Napisane przez: futrzak | 19 kwietnia 2017

Spacerem po centrum – El Centro de Fotografia

Idac 18 de Julio natrafilismy na przybytek, ktory nazywa sie Centrum Fotografii. Na parterze byly rozne stare zdjecia Montevideo i Urugwaju – ciezkie do sfotografowania telefonem przy dosc minimalnym oswietleniu, dlatego zrobilam tylko jedno. Widac, ze wtedy miasto bylo dla ludzi, a nie dla samochodow…
Czytaj dalej…

Napisane przez: futrzak | 16 kwietnia 2017

Spacerem po centrum — 18 de Julio

Czesc pierwsza — mimo najszczerszych checi nie jestem w stanie obrobic wszystkich zdjec naraz, zreszta wpis chyba bylby i tak za dlugi. Bedzie wiec w kawalkach – dzis odcinek pierwszy, czyli centralna ulica miasta – 18 de Julio oraz Plaza Cagancha.
Czytaj dalej…

Napisane przez: futrzak | 12 kwietnia 2017

Z cyklu newsy z kraju, w którym nic się nie dzieje…

Jakaś restauracja w Montevideo na tablicy ze „specials” wystawianej na chodnik dopisała na dole informację, że „psom i Meksykanom wstęp wzbroniony”.

Dowiedział się o tym intendente Martinez (burmistrz Montevideo). Oczywiście uświadomiono go, że to jest cytat z filmu, jednakowóż intendente się tym nie przejął w ogóle. Stwierdził, że cytat nie cytat, jest rasistowski i ma zniknąć. A jak nie zniknie, to miasto wyśle zawiadomienie do prokuratury, bo to łamie przepisy o niedyskryminacji.

No.
A w Polsce odbywa się gównoburza w internetsach z powodu tego, ze jakis zaklad fryzjerski wyprosił kobietę za drzwi pokazując naklejkę no women allowed. Rozumiecie – dyskusja, czy wolno dyskryminować w swoim publicznym lokalu/zakładzie. Przeciez chcącemu nie powinna dziać się krzywda!

Napisane przez: futrzak | 11 kwietnia 2017

Poznaj samego siebie czyli dylematy wieku średniego

Motto:

Co za ironia, żeby o swoim życiu decydować za młodu, kiedy jest się kretynem..

„Ale ja nie wiem czego chcę”.
„Ale ja nie wiem, co chcę osiągnąć”.
Często słyszę takie stwierdzenia, zwłaszcza z ust ludzi, ktorzy zblizaja się do wieku średniego i czują się swoim dotychczasowym zyciem rozczarowani. Najczęściej nie wiedza, czego chcą dlatego, ze zinternalizowali sobie zewnetrzne cele i wartosci dyktowane przez innych – przyjeli za własne cos, co wcale nie bylo ich, ale zrobili tak, bo „tak trzeba”, bo „takie jest życie”, bo „oni wiedzą lepiej”, a dziś są bezradni jak dzieci, co dopiero uczą się siebie i świata.

Tymczasem sposób na określenie tego, co zewnętrzne i tego, co faktycznie JA chcę, jest prosty. W zyciu robimy wiele rzeczy i należy się przyjrzeć każdej z nich pod kątem tego, jak na nią reagujemy.
Na przykład: jesli kazdego dnia zmuszamy się, zeby wstać rano i pojść do pracy, a potem w pracy zmuszamy się, zeby robić okreslone zadania (niewazne, czy ma to byc napisanie jakiegos pisma, uporzadkowanie dokumentow, napisanie linijek nowego kodu czy wykonanie telefonu) – to nie są to rzeczy, których faktycznie chcemy. Jeśli odkładamy coś na ostatnią chwilę, a potem robimy to najszybciej jak sie da – albo na odwrot, robimy to zaraz na samym początku, zeby mieć już „z głowy” – to znaczy, ze robimy to z obowiązku.

