Posted by: futrzak | 23 April 2022

“Orzech, kurwa, średni”

Zamieszczam za zgodą autora, Jarka Kolasińskiego, bo piękne i szkoda żeby zgineło w pomroce dziejów.

——————————————————————————-
Dziadek Zwischenruf przedstawia:
Rozdz. VI
Orzech, kurwa, średni

Kto wymyślił praktyki robotnicze studentów w PRL nie wiem a szukać mi się nie chce. W każdym razie polegały na tym, że studenci roku zerowego musieli przed immatrykulacją zaliczyć miesiąc pracy fizycznej w państwowych zakładach pracy. W pozytywistycznym (?) zamyśle chodziło zapewne o to, by przyszłych inteligentów zapoznać z dolą klasy robotniczej, w PRL rzekomo panującej. Pewien sens to i miało, jako że wbrew bajaniom towarzyszy na plenach KC, wbrew malignom inżynierów dusz w z ówczesnych mediów oraz krążącej pośród klas „prześladowanych” famy – studentów pochodzenia robotniczego było w schyłkowym PRL jak na lekarstwo (u mnie na roku na czterdzieści parę osób trzy przypadki), chłopskich ciut jakby więcej ale też ta liczba nie powalała, tym bardziej, że w jakiś tam sposób łapało się do tej grupy potomstwo badylarzy.

Praktykowe „miejscówki” były świetne, średnie i całkiem do dupy. Do tych ostatnich można zaliczyć praktyki w PGR-ach gdzie psy nie pyskami szczekały, do średnich zaliczano pracę dającą wyższą niż standard pensję, choć robota była ciężka. Na najwyższym stopniu podium sytuowały się rozlewnia coca-coli oraz – orkiestra tusz! – browary oraz „Polmos”. Ze szczęśliwcami ci “gorzej trafieni” starali się trzymać sztamę, by impry wychodziły taniej. Mnie trafił się „Polifarb” czyli kategoria średnia. Rok był 1980.

W fabryce na spotkanie z dyrekcją stawiliśmy się w składzie doborowym – historia, historia sztuki oraz filozofia – 26 sierpnia. RWE każdy słuchał a że sami fil-hiści, to bomba tykała od samego początku. Zdetonował ją tow. dyrektor, który miał dla nas w ofercie długie ględzenie o profilu produkcji i historii zakładu, był jednak człowiekiem nieostrożnym i nieopatrznie zainteresował się czy są pytania. Mój śp. przyjaciel Piotr (filozof) skorzystał z okazji: „- Co z naszą pracą kiedy zacznie się strajk?” Tow. Dyrektor pryncypialnie zaripostował: „u nas załoga zdyscyplinowana i świadoma, żadnych przerw w pracy nie będzie.” I posłał nas w diabły a konkretnie na szkolenie do strażaka – bliźniaka Innocenta Alkoholika z Niziurskiego i behapowca rodem z Barei. Kiedy już przeszkoleni defilowaliśmy pod oknami biurowca, z okna tow. dyrektor uprzejmie się do nas uśmiechał. Dokładnie w tym samym momencie z głośników na słupach wycharczało: „Wiec strajkowy załogi o 14.00 w hali wu jeden.” Czy tow. dyrektor dobrze to słyszał przez z nagła zatrzaśnięte okno – nie wiem.

Dla historycznego obsesjonata był ten wiec niesamowitym przeżyciem. Rewolucja, panie, rewolucja. Jak z Eisensteina. Gdzieś tam car Gierek, biali, pałac zimowy KC, a tu kurczę, „Aurora” do suwnicy przycumowana, akordowi marynarze już ładują działa. W cuchnącej farbą nitro hali tłum kłębił się taki, że ledwo się wcisnęliśmy. Na parapety zasyfionych okien, na traktory, na pomosty pod dachem, jeden z nas wlazł do pustej kabiny suwnicy. Wiec był burzliwy z piorunami oraz z użyciem słów powszechnie uważanych. Wiec prowadził łysy grubas w brylach, w straszliwie uwalanym kombinezonie, partyjny. Niektórych to bulwersowało, ale się nie dał. Dokooptowano do niego paru facetów ubranych podobnie i jedną nader pyskatą kobitę. Zabawne – z nadzoru nikogo. No, ale też nikogo z nich na wiecu nie było.
Biura brawurowo przycupnęły, czekając pewnie na moment, kiedy to już będzie nie banalno-roszczeniowy zryw robotników a wspaniały ruch społeczny. „Fizyczni” tymczasem uchwalili postulaty zakładowe, takie co to – gdy po latach dalej w nie brnęli – to im się mówiło (i mówi), że roszczeniowcy i w ogóle wstyd, bo się sprzedać chcą czy coś, Jezus & Maria itd. Wiec postanowił też, że flagi owszem, opaski, straż, ale produkcji nie zatrzymują. Bo straty – zakład był ruchu ciągłego i ponowne uruchomienie zajęłoby trzy dni. Chyba, że MKS, do którego fabryka przystępuje, zarządzi inaczej – wtedy strajk na ostro. I na tym się skończyło.

