Napisane przez: futrzak | 24 Lipiec 2016

Co jest ważniejsze?

Zasadniczo, psze państwa, dzieją się rzeczy ciekawe na świecie. Na przykład odkąd na światło dzienne wypłyneły emaile DNC, nie można już oskarżać zwolenników Sandersa o snucie teorii spiskowych – po prostu wierchuszka partii demokratycznej ustawiała Clintonową jako faworyta od początku, stosując wszelakie możliwe brudne zagrywki. Tyle w temacie tzw. demokracji, a może durnokracji, bo stada naiwniaków dają się nadal nabierać.
Jeszcze ciekawszą informacją jest to, że prokurator z departament stanu nakazał fundacji Clintonów dostarczyć wszelakie dokumenty dotyczące zagranicznych darczyńców w okresie sprawowania przez Hillary funkcji sekretarza stanu. [zrodlo].
Burn baby, burn. Nie ma znaczenia pochodzenie źródła Wikileaks. Jakby kózka nie beczała, to by w dupę nie dostała – najpierw kupa durni z partii demokratycznej miala gdzieś jakiekolwiek cyber-bezpieczeństwo swoich własnych serwerów z emalią, a potem zachowywali się jak udzielne książątka, kpiąc ze wszystkich.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje, a nawet jeśli zainteresuje, to z ulgą odetchnie on na nutę „ci durni lewacy”.
Dlatego, dla owych oświeconych politycznie czytelników, mam znacznie bardziej doniosłą nowinę:
testuję właśnie patelnię ceramiczną i zaprawdę powiadam wam – jest znacznie lepsza od teflonowej!!!
A jak ktoś wyrazi zainteresowanie, to zdradzę sekret następnej teorii spiskowej dotyczącej teflonu. No.

Napisane przez: futrzak | 22 Lipiec 2016

Upadek imperium…..

A tymczasem Trump został oficjalnym kandydatem republikanów. Niestety, ma on duże szanse wygrać, bo przy pokręconej amerykańskiej ordynacji kluczowe będą głosy z kilku stanów – tych raczej niesprzyjających demokratom.
Jeśli faktycznie tak się stanie, to cóż, przygotuj się świecie na jazdę bez trzymanki…

Napisane przez: futrzak | 19 Lipiec 2016

Edukacja – podejście wolnorynkowe

Pamietam lata 90-te w Polsce i propagande dotyczacą edukacji. Ta polska, panstwowa byla zła, bez sensu i w ogole do niczego. Jak zlotego jednorozca hołubiono przed studentami obraz wspanialej, cudownej prywatnej edukacji – zwlaszcza wyższej. Po przyklad zawsze zwracano sie w strone USA i ich prywatnych uniwersytetow będacych swiatową czołówka. Stanford, Harvard, Princeton, ten sprawy.
Czytaj dalej…

Napisane przez: futrzak | 16 Lipiec 2016

Meczet w Montevideo?

W weekend – ale ZESZŁY – nastapiło jakies niesamowite objawienie i objawila sie piękna, słoneczna pogoda. 18 st C i ZERO wiatru, a to przecież środek zimy. O matko!
Rzekomorze* wygladalo rano tak:

IMG_0595

Nic tylko siąść i medytowac, nie?
Czytaj dalej…

Napisane przez: futrzak | 15 Lipiec 2016

Bo ja sprytny jestem!

Gazeta doniosla o ekscesach pewnego Polaka w Chorwacji: zamowil wraz z rodzina posilek, skonczyli, przed ostatnim kesem Polak pobiegl z talerzem z pretensjami do kelnera, ze muchy znalazl.
Rachunek do zaplacenia darowano.
Jednak wlasciciel zaczal byc cokolwiek podejrzliwy, bo biznes jego rodzina prowadzi od 3 pokolen i jeszcze im sie taki przypadek nie zdarzyl. Przejrzal wiec nagranie z monitoringu i wyszlo szydlo z worka – Polak sam wrzucil sobie muchy do talerza, zeby uniknac placenia rachunku.

Zdarzenie jak zdarzenie, ale rozwalil mnie jeden komentarz:
Jak nic uczeń Kuźniara. Z cyklu: „dopłacą ci za podróż dookoła świata”.

Gdyby ktos nie pamietal, to przypomne co pan Kuzniar publicznie kiedys powiedzial:

Podróże są fantastyczne dla dzieci. Widzę, jak Zośka reaguje na wszystko, co nowe. Na ludzi, jedzenie. Na podróż z dzieckiem wcale nie jest trudno się spakować, nie trzeba brać wanienek, krzesełek i bóg wie czego jeszcze. Fotelik samochodowy? Nie ma sensu – stwierdził. – Do Kanady i USA nie braliśmy żadnych gadżetów. Pojechaliśmy do Walmartu, kupiliśmy wszystko, co było nam potrzebne, a pod koniec podróży wszystko oddaliśmy, mówiąc, że nam nie pasowało.

Taki Janek Kowalski uslyszy podobne stwierdzenie w telewizornii, uzna ze o, jaki zajebisty sposob – i sam zaczyna kombinowac, jakby tu nie placic w wojazach.
Rosnie nowe pokolenie „spryciarzy”, rosnie…

Napisane przez: futrzak | 14 Lipiec 2016

Co dalej w Argentynie

Sama dobroc wolnego rynku dala o sobie znac w Argentynie.
Obecny rzad, dochodzac do wladzy obiecywal zlote gory, rownoczesnie krytykujac poprzednikow.
Zdaje sie, ze dopiero teraz zaczyna do Macriego i spolki docierac, ze gospodarka to nie jest magiczne pudelko opisywane przez neoliberalnych piewcow. Ze wystarczy obnizyc podatki (zwlaszcza najbogatszym), puscic na zywiol wszystko co sie da i zapanuje wielka szczesliwosc.