Proszę nie zrozumieć mnie źle. Ileś-tam rzeczy robić z obowiązku trzeba – bo nie żyjemy na pustyni, tylko wśrod ludzi. W związku z tym, zeby zycie na codzien nie stalo się męką, pewne obowiązki odbębnić trzeba: sprzątać, gotować, byc uprzejmym dla bliźnich, pracowac zarobkowo, placic rachunki, zmieniać pieluchy, itd. etc.
Jesli dla kogos któraś z tych czynności jest interesująca i robi ją z pasją i chęcią (dajmy na to gotowanie) – to świetnie. Jednak zwykle większość z nich ludzie robią, bo muszą.
I TO JEST OK. Problem zaczyna się, gdy ich życie zaczyna składać się z samych obowiązków i nie ma w nim żadnych przyjemności oraz gdy zaczynają sobie wmawiać, że na tym polega szczęście. Albo inni im to zaczynaja wmawiać…

W tym kontekście wypadałoby wspomnieć o wielce toksycznej maksymie „jak się nie ma co się lubi, to się lubi, co się ma”. Sednem tego durnego powiedzonka jest właśnie próba przekonania ludzi do tego, zeby brali za źródło szczęścia wartosci, powinności i obowiązki narzucane przez innych. A to tak nie działa! Tysiące ludzi na tym świecie codziennie próbują i jedyne, z czym kończą, to frustracja, rozczarowanie, złość i poczucie winy. Bo nie da się zmusić siebie do lubienia i cieszenia się czymś, co nam przyjemności nie sprawia. NIE DA SIE.
Niektórzy w tym samooszukiwaniu potrafią zajść całkiem daleko, i tylko czasem, w samotności dociera do nich bezsens tego co robią – szybko wtedy zasypują go nawałem organizowanych zajęć, obowiązków i szczelnym wypełnieniem sobie kalendarza – byle tylko nie mieć czasu na bolesne rozmyślania. Inni przez przypadek w poznych latach zycia wpadna na to, co ich uszczesliwia – i rzucają cale swoje dotychczasowe zycie (prace, malzenstwo, rodzinę etc.) i znikaja. Społeczenstwo oczywiscie premiuje zachowania tych pierwszych, a piętnuje tych drugich…

A przeciez można inaczej. Jasne, ze 99% populacji nie moze sobie pozwolic robienie tego, co im sprawia przyjemność i np. na porzucenie pracy zarobkowej. Albo nie mogą robić tego, co kochaja ze względu na ostracyzm społeczny, bo urodzili się nie tam i nie wtedy, kiedy trzeba. Tyle, ze z tego nie wynika, ze trzeba sobie coś wmawiać i oszukiwać się. Od strony psychicznej lepiej znosić sytuacje kiedy wiemy, ze przez 5 dni w tygodniu robimy cos, bo musimy, za to przez 2 dni będzie święto lasu. Albo: męczyć się przez jakiś czas ale ze świadomością, że dążymy do czegoś, co absolutnie kochamy robić. W ten sposób można bardziej pozostać przy zdrowych zmysłach niż wmawiać sobie każdego dnia: no ale przecież mam dobrą pracę, mam dom, mam rodzinę, więc powinienem być szczęśliwy. Co ze mną nie tak?

Napisane przez: futrzak | 9 kwietnia 2017

Konkurs!!

Kto zgadnie autora poniższego cytatu?

Jednakze interes przedsiębiorców (…) jest zawsze pod pewnym wzgledem rozny od interesu publicznego, a nawet mu przeciwny (…). Propozycja jakiegoś nowego prawa czy przepisu regulujacego handel, która pochodzi od tej klasy, powinna się zawsze spotkać z największą ostrożnością (…). Pochodzi ona bowiem od klasy, (…) ktora jest zainteresowana w tym, by oszukiwać, a nawet ciemiężyć społeczeństwo, i które je też w wielu wypadkach oszukiwała, jak i uciskała.

Napisane przez: futrzak | 7 kwietnia 2017

Z cyklu newsy codzienne

Rząd pochwalił się właśnie, że skonczył hodowlę przydziałowych 400 kg marihuany na legalnych plantacjach. Ponieważ apteki nie chciały zioła sprzedawać, zastosowano zachętę – tym, które się zgodziły, zainstalowano systemy alarmowe bezpośrednio podłączone do komisariatów policji. Za darmo.

Napisane przez: futrzak | 4 kwietnia 2017

Jak postępować z antyszczepionkowcami na SOR

Pani Karolina Chałupska opracowała krótki, ale jakże trafny instruktaż:

Ja generalnie bym proponowała, jak taki antyszczepionkowy rodzic wyląduje na SORze z zapaleniem wyrostka, żeby mu dać scyzoryk, wodę utlenioną i link do instruktażowego filmiku na YT.