Robotę zaczęliśmy nazajutrz. MPK już stało, a zakładowy autobus dojeżdżał tylko do Grunwaldzkiego i ci z akademików mieli super, tubylcy przeciwnie. Wstawałem więc na 6.00 o godzinie 4.00 i na Grunwaldzki docierałem pieszo lub stopem. I to był minus.
Ogromne zaś plusy oferowała zakładowa stołówka – jadłem tam lepiej niż w domu – był sierpień 1980 roku, powtórzę. A tam: dzień w dzień ze dwa rodzaje porządnej zupy i ze trzy dania drugie do wyboru: z reguły makaron lub kluski z czymś tam, kotlet czy klops z ziemniakami i surówką, jakiś bigos a bywała i – Boziu kochana, Boziu – faszerowana papryka! Kto tak w domu jadał wtedy, niech rzuci widelcem. Do tego w połowie każdej zmiany serwowano posiłek regeneracyjny, który nie kosztował nic, a stanowiła go zawsze konkretna zupa z wkładką. Grochówka, kapuśniak czy inna fasolowa. No, raj jak na wtedy. Gorzej było z robotą. Ciężka i niezdrowa rzec, to nic nie powiedzieć.

Pierwsze dni spędziłem przy taśmie. Maszyna porcjowała farbę do puszek różnej pojemności i trzeba było (stanowisko nr 1) sortować te puszki – niepełne cofać, pełne przestawiać na inną taśmę, którą jechały na „dwójkę”, gdzie je zamykano. Potem klekotały sobie na „trójkę”, gdzie je miziano pędzlem z klejem, a na „czwórce” naklejano etykietkę i jazda na „piątkę” – tutaj zdejmowało się puszki z taśmy i pakowało do kontenerów. Coś pięknego na plecy. Nieskomplikowane to wszystko, ale nie polecam.
Ta sama prosta czynność co parę sekund, przez tygodnie, miesiące, lata – mogła przyprawić o szaleństwo. Była też żylakodajna, bo na stojaka. Niby praca na taśmie była w PRL regulowana na przeróżne sposoby ale to bardziej w teorii, w praktyce różnie. Z opisanej tu taśmy do dziś pamiętam imponujących gabarytów panią Zofię, wirtuozkę etykietek. Naklejała je błyskawicznie, nigdy krzywo, żadnej nie przepuściła a jednocześnie… czytała gazety, czy ulotki. (Chwaliła się, że dałaby radę robić na drutach ale to pierdoli.) Fragmenty szczególnie ciekawe wykrzykiwała na całe gardło, bo w hali panował hałas a każdy chciał słyszeć. Taśmowaliśmy w ciekawych czasach.

Po tygodniu przesunięto mnie „na produkcję” – do sypania pigmentu do. Fizycznie o wiele bardziej wyczerpujące ale nie tak ogłupiające jak na taśmie. Na parterze hali rozmieszczono kobylaste mieszalniki, w których kotłowały się pigmenty, cuchnąca Mendelejewem ciecz oraz porcelanowe kulki mieszające, wielkości piłek tenisowych. Kulki te co jakiś czas wymieniano i szły na śmietnik, były więc jedynym trofeum, jakie można było z fabryki wynosić. Jeśli nie liczyć cacuszek takich jak „moja” cud-tablica z napisem: „Okulary ochronne albo laska ślepca”. Większość wybierała tę laskę a to za przyczyną gównianej jakości okularów, które na pysku momentalnie parowały. Popularnością nie cieszyły się też maski przeciwpyłowe: francuskie (pył wyłapywały, ale doginać się w nich nie dało, bo się człowiek dusił) i polskie (lepsze, ponieważ oddychało się w nich bez problemu ale nie zatrzymywały niczego, więc po co się pocić?) Człowiek więc sobie wdychał i łykał. My przez miesiąc a oni latami.

