Napisane przez: futrzak | 27 grudnia 2018

Zmarł Pieronek

a w polskich mediach pojawiły się jego epitafia, robiące z niego męża stanu, „Wielkiego Europejczyka” (to Tusk tak o nim), przyjaciela kobiet.

To ja moze przypomnę wypowiedzi Pieronka.

O prawach kobiet:

„W świecie role są podzielone, nie każdy może rodzić, bo go natura do tego nie uzdolniła, nie każdy też może być księdzem”
„Aborcja ,,to zabójstwo i nie można tego inaczej nazwać”
„Stanowisko kościoła jest od zawsze negatywne i nie widzę tu pola do dyskusji”

O Żydach:

„Ale oni, Żydzi, mają dobrą prasę, ponieważ dysponują potężnymi środkami finansowymi, ogromną władzą i bezwarunkowym poparciem Stanów Zjednoczonych i to sprzyja swego rodzaju arogancji, którą uważam za nie do zniesienia”.

O pedofilii w kościele:

„”Nie róbcie z Kościoła siedliska pedofilii! Ataki przypominają minioną epokę komunizmu. Brak mi tylko jeszcze pokazowych procesów”
Nie ma podstaw prawnych do wypłacania przez Kościół odszkodowań ofiarom księży pedofilów”
„Ale również arcybiskup pedofil powinien być szanowany, jeśli wszystkich ludzi mamy szanować, a nie linczować”.
„Pedofilia była na świecie, jest i będzie. Papież zmagał się z o wiele większymi tematami”

O gender:
„Dziecko genderowców nie rodzi się, ale jest przedmiotem produkcji. Polski rząd powinien sprzeciwiać się gender, a nie dawać opętać się tej chorej i niebezpiecznej ideologii”

O Izabeli Jarudze-Nowackiej:
To jest feministyczny beton, który się nie zmieni nawet pod wpływem kwasu solnego

O homoseksualizmie:

„Akty homoseksualne są amoralne i przeciwko naturze, dlatego wykluczają z Królestwa Niebieskiego”
„Orientacja to może być na Wschód albo na Zachód. Tymczasem normalnym się jest, albo nie”.

O prawie do umierania w godności:

„ani nauka ani człowiek nie ma prawa decydować o eutanazji”
„Cierpienie jest twórcze, trzeba je wykorzystywać do tego, aby pogłębić człowieczeństwo”

O kampanii na rzecz związków partnerskich:

„Jest to kampania zmierzająca do tego, by każde wydarzenie, każde ludzkie postępowanie, nawet sprzeczne z powszechnym odczuciem moralności, usankcjonować i chronić. Czy fakty dokonane mogą być wyznacznikiem reguł moralnych? NIE!”

O in Vitro:

„Pierwowzorem in vitro jest Frankenstein.”

No. Taki to światły Europejczyk z niego był!

Reklamy
Napisane przez: futrzak | 26 grudnia 2018

Kobieta to też człowiek…

Taki mem, bardzo, bardzo ważny, zwłaszcza w Polsce i dla polskich rodziców:


Naucz dziewczynki, że to w porządku jeśli nie chcą mieć dzieci, czy ich nie lubią.
Dziewczynki mogą być normalnymi ludźmi, jesli nie są matkami.
Decydowanie w czwartej dekadzie życia, czy chce się mieć dzieci, czy nie, nie jest niewłaściwe, a kobiety nie są na to „zbyt stare”.
Naucz dziewczynki, że nie muszą przehandlowywać swojej młodości w zamian za macierzyństwo.
Macierzyństwo nie jest dla wszystkich i musimy przestać zachowywać się tak, jakby bylo.

Napisane przez: futrzak | 23 grudnia 2018

Wigilia w Urugwaju

a właściwie jej brak…
Bo Urugwajczycy wigilii nie obchodzą. To bardzo laicki kraj i generalnie tradycji związanych ze świętami religijnymi raczej nie ma.
Oczywiscie, Boże Narodzenie jest dniem wolnym od pracy i obchodzi się go spędzając czas z rodzina i przyjaciółmi na parilli.

Menu nie jest jakieś wyszukane – oprocz wołowiny, jak zwykle, piecze się też prosiaczka (w całości, jeśli party wystarczająco duże, nogę jeśli mniejsze..), królika. Nie może zabraknąć pan dulce, czyli słodkiego, puszystego ciasta z bakaliami – przy czym ogromna większość ludzi nie męczy się z pieczeniem w domu, po prostu kupuje już gotowe w supermarkecie.
Pan dulce jest popijany cydrem (niestety wszystkie cydry tutaj są słodkie jak ulep), czasami szampanem (wersja droższa) – jednym i drugim wznosi się toast o północy, składając sobie życzenia.

Tutaj typowa oferta świąteczna supermarketowa:

W Montevideo jest też tradycja, żeby właśnie o północy wyjść na Ramblę (bulwar nadmorski) z szampanem/cydrem i wznosić toasty z obcymi ludzmi oraz obserwowac fajerwerki. Bardzo to fajne.

A potem młodsi ludzie „idą w miasto” się bawić.

To wszystko zapewne brzmi dziwacznie dla Polaków, ale po prawdzie jest bardzo logiczne. No bo jak obchodzi się urodziny? Jest impreza, są toasty, jest wyżerka – ludzie się bawią. A jak obchodzić urodziny kogoś bardzo ważnego? No tak samo, tylko bardziej :)

W sklepach nie ma nawet „Feliz Navidad” (Szczęśliwych świąt Bożego Narodzenia) – jest Felices Fiestas, czyli szczęściwej zabawy :)

Napisane przez: futrzak | 21 grudnia 2018

Prezent na święta

Trump zrobił pracownikom federalnym.
Ponieważ senat nie przewiduje zatwierdzenia ustawy budżetowej, w ktorej jest zapis o wydaniu 5.7 mld dolarów na budowę muru granicznego z Meksykiem, POTUS zagroził że „I will shutdown the government for a very, very long time”. Czyli zawiesi funkcjonowanie rządu aż do czasu, do kiedy senat ustąpi i da mu kasę na budowę.

Głosowanie w senacie ma się odbyć dziś, tj. w piątek, ale demokraci zapowiedzieli, że zablokują zatwierdzenie funduszy na budowe muru.

Wraz z zawieszeniem funkcjonowania rządu od soboty przestanie pracować:

– 54 tysiące Customs and Border Protection agents (służby celne i ochrony granicy)
– 42 tysiące pracowników Coast Guard (ochrony wybrzeża)
– 53 tysiące TSA agents (agenci bezpieczenstwa transportu, odpowiedzialni za kontrolę pasazerow, bagazy i transportu na lotniskach)
– tysiące kontrolerów ruchu i inspertorów bezpieczeństwa lotów i ruchu kolejowego
– 17 tysięcy correctional officers (ludzie pracujący w więziennictwie)
– 14 tysięcy agentów FBI
– 4 tysiące agentów DEA (drug enforcement administration)
– 5 tysięcy strażaków

Wyobrażacie sobie chaos w transporcie i ochronie granic w okresie świątecznym, kiedy jest największy ruch w roku, bo ludzie wyjeżdzają na święta/wracają do domów? Ta psychopatyczna pomarańczowa gnida GROZI senatorom, że sparaliżuje kraj, jeśli nie dadzą mu pieniędzy na budowę idiotycznego muru – ktory notabene zgodnie z jego tromtadrackimi zapowiedziami wyborczymi miał być sfinansowany przez Meksyk.

Ten psychopata nie cofnie się przed niczym. Zachowuje się jak rozkapryszony dwulatek, któremu matka nie chce dać ulubionej zabawki albo cukierka – rzuca sie na podlogę i tarza ze złości. Ale poniewaz to nie dwulatek, ale siedemdziesieciodwulatek i na dodatek prezydent kraju, to zamierza inaczej tupać nóżką: spieprzyć święta kilkuset tysiącom – jak nie więcej – Amerykanów. BO ON MUSI MIEC SWOJA ZABAWKE.

Coz.
Mam nadzieje, że demokraci jednak nie ugną się, a wyborcy zapamiętają na dlugo bolesną lekcję z tantrum psychola.

Napisane przez: futrzak | 20 grudnia 2018

….

Uslyszałam wczoraj, że islamofobia to rasizm.

Nope. Rasizm to pogląd uznający, że określony zespol cech genetycznych/fenotypu, ktory przekłada sie (najczęściej) na kolor skóry, jest lepszy od innych.
Islamofobia zaś to jest strach/nienawiść żywiona w stosunku do islamu/muzułmanów en mass.