Edit: wymyśliłam bonus – trzy linki, z czego jeden pokazuje prawidłowe informacje, drugi zamiast wyrostka ma zaznaczoną trzustkę, a trzeci twierdzi, że wyrostki robaczkowe wymyśliła BigPharma. Pacjent musi zrobić własny risercz.

Napisane przez: futrzak | 3 kwietnia 2017

Taka mała obserwacja dotycząca odchudzania.
Jeśli jestem na diecie niskowęglowodanowej i na śniadanie zjem na przykład 2 jajka zagryzione czymś tłustym (np. kawalkiem sera, boczku albo nawet łyzką oliwy), to nie czuję żadnego głodu przez ładnych parę godzin.
Jeśli na śniadanie zjem np. kawałek bułki posmarowanej masłem czy serem, to po dwóch godzinach mam takie głodowe ssanie, że aż jest mi niedobrze i kręci się w głowie.
Jest tak za każdym razem, gdy zjem jakieś węglowodany.

Niech mi ktoś teraz powie, że super-duper-odchudzające diety oparte o wykluczenie tłuszczu i białka a ograniczające kalorie i nakazujące jeść „lekkostrawne” węglowodany, warzywa i owoce mają sens.
NIE MAJA.
Efekt jest taki, że ludzie się po prostu męczą, walczą z własnym organizmem i potwornym poczuciem głodu tylko po to, zeby schudnąć parę kilogramów, a potem nadrobić to z nawiązka podczas efektu jo-jo.
I jeszcze to wmawianie, że tłuszcz nasycony jest niezdrowy bo powoduje miażdzycę i zawały serca. Eh.

Napisane przez: futrzak | 30 marca 2017

Milionerem być….

Dziś będzie o najmłodszej osobie na liście 100 najbogatszych Polaków, która samodzielnie dorobiła się majątku.
Oraz o dziennikarstwie.

wywiad Forbesa zaczyna się tak:

Z Robertem Grynem, twórcą firmy technologicznej Codewise i najmłodszym twórcą własnej firmy wśród najbogatszych Polaków, rozmawiamy o pieniądzach, luksusie oraz mrocznych stronach budowania biznesu.

FORBES: Masz 30 lat, jesteś najmłodszą osobą na liście 100 najbogatszych Polaków, która samodzielnie dorobiła się majątku. Jak się z tym czujesz?

Dalej jest o pieniądzach, stylu życia, pracoholiźmie etc. Nic zupełnie na temat firmy i biznesu Codewise. Dziwne, prawda? Skoro facet w tak młodym wieku dorobił się fortuny, to ten pomysł musi być rewelacyjny?
No ale ani słowa.
Trochę więcej jest w w następnym artykule:

Czym dokładnie zajmuje się Codewise? Najogólniej mówiąc – tworzeniem rozwiązań wykorzystywanych w marketingu efektywnościowym (reklamodawca płaci za efekty, na przykład za kliknięcia użytkowników w jego reklamę). A dokładniej – dostarczaniem technologii, które umożliwiają firmom kupowanie ruchu w internecie i śledzenie efektów swoich działań reklamowych. Jej flagowymi produktami są ZeroPark i Voluum. Pierwszy z nich to platforma, za pośrednictwem której reklamodawcy kupują ruch z reklam typu pop-up (wyskakują w przeglądarce internetowej) oraz wyświetlanych na domenach. Drugi służy do analizowania i optymalizowania działań marketingowych (podejmowanych nie tylko w ZeroPark, ale też innych sieciach tego typu).

Jednak, jeśli ktoś jest wystarczająco uparty, to znajdzie informacje. Np. natknie się na artykuł Karola Kopańki, który zaczyna się tak:

Nie słyszała o nim branża, choć na koncie ma fortunę. Niestety nie zbił jej na biznesie, którym mógłby się chwalić. Mi opowiedział o nim w wywiadzie, ale wycofał autoryzację, bo pytania „stawiały go w złym świetle”.

W ciągu kilku ostatnich tygodni polska branża technologiczna doznała olśnienia. Dowiedzieliśmy się o istnieniu firmy Codewise i jej szefa Roberta Gryna, sklasyfikowanego jako 57 najbogatszy Polak z majątkiem wartym 710 mln zł. Robert Gryn trafił na okładkę artykułu w Forbesie, skąd dowiedzieliśmy się, że jest najmłodszym milionerem, który samodzielnie dorobił się majątku. Ale to nie wszystko. Artykuł już w drugim akapicie informował, że Gryn jeździ żółtym mercedesem AMG GT S, trzydzieste urodziny uczcił prywatnym lotem na Ibizę, a swoim biurze posiada ogromne akwarium.

Niestety artykuł Forbesa nie był tak szczegółowy, by wyjaśnić dokładnie, jak Robert Gryn doszedł do swoich milionów, gdyż już na wstępie informował: „niewielu rozumie, czym zajmuje się jego firma”.

Zachęcam drogich czytelników do przeczytania podlinkowanych artykułów/wywiadów. Nie są długie, a oprócz porcji informacji pokazują jeszcze jedną rzecz: jak się robi dobre oraz złe dziennikarstwo.
Pokazują też, że jeśli firma bardzo szybko doszła do ogromnych pieniędzy, to zwykle mogła to zrobić (z grubsza) dwoma metodami:
– faktycznie dokonując jakiegoś epokowego wynalazku lub wstrzeliwując się w rynek czymś, na co jest masowe zapotrzebowanie z jakiegoś powodu
– robiąc szemrane i/lub niespecjalnie moralne interesy.

W pierwszym wypadku firma i jej właściciele zwykle nie maja problemow z opowiadaniem o swoim biznesie, o tym co w nim przelomowego – zwykle sie tym chwalą i entuzjazmują. W drugim wypadku ciężko jest znalezc i dopytac na czym wlasciwie polega biznes. I to jest właśnie przypadek Codewise.

Jeszcze jedno. Zeby dojsc do takiej pozycji, nie zaczyna się od pucybuta, no i pan Gryn też nie zaczynał:

Żeby wieść dostatnie życie, właściciel Codewise nie musiał budować firmy. Pochodzi z zamożnej rodziny – jego ojciec, Jerzy Gryń, w latach 90. tworzył polski oddział Ericssona. Robert urodził się w Oksfordzie, ale w wieku kilku lat – po upadku komunizmu – przeniósł się do Warszawy. Rodzice wysłali go do znanej Szkoły Amerykańskiej w podwarszawskim Konstancinie, jednej z najdroższych szkół prywatnych w Polsce. Od najmłodszych lat miał styczność z technologiami – składał komputery, kupował domeny, projektował strony internetowe. Ale przede wszystkim grał w gry komputerowe. W „Counter- -Strike’u” osiągnął taki poziom, że admini zaczęli blokować go na większości serwerów.
W wieku 17 lat wyjechał do Wielkiej Brytanii na studia – najpierw uczył się na University of Surrey, a potem University of St Andrews.

Uprzedzając krytyke: nie piszę tego z zawiści, zazdrości lub złamanych marzeń. Piszę o tym dlatego, żeby otworzyć oczy ludziom, którzy nadal wierzą w mity „od pucybuta do milionera”, „jakbyś tak ciężko pracował też byś sie dorobił”, „widocznie był genialny”, „rob to co kochasz a pieniadze same przyjda” i podobne.
To są wszystko MITY, których szansa realizacji dla przeciętnego Kowalskiego dziś jest tak samo prawdopodobna, jak wygranie szóstki w totka. Nawet gdyby przeciętny Kowalski był wybitnym programistą i dokonał jakiegoś epokowego dzieła to jeszcze wcale nie znaczy, że zarobiłby na tym jakieś wielkie pieniądze. Kto dziś pamięta Tima Patersona, który napisał jeden z najpopularniejszych OSów, czyli DOSa? Kto wie, ile na tym zarobił? Otóż 50 tysięcy dolarów, bo tyle mu zapłacil Microsoft.

Genialność w jakiejś konkretnej dziedzinie wcale nie idzie w parze z wysokością zarobków. Największe umysły zeszłego wieku wcale nie wiodły bogatego życia – niektórzy nawet umarli w biedzie, jak Tesla. Zajmowanie sie fizyką teoretyczną albo genetyką wcale nie implikuje, że ktos sobie będzie dawał świetnie radę w biznesie – bo niby dlaczego mialoby to implikowac??? Naukowiec jest bardziej zainteresowany swoimi badaniami i swoja dzialka niz prowadzeniem biznesu. A jesli ktos pochodzi z ubogiej rodziny to nie będzie mial sklnności do ryzyka. Zupelnie odwrotnie sprawa się ma z ludzmi, ktorzy urodzili sie w bogatej rodzinie prowadzącej biznes jesli nie od pokoleń, to przynajmniej przez rodziców. Oni nie boją się ryzyka, bo jak im nie wyjdzie jedna firma, to załozą druga i tak az do skutku. W międzyczasie nie będa sie musieli martwic o to, jak wyzywic rodzine i jak oplacic czynsz.

To wszystko powyzej jest proste jak konstrukcja cepa i muszę przyznać zupełnie nie rozumiem dlaczego zwykli ludzie łykają jak młode pelikany gadki „jak ci się nie podoba załóż sobie własną firmę”. Równie dobrze moznaby radzic pacjentowi, ktoremu amputowano nie tę nogę co trzeba, zeby zamiast wyrzekac na niekompetentnego konowala sam został lekarzem i amputował sobie właściwą nogę, jak mu się nie podoba….

Napisane przez: futrzak | 29 marca 2017

Wszystko jest na sprzedaż

Republikanie w kongresie wlasnie przeglosowali ustawę, która pozwoli providerom Internetu sprzedawać dane użytkownikow (takie jak browsing history, treść emaili, dane health and financial, search history) bez ich wiedzy i zezwolenia.

Na to Max Temkin (twórca gry karcianej „Cards Against Humanity”) na Twitterze odpowiedział, że w takim razie kupuje dane kazdego jednego kongresmana i publikuje je.

Czekam z niecierpliwością, podobnie jak miliony Amerykanów. Niektórzy już zaczeli kampanie crowdfundingowe dokładnie w tym celu.

PS:
i tylko bardzo proszę nie pisać mi pierdoletów w komentarzach typu „a co za różnica NSA przeciez od dawna wszystko nagrywa”.

Napisane przez: futrzak | 28 marca 2017

Let’s make America great again!

No to robią, nie?

Wyobraźcie sobie, że jesteście zwykłym obywatelem, mieszkajacym od 30 lat z rodzina w domu na przedmiesciach Chicago. Godzina 6.20 rano, ktoś wali do drzwi. Idziecie otworzyc i dostajecie strzal prosto w korpus.

Kto strzelał? Funkcjonariusze ICE (Immigration and Customs Enforcement). Ponoć mieli aresztować jakiegoś nielegalnego emigranta, ale facet ktory otworzył im drzwi, jest legalnym rezydentem od 30 lat. Funkcjonariusze nie wyjaśnili, kogo mieli aresztowac, tłumaczyli sie tylko, że otworzyli ogien bo sami zostali ostrzelani. Tyle, ze Felix Torres, który otworzył drzwi, był nieuzbrojony i ma na to świadkow – w domu oprocz niego przebywalo jeszcze 8 osob, w tym jedno male dziecko.
Lokalna policja o niczym nie wiedziała ani nie była na miejscu, bo ICE to są agenci federalni i nie informują policji o czymkolwiek.
Czy ktoś jeszcze dziwi się, że bardzo wiele władz reprezentujących miasta w USA odmawia wspolpracy i pomocy agentom ICE? To nie jest pierwszy przypadek.

A co na to oficjalnie odpowiedziało ICE?
ICE said its Office of Professional Responsibility would review the shooting. „Due to this ongoing review, no further details will be released at this time.”

Od siebie dodam, że bardzo to przypomina działania federalnych z czasów Human Rights Movement, gdzie tego typu postępowanie było normą w czarnych dzielnicach – wpadali, strzelali bez pytania, nie raz i nie dwa zostawiając za sobą trupy niewinnych ludzi. I nikt za nic nie odpowiadał. Dziś urodził się nowy wróg – nielegalni imigranci.

zrodlo tu
i tu.

Napisane przez: futrzak | 26 marca 2017

O sprzedaży i rozwoju Internetu urugwajskiego

Panstwowa firma Antel konczy wlasnie ciągnięcie podmorskiego kabla swiatlowodowego z Florydy. Inwestycja jest robiona do spolki z Google.
Kabel jest juz przy wybrzezu Brazylii i najbardziej zdumiewajace jest to, ze w ogole sie tym nie chwalą – nawet na stronach www Antela ciężko w ogóle cokolwiek znaleźć.
No ale taką mają mentalność… sprzedawanie czegokolwiek i reklamowanie uwazają za czynność gorszą i poślednią, w ogole nie umieja tego robic, co zauwazylam juz dawno, ale dopiero niedawno uzyskałam mocne potwierdzenie.

Mianowicie, w pracy rozkręciła się dyskusja na ów temat, a jej ukoronowaniem był cytat z maużonki jednego z współwłaścicieli. Kilka lat temu, z braku funduszy i kandydatów, zajął się on (co-founder) działalnością business development, czyli sprzedażą. Połowica działalność skwitowała tymi słowy:
ja wyszłam za inżyniera, a nie za jakiegoś salesmana!

Z jednej strony takie podejście jest fajne, bo nie ma w tym kraju nachalności i ludzi usiłujących wciskać wszystko, wszędzie i wszystkim. Z drugiej strony cóż, oni tak strasznie, potwornie nie umieją się sprzedać…myślę że chyba właśnie dokładnie dzięki temu (oraz wysokim kosztom zycia – najwyzszym w calej Ameryce Łacińskiej) Urugwaj jest cichy, spokojny i nie przeżywa spektakularnej fali emigrantów ani z pierwszego, ani z trzeciego świata…

Napisane przez: futrzak | 26 marca 2017

Cementerio Buceo

Założony w 1872, posadowiony na wzgórzu z widokiem na morze na wysokości Rambla República de Chile, tj. dzisiejszej Rambla de Chile, bo wtedy to tam nic nie było…
Czytaj dalej…

Napisane przez: futrzak | 24 marca 2017

Janusze biznesu – odcinek kolejny

Dziś będzie o restauracjach i ich doskonałym pijarze (public relations).
Zaczęło się od tego, że koleżanka, która jest zapaloną fanką kuchni włoskiej i makaronów wszelakich powiedziała, że w Polsce (nie wyłączając Warszawy) jest bardzo trudno znaleźć restaurację, która serwowałaby uczciwie zrobioną carbonarę – bo wszędzie do sosu dodają śmietanę.
Miłośnicy coccina italiana wiedzą, że we Włoszech carbonarę robi się z makaronu, jaj, sera, boczku i pieprzu. Są też kraje (USA), w których do carbonary dodaje się inne składniki np. zielony groszek, grzyby, oraz słodką śmietankę (cream, w odróżnieniu od sour cream). ALE.

W USA nikt nie udaje, że restauracja z usiańską wersją carbonary to jest oryginalna włoska carbonara. Od razu na wstępie zaznaczają, czesto w nazwie, że są amerykansko-włoską kuchnią. Podobnie jest z pizzą – pizza chicago style nie przypomina za bardzo włoskiego oryginału z Neapolu i nazywa się stosownie do tego, czym jest. ORAZ.

Jadłam jeden i drugi rodzaj carbonary. Smakują inaczej, ale na podobną nutę. I gdyby w polskich restauracjach dodawali cream, a nie śmietanę, to nie byłoby to jeszcze tak złe. Tylko że polska śmietana, jak każdy wie, jest kwaśna i zmienia to diametralnie smak potrawy. To już nawet w pobliżu carbonary nie stało, i jest po prostu niesmaczne.

Ale to betka, bo ktoś odpowiedzialny za pijar wzbił się doprawdy na wyżyny…na wszelki wypadek zrobiłam screenshoota:

Anyway.
I tak nic nie pobije mojego faworyta: margarity podanej w „meksykańskiej” restauracji w Sopocie. Owa margarita składała się z….. wódki, lodu oraz konfitur truskawkowych….

Napisane przez: futrzak | 22 marca 2017

Katotaliban….

…czyli jak to się robi w Texasie.

Otóż teksańscy republikanie wprowadzili na wokandę ustawę w myśl której lekarze będą mogli bezkarnie okłamywać pacjentów.

Szokujące, nie?

Jak już się pewnie niektórzy domyślili, nie chodzi jednakże o wszystkich pacjentów i nie we wszystkich sytuacjach. Są bowiem równi i równiejsi. Lekarze będą mogli bowiem bezkarnie okłamywać pacjentów w temacie diagnozy tylko w jednym wypadku: gdy diagnoza dotyczy płodu.

Oczywiście, nikt tutaj takich szokujących słow jak bezkarne okłamywanie pacjenta nie uzywa, o nie. Bo wicie rozumicie, ustawa TYLKO:

prevent parents from suing their care provider if their baby is born with a disability, even if their doctor discovered the condition when the woman was pregnant and failed to inform her.

Czyli ustawa dotyczy tego, ze rodzice nie będą mogli pozwać ubezpieczyciela wtedy, jesli lekarz celowo nie poinformował o wadach płodu, które odkrył podczas badania.

No.
Teraz czekamy jeszcze na ustawę, która całkowicie zdelegalizuje aborcję – oczywiście nie wprost, o nie – oraz taka, która będzie karać za „nieuzasadnione poronienia”. Bo rolą kobiety jak wiadomo jest być macicą, macica nie ma nic do powiedzenia, zgodnie ze słowami jednego z ojców kościoła (kto zgadnie, którego?):

Niech rodzą w bólu, a jak któraś umrze, to od tego są.

Napisane przez: futrzak | 20 marca 2017

SZTUKA

No i co? Nikt, nikt nie skomentował mojego pięknego opisu instalki linucha na trupie win10??
A tak się starałam. Oraz zupełnie nie rozumiem, dlaczego gawiedź oskarża inżynierów oprogramowania o jakieś dziwactwa i brak humoru. Podobnie jak statystyków.

To teraz będą łobrazecki. Nie, nie z kotami, koty to wiadomo każdy frajer lubi i Internet is made of kittens.
Czytaj dalej…

Napisane przez: futrzak | 19 marca 2017

Installing Ubuntu 16.04 LTS on Dell XPS 15in 9550

It turns out that this is not as simple as described in Ubuntu Manual.

I changed boot sequence in UEFI, disabled secure boot, disabled fast boot and restarted the machine. It booted from USB stick, however the install hanged at the third step because it could not see any root filesystem – that is, it did not recognize SSD harddrive.
I googled the problem back and forth and nothing solid came out of it other than a few hints….so I had to try them one by one to see what would work.

Soooo…..
The next thing you have to do is to disable in UEFI any RAID configuration. Of course you will get nasty warning that OH-MY-GOD-TERRIBLE-THINGS-GONNA-HAPPEN-NOW, but ignore it.
Now boot again Windows10 and make sure that you can properly shutdown your system. HINT: if you have some updates being downloaded/not installed, you not gonna know it because the default Win10 config is such that it does not tell you this. How can you know? Well. When clicking on „power off” icon, make sure that you have „shutdown” option available. If you see „Shutdown and Install Updates” this means your system is not up to date and on boot it will try to install updates automatically.

Let it finish, restart and update whatever the hell it wants, then go to power off manu. If you can see just plain „Shutdown” do it :)
Now, just in case, enter again UEFI (BIOS) and make sure that previously selected options are not changed:
– boot sequence from USB stick
– disabled secure boot
– disabled fast boot
– disabled RAID

Now you can continue with Ubuntu install uniterrupted.
BTW: it was my first install over SSD drive. Man. This thing is fucking fast, I tell ya!

PS:
Dla nie-geeków juz niedlugo będzie dużo zdjęc z mini-wyprawy cmentarnej…

Napisane przez: futrzak | 17 marca 2017

Zgrozy Windozy

No więc mam nowego wołka roboczego: Dell XPS 15inch.
Niestety, przyszedł defaultowo z win10 i to jest wprost niesamowite, jak bardzo ten gówniany OS może spieprzyć tak genialny sprzęt. A już Microsoft Edge to zabija. Oraz wszystkie exploity, malware i cała reszta security – gdzie Microsoft nie spieszy się do paczowania…

Na szczęście są alternatywy. Dziś mogę sie nie przejmować, bo na Linuxa jest porządna implementacja JVM, mam interpretery i kompilatory do wszystkich wspolczesnych języków, mam frameworks, narzędzia i całą resztę. Ba. Wiele z nich jest lepiej zaimplementowanych na Linuxie i Makówie, niż na Windowsach.

Tyle lat minęło, i nic się nie zmieniło. Ponad dwie dekady, a produkty MS jak były gówniane, tak są nadal. Jak olewali użytkowników, tak olewają nadal. Na szczęście są wykopywani z coraz większej ilosci segmentów rynku. Kiedyś Win panoszylo sie w swiecie srednich serwerów – dziś? Nie istnieją. Kiedyś trzęśli rynkiem przeglądarek. Dziś to śmiech na sali.
Kiedyś byli panami pakietu office. Dziś? Większość normalnych ludzi korzysta z usług Google Drive i ich aplikacji (edytor tekstu, arkusz kalkulacyjny, odpowiednik powerpointa etc.), które sa niezastąpione w wypadku pracy zdalnej.
MS trzyma sie dziś już chyba tylko na niszowych aplikacjach oraz na przyzwyczajeniu userów, na niczym więcej.

Napisane przez: futrzak | 14 marca 2017

A tymczasem w Polsce…

Instytut na rzecz Kultury Prawnej Ordo Iuris wpadł w histerię.
Rezultatem histerii jest wszczęcie kampanii pod hasłem „Stop cenzurze na uniwersytetach”.

O co chodzi? Wersja Instytutu:

Skrajnie lewicowe lobby komunistów, feministek oraz działaczy KOD domaga się od władz największych polskich uczelni zablokowania konferencji z Rebeccą Kiessling, organizowanej przez Instytut Ordo Iuris.
[…]
W odpowiedzi na to niedopuszczalne działanie Instytut Ordo Iuris oświadczył: „Występujemy w obronie swobody prowadzenia badań naukowych oraz ogłaszania ich wyników (art. 73 Konstytucji), wolności wyrażania poglądów i pozyskiwania informacji (art. 54 Konstytucji).

Cóż, ja tez popieram swobodę prowadzenia badań naukowych i ogłaszania ich wyników – problem polega jednak na tym, że pani Kiessling naukowcem nie jest, nie prowadzi zadnych badan, nie ma nawet tytułu bachelor of science. To jest kobieta, która całe swoje życie zajmuje sie lobbowaniem na rzecz bezwzględnego zakazania aborcji będącej efektem gwałtu. Dlaczego? Bo sama została poczęta podczas gwałtu na jej matce, a działalność antyaborcyjną zaczęła, kiedy się o tym dowiedziała.

Co to ma wspólnego z nauką? NIC. NULL. ZERO. Podobnie jak wszystkie inne moralności jakichkolwiek innych religii czy jednostek.
Co robi Ordo Iuris? Usiłuje zastraszać władze uczelni, studentów i normalnych ludzi, zarzucając ich pozwami sądowymi.
Niech sobie Kiessling wygłasza te swoje odczyty tam, gdzie ich miejsce – na zebraniach katolickich organizacji i na katolickich uniwerstytetach. I niech wreszcie przestanie się ona i jej zwolennicy ciskać i robić z tego aferę – bo nie ma żadnej afery, jest tylko rozsądek władz uczelni, które nie pozwalają na podszywanie się pod naukę religijnych ideologii i pseudonauki.

Napisane przez: futrzak | 14 marca 2017

Szynkowar

Zachęcona przykładem kumpla, który produkuje własne wędlinki, postanowiłam i ja nabyć szynkowar.

W Urugwaju okazało się to niemożliwe – szynkowary owszem są, ale do użytku industrialnego, czyli potwornie wielkie, o takie:

Od czego jednak przyjeciele :) M. wracając z Polski przywiozła mi w prezencie (jeden z najlepszych prezentów ever, dzięki M!!!) taki malutki, półtora litra pojemności. Jak na potrzeby dwóch osób – w sam raz.

Pierwsze wprawki szły tak sobie, bo jednak trzeba metodą prób i błędów ustalić skład marynaty, no i oczywiście im dłużej się mięso marynuje, tym lepsze, z czego minimum to przynajmniej 5 dni.
Ale….na stoiskach mięsnych sprzedają tutaj coś, co nazywa się
arrollado de pollo. Jest to mięso z kurczaka faszerowane najróżniejszym wkładem (oliwki, papryka, ser, czasem jajko) a następnie zawinięte ciasno i wsadzone w elastyczną siatkę. Sprzedawane toto jest surowe, tradycyjny sposób przyrządzania to albo piekarnik, albo okręcenie folią aluminiową i na parillę.

Z braku jednego i drugiego stwierdziliśmy, że załadujemy do szynkowara i zobaczymy, co z tego wyjdzie.
BINGO!!!

Wygotowało sie co prawda mnóstwo płynu – tłuszcz kurczaczy i rosołek – który przed otworzeniem szynkowara trzeba było zlać, ale to nie problem, bo odlewamy do innego naczynia a potem można użyć jako bazy do sosów.
Poza tym kurak wyszedł rewelacyjny! Po zdjęciu sznurka można normalnie kroic w plastry grube i jeść na zimno.
To jest to: minimum roboty, maximum efektu :)

Zastanawiam się teraz nad zrobieniem mielonki – tyle, że nie wiem, jak dodać żelatynę. Czy wsypać proszek bezpośrednio do mielonego mięsa i wymieszać, czy najpierw rozpuścić w wodzie, a potem wymieszać.

« Newer Posts - Older Posts »

Kategorie