Kanciapa majstra była w założeniu biała, w praktyce zaś w nieregularne ciapki wszelkich możliwych kolorów. No, bo gdy człowiek sypał do mieszalników cynober, to łykał cynobrowy pigmentowy proszek, kiedy ultramarynę – ultramarynowy, gdy żółć jakąś tam – żółtojakośtamowy. Gdy zaś orzech, dajmy na to, średni, to przeróżne brązy. Tylko nieszczęsny kalfix niczym się w charku nie różnił od bieli. W charku? No, co człowiek wdychał i połykał, w gardle drapało, to wydalał. Kultura i majster nie pozwalały pluć gdzie popadnie, więc, gdy nie widział, charkaliśmy na tę ścianę właśnie. Nie tylko ślinę mieliśmy w kolorach tęczy. Pamiętam jak pierwszego dnia na mieszalnikach usiadłem sobie zajarać na palecie z workami zielonego pigmentu. I aż po koniec praktyki, mimo że co tydzień portki prałem, kąpałem się pod prysznicem dwa razy dziennie – dupa wciąż była zielona. A przecież na odtrutkę siadałem to na czerwonym pigmencie, to na żółtym, raz zasnąłem na czarnym i dupa. Przez miesiąc zielona. Natomiast włosy już różnie – kiedy zdejmowaliśmy chustki, od razu było widać w czym kto aktualnie miesza.

Praca polegała na tym, że brygadzista, niejaki Barek (beczka farby mu bark trwale rozwaliła) decydował, jaką farbę robi która para (wykonując normę jednego normalnego robotnika). Na świstku zapisywał ile 50 kilowych worków którego pigmentu mamy do mieszalnika wsypać i szedł – jak mawiał – w pizdu i mnie nie szukajcie do śniadania. My natomiast (z kolegą z historii sztuki) szliśmy na piętro, kędy wsypy mieszalników, za ścianą magazyn, a w nim na paletach wory z pigmentem. I kalfixem. Paleciakiem (fot. 1) dowoziliśmy z magazynu worki, rozcinaliśmy je nożem z piły tarczowej, charcząc i spluwając, sypaliśmy pylący syfilis do mieszalnika. Już z nie pamiętam ile tych worków na zmianę wychodziło, ale sporo. Tyle, że na dniówce (od 6.00) ledwo zdążaliśmy wsio pozwozić i wysypać tak do południa, potem zmieść proszek z posadzki, dorzucić do mieszalnika i wywieźć puste worki na śmietnik wózkiem akumulatorowym (fot. 3). Czasem zdążyliśmy pograć w kręgle lub troszkę pościgać się na paleciakach.