Dlaczego zostałam uznana za islamofobkę? A bo wyraziłam swoją opinię o religiach monoteistycznych, które (islam, chrześcijanstwo, judaizm) bardzo wspierają patriarchat i są używane do jego uzasadniania oraz traktują kobiety jako istoty podrzędne. Co jeszcze? Bo powiedziałam, że każda z tych religii indoktrynuje ludzi w kierunku wiary w jakieś wyobrażone byty, cuda i inne rzeczy sprzeczne z fizyką, chemią i biologią.

Jeśli jacyś ludzie chcą sobie wierzyć w bajki i bajkom podporządkować całe swoje życie – ich sprawa. Problem jednak polega na tym, że wyznawcy religii uważają, że mają się prawo wtrącać w życie niewierzących.

Dopóki to robią, będą przeze mnie traktowani tak samo, jak wyznawcy jakiejkolwiek ideologii, ktora wtrąca się w życie innych, zmusza i narzuca coś siłą. Nigdy się z takim czymś nie zgodzę i nie ma to nic wspólnego z nienawiścią.

Natomiast: ironia polega na tym, że zarzuty islamofobii/rasizmu poleciały nie od konserwatywnych prawicowców, ale od kogoś, kto deklaruje się jako lewica.

No sorry. Nie mam zamiaru obrażać konkretnych ludzi, ale nie godzę się na klajstrowanie ust zakazem dyskusji nad jakąś ideologią bądź religią. Poglądy, opinie, idee, religie, zwyczaje podlegają dyskusji. Na tym polega wolność słowa i obowiązuje ona wszystkich, nie ma tu jakichś specjalnych taryf ulgowych ani żadnych wyjątków. To, ze ktoś coś wyznaje, nie stawia go na uprzywilejowanej pozycji w stosunku do innych.
Dopuszczalnym jest imho powiedzenie religia/ideologia/pogląd X jest głupi i szkodliwy bo Y. Ale to nie znaczy, że osoba wyznająca taki pogląd/religię jest głupia.

Ja nie utożsamiam poglądu czy religii z osobą – to są dwie różne rzeczy. Jeśli ktoś utożsamia krytykę jego religii/poglądu z krytyką swojej persony – no to mamy problem. Bo to wyklucza jakikolwiek dialog i wolność słowa.
A na to zgodzić się nie mogę.

PS:
Jak juz skonczylam wpis, to znajomy podesłał mema na dokładnie ten sam temat. To taka wersja dla nie lubiących czytać…

Napisane przez: futrzak | 18 grudnia 2018

Z dużej chmury spadł już pierwszy deszcz!

Jaki dobry news na Christmas!

Oto bowiem wyrokiem sądu fundacja Trumpa ma ulec przymusowej likwidacji.
Sama fundacja została założona przez Trumpa na długo, zanim został prezydentem. Śledztwo prokuratury generalnej dotyczy tego, czy fundacja złamała prawo wspomagając finansowanie kampanii prezydenckiej Trumpa oraz czy faktycznie była to fundacja charytatywna, czy też organizacja mająca na celu przewalanie lewej kasy.

Sama fundacja zgodziła się być zlikwidowaną pod nadzorem sędziego, natomiast śledztwo będzie dalej kontynuowane. Celem prokuratury jest nałożenie stosownych kar i odszkodowań oraz zakaz dla Trumpa i jego rodziny zasiadania w jakichkolwiek organizacjach charytatywnych stanu Nowy Jork.
Śledztwo zostało wszczęte po artykule opublikowanym w Washington Post, gdzie dziennikarze opisali działalność fundacji.

zrodlo

Napisane przez: futrzak | 17 grudnia 2018

Late Capitalism, odcinek kolejny

Jak zapewne część osoób wie, firma Sears z USA zbankrutowała.

Poniewaz to corpo i na zasadach Chapter 11*, to bankructwo musi być zatwierdzone przez sąd.
No i sąd zatwierdził. Między innymi 25 milionów dolarów bonusu dla higher execs. A przypomnijmy, że Sears wykręcił się od płacenia odpraw zwalnianym wcześniej pracownikom…

No i tak to wygląda. Patologia do potęgi entej. Zarząd, który doprowadza firmę do bankructwa, pobiera sobie BONUSY idące w miliony dolarów, a pokazuje środkowy palec pracownikom.

To jak, miliony płacone CEO i innym execom są uzasadnione ich osiągnieciami w zarządzaniu firmą?
A przeciez z bankami podczas Wielkiej Recesji 2008 było tak samo. Zachłanność banksterów doprowadziła niemal do zawalenia się całej gospodarki USA, banki dostały miliardy dolarów z pieniędzy podatników a potem… zarządy powypłacały sobie milionowe premie.

* Chapter 11 to jest upadłość układowa czyli: firma traci wypłacalność i idzie do sądu upadłościowego. W postępowaniu chodzi o to, że firma ma dalej prowadzić działalność, zreorganizować się, a wierzyciele i dłużnicy muszą osiągnąć jakiś rozsądny kompromis.

Napisane przez: futrzak | 16 grudnia 2018

Bożonarodzeniowe firmowe party, czyli Flores w środku nikąd

Na początku byłam bardzo negatywnie nastawiona. Poprzednie firmowe parties zwykle oznaczaly dla mnie nudę i bardzo kiepskie jedzenie; nuda brała się z tego, że ogromna większość pracowników to ludzie bardzo młodzi – studenci lub trochę starsi, nie za bardzo miałam wręcz o czym z nimi rozmawiać, poza standardowym small talkiem.
Kiepskie jedzenie brało się stąd, że mam nietolerancję glutenu i na dodatek nie mogę też już trawić laktozy.

W tym roku już nie mogłam się wykręcić, trzeba więc było jechać…

Miejsce imprezy to środek nikąd – w departamencie Flores, połowa drogi między Montevideo i Salto czyli miastami, gdzie firma ma swoje biura. To oznaczało wstanie o 6.30 rano, żeby zameldować się w biurze o 8.15. Oczywiście wyjazd nie odbył sie o oznaczonej godzinie, bo przecież to Urugwaj. Ruszylismy spod biura wynajętym autobusem dopiero o 8.45…

Tutaj koordynaty do obejrzenia sobie miejscowki na mapach google. Prawdziwie w środku nikąd :)

Cała droga zajęła trzy godziny, dojechaliśmy około poludnia, lunch był wyznaczony na 13.30.
Troche się przegłodziłam, bo zaraz po dojechaniu serwowano przekąski, oczywiscie nic bezglutenowego – ale za to mieli bardzo przywoite piwo – Coronę niechrzczoną (słód jęczmienny i kukurydza i nic więcej), mogłam więc ją pić.

Miejsce docelowe okazało się być ogromną estancią. Dawno, dawno temu właściciel w jej środku posadził… eukaliptusowy las, który rozrósł się tak, jak chciał i wytworzył już swój mikroklimat: chłodne, wilgotne powietrze, niesamowity świergot ptaków i cudowne powietrze….
W środku lasu znajdują się stajnie, budynki mieszkalne, sala restauracyjna, basen, plac do grania w piłkę, plac zabaw dla dzieci…
Genialne miejsce.

Tutaj centralny plac:
Czytaj dalej…

Napisane przez: futrzak | 14 grudnia 2018

Optymistą trzeba być!

Tak jak Jamie Dimon, CEO banku JP Morgan Chase.

Otóż Jamie czas jakiś temu powiedział, że on nie uważa recesji za coś złego…(„I don’t look at a recession as a bad thing”).
Skądinąd słusznie, albowiem podczas ostatniej Wielkiej Recesjii 2008 Jamie zarobił 248 milionów dolarów i kupił sobie skromny domek za jedyne 17 milionów dolarów.

A jak się miała reszta zwyklych Amerykanów w tym czasie? No niefajnie.
15 milionów z nich straciło swoje domy…
Rodziny (en total) straciły 13 bilionów dolarów oszczędności całego życia…
27 milionów Amerykanów przez dwa lata bylo bezrobotnych lub underemployed*

No ale wicie, rozumicie, recesja wcale nie musi być zła!

*underemployed oznacza osoby zatrudnione ponizej swoich kwalifikacji i/lub w niepelnym wymiarze godzin, co skutkuje zarobkami niewystarczajacymi na pokrycie wszystkich rachunkow od pierwszego do pierwszego.

Napisane przez: futrzak | 13 grudnia 2018

Kulinarnie czyli kawior

I to za jakie pieniądze! 1/3 tego, co kosztuje sama ryba.

Tak właśnie. Na targowisku w Montevideo na stoisku rybnym można kupić kawior. Oczywiscie, nie jest to ikra z jesiotra ani też łososia, nie. Jest to ikra z tutejszych ryb, wygląda mniej-więcej tak:

Problem jest jednak z przyrządzeniem. Otóż tutejsi smażą na patelni. Próbowałam – zakrawa niemalże na cud, żey usmażyć bez rozwalenia się. Błona trzymająca cała ikrę w kupie jest cieniutka i czasami nawet wyjęcie z worka powoduje rozwalenie i wszystko wylewa sie na blat albo podlogę…
Ale znalazlam sposob! Po prostu wrzucam do gotującej wody, po kilku minutach jest juz ugotowane, potem trzeba delikatnie odcedzić i poczekać, aż wystygnie i stwardnieje.

Co dalej? Rozgniatam widelcem, dodaję troche posiekarnych pikantnych papryczek, dolewam sporo sosu sojowego i trochę majonezu i mieszam. Wychodzi doskonała pasta kawiorowa na bułkę – MNIAM.

A na targu sprzedają tanio, bo miejscowi nie bardzo wiedzą, co z tym robić – to znaczy wiedzą, smażyć, ale to trudna sztuka, więc…..

Napisane przez: futrzak | 11 grudnia 2018

O znajomości języków

Zaczęłam pisać notkę o znajomości języków obcych, ale w międzyczasie napatoczył się znakomity wywiad z Robertem Stillerem, więc pomyślałam, że zamiast robić tutaj jakieś amatorskie wynurzenia, po prostu go (wywiad) przytoczę.
Ku pamięci.

ROBERT STILLER

„ILE PAN ZNA JĘZYKÓW?

Najbardziej stereotypowe z pytań: „Ile pan zna języków?” Ponieważ towarzyszy mi fama poligloty, słyszę je raz po raz i pytanie to czasami wprawia mnie we frustrację. Zdarza mi się odgryźć: „To nie jest moje główne osiągnięcie! Lepiej mieć do powiedzenia coś mądrego w jednym języku, niż pieprzyć głupoty w dziesięciu”. Po dobremu zaś trzeba na to pytanie odpowiedzieć pouczającym pytaniem: „Co znaczy: ile? Co znaczy: zna? Co znaczy: języków?”
Więc pierwsze z nieporozumień: ile? Najprościej byłoby na odczepnego wymienić: angielski, niemiecki, francuski, rosyjski, czeski, malajski, dwa łużyckie, ukraiński, białoruski, łacina, holenderski, islandzki, szwedzki, hiszpański, jidysz, hebrajski… czy i sanskryt? i greka? i parę polinezyjskich?

Policzyć to i rzucić od niechcenia: trzydzieści.

W gruncie rzeczy języków nie da się policzyć. Liczba języków używanych na świecie bywa oceniana z grubsza na jakieś dwa tysiące, ale przez niektórych do siedmiu. Z tego więcej niż połowa na obszarach szczególnego rozdrobnienia językowego: w skromniejszej z tych kalkulacji około 700 w Indonezji z Malezją i około 400 w Indiach. Te liczby również są bardzo nieścisłe, choćby dlatego, że nikt nie liczył tych języków jednolitą metodą; żaden z liczących nie miał o większości z nich bliższego pojęcia i w ogóle nie wiadomo, czy liczono języki, czy ich dialekty, gwary lub narzecza. Niektóre z rejonów świata opracowane są drobiazgowo i metodycznie; inne nadzwyczaj pobieżnie. A co z martwymi językami? Więc i przytoczone tu liczby okazują się nader niepewne.

W odniesieniu do głównych i najbardziej znanych języków podobne wątpliwości nie maleją, tylko rosną.

Znam język niemiecki. Czy to jeden czy wiele języków?

Z reguły ma się na myśli neuhochdeutsch: nowogórnoniemiecki. W tej formie narodził się on w XVI wieku z dokonanym przez Marcina Lutra przekładem Biblii i od tego czasu, rzecz jasna, zdążył się już potężnie przeobrazić: jak polski od czasów Kochanowskiego. Ale umówmy się (z przymknięciem oka) wbrew oczywistości, że to wciąż ten sam język. A staroniemiecki? Dla władającego „niemieckim” niezrozumiały prawie jak chińszczyzna; sąsiadujący z nim starosaski podobnie; w XII wieku rozwinął się mittelhochdeutsch średniogórnoniemiecki, którego Niemiec uczy się jak obcego. Z niego wyodrębnił się około 700 lat temu jidysz, aby później obrosnąć mnóstwem zapożyczeń hebrajskich i słowiańskich. Nawet i dziś różne dialekty niemieckie bywają dla siebie wzajemnie prawie niezrozumiałe; dolnoniemiecki dialekt plattdeutsch ma własną literaturę i jest bliski nie tyle „niemieckiego”, co niderlandzkiego, w którym znów bardzo podobne do siebie holenderski (w Holandii) i flamandzki (w Belgii) uchodzą za dwa odrębne języki: a przecież nikt nie powie, że skoro zna niemiecki, to umie po holendersku, lub na odwrót! Kiedy zamieszkałem w Darmstadcie i Frankfurcie, słuch mój dość długo nie chwytał połowy tego, co tamtejsi do mnie mówili: gdyż wielu z nich mówi po hesku. I już widać, że znajomość niemieckiego dość rozległa, by radzić sobie z jego wymienionymi tu dziesięcioma odmianami, to faktycznie znajomość nie jednego, lecz dziesięciu różnych języków! A moglibyśmy ich w niemieckim naliczyć dobre pół setki.

I tak samo choćby w angielskim czy francuskim.

Własnymi przykładami będę się tutaj posługiwał nie przez egocentryzm, tylko dlatego, że czytelników i rozmówców to zwykle interesuje. Na własnych zaś doświadczeniach najłatwiej przedstawiać ogólniejsze zasady i rady praktyczne.

CZY POLIGLOTA MOŻE BYĆ IDIOTĄ?

Drugie z nieporozumień: znać język. Co znaczy: znać?

Trzeba wciąż i wciąż przypominać, że istnieje PIĘĆ różnych funkcji, różnych typów znajomości języka, tak odrębnych, że prawie nie mających na siebie wpływu: (1) Mówienie. (2) Rozumienie mówionego. (3) Czytanie. (4) Pisanie. (5) Tłumaczenie.

I znowu naiwny stereotyp, który niekiedy irytuje, a niekiedy zmusza do wyjaśniania w kółko rzeczy elementarnych: „A płynnie mówi pan w ilu językach?” Zdarzało mi się odpowiadać: Ja nie mówię płynnie nawet po polsku, bo często jąkam się albo namyślam również.” W milszym zaś nastroju trzeba tłumaczyć pytającemu, że umiejętność „płynnego” mówienia nie jest w ogóle ŻADNYM wskaźnikiem dobrej znajomości języka. I że z pięciu wymienionych umiejętności jest NAJŁATWIEJSZĄ.

W każdym języku mówi mniej czy bardziej „płynnie” każdy jego rodowity użytkownik. W tym również każdy idiota.

Jakże łudzące jest przeświadczenie, że kto (tak czy inaczej) mówi w danym języku, ten automatyczne rozumie! Wystarczy już stosunkowo niewielka różnica wykształcenia, środowiska, a nawet charakteru, żeby rozmówcy się faktycznie przestali rozumieć. Łatwo zaobserwować to na każdym kroku. Wtedy mówi się: „Rozmawiają jak gęś z prosięciem.” Cóż to znaczy? Że niby znają te same słowa i konstrukcje gramatyczne lub ich większość, a mimo to ich związek i treść nie są odbierane. Jest to pomiędzy rodakami zjawisko niemal identyczne, jak w przypadku cudzoziemca, który niby nauczył się większości słów i odróżnia je; ale w wypowiedziach, które słyszy, nie potrafi ich skojarzyć w sensowną całość.

Tak samo z umiejętności mówienia lub rozumienia mówionego wcale nie wynika umiejętność pisania lub czytania i vice versa. Nie musi to być zaraz analfabetyzm. Poznałem w Londynie wielu tzw. Anglo-Polaków którzy zachowali po rodzicach umiejętność płynnego mówienia po polsku, nie potrafią zaś zrozumieć jednego zdania w polskiej gazecie ani sformułować go na piśmie.

Wreszcie piąta umiejętność i funkcja: tłumaczenie.

Mnóstwo niedołężnych „przekładów” (czy to dzieł specjalistycznych, czy literatury pięknej) wynikło z naiwnego przekonania, że skoro ktoś rozumie po angielsku i włada polskim, to automatycznie posiada kwalifikacje do tłumaczenia z jednego na drugi. Nic bardziej mylącego! Chodzi tu o sprawy zbliżone do informatycznego pojęcia interface: komputer zaopatrzony w dwa funkcjonujące programy stanie się martwy, gdy spróbujemy cokolwiek (choćby najprostszy drobiazg) przenieść z jednego programu na drugi, nie mając ponadto specjalnego programu do ich kontaktowania ze sobą. Ten szczególny komputer, jakim jest ludzki mózg, może zawierać w sobie (wrodzony i później rozbudowany) program w rodzaju interface i to jest mózg tłumacza. Posiada on szczególne predyspozycje. Albo nie posiada ich i wtedy mu nie pomoże nawet dobre opanowanie czterech pozostałych umiejętności.

Tak jak człowiek bez oczu, choćby najuporczywiej ćwiczył, nie nauczy się widzieć. Może w najlepszym razie rozwinąć w sobie pewne umiejętności zastępcze.

A więc odpowiedź na pytanie: „Czy znasz taki a taki język?” może być sensowna dopiero po sprecyzowaniu: o którą z tych pięciu funkcji chodzi i w jakim stopniu?

Tu nasuwa się bezlitosne stwierdzenie: żaden człowiek na świecie nie włada żadnym językiem, nawet ojczystym, w „stopniu pełnym i doskonałym. Również i ja, znając język polski jak mało kto na świecie, posiadam go w stopniu dość nierównomiernym: lepiej umiem pisać niż mówić po polsku; władam jego dialektem kresowym, ale nie śląskim; opanowałem styl i słownictwo humanistyczne, jak również stolarskie i przyrodnicze, ale mam luki w technicznym itd.

Tak i w odniesieniu do obcych języków.

Dzieciństwo spędzałem na Białorusi, toteż białoruski był moim drugim językiem naturalnym. Dziś rozumiem go tylko biernie; ale wyniesione z niego nawyki fonetyczne i melodyjne (dzięki pokrewieństwu, choć nie tożsamości z rosyjskimi) sprawiły, że ucząc się po rosyjsku już w latach dorosłych, bo studenckich, szybko zacząłem mówić w tym języku w sposób rzadko osiągalny przez Polaków; i po paru tygodniach pobytu w Rosji przestaję się w mowie odróżniać od rodowitych Rosjan. Natomiast w języku angielskim, którego porządnie nauczyłem się po trzydziestce, dopiero pełny rok pobytu w Londynie sprawiał, że zaczęto mnie (jeszcze nie zawsze) brać za rodowitego Anglika.

I tak jest do dziś: sprawność i „płynność” mówienia waha się tam i z powrotem zależnie od tego, jak dawno i jak długo byłem w Anglii czy w Ameryce, w Rosji lub w Niemczech.

Moim pierwszym językiem obcym byt niemiecki; znam go niemalże tak gruntownie i wszechstronnie jak angielski; obydwa mają od pół wieku olbrzymią przewagę (również ilościowa) w całej mojej lekturze; myślę w nich prawie tak automatycznie jak po polsku; nie tylko z obydwu tłumaczę, lecz i na nie zdarza mi się tłumaczyć (szczególnie na angielski) aż do takiego stopnia trudności włącznie jak przekłady wierszem z Leśmiana i Gałczyńskiego.

Moja znajomość rosyjskiego i naturalność posługiwania się nim choćby i w piśmie nie umywa się do tych dwóch. A jednak po rosyjsku mówię swobodniej i naturalniej.

Oto jaskrawy przykład wieloznaczności zwrotu „znać język” i co to ma wspólnego z „płynnym” mówieniem.

KILKA RAD PRAKTYCZNYCH

Jako pedant i z wykształcenia językoznawca miałem skłonność do nauki metodycznej: moja równie chwytliwa jak nietrwała pamięć pozwala mi w ciągu tygodnia przeczytać i na ogół zapamiętać gramatykę nowego języka, tabele wyjątków itd. Mogę nauczyć się paruset słów dziennie, tak iż po tygodniu, mając około tysiąca wyrazów w pamięci, potrafię już czytać normalne teksty. Potem nad książką rozwijam to, sprawdzam, uzupełniam w szczegółach; po miesiącu czy dwóch takiej (dość katorżniczej) pracy mam już dość solidne podstawy języka i zaczyna się trwający odtąd latami, właściwe nigdy się nie kończący proces jego szlifowania i rozwijania, poznawania go wszerz i w głąb.

Nie twierdzę, że każdy może zrobić to samo bez odpowiednich predyspozycji. Ale może uczyć się w podobny sposób, choćby nawet kilka razy wolniej.

Oto kilka istotnych wskazówek:

Słówka można spisywać na długich listach, byle nie po kolei: więc ani w porządku alfabetycznym, ani tematycznym. Bo musimy przyswoić sobie każdy wyraz z osobna i niezależnie od pozostałych. W im większej rozsypce i nieporządku zestawiamy je ucząc się na pamięć, tym lepiej. Po czym sprawdzając, które ze słów już opanowaliśmy, wybierajmy te, które z trudem i źle pamiętamy; układajmy z nich osobne, krótsze listy; i powtarzajmy je ze szczególną zajadłością.

Najlepiej zaś umieszczać każde słowo na osobnej karteczce, a jego polski odpowiednik na odwrocie. Takie karteczki należy wciąż tasować i przerabiać je w coraz to innej kolejności; niekiedy wyłączać w osobne grupy słowa, które trudniej nam przyswoić, i tym zbiorom karteczek poświęcać szczególnie dużo wysiłku; na odwrotną stronę zaglądać tylko w razie potrzeby; i znów mieszać je tak, aby czasami wydobywać z pamięci polski odpowiednik obcego wyrazu, a czasami na odwrót. W innych miejscach karteczki można notować co trudniejsze formy gramatyczne, zwroty, inne znaczenia itd.

Każdy zaś paradygmat (jak deklinacja, koniugacja, budowa zdania) ćwiczyć nie wciąż na tym samym przykładzie, lecz na dziesiątkach i setkach coraz to innych wyrazów.

Tylko jedną grupę wyrazów warto od razu wyodrębnić i wkuwać ją pamięciowo na zapas: to spójniki, przyimki, główne przysłówki, wszelkie formy zaimków wskazujących i osobowych. Na nich bowiem spoczywa cała konstrukcja tekstu.

I wreszcie ogólna zasada, od której w nauce języka prawie wszystko zależy: powtarzać i powtarzać aż do upadłego, w nieskończoność. Cokolwiek (słówko czy paradygmat) nie jest jeszcze całkiem zautomatyzowane, musi być powtórzone co najmniej raz albo i kilka razy dziennie. Dwa dni przerwy: i włożony wysiłek poszedł na marne, bo pamięć zaczyna się rozmywać i cofać.

W ten sposób można pozbyć się całych języków.

Ja np. nauczyłem się ongiś po jawajsku, ale gdy zorientowałem się, o ile ważniejszy jest malajski i jemu się poświęciłem, nie utrwalony jawajski całkowicie mi uszedł z pamięci. Na studiach indologicznych zaś zdobyłem podstawy sanskrytu, a nawet przełożyłem z niego i wydałem parę klasycznych utworów; ale później zarzuciłem sanskryt na szereg lat i skutek jest taki, że dziś już w praktyce nie znam tego języka.

Zwłaszcza we wstępnych stadiach nieoceniony jest bieżący kontakt z kimś dobrze znającym język; nie po to, aby kontrolował mnie w sprawach elementarnych; lecz po to, aby rozwiązywał mi na poczekaniu tzw. zagwozdki, które o własnych siłach najczęściej odgaduje się na oślep, podczas gdy czyjeś proste wyjaśnienie, od szczegółu do szczegółu, najlepiej wprowadzi w głąb języka, w jego specyficzne konstrukcje składniowe i myślowe: czyli to, co dużo ważniejsze i trudniejsze niż zwykła gramatyka i słownictwo.

W ostatniej dekadzie uczyłem się już tylko dwóch języków, dawniej zaledwie tkniętych: jidysz i hebrajskiego. Pomagali mi w nich zwłaszcza Artur Sandauer (do którego dzwoniłem dziesiątki razy po wyjaśnienie wątpliwego szczegółu w tekście hebrajskim) i Michał Friedman, który w wielu rozmowach objaśniał mi setki wątpliwości w poezjach Icyka Mangera i Mordechaja Gebirtiga, nad którymi właśnie pracowałem.

W takich sprawach żywego nauczyciela nic nie zastąpi. Bo tylko on zapewnia pełne i natychmiastowe sprzężenie zwrotne między uczącym się a naturą języka.

JĘZYKI DANE W PREZENCIE

Jeszcze kilka fałszywych stereotypów.

Im więcej się zna języków, tym łatwiej poznawać następne; ta prosta reguła wyjaśnia, dlaczego większym osiągnięciem jest opanowanie pierwszych dziesięciu niż następnych dwudziestu. Dotyczy to zwłaszcza języków bliżej spokrewnionych ze sobą.

Bo mimo wszystkich różnic między dzisiejszym niemieckim, średniowiecznym: mittelhochdeutsch, jidysz i holenderskim jest oczywiste, że dobra znajomość np. niemieckiego skutecznie toruje drogę do pozostałych i zaoszczędza trzy czwarte wysiłku przy uczeniu się następnego. Tak znaczna część ich gramatyki i słownictwa pokrywa się, że nieraz wystarczy je uzupełnić, i nawet i bez znajomości danego języka zdarza się, iż tekst może być po części zrozumiały: podobnie jak między polskim a np. rosyjskim lub czeskim. Pojawia się wówczas trudność jakby odwrotna: żeby nie wpadać w pułapki pozornego podobieństwa. Mniej istotne się okazuje, że niemieckiemu: Herz „serce” i Fenster „okno” odpowiadają w żydowskim bardzo podobne harc i fencter, niż to, jak różnią się te wyrazy; a przede wszystkim, że niemieckie znaczenia Teich „staw”, schmeichheln „pochlebiać” i Vetter „kuzyn” są całkiem różne do żydowskich, gdzie tajch znaczy „rzeka”, szmajchlen „uśmiechać się” i feter „wuj”. W analogiczne pułapki wpadają „tłumacze” nie wiedzący, że po rosyjsku żaba to nie „żaba” tylko „ropucha” i groza nie „groza” tylko „burza” itd. Setki takich różnic w słownictwie i gramatyce powodują, że często rzekome podobieństwa więcej utrudniają, niż pomagają.

I niechże mi teraz ktoś powie: czy znam języków dwadzieścia, trzydzieści, czy może czterdzieści?
Ich liczenie traci po prostu sens.

W razie potrzeby lepiej czy gorzej, posługuję się wieloma językami, mogę też niewielkim wysiłkiem każdy z nich podciągnąć na wyższy poziom. Np. od lat nie posługiwałem się szwedzkim i leży on we mnie z pozoru martwy jak żaba w zimowym uśpieniu: aż któregoś dnia zużyję tydzień na obudzenie go z tej hibernacji, aby skończyć tłumaczenia trzech mocno już zaawansowanych książek.

Czy tak samo łatwo byłoby ze wszystkimi?

Na pewno nie. Bo większość życia spędziłem w czynnym kontakcie z językami typu analitycznego (jak angielski), aglutynacyjnego (jak malajski) lub alternacyjnego (jak hebrajski), więc mimo podeszłego wieku mój umysł zachował pełną elastyczność i łatwość uczenia się. Natomiast języki fleksyjne (jak łacina) zaniedbałem, z wyjątkiem słowiańskich, co sprawiło, że kilkadziesiąt lat temu już z trudem przyszedł mi sanskryt: i gdy zaniedbałem go, prędko wywietrzał mi prawie bez śladu.

To zwięzłe ostrzeżenie dla poliglotów in spe.

Natomiast dziwna sprawa zdarzyła mi się w Azji Środkowej, gdzie w większości odwiedzanych przeze mnie krajów (Kazachstan, Turkmenia, Kirgizja, Uzbekistan, Azerbejdżan) używa się blisko spokrewnionych ze sobą i z tureckim języków, o których nie miałem pojęcia. Pewnego dnia uświadomiłem sobie, że słuchając ich, zaczynam rozumieć! Potem już spędzałem długie godziny na bazarach w Ałma Acie i Baku, Taszkencie i Aszchabadzie, wsłuchując się w otaczający mnie gwar: i rzeczywiście rozumiałem coraz więcej. Jakim cudem?

Analizując to wszystko przypomniałem sobie, że w dzieciństwie, za okupacji, przeczytałem znalezioną gdzieś malutką gramatykę tureckiego: z niej przylgnęły mi do podświadomości jakieś deklinacje i koniugacje, trochę słów, które po kilkudziesięciu latach wypłynęły mi z podświadomości. Co jeszcze? Trochę wyrazów arabskich, z którymi (choć nie znam arabskiego) osłuchałem się przez zapożyczenia malajskie, a które i tam się przewijały. Następnie ciągłe, odruchowe i na ogół nieświadome, odczytywanie szyldów, tablic i wywieszek, nagłówków z miejscowych gazet. Codzienne osłuchiwanie się i kojarzenie. Wreszcie przeglądanie książek, których nie rozumiałem, ale kładąc obok nich rosyjskie przekłady sprawdzałem optycznie, gdzie cenzura sowiecka wprowadzała zmiany do ich kolejnych wydań. Było to bowiem jednym z głównych celów mej podróży po Azji Środkowej. I przy wyostrzonej uwadze najwidoczniej podświadomość bez ustanku coś rejestrowała.

Gdyż psychologia językowa i psychologia uczenia się języków kryją w sobie wciąż jeszcze wiele tajemnic.”

Napisane przez: futrzak | 8 grudnia 2018

O rozmowie

Taka prosta rzecz: mówię ludziom, że nie rozmawiam przez telefon i nie odbieram.
Wiecie ile razy ten prosty komunikat nie docierał?
Wiele, wiele razy.

Zupełnie tak samo jest z nachalnymi facetami w barze. Mówisz im, że nie jestes zainteresowana, powtarzasz i nie dociera.

A potem się ludzie dziwią, że jak to, w tym kraju nie ma dialogu, ludzie nie umieją ze sobą rozmawiac, tylko się atakują.
Nie wiem, skąd to zdziwienie. Nie wiem skąd założenie, ze jesli ktos nie przyjmuje do wiadomości prostego komunikatu: „nie rozmawiam przez telefon”, to przyjmie skomplikowane wyjaśnienia odnośnie róznic między pierwiastkiem a związkiem chemicznym, albo bedzie rozumiał na czym polega progresja podatkowa czy – nie daj boh – metodologia nauki.

Do rozmowy są potrzebne dwie strony i KAZDA Z NICH musi chcieć słuchać. Jeśli jedna nie jest nastawiona na odbiór, rozmowy nie ma, są dwa monologi wygłaszane do księżyca albo do ściany.
I tak, ja jako strona w rozmowie NIC nie mogę zrobić, zeby kogos zmusić do słuchania. W tym wypadku oskarżenie, ze JA nie chcę rozmawiać jest absurdalne. Ja po prostu nie jestem zainteresowana kolejnym jałowym monologiem.

Napisane przez: futrzak | 6 grudnia 2018

O co chodzi w protestach we Francji?

Zwięźle i rzeczowo podsumował je Tomasz Markiewka

Chcecie zobaczyć Europę przyszłości? Spójrzcie na Francję. Trwające tam protesty „żółtych kamizelek” są zwiastunem problemów, przed którymi stanie niebawem większość Europy. Również Polska.

Zaczęło się od podniesienia podatków na paliwa w nadziei, że będzie to kolejny krok Francji na drodze do czystszej energii. Ten ruch szybko wywołał masowe i gwałtowne protesty. I tak to właśnie będzie wyglądało. Zazwyczaj wydaje się nam, że katastrofa klimatyczna będzie się przejawiała w iście hollywoodzkiej skali, w postaci potężnych anomalii pogodowych. Czasem tak, ale często problemy będą występowały w subtelniejszej postaci. Gdzieś trzeba będzie wprowadzić limity na korzystanie z wody z powodu jej niedoborów. Gdzie indziej poradzić sobie z przyjęciem ludzi uciekających z terenów nienadających się dłużej do zamieszkania. Albo ograniczać konsumpcję paliw. Nie trzeba dodawać, że za każdym razem może to stanowić zarzewie poważnych konfliktów społecznych.

Tym bardziej, że tutaj historia się nie kończy. Dlaczego właściwie ludzie protestują tak zaciekle przeciwko temu nowemu podatkowi we Francji? Kto dokładnie to robi? Cóż, jak zwykle, wśród protestantów nie brakuje zwykłych zadymiarzy, którzy chcą po prostu siać zamęt. Ale to nie oni stanowią większość. Jak pisze „Guardian”: „Protestujący przybywają głównie z miasteczek, miast i wsi rozsianych po Francji, jest wśród nich wiele kobiet i samotnych matek. Większość z nich ma pracę, są zatrudnieni jako informatycy, pracownicy fabryk, dostawcy i opiekuni. Wszyscy mówią, że z powodu niskich zarobków ledwo wiążą koniec z końcem”.
Nieprzypadkowo protestujący wypominają prezydentowi Francji obniżki podatków dla najbogatszych i żądają podniesienia płacy minimalnej. I tu dochodzimy do sedna problem. Do czegoś, o czym wielu przytomnych ekonomistów i komentatorów politycznych mówi od dawna, choć ich ostrzeżenia nie prowadzą do realnych zmian. Najzwyczajniej w świecie nie da się zbudować sprawnego społeczeństwa i sprawnej demokracji wśród ludzi, których dzielą tak ogromne różnice zarobkowe i majątkowe. Można sobie opowiadać różne bajki o tym, że każdy ma szansę (wbrew statystykom) i że przypływ podnosi wszystkie łodzie (wbrew doświadczeniom ostatnich kilkudziesięciu lat), ale to wszystko na nic.

Ostatecznie rzeczywistość puka do okna, żeby przypomnieć prostą prawdę. W tak podzielonym klasowo społeczeństwie muszą pojawić się konflikty. W czasach względnego spokoju przybierają one stosunkowo łagodną postać. Ale w czasach katastrofy klimatycznej, która wywróci nasz świat do góry nogami, frustracja, wrogość i agresja będą przybierały na sile.
Tych problemów nie da się zagadać. Nie wystarczy pomachać flagą Unii Europejskiej, powiedzieć coś ładnego o tolerancji i udawać najfajniejszego dzieciaka w mieście. Ta strategia dała zwycięstwo Emmanuelowi Macronowi nad Marine Le Pen w ostatnich wyborach prezydenckich. I super. Naprawdę super, bo Le Pen reprezentuje najmroczniejsze siły we Francji. Ale to, co starczyło do zwycięstwa wyborczego nad radykalną prawicą, w żaden sposób nie wystarcza do poradzenia sobie z problemami, którymi ta prawica się karmi. Fajnością można wygrać wybory, ale nie naprawić świat.

Jeśli ktoś łudzi się, że te kłopoty nas ominą – że katastrofa klimatyczna przeskoczy sobie nad Polską i pogna gdzie indziej – ten powinien się w końcu obudzić. Spytajcie polski rząd klęczący przed Rydzykiem, jaki ma plan w związku z tym. Spytajcie, polityków i fanów PO, którzy zredukowali polską politykę do liczenia procentów poparcia dla Zjednoczonej Opozycji, jakie oni mają plany. Jakie mają pomysły na poradzenie sobie z procesami, które mogą znacząco pogorszyć warunki życia większości z nas i wynieść do władzy siły dalece gorsze od Kaczyńskiego? Nikt z nich nie ma odpowiedzi na te wyzwania, mało kto w ogóle o nich myśli, bo to jednak rzeczy trochę bardziej skomplikowane niż zakładanie koszulki z napisem „Konstytucja”.

Napisane przez: futrzak | 5 grudnia 2018

W Polsce rośnie nowa kadra ginekologów…

I nie wiadomo, czy śmiać się, czy płakać, ale jakbym była kobietą w wieku rozrodczym mieszkającą w Polsce, to bałabym się.

Taka historia, od znajomej:

Uczę m.in. angielskiego medycznego. Mam uczennicę, ginekolożkę, która jest rezydentką na oddziale położniczym. Niedawno miała taką sytuację: pacjentka w okolo 20tygodniowej zagrożonej ciąży i tuz po skończonym obchodzie okazuje się, że z kobiety się leje. As in, jej łóżko, część sali w której ona leżała i korytarz którym ja wieźli na blok wyglądały jak po je*nym świniobiciu, połączonym z teksańską masakrą piłą mechaniczną. Płód obumarł, no to moja uczennica dawaj, łyżeczkuje, zaszywa babę… itd. Pacjentka przeżyła, ale po tym wszystkim miała hemoglobine ku*wa 5 albo 6.
No i koledzy mojej uczennicy już po wszystkim ją pytaja: ale po co to robilas? Przecież jak dziecko i tak nie żyje, to nie musiałaś. Ku*wa mać…

To nie jest ssane z palca, jak ktoś ma ochotę, to może sobie poczytać wspomnienia z porodów polskich kobiet. Stosowanie barbarzyńskich praktyk, zakazanych w normalnych krajach, traktowanie kobiet jak zwierząt, co nie mają nic do powiedzenia, zmuszanie do naturalnego porodu gdy zalecenie prowadzącego ginekologa jest wyraźne: cesarka, bo podczas normalnego porodu kobieta/dziecko mogą umrzeć.
I jeszcze opowieść znajomej, która miała pecha byc w ciazy pozamacicznej.

Dlaczego w Polsce tak bardzo nienawidzi się kobiet?

Napisane przez: futrzak | 3 grudnia 2018

The grass is greener…

Są takie wady emigracji, o których mało się mówi i z których nie zdają sobie sprawy ludzie, co czytają tylko lukrowane opisy fantazmatów z tropików, Karaibów, Azji, etc.

1. JĘZYK
Poruszanie się w obszarze języków indoeuropejskich to jest łatwizna można by rzec, ale wcale nie.
Bo to jest tak: ciągle i do rzygu słyszę od wielu znajomych mantrę „ja znam dobrze język”. Aha. No to jak dobrze, to zakładam, ze z komunikacją nie masz człowieku problemu, z napisaniem czegos w miare poprawnie tez nie, z pójściem do lekarza, co nie mowi po polsku, też nie.
A potem teksty: „No on dobrze mówi po angielsku, ale sie zgubił, bo jak pytał lokalnych, to go nie rozumieli”. Albo: „no wiesz, ona dobrze zna hiszpański, ale z bankiem się nie skontaktuje”. Albo: dostaję emaila od znajomego (tak w USA było), który się pyta, o co chodzi, bo dostal emaila od Polaka. Ja czytam, i mam ochotę baranka w ścianę strzelić, bo poziom angielskiego jest typu „cara stoi za ciucią i giw mi this job”.
Eeeeee Yyyyyyy…???
A przecież nie trzeba wyjeżdzać poza Europę nawet. Mowisz po francusku z akcentem? Oh życzę powodzenia w wynajęciu sensownego mieszkania.
A teraz, psze państwa, mówimy o emigracji do kraju typu Chiny…. Japonia… Tajlandia….
Ludziom sie wydaje, że z kulawym angielskim zawojują kraj. Really?
A zdarzają się egzemplarze, które potrafią się dziwić, że JAK TO, Ameryka Południowa, a oni mówią w jakimś dziwnym języku??? (chodziło o Brazylię….)

2. PRZYJAŹNIE
Jest bosko i cudownie przez pierwsze miesiące. A potem kurz osiada, człowiek zaczyna funkcjonować w codzienności i okazuje się, ze faktyczne zaprzyjaźnienie sie, tak bardzo, prawdziwie… jest bardzo, niezmiernie trudne. Oczywiście, zalezy to od kraju i kultury, ale nie czarujmy się: dla większosci ludzi pozyskanie w nowym kraju przyjaciół na przysłowiowe śmierć i życie prawdopodobnie nie będzie możliwe…
Tak, gdy pytam, to każdy odpowiada, że „tak tak, mam świetnych przyjaciół, mogę na nich polegać”.
A potem się okazuje, że w razie kłopotów zostają po prostu sami i wracają do kraju ojczystego bo albo psychicznie, albo finansowo nie potrafili sobie dać rady i nikt jakoś nie kwapił się z pomocą.
No ale hej! Świat stoi przed nami otworem – zwłaszcza, jak się jest pięknym i młodym.
Potem też stoi, ale pytanie, czy nadal tym samym otworem…

3. ZWIERZĘTA
Jak masz zwierzaki, a chcesz emigrować do innego kraju to… masz przerypane. Wydasz kupę kasy na certyfikaty, zaświadczenia i całą resztę, a i tak jesteś zależna/y od lokalnych urzędników, bo jak im się coś nie spodoba, to twoje zwierzę zatrzymają w kilkumiesięcznej kwarantannie. I nic nie zrobisz. A potem masz problemy z wynajęciem mieszkania, bo jednak większość wlascicieli zwierząt wolałaby nie mieć (przynajmniej w mieście i w bloku, bo jak jest to dom poza miastem to nie ma to aż takiego znaczenia… ale to kasa większa).

4. FORMALNOŚCI
Ludzie w Polsce przyzwyczaili się, że od wejścia Polski do UE to mogą sobie pojechać do np. UK, Irlandii, Niemiec i praktycznie żadnych formalności, podpisują umowę o wynajem od jutra, takoż samo umowę o pracę. HA!
Tyle że poza tą strefą trzeba mieć wizę, potem rezydencję i tak dalej. Załatwianie formalności jest zależne od kraju, ale większość ludzi nie zdaje sobie sprawy z tego, że jak urząd emigracyjny coś spieprzy, to NIE MA INSTANCJI ODWOLAWCZEJ. Na przykład: dostarczyleś wszystkie dokumenty, ale w urzędzie ci jakiś kluczowy zgubili. Odmawiają rezydencji i MOZESZ IM GUME STRZELIC. Można się cieszyć, jeśli to nie jest kraj typu USA, gdzie wsadzą cię (dziś) prawie od razu do aresztu (detention center) i będą traktować jak przestępcę, bez żadnych praw i czegokolwiek. Niemniej, deportacja nigdy nie jest miła…

5. BANKI
Ileż to ja się nie nasłuchałam. „Ale jak to, że nie mozesz zrobic przelewu?” „Ale jak to, ja w swoim banku..” etc. itd. Otóż, tak to. Regulacje bankowe nie są dla normalnych ludzi, a banki nie lubią, jak ktoś się chce zrobić eksterytorialnym. Bankowość elektroniczna, ha ha. Robisz przelew, ale potwierdzenie SMSem. LOKALNYM. A jak jesteś na drugim kontynecie, a nie masz w kraju siedziby banku kogoś, kto ma dostęp do twojego konta, lokalny numer, i może potwierdzić – to spadaj Fela.
Przerabiałam, po wyjeżdzie z USA do Argentyny….
Ba. Większosc ludzi nie zdaje sobie sprawy, jaką kupę kasy kosztuje przelew zagraniczny, i żeby go wykonać, trzeba być na miejscu w lokalnym oddziale – zeby osobiscie otworzyc albo zlecenie stałego przelewu, albo jednorazowe. Globalization my ass – tj. dla corpo, ale nie dla zwyklych Kowalskich.
Bo nagle bariery znikają, jak ma się „premium services” czyli konto np. w HSBC z depozytem sto tysięcy dolarów. Oh, wtedy nie ma żadnego problemu. Tak, w ten sposób miliardy dolarów pierze i przelewa z kontynentu na kontynent mafia; bank nawet jak przegra proces, to dostaje śmieszną karę (typu kilka miliardów dolarów) i interes toczy się dalej. A przeciętny Kowalski musi płacic kilkadziesiąt dolarów za durny jednorazowy przelew z kontynentu na kontynent i nie ma przeproś. Tak, jest PayPal, ale proszę sobie używać, jak nie ma sie podpiętego konta bankowego z pierwszego świata. Oplaty was zabiją.

Na pozycji szóstej, a może i wyżej, powinny być kwestie podatkowe, ale to jest już w ogóle kompletna abstrakcja. Światowy system polityczno-finansowy jest tak urządzony, ze przeciętny Kowalski pojdzie do więzienia na długie lata, bo nie był czegoś świadom, a korporacje unikają podatków za biliony zysku i NIC się im nie dzieje.

I na tym dziś zakończymy…

Napisane przez: futrzak | 2 grudnia 2018

Poetą być!

Kilka dni temu pisałam o dyskryminacji kobiet w STEM. Okazuje się, że to była kaszka z mlekiem. Poeci, pisarze, redaktorzy i krytycy dopiero dają popalić….

„W normalnych warunkach za donoszenie na braci na suki wsiadłbym w furę i spalił ci dom” jak myślicie, kto to powiedział? Bohater nowego filmu Patryka Vegi? Gangster z HBO? Antoś z 6 B po tym, jak ktoś powiedział pani, że palił papierosy za szkołą?
Nope, okazuje się, że to e-mail pana poety i redaktora Kamila B. (wszystkie dane dostępne w linkach) do krytyczki literackiej i działaczki feministycznej Mai Staśko. Niespodzianka, nie? Pan poeta wyrażający się jak połączenie kryminalisty z gimnazjalistą. (link: https://www.facebook.com/photo.php?fbid=2197558936921990&set=a.1930768056934414&type=3&theater )

Czym Maja zasłużyła sobie na nienawiść bojowego pana poety? To długa, dziwaczna i dosyć paskudna historia, stawiająca środowisko poetyckie w takim świetle, że szybciej podałbym chyba teraz rękę Arturowi Zawiszy, niż niektórym „artystom”.
Wszystko zaczęło się od tego, że w połowie września wydawca i grafoman (wniosek wyciągnięty po przeczytaniu niedużej próbki jego twórczości, ale środowisko go docenia, daje nagrody i chwali, może się nie znam po prostu) Mariusz G. dostał rozwolnienia intelektualnego na Facebooku i zaczął nap*ać seksistowskimi wyzwiskami pod adresem różnych poetek, jakby od tego zależało jego życie. Bluzgał, obrażał, podważał ich kompetencje artystyczne. Nie mam zamiaru tego cytować, ale było i o cyckach i o wrzucaniu selfie i że „nie strzela w pustaki” (tak chodzi o seks).
Przypominam, że wyzwiska były pod adresem osób, które regularnie widuje na festiwalach i których praca i szansa na zarobienie na życie często zależy od niego.

Maja postanowiła opisać to wydarzenie z komentarzem, że takie zachowanie wydawców i poetów-mężczyzn jest powodem, dla którego poetki często rezygnują z kariery i uciekają ze środowiska, a nie tak, jak twierdzą niektórzy, dlatego, że nie mają talentu, a w ogóle to wolą dom i dzieci. Posta możecie zobaczyć tutaj: https://m.facebook.com/story.php?story_fbid=2100611389950079&id=100000037159693

Pan poeta Mariusz oczywiście od razu przeprosił, a środowisko poetyckie murem stanęło za Mają. I tak historia się skoń… Pffffffffff…! Uwierzyliście?
Maja dostała trotylion komentarzy z wyzwiskami od różnego rodzaju poważnych i cenionych poetów. A od samego pana G. Dostała wiadomości z pogróżkami. Oprócz różnego rodzaju bełkotu były tam takie stwierdzenia, jak to, że „będzie ją ścigał” i „znajdzie żywą lub martwą”.

Co robimy, kiedy dostajemy niespecjalnie zawoalowane groźby od osoby, która najprawdopodobniej wie, gdzie mieszkamy (jako wydawca podpisywał umowy gdzie był adres itd.) i mieszka w tym samym mieście? Idziemy na policję. Tak właśnie zrobiła Maja. Poszła na policję, złożyła zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa, które zostało bezproblemowo przyjęte przez policję, po czym kupiła gaz pieprzowy. Policja wszczęła dochodzenie (link: https://www.facebook.com/photo.php?fbid=2173834769294407&set=a.1930768056934414&type=3&theater )

Historia po raz kolejny została opisana na Facebooku przez Maję. (z gazem: https://m.facebook.com/photo.php?fbid=2127663287244889&id=100000037159693&set=a.1930768056934414 ). Jaka była reakcja? No cóż, normalni ludzie, przede wszystkim kobiety, zareagowały z niedowierzaniem i oburzeniem, jak ktoś może wysyłać tego rodzaju groźby i oczywistym posunięciem było dla nich zgłoszenie sprawy na policję.

Z drugiej strony nastąpił przytłaczający atak słownego rozwolnienia ciężkiego kalibru ze strony mężczyzn ze środowiska artystycznego.
Czasem to normalne, że ktoś sypie bluzgami jak z rękawa. Do tego to wcale nie były groźby, tylko cytat z westernu (to sugestia pisarza finalisty nagrody Nike)!
Tak, „znajdę cię żywą lub martwą” to cytat z westernu i młoda kobieta, do której takie rzeczy wypisuje dojrzały mężczyzna, który wie gdzie ona mieszka i o którym wie, że jest na nią wściekły, za ujawnienie tego, że jest obrzydliwym seksistą (i może go spotkać w każdej chwili!), nie ma prawa się na to złościć, ani zgłaszać tego na policję.
Do tego okazało się, że jest to „Pseudoewacki, wulgarny bełkot agresywniej zacietrzewionej aktywistki”, a przynajmniej tak sądzi pewien doktor habilitowany, wykładowca UAM. (reakcja środowiska: https://www.facebook.com/maja.stasko/posts/2149508988393652?__tn__=K-R )

Maja kontynuowała wrzucanie na Facebooka komentarzy ludzi popierających przemocowców, seksistów i ludzi stosujących groźby karalne. Zaowocowało to kolejnymi groźbami, tym razem od poety Kamila B., tego którego zacytowałem na samym początku.
Podczas publikacji tych i poprzednich gróźb i obrzydliwych komentarzy jeden po drugim poeci i wydawcy tytułujący się wcześniej kolegami lub przyjaciółmi Mai zrywali z nią kontakt i stawali murem za przedstawicielami poetyckiej bandyterki.
Jest oskarżana o bycie antencjuszką (kto by śmiał publikować fakt, że ktoś mu grozi śmiercią, to musi być dla atencji), o linczowanie kolegów poetów (jakie k*a linczowanie, jak napiszesz komuś jakieś idiotyzmy i ktoś to opublikuje, to tylko i wyłącznie twoja wina) i w ogóle o wszystkie zła tego świata.

Miałem okazję poznać kilka osób z tzw. „środowiska artystów” i wiedziałem, że seksizm i bucyzm jest tam na porządku dziennym, ale ta historia całkiem mnie rozwaliła. Ludzie, ogarnijcie się.

Niesamowitym jest fakt, że bycie nagradzanym i szanowanym poetą lub wydawcą wydaje się usprawiedliwiać właściwie wszystko, w tym najbardziej obrzydliwe zachowania. Groźby karalne stają się cytatami, a wiązanki seksistowskich bluzgów to tylko „ciężki okres w życiu”.

Da się być artystą bez wyżywania się na kobietach i bycia kosmicznym bucem. A jeśli ktoś już takowym bucem jest i próbuje wam sprzedać tomik swojej poezji, to zasugerujcie mu, gdzie może go sobie wsadzić.

Cytat od Ahmeda Goldsteina.

Napisane przez: futrzak | 30 listopada 2018

Jak ratować planetę?

Od czasu do czasu opinia publiczna bombardowana jest artykułami/wezwaniami do tego, żeby ratować planetę (jak najbardziej sluszna idea), a zaraz po tym idzie teza, że jedną najważniejszą rzeczą, jaką można indywidualnie w tym celu zrobić, jest… rezygnacja z jedzenia mięsa.

Otóż, drodzy moi, nie. Ilosć gazów cieplarnianych, produkowanych przez mleczarstwo i przemysł mięsny, jest.. nikła. Wykres tak wygląda dla USA:

Jak widać, CAŁE rolnictwo to jest ledwie 6.2% emisji, z czego hodowla zwierząt i nawóz (livestock&manure) to 2.5%, a gleby to 3.6%. A przecież USA jest jednym z czołowych światowych producentów żywności, w tym mięsa i przetworów mlecznych.
Nie, nawet jeśliby od jutra wszyscy ludzie przeszli na wegetarianizm, nic to nie zmieni, bo głownym producentem gazów cieplarnianych jest transport i zaraz za nim ogrzewanie oraz elektryczność…

Sytuacja w ogóle robi się bardzo zabawna, jeśli zdamy sobie sprawę, że niespełna sto firm – producentów paliw kopalnych – jest odpowiedzialnych za 71% emisji!!!

A przypomnijmy: zostało ledwie kilkanaście, góra 20 lat na ścięcie emisji CO2 niemalże do zera, żeby powstrzymać obrócenie się Ziemi w gorące piekło, nie nadające się do zamieszkania dla ogromnej większosci dzisiejszej flory i fauny….

Napisane przez: futrzak | 28 listopada 2018

Na czym polega late kapitalizm…

Na przykładzie General Motors.

W tym roku General Motors otrzymał 514 milionów dolarów w ramach ulgi podatkowej Trumpa dla bogatych.
W 2018 roku zyski GM wyniosły 6 miliardów dolarów. Sto milionów zostało wydane na buybacks (wykup własnych akcji z giełdy w celu wzbogacenia udziałowców). W zeszłym roku CEO otrzymała „compensation package” w wysokości 22 milionów dolarów (295 razy więcej, niz zarobki przeciętnego pracownika GM).
To nie wszystko. Otrzymali 600 milionów dolarów w postaci lukratywnych federalnych kontraktów.

Wg. neoliberalnej narracji teraz powinno nastąpić skapywanie: fabryka ma niebotyczna kupę szmalu, więc zacznie „inwestować” i „tworzyć miejsca pracy” i w ten sposob „skapnie” klasie średniej, prawda?

Nieprawda.
Dzisiaj GM zaanonsowało, że zwalnia 15 tysięcy pracowników i zamyka fabryki w Ohio, Michigan i Maryland, w tym fabrykę, w której produkuje się przynoszący zyski model Chevrolet Volt.
Powód? „Increase the long-term profit and cash generation” [zeby zwiększyć długoterminowe zyski i generację gotówki].

Jak ją będą zwiększać? Prawdopodobnie tak, jak inne corpo. Po co męczyć się i produkowac, kiedy mozna wylobbować sobie następne ulgi podatkowe, przywileje, a zgromadzoną gotówkę załadować w jakiś hedge fund albo wypłacic udziałowcom, którzy wyprowadzą ją do raju podatkowego? Ostatecznie przecież po wszystkim, jak już źródelko wyschnie, można zbankrutować (wszak pokazał nam POTUS, ile razy mozna!), przenieśc się na własną tropikalną wyspę i mieć wszystko gdzieś.

…..
…..

A idioci dalej wierzą w teorie skapywania… swoją droga ciekawe, czy zwolnieni robotnicy nadal będa popierać Trumpa…[hint: preferencje wyborcze w tamtych stanach już sie zmienily…]

Napisane przez: futrzak | 27 listopada 2018

Ah, ci prawdziwi mężczyźni!

Tyle się mówi ostatnio o dyskryminacji kobiet w STEM (science, technology, engineering, math czyli nauki ścisle, technologia, inżynieria, matematyka). I zwykle, jak jakaś dyskusja się rodzi na polskojęzycznych mediach społecznosciowych, to gremium panów zapewnia, jak to w Polsce jest dobrze, bo on konczył polibudę i tam nikt kobiet nie dyskryminowal, a wręcz przeciwnie: miały taryfę ulgową. Albo że jakis inny wydział scisły (np. chemia, biotechnologia) jest zdominowana przez kobiety. Słowem, standardowe poklepywanie po pleckach w temacie jacy to my jesteśmy wspaniali, na podstawie tego, co się komuś wydaje.

Że to pic na wodę fotomontaż, szybko sie mozna przekonać wykonując mały eksperyment. Wchodzimy na jakąś grupę/forum tematyczne zdominowane przez mężczyzn pod żeńskim nickiem (kontem). Przysłuchujemy sie dyskusji poczem włączamy się do rozmowy z merytorycznym argumentem, np. „nie, to rozwiązanie to jakiś humbug, bo stoi w sprzeczności z pierwszym prawem termodynamiki” (a potem wyjasnienie, w jaki sposób stoi w sprzecznosci).

Co można uslyszeć w odpowiedzi? Caly wachlarz pseudoargumentów typu „co ty tam wiesz”, „o, znalazła się ekspertka od wszystkiego”, „nie wypowiadaj się na tematy, o ktorych nie masz pojęcia” i tym podobna pasywna agresja, mająca na celu upokorzenie kobiety, która odważyła się wtrącić w typowo „męską” dyskusję.
Szanse na merytoryczne ustosunkowanie się do zarzutu i przeanalizowanie go są niezmiernie rzadkie.

Podobne reakcje są w tematach związanych z komputerami. No tak, są kobiety programistki, no gdzieś sobie są, no trudno – ale żeby jakaś śmiała komuś wytykać błędy w kodzie albo bezsens jakiegoś algorytmu?!?! No NIEDOCZEKANIE.

Zanim drodzy panowie rzucicie mi się tu udowadniać, że te straszne Internety strasznie traktują wszystkich jak leci – otóż nie. Powyzej opisane eksperymenty robiłam z przyjaciółmi. To samo forum, ten sam argument (jako że pewne bzdury wypływaja regularnie), po stosownym upływie czasu, ale wypowiedziany ustami mężczyzny. Inna reakcja. Większosc odpowiedzi merytorycznych, zupełnie odwrotnie niż w wypadku kobiety…

Mój eksperyment był malutki, ale tutaj podsumowanie eksperymentu dokonanego na największym repozytorium programistycznym na świecie, na GITHubie.
Okazuje się, ze kod pisany przez kobiety jest częściej akceptowany, niż ten pisany przez mężczyzn, ale tylko wtedy, kiedy płeć programisty nie jest ujawniona…

Napisane przez: futrzak | 26 listopada 2018

Roślinki

Oto papirus ogrodowy, smaczny i zdrowy :))))

Został kupiony w zimie i prawie zdechł, jak temperatura opadła w okolice zera. Zostal wniesiony do środka i przez 2 miesiace wyglądał, jakby nic juz z niego nie mialo wyjść. Az tu przyszla wiosna, sloneczko, duuuuzo wody lalismy w donice i voila! Tak sobie wyrosł, juz prawie 2 metry wysokosci ma. Niedlugo bedzie z niego mozna zrobić dwa papirusy, bo rośnie jak szalony :)))

« Newer Posts - Older Posts »

Kategorie