Jak narazie zapanowala inflacja: 40% w polowie roku, wobec planowanych rzadowych 25% rocznie;
Rowniez minister ekonomii Prat Gay przyznal oficjalnie, ze rzad nie spodziewal sie podwyzek utilities w wysokosci.. 1000%..

Jakas czesc problemow zwiazana jest ze zwolnieniem gospodarki krajow osciennych i recesja, jasne, ale jak pokazala praktyka wielu krajow (w tym Polski po 89 roku), nagle uwolnienie cen i puszczenie wszystkiego na zywiol powoduje uderzenie w zwyklych ludzi – bo podwyzki plac nawet jesli nastapia, to sa nizsze niz inflacja i opoznione. Przez te pare miesiecy albo i wiecej ludziom nie starcza na podstawowe potrzeby (oplaty, jedzenie), obcinaja wszelakie inne wydatki, opozniaja sie ze stalymi platnosciami i recesja tylko sie poglebia, poczem kolejna grupa ludzi laduje poza granica ubostwa.
Argentyna cwiczyla ten scenariusz w 2001 roku, a rzad Macriego nic, ale to nic sie nie nauczyl i nie wyciagnal z tego spektakularnego bankructwa zadnych wnioskow…

Rozmawialam ze znajoma z Buenos – pod koniec roku planuja sie przeniesc do USA (jakims cudem udalo im sie wizy H1B zalatwic) – ale tez nie do konca wiadomo, jak pojdzie, bo kupcow na biznes i dom nie widac.

Napisane przez: futrzak | 12 Lipiec 2016

Przeklenstwo bycia overqualified

Od prawie 30 lat, odkad zaczelam parac sie praca w celach zarobkowych, gdy tylko stwierdzalam ze cos jest nie tak, slyszalam: bo jestes zle wykwalifikowana/niedokwalifikowana/malo wyspecjalizowana etc. Znaczy: zrob dodatkowa szkole/kursy/certyfikaty/doswiadczenie etc. a potem napewno znajdziesz dobra prace, bo specjalisci sa poszukiwani.

Yo.
Minely trzy dekady, doszlam do etapu pracy jako kontraktor, ktory jest rzucany na odcinki specjalne w celu blyskawicznego gaszenia pozarow. Opinie od klientow mam nieskazitelna, sa szczesliwi, laurki, te sprawy i….po 3-4 miesiacach moj kontrakt sie konczy, a karuzela zaczyna zaczyna od poczatku.
Prawda jest taka, ze firmy nie chca zatrudniac kogos takiego jak ja na stale. Mam „zbyt duze doswiadczenie” – czytaj: boimy sie, ze mozesz nas wygryzc.
W zwiazku z tym moja praca w tzw. systemie agile polega na wyrywaniu z gardla strzepow informacji o produkcie, ktora to informacja jest w glowach ludzkich tylko i wylacznie, a tzw. system agile sprzyja temu podejsciu: wszak dokumentacja to strata czasu, czytaj kod albo zapytaj sie Janka product ownera, jakie mial plany i jak to mialo dzialac rok temu. O, dzisiaj tak nie dziala? Ojej, widocznie sie cos zmienilo, wiesz, nie dotykalem tego kodu od roku, nie wiedzialem…

Firmy najchetniej zatrudniaja ludzi w srednim wieku, najlepiej wasko specjalizowanych, najlepiej z rodzina na utrzymaniu i z kredytem i najlepiej facetow. Waska specjalizacja i niezbyt duze doswiadczenie gwarantuje, ze taki czlowiek nie znajdzie szybko dobrze platnej pracy, a nawet jesli znajdzie (zalozmy, ze akurat jest minimalne bezrobocie a ludzie z dzialki IT sa pilnie poszukiwani), to dziesiec razy sie zastanowi, bo przeciez co miesiac musi zaplacic kredyt i wykarmic dziecko. To ogromna odpowiedzialnosc, nie bedzie wiec czynil zadnych gwaltownych ruchow. Z drugiej strony dobrze zeby to byl facet, bo w razie czego zostanie bez problemu po godzinach, a jeszcze jak sie go postraszy zwolnieniem, to nie bedzie nawet domagal sie zaplaty za te nadgodziny…

Inwestowanie w pracownikow, uwazanie ich za asset? To coraz bardziej piesn przeszlosci. Po co inwestowac w pracownikow, skoro to, ile firma zarobi, zalezy od podpisanych kontraktow, a te z kolei zaleza od kasy wydanej na lobbying/lapowki a nie od jakosci sprzedawanych produktow?
Jakosc liczy sie tam, gdzie koncowy uzytkownik jest w stanie zauwazyc roznice – np. porowna sobie dwa chleby, jeden jest dobry, a drugi zakalec. Wiadomo, ze bedzie wolal ten lepszy. Zreszta, nawet w tym przypadku tez nie do konca moze to dzialac w ten sposob: starczy, ze producent syfiastego chleba przekupi lokalne wladze, zeby nie wydaly pozwolenia na zbudowanie nowej piekarni. Problem solved, konkurencja wyeliminowana, tanim kosztem.
Powie ktos, ze gdyby wladze nie regulowaly podobnych rzeczy, to nie byloby problemu. Otoz bylby, co pokazuje historia kolonizacji nowych terenow z bogatymi zasobami. Tam, gdzie nie ma solidnej struktury lokalnych wladz, wchodzi mafia ze swoimi prostymi metodami: tajemnicze zaginiecia, podpalenia, niewyjasnione wypadki samochodowe albo wrecz proste i malownicze odstrzeliwanie konkurencji na ulicach.