Wyścigi te rozgrywaliśmy albo singlowo, każdy hulajnożył na swoim, albo w deblach – po dwóch na jednym paleciaku. Zawodnicy w deblu odpychali się nogą zewnętrzną systemem jak u wioślarzy – miarowo, by utrzymać optymalny tor jazdy. I tu należy podkreślić, że chcąc włos chronić przed pyłem, na głowach mieliśmy chustki a la mode „Niemra z Klossa”, czyli wiązaliśmy je na czołach (fot. 2). Nas samych widok nieogolonych dryblasów w ufajdanych drelichach i tych szwabskich chustkach śmieszył jedynie pierwszego dnia, ale na innych robił wrażenie nieustająco. Szczególnie gdy nas rzadko widywali. I tak oto razu pewnego tow. dyrektor nas nawiedził, w towarzystwie opiekuna praktyk oraz prorektora ds. studenckich. Nie zastał nikogo, bo akurat finiszowaliśmy na drugim końcu magazynu, ale że zbliżała się 14.00 – czas nam było do domu. Wleźliśmy więc obaj na paleciaka i pognaliśmy ku naszym mieszalnikom. Do szpanu należało koniec podróży akcentować ostrym wirażem, stojąc na wózku twardo i dostojnie niczym partenońskie kariatydy.
Tak zrobiliśmy i oto dyrektor oraz dwaj docenci usłyszeli pierwej huk metalowych kółek łomocących o beton, zaraz potem ujrzeli wjeżdżający do hali rydwan-paleciak, a na nim mojego brodatego kolegę wzrostu 2m i mnie. Obu w chustkach „na Niemrę z Klossa”. Ostatnie równiutkie odepchnięcie, ostry wiraż, jeszcze ostrzejsze hamowanie i już. Prorektor, choć partyjny, odskakując zawezwał Jezusa i Maryję, opiekun roku złapał się za głowę a dyrektor jedynie westchnął. Ta stonowana reakcja dyrekcji może dziwić jedynie tych, którzy nie wiedzą, że dzień wcześniej nakryła nas na grze w kręgle. Obalaliśmy bowiem, w ośmiu, porcelanowymi kulkami puszki na farbę a wyniki zapisywaliśmy na ścianie palcami maczanymi w ultramarynie. Tu podkreślę, że żadna z opisanych wpadek (doliczyć wypada moje staranowanie płotu i wjazd wózkiem akumulatorowym do Odry – cóż, pierwsze dni za kółkiem, do cholery) nie zaowocowała potrąceniem z pensji ani skargą do władz uniwerku, ponieważ zawsze mimo natłoku zajęć dodatkowych – zadania wykonywaliśmy na czas i w dobrej jakości. Do czasu.

W opisywanej epoce farby nazywały się normalnie. Nie mieszaliśmy zatem „Westchnienia fiordów”, żadnej „Monsunowej zieleni o zmroku”, „Smarku wielbłąda o saharyjskim poranku” też nie, że o „Bąku dziobaka nad laguną” nie wspomnę ani też o „Kaszlu kobry z nutką bryzy”. Robiło się ciemną zieleń, jasną, seledyn, żółć taką i owaką, biel matową oraz orzech jasny, ciemny a najczęściej średni. Niestety. I tak, raz na nocnej zmianie z soboty na niedzielę, nakazał nam zrobić właśnie ten orzech brygadzista Barek.
Może miał przeczucia ale głównie za marudzenie i ciągłe pytania o sens tego czy owego nas nie lubił. Inni fizyczni nas, lebiegi, lubili. Raczej. Traktując zresztą trochę jako chwilową rozrywkę.
Generalnie stosunki studentów z polifarbowską klasą robotniczą układały się lepiej niż z nadzorem, który (choć bliższy nam klasowo) – za plecami – obrzucaliśmy gównem równie chętnie jak proletariat. Z przyczyn identycznych, to jasne.
Na samym początku trochę się robotnicza brać boczyła, że debili o lewych rękach jej nasłali ale kiedy się okazało, że coś tam za nią usiłujemy robić, a ona na pensjach nie traci, lody puściły. Trochę się nabijali, że zamiast porządnej roboty będziemy w starych papierach dłubać (to o archiwistach), gołe dupy i cycki oglądać tylko takie z marmuru (historia sztuki) i pierdolić o niczym (filozofia) – ale z czasem dali spokój. Z nabytej sympatii. Nieraz zresztą nadmiernej – wspomniana pani Zofia tych najbardziej mikrych i zziajanych tulić lubiła do monstrualnej piersi, głaskać po włosach i ryczeć: „mój ty, kurwa, studenciku-bidaku!”

