Druga co do wielkosci metropolia Ameryki Poludniowej (zaraz za Sao Paulo) – miasto moloch. Metro area liczy ok. 13 mln mieszkancow. Sam kapital (stolica, będąca odrębną jednostką administracyjną) 3 mln, a upakowane to wszystko na powierzchni prawie 3 razy mniejszej, niz Warszawa…

Efekty: wszedzie jest pelno ludzi. Sa parki, jest reserva ecologica ale… pelno ludzi. Huk, zgielk, tlum, zawsze cos sie dzieje, zawsze cos sie zmienia, wieczny ruch, halas i zapchanie.
Są ludzie, którzy to lubią. W takich warunkach się urodzili, to jest im niezbędne do życia. W ciszy, spokoju i samotnosci czują sie chorzy wręcz.

Ja do nich nie należę. Od dawna to wiedzialam, ale wiedziec a doswiadczyc…
Dopiero przez ostatnie 3 lata mialam okazję doświadczyc. Na początku było bardzo fajnie. Muzea, imprezy, knajpy, bary, niesamowita ilość i różnorodność ludzka. Zawsze się coś działo, zawsze sie kogoś nowego poznawało.
Po paru miesiącach zaczyna męczyć. Po roku już uciążliwe, ze nie da się z miasta wyjechać w jakąś ciszę szybciej, niz w ciągu dwóch godzin (transport publiczny czy samochod – to samo). Aktywność fizyczna – spacer w spalinach albo siłownia w pocie i smrodzie innych ludzi, taka ludzka wersja szczurków biegających w kółeczku…

Jednak przywykłam do komfortu Doliny Krzemowej. Godzina jazdy samochodem i jest się nad oceanem. 30 min i najbliższe „górki” – gdzie mozna pojsc na hike na kilka godzin. O rzut beretem park sekwoi. Lick Observatory, Mission Peak… Zatoka San Francisco (jesli ktos ma łódź).
Niestety, nie tylko ja zauwazylam te zalety, koszty zycia w Silly Valley strzelily w kosmos.

Czas wracac do korzeni. Do miejsc, gdzie jest szybki Internet, ale tez przestrzen i jakis kawalek przyrody. Bez tego nie jestem w stanie zyc. Jesli dziennie nie przejde przynajmniej kilku kilometrów, czuję sie chora. Nie, klepanie przysiadow, brzuszków i pompek na macie to nie to samo. Nie bylo i nie będzie zabawne, to jak zginanie się ramienia mechanicznego robota. Nie jestem robotem. Zycie zawodowe ma wystarczajaco duzo ohydnej rutyny i robotyzmu, zeby sobie tego nie dokladac poza pracą i tym, co absolutnie muszę.

Takze, od 2 dni jestesmy w Urugwaju, narazie Montevideo.. Czemu nie inna czesc Argentyny? A bo w U. mozna bardzo latwo zrobic sobie rezydencje. Sam proces trwa dlugo (na oficjalnych stronach urzedu mowia, ze co najmniej rok) – ale wystarczy udowodnic, ze ma sie miesieczny dochod co najmniej 500 USD. Po zlozeniu papierow daja tymczsowe DNI (tutejszy dowod tozsamosci), z tym mozna juz otworzyc konto w banku i podpisac dlugoterminowa umowe najmu.

Napisane przez: futrzak | 26 Marzec 2015

Chińska restauracja

Ale taka naprawdę chińska, dla Chińczyków. Chłop zauważył, całkiem niedaleko nas. Stwierdził, ze skoro wejście zaslania wieeeelkie akwarium z brudną wodą i ogromna rybą (żywą), to napewno musi byc tylko dla Chinczyków.

No i była.
W srodku klasyka, czyli stoly na kilkanascie osob z obracanym srodkiem, oddzielne pokoje na prywatne rodzinne party, na scianach klasyczne malowidla z poetyckimi ideogramami, telewizor z kanalem z chinskiej kablowki (a moze z satelity).

Kelnerka prawie nie rozumiejaca hiszpanskiego, na widok bialych twarzy wpadla w niejaki poploch. Nie mogla wyjsc ze zdziwienia, ze zamawiamy nie dosc, ze zielona herbate, to jeszcze caliente (gorącą; zeby sie upewnic przyniosla nam nawet puszki z taka „fabryczna” ktorą pija sie z lodem…). Załamala sie calkiem, jak zachcieliśmy pałeczek – defaultowo przyniosla nam noże i widelce…

Zarcie bylo bardzo dobre – o kilka klas lepsze, niz w chinskich restauracjach w China Town. Czuc, ze gotowane przez chinskiego kucharza dla Chinczykow, a nie dla turystow. Zadnych ściem z unikaniem przypraw i innych takich.
I pomyslec, ze tyle czasu mieszkalismy w poblizu i nie wiedzielismy – dopiero teraz, na dwa dni przed wyjazdem…

Eh.

A po drodze, znowu niedaleko, natknelismy sie na przeuroczy zakątek:

photo-2

photo

Prawda, jak niewiele trzeba, zeby kawalek miejskiej pustyni zamienić w coś przyjemnego?

Napisane przez: futrzak | 24 Marzec 2015

Kultura telefonu

czyli jedna generacja w tył. No, bo jak to inaczej nazwać?
Pracuję w firmie, gdzie praca odbywa się zdalnie. Zespół rozsiany jest po USA (wszystkie strefy czasowe), Kostaryce, Argentynie.
Standardem są meetingi online odbywane za pomocą konkretnego softu.

I co? G* z przeproszeniem. Za kazdym, ale to każdym razem jeśli meeting zwoływany jest przez kogoś z marketingu albo szefa IT (!!!!!) jest to… meeting telefoniczny. Furda, że ludzie z Kostaryki albo Argentyny się nie przyłączą. Co tam. Ważne, ze cholerne dupki ze Stanów mogą wszystko załatwiać za pomocą telefonu, który najwyraźniej maja przyklejony do ucha 24 godziny na dobę, nawet jeśli siedzą za komputerem w biurze.

Ciekawe, czy przyczyną tegoż jest wrodzony wstręt do jakiejkolwiek bardziej skomplikowanej technologii czy tez moze fakt, ze wypadku uzywania czegokolwiek do VOIP jest mozliwosc rejestrowania logów? A w wypadku telefonu mozna powiedziec jedno, potem zrobic drugie i „nie mam pańskiego płaszcza i co mi pan zrobi”?

Napisane przez: futrzak | 22 Marzec 2015

Zepsute, nadgryzione jabłko…

A mialo byc tak prosto, mowili. Taka tam wymiana dysku, nie? Nie.

Zbieralam sie jak pies do jeza, w koncu dzis nadszedl ten dzien. Solid State Disk Kingstona, 120GB zakupiony.Tak, przygotowalam sie psychicznie na problemy i opracowalam procedure dzialania, bo Apple wprowadzil sobie w Yosemite (najnowsza wersja MacOS) cos takiego jak kext-signing czyli cyfrowy podpis hardwaru. System wykrywa, ze w srodku jest nieprawilny na przyklad dysk albo pamiec i odmawia wgrania drajwera podczas restartu.

No, ale to sie da wyłączyć. No ale…

Jakis czas temu zrobilam sobie bootowalny pędrak (pendrive) z instalką yosemite.
Nowy dysk wsadzony, ruszamy. Boot do poziomu disk utilities, i dawaj.

ZONK. Ze ponoc instalka z pędraka jest corrupted i nie mozna jej zweryfikowac (a po zrobieniu image sprawdzalam przeciez).
No to jeszcze raz. Nic. Jeszcze raz – to mi sie zaczela grafika walic. Jakies krateczki, paseczki na ekranie i BUM blue screen.

Reboot. A tu ikonka folderu ze znakiem zapytania. Komp zglupial i zgubil swoj boot image. No swietnie. To moze instalka via net? Na makówach jest tak, że mozna sie zabotowac bezposrednio z serwerow Appla w Cupertino, jak sie podczas wlaczania systemu wcisnie odpowiednia sekwencje klawiszy.
Ok, jest, wstal w recovery net mode. Zweryfikowal mi serial number, podsunal pod nos stosowny OS (wersja sprzed 4 lat, z jaka kupilam laptoka) – zaczynamy.

ZONK. An error occurred. Sprubój jeszcze raz.
Nosz k*** nienawidze graficznych interfejsow. Nie ma logow, nie mozna nawet zobaczyc na czym sie to bydlę wywala.
Raz, drugi trzeci – zwis na twardo, CPU 100%, wiatraki w ruch. WTF???
Gadam z kumplem, ktory pracowal przez kilka lat w applowskim supporcie. Mowi, ze nigdy nie widzial przedtem takich cudów. Zaczynam nabierac podejrzen, ze moze mam plytę główną zwalona, zwlaszcza, ze szukajac natchnienia w sieci Chlop natyka sie o pozew zbiorowy Appla w sprawie zwalonego dyzajna plyty glownej akurat tego modelu, który mam…

No ładnie.
Ale, druga rzecza, ktora sie najczesciej po dysku twardym psuje, są kości pamieci. Najpierw reset NVRAMu. Dooopa, dalej nie chce instalowac.
No to wyjmujemy jedna kość najpierw, procedura od poczatku. Dalej sie nie instaluje.
Wyjmujemy dwie, wsadzamy kosci z innego laptopa. Dalej nic.

Wrrrr!
A jutro ja musze pracowac, tutaj komp nie dzialajacy, nie kupie nowego bo poniedzialek i wtorek akurat w Argentynie święto!!
Tragedia.

No to moze chociaz da sie zainstalowac stary system via net na starym dysku? Chlop wsadza spowrotem stary dysk, z powodu roztargnienia i sklerozy zapomina podlaczyc baterię. Net boot – instalka na starym dysku znowu wywala sie na tym samym errorze. Probuję wiec zabootowac z pędraka i sprobowac moze na starym dysku instalke yosemite?

Wciskam literke, zeby zabootowac gnoja z pędraka znowu a on… OLEWA sekwencję butowania i… se normalnie spokojnie bez nerwacji wstaje ze starego dysku, ze starym systemem i ustawieniami. BEZ WIESZANIA.

Huh???
ALe o co chodzi? To moze jeszcze raz wstanie? Shutdown, podlaczenie baterii, boot.

WSTAL.

I se stoi, i dziala – notkie piszę przeciez…

Czy ktos moze mi wyjasnic owe cuda? Oczywiscie, zaraz pomyslalam sobie, ze moze jednak RAM byl uszkodzony i sial po dysku. No ale skoro tak, to dlaczego po wymianie kości pamięci nie chcial zrobic instalki ani z pędraka ani z sieci tak na nowym jak i starym dysku? I dlaczego raptem ni w pięć niw dziesięć se wstal tym niby uszkodzonym dyskiem po odlączeniu baterii?

Cudów nie ma, a ja nie jestem hardware engineer. Czy ktos ma jakies sensowne wyjasnienie powyzej opisanego fenomenu?

Napisane przez: futrzak | 20 Marzec 2015

Co to jest bucera

A tymczasem rzeczywistość jakże pięknie uzupełnia różne takie rozważania..

Oto gwiazda TVN, znany dziennikarz, miłośnik pozdróży, zdradza w wywiadzie sposób na tanie podróże z dzieckiem po całym świecie:

Podróże są fantastyczne dla dzieci. Widzę, jak Zośka reaguje na wszystko, co nowe. Na ludzi, jedzenie. Na podróż z dzieckiem wcale nie jest trudno się spakować, nie trzeba brać wanienek, krzesełek i bóg wie czego jeszcze. Fotelik samochodowy? Nie ma sensu – stwierdził. – Do Kanady i USA nie braliśmy żadnych gadżetów. Pojechaliśmy do Walmartu, kupiliśmy wszystko, co było nam potrzebne, a pod koniec podróży wszystko oddaliśmy, mówiąc, że nam nie pasowało.

Oczywiście, wyjeżdzając zagramanicę ów cwany podróżnik „szuka miejsc, które nie są naznaczone Polakami.

Ta….
Może jeszcze potem sie dziwi, że po ujawnieniu swojej narodowości ktoś nieprzyjemnie reaguje?

Owszem, spotkalam sie juz z backpakersami o podobnej mentalnosci. Jedzenie? A po co wydawac pieniadze na jezenie? Idzie sie do hostelu, poznym wieczorem otwiera wspólną lodówkę i bierze, co jest. Za darmo. Potrzeba ci sprzetu? Stary, idz to REI, kup co trzeba a potem wracasz i oddajesz. Tylko pamietaj, ze po miesiącu to juz nie przyjmuja zwrotów no i nie podrzyj namiotu i nie wybrudź spiwora, a wszystko będzie ok.

Cóż. Widocznie w tej cudnej, działającej na rynkowych zasadach komercyjnej stacji nie płacą wystarczająco dużo, zeby odżalować te kilkadziesiąt dolarów i kupic w Walmarcie plastikową wanienkę, krzesełko czy nocnik. A jeżeli jednak dobrze mu płacą, to tym gorzej. I takie coś mieni się być obytym w świecie, Ważnym i Znanym dziennikarzem.

O tempora. O mores…

Older Posts »

Kategorie

Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Dołącz do 120 obserwujących.