Wrocmy jednak do tematu: jakie stad wnioski plyna? Jesli nie jestes czlowieku z kasty bogatych* a pracujesz zarobkowo, to lepiej zapewnij sobie sam wlasna emeryture najdalej po czterdziestce, a przed piecdziesiatka, bo laska panska panska na pstrym koniu jezdzi i dzis masz prace, a jutro mozesz nie miec. Jak jej nie bedziesz mial wystarczajaco dlugo, to przezresz wszystkie oszczednosci i bedziesz w punkcie wyjscia swiezego absolwenta collegu – z tym, ze ich zatrudniaja z checia, a ciebie odkopia na smietnik historii….

PS:
kasta bogatych to ludzie, ktorzy w dowolnej chwili zycia nie musza pracowac zarobkowo, bo moga zyc z dochodu pasywnego. W sklali swiata ogromna wiekszosc tych ludzi po prostu urodzila sie w bogatych rodzinach i nawet jesli wniesli cos do puli ludzkosci (np. taki Gates…) to przeciez pierwszego miliona na rozkrecenie biznesu nie musieli pozyczac, bo dostali od tatusia lub mamusi w prezencie, i nawet jak im nie wyszlo, to mogli jeszcze probowac raz drugi, trzeci i czwarty, bo przykry reality check w postaci wyladowania na ulicy nigdy im nie grozil.

PS2:
zostaje jeszcze kwestia dochodu podstawowego. Obawiam sie jednak, ze zanim zostanie powszechnie wprowadzony w zycie, to moje pokolenie zdazy juz dokonac zywota..

Napisane przez: futrzak | 10 Lipiec 2016

Posłowie – o rasizmie

13_n

A demonstrator protesting the shooting death of Alton Sterling is detained by law enforcement near the headquarters of the Baton Rouge Police Department in Baton Rouge.
[Osoba biorąca udział w proteście przeciwko zastrzeleniu Altona Sterlina jest aresztowana przez funkcjonariuszy w pobliżu komisariatu policji w Baton Rouge].
Autor Jonathan Bachman of Reuters.

Komentarz pewnego internauty, a konkretnie pisarza mieszkającego w San Francisco:

This is one of the most powerful images I’ve seen in years.

You’re peeking directly into the laboratory of white supremacy. A system that will send TWO men in full riot gear to arrest ONE Black woman for one purpose: give her a criminal record.

If she is charged (most Black protestors are) for participating in a peaceful protest, she’ll be forced to disclose her new criminal record on ALL job applications and applications for rent.

That one small change can limit where she works, how much she can get paid, and where she can rent.

The implications are LIFE CHANGING. This act of arresting peaceful Black protestors is SYSTEMATIC RACISM AT WORK, BEFORE YOUR VERY EYES.

„You’re a Harvard Law graduate? 7 years of experience? Nice! Ooh, it looks like you have a criminal record… Sorry!”

[To jeden z najmocniejszych obrazów, jakie widziałem w ciągu ostatnich lat. Patrzysz bezpośrednio na system stworzony przez białą supremację: system, który wysyła dwóch funkcjonariuszy w pełnym wyposażeniu żeby aresztować jedną czarną kobietę po to, by była notowana. Jeśli zostanie oskarżona (a większość czarnych prostestantów tak kończy) o udział w pokojowym proteście, będzie zmuszona poinformować o tym fakcie na wszystkich aplikacjach o pracę i o wynajem. Posiadanie criminal record ogranicza możliwe oferty pracy i płacy oraz to, gdzie będzie mogła wynając mieszkanie. To będzie miało wpływ na całe jej życie. „Oh, skończyłaś prawo na Harvardzie? 7 lat doświadczenia? Świetnie! Ooooo ale byłas notowana. Dowidzenia!”]

I jeszcze jedno zdjęcie. Jak policja traktuje białych uzbrojonych protestujących:
[Confederate Rally in Stone Mountain]

23f

Napisane przez: futrzak | 8 Lipiec 2016

Strzelanina w Dallas

To była własciwie kwestia czasu, niczego wiecej.
Powszechny i niekontrolowany dostep do broni, nie wyłączajac karabinow szturmowych; stany, w ktorych każdy – nawet podejrzany znajdujacy sie na liscie potencjalnych terorystow, osoba chora psychicznie czy ktos notowany – moze wejsc do sklepu i kupic sobie dowolną broń, no questions asked; wreszcie zamiatanie pod dywan kolejnych przypadkow strzelania do czarnych Amerykanow jak do kaczek – to się musiało tak skonczyć.

Teraz następują rytualne potępienia, płacze i tak dalej. Atmosfera nienawiści już buzuje, a podziały się pogłebiają. Każdy rasista i white supremacists uważa, że oto potwierdziły się ich teorie – czarnuchy zabijają policjantów, wytłuc ich wszystkich, a ci co nie zdechną, niech idą pracować na pola bawełny jak za dawnych czasów, bo tam ich miejsce.
Czarni są coraz bardziej wkurzeni, bo coraz trudniej zwykłym ludziom przeżyć w tym kraju a ci, którzy zabijają bezbronnych czarnych, są oddelegowywani na „paid administrative leave” i na tym sie sprawiedliwość kończy.

Ciekawe, co jeszcze musi się stać, żeby uregulować dostęp do broni palnej oraz zreformować policję? Kiedy do tych tępych debili w kongresie dotrze, że sytuacja jest na granicy? Czy musi znależć się następny desperat snajper, który tym razem zacznie wybijać jak kaczki skorumpowanych kongresmanów i szefostwo CIA, zbierające na nieprzewidziane wydatki handlem narkotykami?

Napisane przez: futrzak | 7 Lipiec 2016

Zmęczenie materiału…

Dobrze, ze juz konczę pracę dla tej firmy (zleceniodawcy z usa z branzy oil), bo po prostu jestem zmeczona waleniem glowa w mur.

Upgrade i reorganizacja infrastruktury, wiadomo ze trzeba przetestowac wszystko. Ja robilam (testy, automatyzacja) jakis kawalek tylko, powiedzmy ze z 30%. Dostalam polecenie opracować testplan do
wszystkiego.
Ok. Wzielam się zebralam, napisalam, wrzucilam na google drive, wyslalam emaila z uprzejma prosba o feedback i zaznaczeniem, że aplikacji C, D i E nigdy nie dotykalam, nie wiem co to jest, więc bardzo proszę pozostałych członkow zespolu, ktorzy to testowali, o przejrzenie i dopisanie scenariuszy do przetestowania. Jesli coś jest zautomatyzowane, proszę o zaznaczenie w stosownej rubryczce z podaniem linka do repozytorium.

Czekam.

Czekam. 3 dni pozniej.
Nic.
Na Daily Standup podnoszę kwestię. Raz. Drugi. Trzeci.
Nic.

Nosz k*.
Sama zaczynam przeglądać co trzeba. Grzebiąc sie w repository znajduję wlasciwe testy, uruchamiam. SRUT. Uwalają się. Po poprawce konfiga ruszają, ale uwalają sie znowu. Po godzinie juz wiem, dlaczego. Otóż testy zakladaja, ze na serwerze znajdują się okreslone statyczne dane (typu usernames, hasla, assets itp.), ktorych tam po prostu nie ma, więc wszystko się wywala.

Wysyłam sążnistego maila, z kopią wszystkiego co trzeba (errorami tez). Wysuwam wniosek, pytam się jaki maja sposob dystrybucji danych do srodowiska testowego. Jakies seed scripts? Database refresh ze srodowiska produkcji? Inne?

Nic.
Czekam.
Nic.
Podnosze kwestie na Daily Standup, kierujac pytanie bezposrednio do dyrektora dzialu eng. Nie wie. Zadaje (on) pytanie komuś z dzialu QA z biura w USA.
Na czacie dostaję wreszcie (po 3 dniach…) odpowiedź, ze oni NIE WIEDZA.

Pełna profeska. Ignorowac jak dlugo sie da, a jak przycisna, to powiedziec ze nie wiem. No rece opadaja po prostu i tyle. I tak bylo praktycznie rzecz biorąc ze wszystkim – magiczna szklana szyba. Tak sie po prostu nie da normalnie pracować.
Normalnym, profesjonalnym zachowaniem jest udzielanie stosownych informacji – a jesli sie NIE WIE to powiedziec od razu – NIE WIEM i zasugerowac kogo mozna pytac. A nie zabawa w głuchy telefon.

Dodajmy, ze tego typu zachowanie jest szczególnie zabójcze w wypadku pracy zdalnej, kiedy się nie ma żadnej dokumentacji, ani uprawnien do przeglądania stosownych repositories i baz danych.

Uzywajac łopatologicznego porównania, to sytuacja w stylu „wynajmujemy pana do pociagniecia kabli do naszego budynku. Ale jakich kabli, gdzie dokladnie mają iść i do czego slużyć – o, co to to nie, nie powiemy, to informacje scisle tajne łamane prze poufne. Moze pan zgadywać, ale jak zle zgadnie, to nie zaplacimy!

Po prostu nie mam już siły. To taki poziom wyczerpania jak po całej nocy rzygania, kiedy nie ma się nawet siły wstać z łóżka, a tu dalej mdli…

Napisane przez: futrzak | 5 Lipiec 2016

Z frontu odchudzania

Zapewne to co teraz napiszę wywoła kontrowersje, bo idzie przeciw ustalonym prawdom – ale mam ustalone prawdy gdzies.
Otóż.
Z odchudzaniem ustaliłam sobie pewną rutynę. Rano wstaję i nie jem nic, a jak bardzo nie mogę wytrzymać, to jem jedno jajko (na twardo) albo kawalek sera albo kawalek miesa. W pracy zaczynam od zrobienia sobie mate (mam drugi zestaw z termosem i naczyniem i bombillą na miejscu) – bez tego nie daję rady, bo po prostu jestem zbyt głodna i zbyt mnie zasysa. Mate (a w zasadzie yerba, bo mate tutaj oznacza naczynie do parzenia yerby) powoduje, że nie chce mi się jeść, a zarazem (yerba) działa pobudzająco. Coś jak kawa, ale lepiej – nie działa źle na żołądek. Zanim dotrę do lunchu, zdążę wypić już cały półtoralitrowy termos. Kamienie nerkowe mi nie grożą :)
Na lunch najlepiej jeść dużo białka i warzyw….. tylko że.
To nie takie proste w kraju, gdzie są pory roku, a ceny produktów zmieniają się wraz z ich dostępnością. Na przykład teraz wszystko poza ziemniakami, marchewka, batatami i dynią jest piekielnie drogie. Tyle, że te warzywa niespecjalnie sprzyjają odchudzaniu.
Anyway. Staram się jeść białko i warzywka i owoce. Jako że nie jadam żywności gotowej, to zajmuje wszystko dużo czasu, ale opłaca się.
Wagi nie mierzę, bo nie mam wagi :) Spodnie w które nie mieściłam sie 2 miesiące temu, teraz spadają mi z rzyci. Także postęp jakiś jest.

Zostają kwestie otwarte, jako to:
– co zrobić z nadmiarową skórą
– co bedzie, jak przestanę się głodzić
– jak znalezc czas na cwiczenia :-/

To ostatnie zwlaszcza jest upiorne, kiedy na zewnatrz leje jak z cebra i kursuje sie na trasie dom – biuro – sklep – dom – biuro i tak w kolko. W biurze siedze za kompem, w domu tez :-/
Minisilownia na ostatnim pietrze budynku niestety juz nie dziala :-/
W tak paskudna pogode nawet pies wyprowadzany na zewnatrz patrzy sie zalosnie na to, co za drzwiami, a co dopiero isc na glupi spacer….

…aby do wiosny… aby do wiosny….

Napisane przez: futrzak | 2 Lipiec 2016

Mów mi MacGyver…

Lovely weekend. Ciemno, szaro i do dupy. Leje – ale tak, że potworzyły się całe jeziora w niżej położonych miejscach w mieście. Leje od czwartku. Słowem pogoda taka, jak w Irlandii przez połowę lata :)
W związku z pogodą nie schną ubrania – to ten czas, kiedy 3/4 Montevideo śmierdzi pleśnią.

W naszym budynku co prawda jest suszarka do ubrań, ale ma mniejszą pojemność od pralki i na dodatek jakoś słabo wydolna, w związku z tym non-stop zajęta. A prać trzeba, bo nie ma w czym chodzić. Trzeba było coś wymyśleć. Powstal więc system typu „I fixed it”. Wygląda to tak:

– suszak na ubrania wstawiony do środka;
– z przodu suszaka postawiony wiatrak;
– włączona klima;
– z tyłu suszaka znajdują się wielkie szklane dwuskrzydłowe drzwi na balkon.
– z drugiej strony drzwi jest zewnętrzna jednostka klimy, która dmucha zimnym powietrzem prosto na szybę, obniżając jej temperaturę, a co za tym idzie przyspieszając kondensację.

Działa!
Wiatrak wieje prosto na mokre ubrania, wilgotne powietrze, które stamtąd wywiewa jest podgrzewane przez klimę i leci prosto na szyby, gdzie się pięknie skrapla. Co pół godziny zbieramy wodę z szyby gumą i cykl się powtarza.
To się nazywa low-tech solution :)

Podobne low-tech solution jest tutaj zainstalowane w kuchniach jako zapobiegacz zapychania się rur.
Kilka słów wyjaśnienia.
W USA aby rozwiązać ów problem zastosowano rozwiązanie mechaniczne: elektryczny młynek [garbage disposal, garburator, sink grinder]. Jest to sporej wielkości urządzenie na prąd, które montuje się pod spływem ze zlewu. Wystarczy odkręcić kran, włączyć młynek i zmieli wszystkie resztki organiczne. Ceny wachają się od trochę poniżej stu dolarów do kilkuset – w zależności od mocy, wielkości etc.

W Urugwaju jest w budynkach instalowane coś, co nazywa się grasera. Grasera to duzy plastikowy zbiornik instalowany pod zlewem, w którym osadzają się wszelakie resztki, co wpadły do rury. Wygląda toto mniej wiecej tak. Przepływ oczywiście jest tylko w jedną stronę, żeby nie smierdziało.
Jak już się pełna grasera uzbiera, trzeba ją opróżniać. Wtedy przychodzi specjalny pan serwisant z wieeeeelkim specjalistycznym odkurzaczem, odkręca nakrętkę od grasery i wysysa zawartość.
Podczas całej operacji oczywiście dość upiornie smierdzi, ale trzeba przyznać, ze jest to efekt krótkotrwały. Po kilku minutach grasera jest opróżniona, zdezynfekowana i starcza kilka minut wietrzenia – jest po sprawie. Opłata za serwis jest wliczona w opłaty na wspólnotę (gastos comunes).

Ciekawe, jakie rozwiązania są teraz stosowane w Polsce? Jeszcze zanim nie wyjechałam na stałe, to nie było nic, tj. co najwyżej plastikowe sitko wsadzane w odpływ zlewu – działało na ogól koszmarnie, bo bardzo szybko się zapychało, woda nie spływała, a wyczyścić toto był nie lada problem. Nie wiem jak inni, ale mną trząchało na intencję wsadzania tam łap i wygrzebywania tego, co sfermentowało…
Cos sie polepszyło? A jak jest w innych krajach? W Argentynie nie było nic, podobnie jak w Polsce.

Napisane przez: futrzak | 30 Czerwiec 2016

Ogloszenia parafialne…

Tak wiec moja przygoda z firma kliencka kompletnie niezorganizowana konczy sie.
Wczoraj obwieszczono, ze w zwiazku z kiepskimi wynikami finansowymi (ktore nie dziwia w branzy naftowej, prawdaz…) redukuja koszty o polowe, wiec kilku developerow i ja jestesmy zredukowani z projektu.
Specjalnie sie nie zmartwilam, bo firma, ktora mnie wynajela (urugwajska, dev-shop) stwierdzila, ze mnie lubia i jesli podpisza kontrakt z innym zleceniodawca z USA, to przeniosa mnie do tego nowego projektu.
Wady: bedzie to projekt aplikacji w javie. Co znaczy, coz, java. Javy nie znam i nie sadze abym zdazyla sie douczyc w 3 tygodnie w stopniu umozliwiajacym pisanie unit testow :-/

Zegnaj Ruby – taki przyjemny jezyk, eh.
Witaj zapieprz.
Znowu. Jedyna nadzieja, ze bede miala do czynienia z lepiej zorganizowana firma kliencka – bo to jedna z listy fortune 400. No ale zobaczymy.
W najgorszym razie, jesli ten projekt nie wypali, to wracam do firmy macierzystej i oni beda sie martwic o znalezienie mi nastepnego kontraktu. Wady: na sama mysl o powrocie do ich biura i gniciu znowu na windowsach robi mi sie po prostu niedobrze :-/

No ale coz. Zalapanie sie na prace zdalna (bedac QA) to bardzo trudna sprawa – moje podejrzenia calkowicie sie potwierdzily. Od jakiegos czasu siedze na czacie skupiajacym zawodowcow z branzy z calego swiata. Wisi tam codzien kilkaset osob, niedawno byla dyskusja na temat wlasnie pracy zdalnej – calkowicie zdalnej. Jest dokladnie tak kiepsko, jak myslalam. Pod haslem „praca zdalna” sa umieszczane ogloszenia, gdzie „istnieje mozliwosc kilku dniu w tygodniu pracy z domu”. Sa tez ludzie, ktorzy prowadza calkowicie koczowniczy tryb zycia, zyjac w RV i przemieszczajac sie ciagle – ale kazdy jeden z nich najpierw mial klientow i dla nich pracowal, a dopiero potem zaczal sie przemieszczac…
Wychodzi na to, ze z poprzednia praca zdalna mialam niesamowitego fuksa.

Napisane przez: futrzak | 27 Czerwiec 2016

Ceny w miastach Ameryki Południowej

Buenos Aires dzierży palmę pierwszeństwa najdrozszego dla imigrantow miasta Ameryki Poludniowej i Srodkowej.
Jest tak pomimo 42% inflacji w 2016 roku (mierzonej styczen – maj, a więc ogromnej dewaluacji peso w stosunku do dolara). W zeszlym roku BuA rowniez znajdowało sie na pierwszym miejscu.

Pierwsze 5 pozycji rankingu:

1. Buenos Aires, Argentina
2. Port of Spain, Trinidad and Tobago
3. San Juan, Puerto Rico
4. Panama City, Panama
5. San José, Costa Rica

W pierwszej piątce nie ma jak widac Montevideo co jest o tyle zabawne, ze gdy rok temu wyprowadzaliśmy sie do Urugwaju wszyscy znajomi straszyli nas, że tam jest okropnie drogo. Tymczasem, nie.
Najwieksza roznica bierze się z dwoch rzeczy jak myslę. Po pierwsze, w BuA rynek wynajmu jest dziki. Argentynczycy (lub stali rezydenci) moga liczyć na w miarę tani wynajem – długodystansową umowe podpisywana u notariusza na okres dwoch lat – o ile maja garantia propietaria (żyranta umowy, ktory w razie niesplacania czynszu czy innych powinnosci odpowiada swoją nieruchomoscią znajdujaca sie na terenie BuA). Ekspaci na cos takiego raczej nie maja szans, wynajmują wiec na zasadach „para turistas”- czyli wynajem tymczasowy. Umowę mozna wtedy podpisac maksymalnie na 3 miesiace (o ile dobrze pamietam, chociaz byc moze jest to 6 mies), a potem trzeba odnawiac. Oczywiscie jest to drozsze – co najmniej dwukrotnie – oraz bardzo wielu wlascicieli stara sie oskubac niezorientowanych ekspatow na czym sie tylko da. Nagminna praktyką jest stan mieszkania nie zgadzajacy sie z tym, co w ogloszeniu oraz nie zwracanie kaucji pod byle pretekstem.

Drugim powodem są ceny goods and services, ktore dla turystow potrafia byc bardzo rozne – w zaleznosci od stopnia władania jezykiem hiszpanskim. Oczywiscie, w samoobslugowych supermarketach cena jest taka sama dla wszystkich, ale generalnie jest drozej niz na targowiskach i w malych sklepikach typu „osiedlowe warzywniaki”. W wielu hostelach sa tez dwie taryfy cenowe, linie lotnicze maja dwie taryfy (dla rezydentow i nie-rezydentow) etc.

W Urugwaju mimo bardzo wysokich cen niektorych produktów (samochody, elektronika) podstawowe rzeczy – wynajem i żywnosc – sa takie same dla lokalsow i imigrantow. Nowoprzybyly moze relatywnie szybko wyrobic sobie lokalny tymczasowy dowod osobisty z ktorym mozna juz normalnie wynajac mieszkanie, otworzyc konto w banku etc.
Przy wynajmie nie jest potrzebna garantia propietaria – są firmy zapewniajace gwarancję, ktorym placi sie rocznie okreslony procent (panstwowe sa tansze niz prywatne), mozna tez uzyc depozytu. W tym drugim przypadku umowe podpisuje sie w Banco Hipotecario, otwierane jest specjalne konto, z ktorego pieniadze mozna podjac tylko za zgoda obu stron, a w razie konfliktu sprawa rozstrzygana jest sądownie. Nie wchodza w grę przypadki typu wlasciciel nie odda depozytu bo nie, i pocaluj go w d*.

Napisane przez: futrzak | 24 Czerwiec 2016

Dzieje sie….

… tj. UK zdecydowalo sie glosem ludu wyjsc z UE.

Byc moze za wiele sie nie zmieni. Ostatecznie to zalezy od tego, na jakich zasadach wynegocjowana zostanie dalsza wspolpraca. Norwegia i Szwajcaria tez nie sa w UE, a jednak roznic specjalnie wielkich nie widac – poza tym, ze nie maja prawa glosu w UE, ale za to stanowia wlasna polityke imigracyjna.

A moze zmieni sie wiele – moze bedzie to pierwszy kamyczek z lawiny, ktora zawali cala UE, a i nawet United Kingdom – ostatecznie Szkocja teraz juz ma piekny pretekst do powtorzenia referendum…

A tymczasem Internet dostarcza niezlych narzedzi do okreslenia swiadomosci samych glosujacych w sprawie obywateli. Otoz.
Google uprzejmie donioslo w czwartek, ze najczesciej wyszukiwane frazy z terenu UK juz po ogloszeniu wynikow to:

1. Dlaczego Brytania opuscila UK?
2. Co to jest UE?

Wzrosla rowniez znaczaco czestosc pytania o to, jak uzyskac irlandzki paszport….
Biorac pod uwage wysoka frekwencje, to tak jakby łobywatele szanownej krolewskiej mości obudzili sie co najmniej z reka w nocniku, nie?

Bawią mnie tez niektórzy rodacy. Gdy robilam sobie paszport USA patrzyli sie z politowaniem – ze na co mi ten paszport. Wydawalo im sie, ze UE to wieczny twór i ze nic ich z Wysp nie ruszy i co ja sieję jakieś teorie spiskowe. Coz, ten sie smieje, kto sie smieje ostatni. Jakas część pewnie bedzie musiala wrocic do domu, bo to, ze rzad wykorzysta sytuacje do pozbycia sie najbardziej uciazliwych emigrantow, jest wiecej niz pewne. A w Polsce lądowanie bedzie twarde…

Napisane przez: futrzak | 22 Czerwiec 2016

Bo ćwiczyć….

…to ja chcę właściwie każdego dnia. Ale jakoś tak się zawsze składa, że są ciekawsze zajęcia i budzę się z ręką w nocniku tj. około północy, kiedy wypadałoby iść spać, żeby rano wstać do pracy.
I tak codzien. Sprawy nie ulatwia to, ze środek zimy i dzien żałosnie krotki – 17.30 i juz ciemno. Temperatura to nie problem – ale brak słońca jest straszny.

Wlasnie. Wielu ludzi, ktorzy marzą o tropikach, w ogole nie zdaje sobie z tego sprawy: dzien w tropikach jest zawsze taki sam. 6 rano wschód słońca, osiemnasta zachód. I tak przez cały rok. Wychodzisz z pracy – a tu ciemno. Oczywiście, ludzkość wynalazła elektryczność :))) niemniej hiking* po ciemku to wyjątkowo glupi pomysl. Albo wybranie się łódka na morze…

Aby do wiosny…bo już od dzis zaczyna dnia przybywac na półkuli poludniowej :)

No.
A w pracy szefowa zażyczyła sobie uhm…tabelek w excelu. To ma byc uhm… narzędzie do „test tracking progress”. Ratunku!!!!! Normalnie wehikuł czasu i przerzut we wczesne lata 90-te, kiedy w ogóle nic nie było. Słabo mi. Ale moglo byc gorzej, co podsumowal kolega z pracy: „ty się ciesz, że nie każe ci zeszycików zakładać, robic tabelek i ptaszkow stawiac, ze odfajkowane, a potem fedeksem wysylac te zeszyciki do biura głównego”. W istocie…
To po prostu zdumiewajace, ze sa ludzie, ktorzy siedzą w tej zakichanej branzy komputerow, potrafią programować, a mentalnie nadal znajdują się w szkole średniej czy coś koło tego – tam, gdzie byli 30 lat temu, jak zaczynali karierę. Arkusiki excela, no żesz…nie, żebym miała coś przeciwko arkuszom kalkulacyjnym – to są bardzo dobre narzędzia, ale jak raz nie do tego…

* hikes – czy jest w ogole w jezyku polskim jakis sensowny odpowiednik? Nie, to nie bedzie „spacer”.

Napisane przez: futrzak | 20 Czerwiec 2016

Niech żyje burdel

Dziś w pracy odechciało mi się wszystkiego, a ręce opadły do ziemi.
Wczoraj była migracja głownego środowiska testowego na nową maszynę, trzeba sobie było dopisać nowy rekord w /etc/hosts.
Ok.

Rano dostaję emalię od admina z USA zeby sobie zmienić certyfikat i klucz w konfigu do VPNu – do emaila załączone nowe cert i key.
Fajnie.
Se zmieniłam, nie? I VPN przestał działać…
Co ja się nie omęczyłam i nakombinowałam, tak siak i srak, włącznie z reinstalką – po ktorej zreszta odkryłam, że uninstall z makówy nie usuwa ani plików konfiguracyjnych, ani defaultowych ustawień połączenia. Dalej więc ryć jak dzik po dysku, usuwać ręcznie.
Osz ku…wa.
Pod koniec dnia się poddałam, doszłam do wniosku że jutro zainstaluję innego klienta do VPN i jak połączenie nie będzie działać, to chyba certyfikat jest jakiś wadliwy – no bo w końcu cudów nie ma.

I co. A gówno, że tak powiem. Wrócił z mytyngów tech lead, zobaczył moją zbolałą minę, zajrzał do emaila i….”ja nie wiem, po co on ci to wysłał??? Mowilem, ze certyfikaty nowe potrzebne są X, Y i Z, ale NIE TOBIE. A on na odwrót zrobił”.

Najpierw się wywrzeszczałam, a potem zamieniłam w przekłutego balona. Nie, ten poziom burdelu i nieogarnięcia to nie na moje nerwy.
Wiele startupów w życiu widziałam, w ładnych kilku pracowałam i muszę powiedzieć, że ten poziom nie wchodził w grę. No ale cóż. Klejent z branży okołonaftowej i cechuje go takiż sam poziom porządku i organizacji, jak inne firmy z tejże branży :-/ Dotychczas znałam to tylko z opowieści, teraz przyszły ćwiczenia praktyczne… ta….

Napisane przez: futrzak | 19 Czerwiec 2016

Z kamerą wśród Urugwajczyków – Teatro Solis

Oglądamy.

Teatro Solís jest najstarszym teatrem w Urugwaju — został zbudowany w 1856 roku. Znajduje się przy Plaza Independencia, zaraz obok Torre Ejecutiva.
W środku rozplanowany jest jak klasyczne teatry europejskie – scena, widownia w kształcie elipsy z wielopiętrowymi balkonami, bogate zdobienia. Tutaj odbywają się najważniejsze spektakle, przedstawienia, koncerty i generalnie cokolwiek warte oglądania :)
Jak ktoś ciekawy repertuaru bieżącego, może sprawdzić, co grają :).

Teatr jest własnością miasta Montevideo, które w 1998 roku rozpoczęło prace remontowe, zakończone w 2004.
Dookoła teatru znajdują się sympatyczne knajpki, niestety całość psują koszmarne autobusy – większość linii jeżdzących do centrum przebiega właśnie tamtędy :-/
Wybranie się w celu ukulturalniania do środka na jakiś spektakl ciągle przede mną. Za operami i kocertami muzyki poważnej nie przepadam, więc jakoś mnie nie ciągnie…

Napisane przez: futrzak | 16 Czerwiec 2016

Kalmarki

Urugwajczycy w tematach kuchni mają podobne podejście, co przeciętny Polak: od nowości trzymamy się z daleka*, przypraw ostrych, czy w ogóle jakichś innych niż sól, pieprz, pietruszka i koper – nie lubimy, a poza tym najlepiej, żeby było dużo wołowiny. I sera.
Ma to swoje ewidentne wady – kuchnia jest mało urozmaicona, a cokolwiek innego jeśli się chce kupić, to jest importowane i baaardzo drogie.

Ale, ma też i zalety. Lokalsi wiedzą, co to są kalmary (w końcu ich przodkowie wywodzą się przede wszystkim od Hiszpanów i Włochów). Tyle, że przyswajają je w najbardziej spłyconej i strywializowanej formie – rabas – czyli tułów kalmara pokrojony w prążki, obtoczony w mące i wrzucony na głęboki tłuszcz. Co robic z pozostałymi częściami zwierzęcia – nie mają pojęcia, a już mini-kalmarki są dla nich odpadem, bo przecież rabas zrobić się z tego nie da!
W związku z tym cena tychże za kilogram jest…3 razy niższa niż za tułów kalmara!
Tak więc wczoraj nabylismy w Geant cały kilogram mini-kalmarków. Pan obsługujący stoisko rybne popatrzył się zrazu dziwnie na nas, ale jak usłyszał obcą mowę zaraz twarz mu się rozpogodziła: świat się nie wali, Urugwajczycy tego nie kupują na kilogramy, to tylko dziwni cudzoziemcy :)))

Inna sprawa, że ja dopiero po przybyciu do domu zaczęłam zastanawiać się, co z kalmarkami zrobić. Nigdy nie mialam z takimi malymi do czynienia, ale doszłam do wniosku, że na pewno da się je zrobić podobnie, jak małe ośmiorniczki: udusić w sosie na przykład…
Oczywiście cała operację należało zacząc od usunięcia dziobów. Upierdliwe, ale niezbędne. W sumie to i tak było łatwiejsze niż usuwanie pancerzyków z krewetek…

Potem juz latwo: pizgamy do gara, zalewamy sosem pomidorowym, i voila!
— Oczywiscie, zartuje. Troche to bardziej skomplikowane.

Zaczyna sie od rzucenia na rozgrzana oliwe rozgniecionego czosnku oraz papryczek z ziolami (ja uzylam oregano i tymianku oraz suszonej pietruszki). Jak sie troche podsmazy, zalewamy sosem pomidorowym i dusimy, zeby przeszlo smakiem ziol i czosneczku…. na samym koncu wrzucamy dokladnie wyplukane kalmary i STOIMY nad garem i pilnujemy. Owoce morza maja bowiem to do siebie, ze bardzo szybko sie gotuja/smaza, a jak przedobrzymy, zamienia sie w smetna gume (tak smakuja niestety w wiekszosci polskich restauracji :-/ ). Trzeba wiec pilnowac, probowac, i jak sa mieciutkie zaraz zdjemowac z kuchenki.
Jak juz cale concoction podstygnie, wrzucamy mocno dojrzaly blue cheese oraz… jeszcze troche rozgniecionego swiezego czosneczku :)
Serwujemy z grzankami.

* Mimo, ze obie nacje trzymaja sie z daleka od nowosci, ich postawy nieco sie roznia.”Nie, nie, ja moze pozostane przy wolowinie, wiesz, my nie jestesmy przyzwyczajeni do jedzenia takich egzotycznosci (owoce morza)” – mowia ludzie w pracy. Tymczasem w Polsce, poza dopiero-co urosnieta klasa srednia (ktora na przyklad ochoczo wziela sie za jadanie sushi, bo modne) uslyszec mozna raczej „bueeee jak mozna jesc takie obrzydlistwa”, „co, nie stac cie na normalne mieso, daj spokoj, slimaki???” etc.

Napisane przez: futrzak | 15 Czerwiec 2016

Miałam nic nie pisać na temat ostatniej strzelaniny w Orlando, bo chyba wszystko już napisano….
ale wszedł mi dziś taki mem przed oczy, który to mem dokładnie oddaje mentalność amerykańskich lawmakers i dużej części społeczeństwa…

The though of one transgender person one day entering a bathroom spurs emergency legislation. Mass shootings day after day? Crickets..

Najwraźniej osoba transgender mogąca wejść do kibelka publicznego stanowi tak potworne zagrożenie, że trzeba na gwałtu rety uchwalać ustawy zabraniające. Za to ludzie biegający z bronią maszynową – nie, skądże, przecież nic się nie stało…. To wina ofiar, przecież mogą chodzić uzbrojone 24h na dobę, same się prosiły…

Older Posts »

Kategorie

Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Dołącz do 221 obserwujących.