Nasz stosunek do proletariatu był natomiast zróżnicowany, jak na pieprzonych inteligentów in spe przystało. Paru popadło w ludomanię naśladowczą, co trąciło groteską, bo np. w pracy smarczyli przez palce na posadzkę a za bramą, to już w chusteczki. Spora grupa dzielnie trwała w stereotypach – bo robole chleją (nikt wtedy w „Polifarbie” nie pił), bo gówno robią, tylko leżą (akurat od zapieprzu pot ciekł po przysłowiowych jajach), bo tego nie czytali, tamto zaś oglądali w TV miast czegoś ambitniejszego, jeszcze inni traktowali nasz sojusz robotniczo-inteligencki jako coś naturalnego acz na szczęście na chwilę. Nie odstawaliśmy od ówczesnej (?) normy – a robotnika jak na święty obrazek patrzyli w Polsce wówczas wbrew posierpniowym legendom nieliczni a i to coraz mniej się dziś we wspomnieniach przyznają do tego.
Czy wielu spełniło marzenia pomysłodawcy praktyk i poznało/zrozumiało przemysłowe masy pracujące, dające nam bezpłatne studia? A gówno. Chciałem rzec – mam poważne wątpliwości. Ja sam, ledwo w tej harówie ciągnąc wózek, najpierw strachu, potem szacunku dla pracy fizycznej nabrałem i owszem. Jak zwykle, widząc, że ktoś coś ode mnie robi lepiej.
Nie dam też sobie od tamtej pory powiedzieć, że fizyczna robota łatwiejsza, bo głowa odpoczywa oraz mniej stresująca. A może do tych wniosków doszedłem później, gdy już pracowałem przy łopacie nie jedynie do końca miesiąca lecz bez realnych perspektyw zmiany pracy na łatwiejszą, zdrowszą i lepiej płatną? O tym kiedy indziej. Teraz wrócę do Barka, który nam orzech średni (fot. 4) nakazał.

Jak nakazał, tak zrobiliśmy. Poszło nieźle, nawet się ze dwie godziny przespaliśmy na workach, szczury miast baranów licząc. Bomba eksplodowała w poniedziałek z rana. Kiedy dotarliśmy na odprawę pod kanciapą, na nasz widok robotnicy ryknęli śmiechem, majster splunął na posadzkę a Barek usiłował rzucić się na mnie z pięściami ale go obezwładniono. Majster, usiłując uciszyć Barka, zagadnął:

– Co, panowie studenci, mieliście w sobotę zrobić w nocy?
– Orzech, kurwa, średni, panie majster – odparł mój partner, przyszły historyk sztuki.
– No, a coście zrobili?
– Orzech, kurwa, średni – zaszarżowałem ale już bez wiary w to, że nie kłamię.
– To ma być, kurwa, orzech średni?! – wrzasnął Barek, wymachując łapami uwalanymi farbą barwy nam nieznanej.
– Coście tam wsypali, panowie studenci? – majster nie odpuszczał.
– No to, co było na kartce. Co pan Barek kazał.
– Ja wam, kurwa, dam Barka, gówniarze! – ryknął Barek, na szczęście wciąż obezwładniony.
Majster porównał naszą kopię Barkowego rozdzielnika z oryginałem i drążył dalej:
– A worki, panowie studenci, wyjebaliście?
– A skąd. Wózek był rozkraczony.

Majster wraz z uwolnionym Barkiem pognali na piętro, my za nimi, za nami reszta zgromadzenia. Ze stosu worków majster z Barkiem wyciągali każdy i po kolei odczytywali napisy. Wszystko grało. Gdzieś do połowy stosu. Majster zmartwiał, kurwą rzucił, potem we mnie workiem, a Barek natarł werbalnie:

– Co to, kurwa, studenty, jest?
– Biel – odczytałem. – No biel to jest. Była.
– Jaka, kurwa jej mać, biel? Do orzecha, kurwa, średniego?! – wydarł się majster. – Kto wam kazał, idioci, sypać biel do orzecha?!
Sprawdziliśmy na wykazach. No tak. Nie biel a kalfix. Było wsypać. I stąd tragedia.
– Ale te worki takie podobne – bąknął mój partner.
– I to białe i tamto – dorzuciłem.
– A literki też podobne, wy analfabeci? I co to za kolor wam wyszedł, ja się pytam?!
– Moim zdaniem to może być jakby róż indyjski – przyszedł nam na ratunek kierownik zmiany, który deus ex machina objawił się na miejscu zbrodni. – Dodałbym, panie Barek, parę worków brązu, dosypał kalfixu i się naklei, że to róż indyjski. Nikt nie pozna. Raczej.


Responses

  1. Niektore sceny z filmu “Rejs” sie przypominaja.

  2. Ja nie rozumiem krytyki tych praktyk studenckich. Ja mam za sobą 2 formujące wydarzenia –
    1. to budowa domku kanadyjskiego w wieku 15 lat. Kopaliśmy fundamenty ręcznie w kamienistej ziemi, bo rodziców nie było stać na wynajęcie koparki (serio, jakkolwiek to nie brzmi bogato, czyli domek w górach, to motywacją było otrzymanie działki rolnej od dziadka, na której można było wówczas postawić mały domek piętrowy bez opłat, a wyjazdy w 6 osób na wakacje przestały być finansowo możliwe. Drewno było załatwione w okazyjnej cenie z pobliskiego tartaku, transport również kombinowany, wełna mineralna i wata szklana z rozbiórki, okna tak samo – ale je przerabialiśmy i malowaliśmy ręcznie). Samą pracę w drewnie uwielbiałem, ale całej reszty nienawidziłem.
    2. pod koniec studiów wyjechałem do USA w programie Work&Travel (jedyna wówczas dla mnie możliwość wyjechania z kraju nie mając pieniędzy na bilet). Ciężka praca na obozie dziecięcym pod NY. Ale najcięższe było zaćpane dość płytkie towarzystwo. Fajne na studencką przygodę, ale po kilku miesiącach widziałem, że jednak wolę być inżynierem i co ja tam robię (połowa studentów została nielegalnie w USA, nigdy nie wróciła).

    Dość powiedzieć, że zapałełem miłością do nauki, byle dalej od pracy fizycznej. 1. dało mi paliwo na straszne liceum i początek studiów, 2. zmobilizowało mnie do powrotu do kraju i skończenie studiów.

    I to nie jest tak, że gardzę ludźmi od pracy fizycznej, wręcz przeciwnie podziwiam ich, daję im napiwki, bo wiem jak mają ciężko. Ale też dzięki tym “praktykom” wiem, jak jestem uprzywilejowany mogąc pracować inaczej.

    Odnoszę wrażenie, że wielu młodych ludzi z bogatszych domów tego nie wie. I dlatego te praktyki studenckie były całkiem spoko.

    Oczywiście dziś studenci z mniej zamożnych rodzin smak fizycznej pracy znają aż za dobrze, więc obowiązkowe praktyki mogłyby im popsuć szanse na studia.

  3. Też uwazam, ze te praktyki studenckie to suma sumarum był dobry pomysł.
    Ja bylam pierwszym rocznikiem, ktory juz ich nie musial miec na studiach, ale mnostwo kolegow i kolezanek z mlodszych rocznikow mialo, widzialam jak to wygladalo.
    Ja sama fizycznie pracowalam od podstawowki – tyle ze nie w fabrykach, a na polu. Najgorsze bylo zrywanie porzeczek i malin – okropny upal, krzaki pozarastane pokrzywami i innym zielskiem, tona komarów, gzow i innego gówna, ktore gryzło non stop. Truskawki co prawda nie były pozarastane, ale za to trzeba bylo zapieprzać w kuckach. Kilka godzin i na drugi dzien nie dawalo rady chodzic, a trzeba bylo tak samo zapieprzac.
    Albo takie rozrzucanie gnoju widłami…nikt, kto nie przerzucił chociaz jednej kupy, nie wie, jak bardzo potem bolą mięśnie.

    Nic tak nie uczy szacunku do cudzej pracy fizycznej, jak samemu trzeba zap*erdalać i przekonac sie na wlasnej skórze, jak to jest.

  4. Kazdy ma swoja mape rzeczywistosci. Kto ma lepsza – wygyrywa. Kto gorsza – przegrywa. Darwinizm. Ogolnie, to sa konkretne powody aby unikac prac “fizycznych”, ale generalnie dzielenie prac na “fizyczne” i “umyslowe” jest anachronizmem.
    Mierzy sie produktywnosc, bo taki jest standard i tak mozna uzyskac jakies wyniki.

  5. Byliśmy pierwszym rocznikiem z praktykami roku zerowego. Miłe wspomnienia. W grupie było nas troje 17 – latków, a na produkcji na nocnej zmianuie, mozna było zatrudniac tylko pełnoletnich. Nasza
    trójka przyjaźni sie do dzis…wałesaliśmy sie całe dnie, bo reszta “produkowała” mrożonki. Mieszkaliśmy w akademiku. Wolne wieczory, przedsmak studenckiego zycia…


Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

Categories

%d bloggers like this: