Posted by: futrzak | 20 November 2020

Nieformalna ekonomia

W Urugwaju istnieją oczywiście współczesne świątynie konsumpcji w postaci centrów handlowych, galerii, supermarketów etc. ale…ale najlepsze żarcie można kupić tylko w nieformalnym obiegu.

Świeża ryba, złowiona rankiem w oceanie, o połwę tańsza niż w sklepie? Proszę bardzo – ale musisz znac numer komórki rybaka. Doda cię do swojej grupy whatsapowej i następnym razem jak będzie wracał z połowu wyśle SMSa z wiadomością co dziś dostępne. Mozesz zamówić, ale potem trzeba pojechac do jego domu, zapłacic i odebrac;

Chleb domowy na zakwasie, fermentowany, razowy? Proszę bardzo, trzeba znać numer komórki piekarza, ktory zreszta mieszka kilka przecznic dalej i zbiera zamowienia 2 razy w tygodniu a potem rozwozi po klientach;

Najlepsza torta frita*, churros? A to musisz wiedzieć gdzie w twojej miejscowości staje Lopezowa ze swoim wózeczkiem-smażalnią;

Najlepsze croissanty? A tutaj, w tej chałupie obok szkoły (nijak nie oznaczonej!! Ale sąsiedzi wiedzą) mieszka Francuz (emigrant) który je codziennie robi i można odebrac między 9 a dwunastą…

I tak ze wszystkim.
I wiecie co? Bardzo mi to odpowiada.

PS:
torta frita to takie placki z drożdzowego ciasta smażone na głębokim tłuszczu, bardzo popularne w całej Am Pd.


Responses

  1. Ciekawe. W moich okolicach tak funkcjonują dostawy miodu.

  2. @gszczepa:

    i nic więcej?

  3. Jeśli chodzi o zasadę działania, to całkiem niedaleko do utopii. (W dodatku można by było wpasować do utopii z różnych nurtów politycznych).

    Jak to cenowo wygląda? Raczej pod kątem klasy średniej? Bo moje doświadczenia z podobnymi “systemami” (które w Polsce rosną wokół targów, choć bez komórek i internetu) są takie, że najpierw jest tanio i dobrze. Tyle, że szybko cenowo odjeżdża poza zasięg mojego portfela.

    No i zazwyczaj kłopotliwe czasowo, ale to inna historia.

  4. Nieoznaczone i o polowe taniej, bo najpewniej nieovatowane, nieozusowane, nieoakcyzowane nie zgloszone do odpowiednich urzedow by otrzymac odpowiednia licencje i swiadectwo higieny i niecotamjeszcze.

  5. Ja kupilem rame rowerowa w Marcu za £2200. Gdybym znal numer na komorke do Chinczyka, ktory ja zrobil to bym ja mial za jakies $300 i jeszcze w wybranym przez siebie dowolnym kolorze.

  6. @futrzak,
    Tak, teraz tylko miód. Ojciec kumpla ze studiów (ex-górnik, po dobrowolnym odejściu z kopalni) skupił się na pasiece.
    Trochę dalej od miasta, z niewygodnym dojazdem, ale kupuje od niego również inny wspólny znajomy który ma samochód i jadąc zabiera również dla mnie partię i mi przywozi.
    Kiedyś jeszcze były jajka, z innego źródła, ale to już nieaktualne.
    Inna rzecz, że część rzeczy o których wspominasz to rzeczy których w ogóle nie kupuję, więc być może coś tam funkcjonuje w okolicy, ale ja nie wiem, bo nie jestem zainteresowany. A ktoś tam może dostarcza np. chleb, pierogi, ciasta, itd., tylko nic o tym nie wiem bo nie kupuję takich rzeczy.
    Znam np. kogoś kto jeszcze parę lat temu robił bimber (nie wiem jak teraz, trochę straciłem kontakt), tylko to nie moja bajka.

  7. @wszystkobedziezle
    “Nieoznaczone i o polowe taniej, bo najpewniej nieovatowane, nieozusowane, nieoakcyzowane nie zgloszone do odpowiednich urzedow by otrzymac odpowiednia licencje i swiadectwo higieny i niecotamjeszcze.”
    – Czy próbujesz zasugerowac istnienie jakiś konkretnych przepisów, czy to losowy słowotok? Bo sprzedaży się nie “ozusowuje”. Drobni rolnicy sprzedający na targu w Polsce są z reguły ryczałtowi i VATu nie płacą.
    Akcyza – zgaduję, że nawet nie wiesz, co to jest, bo inaczej nie wspominałbyś o niej w tym kontekście. Podobnie licencje, “świadectwa higieny” i inne bajeczki.

  8. @Andrzej B.

    Każda sprzedaż powinna być opodatkowana, chyba, że ktoś nie zgłasza interesu do rejestracji. Jak się nie płaci podatków, to można sprzedawać taniej.

  9. Jak rolnik to przede wszystkim nie ZUS, tylko KRUS.

  10. Oczywiście ja tego nie potępiam, mój partner też nie płaci podatków, nie ma założonej firmy (naprawa i sprzedaż sprzętu audio).

  11. @wszystkobedziezle
    Jak zawsze masz jakieś korwinowskie zmyslenia i jeszcze uprawiasz z nich projekcje na zupełnie inne realia.
    Otóż rybak, jak wszędzie łódź musi mieć zarejestrowaną i ten od legalnej działalności wykręcić się nie może.
    Piekarz, etc., zapewne też ma, bo jest to wygodne i tanie. Nie musi mieć, pewnie się go nikt o faktury nie pyta, ale normalne płacenie składek medycznych i emerytalnych po prostu ma sens, a nie są to żadne specjalne pieniądze.
    To jest rozwiązanie zbliżone do polskiej karty podatkowej. Takie firmy płacą tylko ZUS, z którego główną częścią to jest ubezpieczenie medyczne, które i tak chcesz płacić.
    Papierologii praktycznie żadnej nie ma, bo raczej nie są watowcami, więc po co mieliby cokolwiek robić na czarno? To nie ma sensu.

  12. @Andrzej B:

    Cenowo wygląda tak:

    – ryba kupowana od rybaka jest o polowe tansza niz w supermarkecie;
    – chleb (porównując cenę za kilogram) wychodzi tyle samo lub do 20% mniej, niz w supermarkecie (zalezy od rodzaju chleba) przy czym żdnego z tych rodzajow chleba, ktore kupujemy, w supermarkecie nigdzie nie dostaniesz, bo to są chleby robione z naturalnego zakwasu, bez zadnych dodatkow (spulchniaczy, przyspieszaczy fermentacji, utrwalaczy etc.) i komercyjnie sie takich nie robi;
    – torta frita i churros są tansze i o rząd jakości lepsze, niz z piekarni supermarketowj
    – croissanty sa ciut tansze niz w supermarkecie, przy czym roznica w jakosci i smaku kolosalna

    I takie ceny sie utrzymuja, bo ci ludzie sprzedaja dla zwyklych Urugwajczyków a nie dla upper class. Poza tym jedna wazna rzecz: tutaj tacy mali wytwórcy producenci maja zupelnie inna mentalność i podejście do życia niz ludzie w Polsce. Zasadniczo robia tyle, zeby wyjsc na swoje i zeby im starczalo na normalne zycie. Nie maja zadnego parcia na “rozwijanie biznesu”, “opanowanie rynku” i inne neoliberalne pierdolety; żyją tak, jak ich dziadkowie i rodzice; pracują po to, zeby zyc, a nie zyją po to, zeby pracowac. Wazniejszy jest czas spędzony z rodzina, na plazy, na parilli; jesli “robienie biznesu” wymagaloby od nich rezygnacji z tychze, to nie beda robic takiego biznesu – po prostu.
    Róznicę ilustruje przypowiastka o bankierze inswestycyjnym i meksykańskim rybaku – nie wiem, czy znasz?

  13. @wszystkobedziezle:

    Nieoznaczone i o polowe taniej, bo najpewniej nieovatowane, nieozusowane, nieoakcyzowane nie zgloszone do odpowiednich urzedow by otrzymac odpowiednia licencje i swiadectwo higieny i niecotamjeszcze.

    Nie.
    Po pierwsze: monotributo (najbardziej zblizone do polskiej jednoosobowej dzialalnosci gospodarczej) nie są płatnikami VATu, o akcyzie w ogole nie wspominajac (z jakiej racji mieliby ją płacić????)
    Po drugie: monotributo placą minimalne podatki (system podatkowy w Uy jest progresywny a nie degresywny jak w Polsce) i maja sensowną sumę zwolniona od podatkow w ogole;
    Po trzecie: monotributo ktory ma na utrzymaniu kogos (dziecko, żone, konkubinę, brata, siostrę etc.) jest zwolniony z opłat na BPS (odpowiednik tutejszego ZUS); za ubezpieczenie zdrowotne moze, ale nie musi placic; osoba indywidualna bez nikogo na utrzymaniu placi niewielkie pieniądze na BPS i ubezpieczenie zdrowotne (jesli chce, to jest opcjonalne), przy czym są to pieniądze rzędu jakiejś części minimalnej pensji miesięcznej etatowej, a nie tak jak w Polsce przekraczające tą sumę.

    Serio, przenoszenie realiów ekonomiczno-prawno-podatkowych na ślepo z jednego kraju na drugi jest po prostu głupie albo świadczy o wysokim stopniu wypraniu mózgu propagandą korwinoidalną.

  14. @Futrzak – “przypowiastka o bankierze inswestycyjnym i meksykańskim rybaku”

    Rybak pracuje 2 godziny dziennie rano, a potem gra z kolegami na gitarze i pije wino, a bankier sugeruje mu, że powinien pracować 8-10 godzin i wziąć pożyczkę na rozwój interesu, który może rozwinąć a potem może sprzedać i grać z kolegami po całych dniach na gitarze i pić wino?

    To zależy, ile godzin dziennie pracują inni rybacy w okolicy. Jak 2 godziny dziennie, to jest realistyczne, żeby rybak z przypowieści mógł się utrzymać z pracy 2 godziny na dzień. Ale sugestia, że da się utrzymać pracując 1/4 tego co typowy pracownik w okolicy jest pozbawiona wyobraźni ekonomicznej, podobnie jak sugestie korwinistów, że gdyby państwo nie rąbało nas podatkami, to byśmy mogli te pieniądze zatrzymać w kieszeni. Rybaka pracującego 1/4 tego, co inni – nie stać byłoby na mieszkanie, ani na wynajem ani na kupno. Słowa bankiera o pożyczkach na rozwój interesu traktuję metaforycznie, a przypowieść odczytuję jako sugestię, że rzekomo przepracowujemy się z wyboru. Nie mamy wyboru. To jest wyścig zbrojeń, musimy zarabiać tyle, co inni. Jakby wszyscy umówili się, że pracujemy po 4 albo 3 dni w tygodniu, to sytuacja mieszkaniowa byłaby taka, jak teraz – przy 5 dniach w tygoniu. Jednak jak wszyscy pracują po 5 dni, a my wybralibyśmy pracę 3 lub 4 dni w tygodniu, to automatycznie przegrywamy wyścig zbrojeń. Z tego samego powodu korwinistyczne obniżenie podatków eskalowałoby wyścig zbrojeń, i ludzie i tak znaleźliby się mniej więcej w tych samych miejscach, co teraz (jakby każdemu obniżyć podatki proporcjonalnie po równo). No i oczywiście obniżenie podatków spowodowałoby problemy z finansowaniem publicznych usług, ale ten problem jest na lewicy znany i zrozumiały – w przecwieństwie do modelu cen mieszkań jako wyścigu zbrojeń – który to problem jest niezrozumiany i lekceważony.

    Mniej metaforycznie niż w przypadku rybaka z przypowieści, spróbuj powiedzieć absolwentowi uczelni w większym mieście, który przyjechał z prowincji i po studiach chce się w nowym miejscu osiedlić, że może “pier… system”, i zamiast zostawać korposzczurem, może np. sprzedawać croissanty własnej roboty w otwartej tylko w weekendy kawiarni założonej z kolegą czy koleżanką i po hipstersku w tejże kawiarni jeszcze sprzedawać naprawiane we własnym zakresie ubrania z odzysku – “save the planet”, “zero waste” i takie tam – można wtedy nawet trafić do Wyborczej do reportażu o alternatywnym stylu życia. Da się? Oczywiście, że się nie da, a absolwent musi zrobić to, co inni – pójść do pracy na cały etat i wziąć kredyt na mieszkanie. To się może tylko udać, jak się odziedziczy mieszkanie “po dziadkach” – wtedy rzeczywiście można pracować dużo mniej i prowadzić hipsterską kawiarnię albo łowić ryby 2 godziny dziennie, jak inni pracują 8-10 godzin. Tyle, że taka osoba jest po prostu z ekonomicznego punktu widzenia subsydiowana. Kawiarnia i rybak potrzebują klientów, a absolwent – dostęp do miejsca pracy, za dostęp do tych klientów i do miejsca pracy – czyli za mieszkanie na miejscu – większość ludzi musi zapłacić, i rynek wycenia to na dużą część przewidywanych zarobków za następne 40 lat.

    Zanim ktoś napisze, że to tylko dotyczy dużych miast, to z góry zacytuję Futrzaka z poprzednich wpisów – nawet w fawelach rynek wynajmu ma charakter komercyjny i ceny dostosowują się do możliwości zarobkowych lokalsów.

    Także znam opowieść o rybaku i bankierze, ale czytam ją inaczej. To nie my jesteśmy głupi, że wybieramy harówę po całych dniach zamiast po parę godzin dziennie lub parę dni w tygodniu – czego z resztą spodziewali się ludzie, że postęp technologiczny to umożliwi – to system ustawia nas w sytuacji, kiedy cała nadwyżka majątkowa ponad koszty jedzenia i ubrania jest pożerana przez wyścig zbrojeń i materializuje się w wysokich kosztach prawa do lokum – prawa do przebywania w miejscu, gdzie ten majątek można wytworzyć.

  15. @Futrzak,
    dziękuję za rozwinięcie tematu. Brzmi nieźle. Przypowiastkę znam.

    “Serio, przenoszenie realiów ekonomiczno-prawno-podatkowych na ślepo z jednego kraju na drugi jest po prostu głupie”
    – Nie do mnie, ale muszę skomentować: to w ogóle nie jest przeniesienie realiów z Polski, bo nic z tego, co napisał, nie miałoby zastosowania w Polsce. A część w ogóle nie ma sensu.

  16. @Piotr Wasik:

    “To zależy, ile godzin dziennie pracują inni rybacy w okolicy”

    Wszyscy mniej-wiecej tyle samo, a dlaczego to wyjasnilam wyzej w odpowiedzi Andrzejowi B. Inna mentalnosc i styl życia. Nawet urugwajska klasa średnia ma w dupie wyścig szczurów, a weekend dla nich jest święty.

    Słowa bankiera o pożyczkach na rozwój interesu traktuję metaforycznie, a przypowieść odczytuję jako sugestię, że rzekomo przepracowujemy się z wyboru. Nie mamy wyboru

    Biedota w panstwa neoliberalnych mieszkajaca w miastach w istocie nie ma wyboru. Klasa średnia wybor ma, ale np. w Polsce panuje kult zapierdolu i widzę to po moich znajomych chociazby. Pracują w corpo i nie musza zaiwaniac 70 godzin tygodniowo – ale chca. Bo chca miec lepszy samochod, bo srajfon, bo gadżety, bo lekcje pianina dla dziecka, bo muszą sie pokazac na wczasach w Tajlandii itd. itp. Wielu z nich spokojnie moze pracowac mniej – zwlaszcza jesli odziedziczyli mieszkanie/dom po rodzinie – ale wolą więcej zarabiac a na tych nielicznych, ktorzy pracuja mniej i zadowalaja sie skromnym zyciem, patrza z pogardą bo to “lenie”.

    Jakby wszyscy umówili się, że pracujemy po 4 albo 3 dni w tygodniu, to sytuacja mieszkaniowa byłaby taka, jak teraz – przy 5 dniach w tygoniu

    Zgadza sie. I w niektorych krajach wprowadza sie takie regulacje, w Polsce tylko Razem ma to w programie, ale stopien wyprania mózgów neolibską propagandą plus lobbying kapitalu sprawia, ze to raczej niemozliwe w dajacej sie przewidziec perspektywie.

    Zanim ktoś napisze, że to tylko dotyczy dużych miast, to z góry zacytuję Futrzaka z poprzednich wpisów – nawet w fawelach rynek wynajmu ma charakter komercyjny i ceny dostosowują się do możliwości zarobkowych lokalsów.

    Ale ty wiesz, gdzie są favele? NA OBRZEZACH DUZYCH MIAST lub nawet w ich środku. Tak jest w Buenos Aires, Sao Paulo, Rio De Janeiro, Limie, Bogocie oraz miastach Azji Pd-Wsch takich jak Manila, Bankgkok, Kalkuta, New Delhi etc.

    W Urugwaju struktura wlasnosci nieruchomosci jest (poza stolycą) nieco inna niz w reszcie Ameryki Poludniowej.
    Przyklad: tu gdzie teraz mieszkamy (dosc prestizowe okolice balneario El Pinar) wynajecie domu na dzialce tysiac metrow kwadratowych to co najmniej 500 dolarow miesięcznie. Ale juz kilka kilometrow dalej, za autostrada biegnąca wybrzeżem, mozesz se wynajac skromny domek na dzialce 600m2 za 180 dolarów miesięcznie.
    Jak nie musisz miec wszystkiego pod nosem, to w odleglosci kilkudziesieciu kilometrow mozesz sobie kupic kilka hektarów gruntu za 30-50 tysięcy dolarów.
    To nadal jest poza zasięgiem working poor, ale w Uy working poor najczesciej mieszkaja na ojcowiznie – zwlaszcza ludzie tacy jak rybacy i inni drobni rzemieslnicy. Calkiem tez powszechne jest, ze Urugwajczycy wchodza w posiadanie terenu publicznego lub o nieustalonym statusie wlasnosciowym przez zasiedzenie. Kraj daje mozliwosci potem uregulowania tegoz statusu – o ile sie zacznie placic podatki od nieruchomosci.

    To, co ty opisujesz, to jest sytuacja z neoliberalnych krajow pierwszego swiata. Bo juz nie z takich jak Dania, Norwegia czy Szwecja, gdzie istnieje buownictwo komunalne tudziez rozne formy dzierzawy wieczystej.

  17. @Andrzej B:

    to w ogóle nie jest przeniesienie realiów z Polski, bo nic z tego, co napisał, nie miałoby zastosowania w Polsce. A część w ogóle nie ma sensu.

    Z ciekawosci: jak to teraz wyglada jak np. emeryt chce sobie dorobic sprzedając zebrane w lesie jagody czy grzyby? Czy prawdą sa opowiesci niektorych co twierdza, ze policja im wlepia mandaty bo maja niezarejestrowana dzialanosc i nie placą podatków?

  18. @Futrzak – w wielu miejscach się zgadzamy (nie zgadzam się co do Szwecji czy Norwegii, ale o tym poniżej), tyle że ty przedstawiasz sytuacje bardziej optymistycznie.

    “Biedota w panstwa neoliberalnych mieszkajaca w miastach w istocie nie ma wyboru” – tak. Klasa średnia ma wybór, jeśli okupi to tańszym mieszkaniem z długim czasem dojazdu, wtedy może zorganizować sobie poduszkę finansową. Ma wtedy wybór: pracować mniej lub jechać na wczasy do Tajlandii :) ale zgadzam się, im mniej się zarabia, tym mniejszy wybór, aż w pewnym momencie nie ma wyboru, bo nie ma tańszego mieszkania.

    “w Uy working poor najczesciej mieszkaja na ojcowiznie” – no tak, tyle że ja nie widzę tego optymistycznie. Można sobie pozwolić na pracę w małym wymiarze godzin albo mało płatną, jak się jest subsydiowanym odziedziczonym mieszkaniem. Subsydiowanym, bo przecież to ani zasługa ani wybór tego, który miał szczęście odziedziczyć to mieszkanie. Jak odziedziczył w dużym mieście, może skromnie żyć ze swoich “subsydiów” i prowadzenia kawiarni dla hipsterów, a jak odziedziczył na prowincji, to może skromnie żyć ze swoich “subsydiów” i bycia rzemieślnikiem, np szewcem. W tych przykładach subsydiowany jest dostęp do klientów. Inni takiego wyboru nie mają.

    “Ale juz kilka kilometrow dalej, za autostrada biegnąca wybrzeżem, mozesz se wynajac skromny domek na dzialce 600m2 za 180 dolarów miesięcznie (…) Calkiem tez powszechne jest, ze Urugwajczycy wchodza w posiadanie terenu publicznego lub o nieustalonym statusie wlasnosciowym przez zasiedzenie. Kraj daje mozliwosci potem uregulowania tegoz statusu – o ile sie zacznie placic podatki od nieruchomosci.” – w każdym kraju są miejsca, gdzie grunt jest praktycznie bezwartościowy, dlatego status własności jest nieuregulowany, po prostu nikt o to nie zabiega. To jest z dala od wszelkiej infrastruktury, np. stacji kolejowej, do której można w sensownym czasie dojechać rowerem, żeby potem pociągiem dojechać do pracy. Nawet w UK są takie miejsca. Co może być inne w Uy, to łatwość przejęcia gruntu przez zasiedzenie. Tyle, że jak nie jesteś emerytką czy outcastem, który chce prowadzić chów kóz i raz w miesiącu odwiedzać po coś miasto, to raczej tam nie masz czego szukać. Aktywność ekonomiczna zawsze odbywa się tam, gdzie są skupiska ludzi. Są przecież też ghost towns – osiedla wybudowano, ale nie udało się zainicjować aktywności ekonomicznej. Tam też ceny gruntów będą bliskie zera.

    Można ocenić czy Uy rzeczywiście prowadzi sensowną politykę gruntową nie patrząc na miejsca o marginalnej wartości lokalizacji, tylko patrząc co się dzieje z cenami nieruchomości jak sprawdza się coraz lepsze lokalizacje: bliżej tych stacji kolejowych, o których napisałem wyżej czy z krótszym czasem dojazdu do centrów. Jeśli ceny nieruchomości rosną proporcjonalnie do korzyści lokalizacji, to zawalili jak prawie każdy kraj w ostatnich 4 dekadach – bo znaczy to, że renta gruntowa wytwarzana przez ekonomiczną aktywność społeczeństwa i publiczne inwestycje (np. w kolej) jest w całości sprywatyzowana. Jak za te korzyści płacisz nie w cenach nieruchomości, a w podatkach (piszesz o podatku od nieruchomości, jest tam kataster?), to plus dla Uy. Ale skoro piszesz przy innej okazji o “nieruchomościach inwestycyjnych” i piszesz z przekąsem o “stolycy”, czyli – spodziewam się – miejscu największej aktywności ekonomicznej w kraju, to cudów się nie spodziewam. Cudem było pierwsze 3 dekady po wojnie w UK, pokazując, że inna polityka była możliwa :-)

    “Bo juz nie z takich jak Dania, Norwegia czy Szwecja, gdzie istnieje buownictwo komunalne tudziez rozne formy dzierzawy wieczystej.” – ja jestem za istnieniem budownictwa komunalnego, tylko że to poprawia sytuację jedynie najuboższych, a nie klasy średniej, która nie chce komunalnych (nie dziwię się) i mieszka albo w swoich mieszkaniach skredytowanych na dekady, albo w wynajętych prywatnie. Komunalne ustalają jakiś minimalny standard, ale tylko minimalny. Dzierżawa wieczysta z okresową indeksacją ceny dostosowanej do warunków rynkowych rozwiązałaby problem też dla klasy średniej, bo nikt nie gromadziłby działek budowlanych (na których mogą ale nie muszą być już domy) jako lokaty kapitału – jakby musiał płacić rynkową cenę dzierżawy, to po prostu nie działałoby to jako lokata kapitału. Tak, jak nikt nie skupuje wypożyczalni samochodów jako lokaty kapitału. Biorąc pod uwagę, że mieszkania w Danii, Szwecji i Norwegii są niemiłosiernie drogie, spodziewam się, że o ile mogli poprawić sytuację z bezdomonością lokalami komunalnymi, to w kwestii mieszkalnictwa dla mediany społeczeństwa, zawalili jak (prawie) wszyscy.

  19. @futrzak,
    Z mandatami za grzyby to jest w ogólności prawda, ale powody są inne.
    Wolno sprzedawać grzyby tylko i wyłącznie atestowane (przez klasyfikatora grzybów). Chodzi u uniknięcie zatruć, spora część grzybów jest trująca.
    Mandaty bywają także za sprzedaż w miejscu niedozwolonym
    No i raczej nie policja takimi rzeczami się zajmuje tylko straż miejska i sanepid.
    Mandaty wystawiane przez Policję za niepłacenie podatków to jakaś kompletna bzdura, ale to pewnie się w przekazie pomieszało.

    @Piotr Wasik,
    Natomiast ja jestem zdecydowanym przeciwnikiem budownictwa komunalnego w ogólności, a w polskich warunkach to już super-zdecydowanym wrogiem mieszkań komunalnych.

  20. @Futrzak
    “Z ciekawosci: jak to teraz wyglada jak np. emeryt chce sobie dorobic sprzedając zebrane w lesie jagody czy grzyby? Czy prawdą sa opowiesci niektorych co twierdza, ze policja im wlepia mandaty bo maja niezarejestrowana dzialanosc i nie placą podatków?”

    – Tak, jak napisał kolega wyżej. Propaganda. Policja raczej tego nie rusza (podatki -> czemu mieliby robić robotę skarbówki?). Widziałem w ostatniej dekadzie dwie akcje, jak straż gminna zrobiła nalot na sprzedających na parkingu marketu – kto nie chciał się wynieść, temu coś wlepili. Przy jednej z tych akcji, którą widziałem od A do Z, to najpierw przekonywali chyba z pół godziny, więc raczej nie terror.

    Teoretycznie można dostać za grzyby mandat z powodów, które opisał Gszczepa. Ale to w mediach słyszałem, na żywo się nie zetknąłem.

    Dużo jest sytuacji 100% propagandowych. Coś jak z tym: http://odpowiedzialnybiznes.pl/artykuly/historia-piekarza-z-legnicy-czyli-jak-ma-sie-przestrzeganie-prawa-do-csr/ – gdzie byznesmen sprzedawał bez paragonu ale mediom wcisnął bajkę, że kilkadziesiąt razy więcej darowywał niż sprzedawał.

    @Kira
    “Każda sprzedaż powinna być opodatkowana, chyba, że ktoś nie zgłasza interesu do rejestracji. Jak się nie płaci podatków, to można sprzedawać taniej.”
    – Nie, nie każda. Jest bardzo dużo transakcji, które opodatkowane nie się, zgodnie z prawem.

  21. @Andrzej B.

    Wybacz, masz rację, sporadyczna sprzedaż nie musi być opodatkowana. Ale już ciągła i systematyczna – owszem.

  22. @Andrzej B, @Gszczepa:

    Dzieki za info! Troche mialam podejrzenia ze to znowu ssany z palca “argument” kuców no i wychodzi na to, ze faktycznie.

  23. @Futrzak, jeszcze raz na temat Szwecji – właśnie spojrzałem na eurostat, “Distribution of population by tenure status, type of household and income group – EU-SILC survey”, zaznaczyłem “type: owner without mortgage”, średnia z ostatnich 9 lat – 8.65%. Tak jest. 8.65% mieszkańców mieszka we własnych domach czy mieszkaniach i nie mają na głowie hipoteki. Brawo! Na jakiej podstawie raz za razem przytaczasz Szwecję jako przykład sukscesu polityki mieszkaniowej? Moim zdaniem dziarsko realizują program z Davos: “own nothing, be happy”.
    Dla porównania, Polska > 70%. Jeszcze nie zdążyliśmy się stoczyć, mimo starań władz.

    Myślisz, że w Szwedzkich warunkach znajdziesz dużo rybaków, którzy mogą sobie pozwolić na pracę 1/4 tego, co inni, skoro sama piszesz, że jednym z warunków bycia drobnym rzemieślnikiem jest mieszkanie “na ojcowiźnie”?

  24. @Piotr Wasik:

    Klasa średnia ma wybór, jeśli okupi to tańszym mieszkaniem z długim czasem dojazdu, wtedy może zorganizować sobie poduszkę finansową.

    Gównoprawda. To wszystko kwestia priorytetów i ty chyba tego nie czaisz.
    To moze dam przyklad przyjaciela. Skonczyl fizykę, pracuje jako sysadmin na uniwerku od… 20 lat! Oczywiscie jego pensja jest – jak to na uniwerku – skromna bardzo. Z dwiema dekadami doswiadczenia jako sysop z palcem w dupie moglby sobie znalezc robotę w corpo za 3 razy tyle. ALE NIE CHCE.
    Bo ceni sobie świety spokój, brak wyścigu szczurów i calego korporacyjnego gówna. Na skromne zycie mu starcza, dotychczas nie mial samochodu (po co skoro mieszka w Poznaniu i jezdzi rowerem?), teraz kupil bo pandemia. Kupil za kilka tysięcy kilkunastoletni samochód. Nie ma zadnego kredytu nic nie musi splacac.
    Mam tez kilka znajomych osób, co są w stanie pracować zdalnie i wyniosly sie z Wawy do małych miasteczek. Za oszczędnosci w czynszu i mediach mają nadwyzkę finansową, wolniejszy styl zycia, blizej przyrody. To byl ich wybor.

    Natomiast working poor wyboru nie maja, bo ich praca w uslugach nie da sie przeniesc gdzies indziej. Kasjer w supermarkecie musi sie stawic co rano do pracy, podobnie sprzątaczka, niańka, kurier etc. PREKARIAT nie ma wyboru i mozliwosci manewru.

    Natomiast ja tutaj pisalam o drobnych rzemieślnikach/wytwórcach urugwajskich – oni NIE MUSZA i nie sa przywiązani za nogę do miejsca. I tak sprzedaja via Whatsapp a potem dostarczają. Róznica w tym, czy mieszkaja kilometr od plazy czy 3 kilometry od plazy nie ma znaczenia.

    w każdym kraju są miejsca, gdzie grunt jest praktycznie bezwartościowy, dlatego status własności jest nieuregulowany, po prostu nikt o to nie zabiega. To jest z dala od wszelkiej infrastruktury, np. stacji kolejowej, do której można w sensownym czasie dojechać rowerem, żeby potem pociągiem dojechać do pracy. Nawet w UK są takie miejsca. Co może być inne w Uy, to łatwość przejęcia gruntu przez zasiedzenie

    Wiesz co, wkurwiające jest to, ze w zyciu w Urugwaju nie byles, nie wiesz jak tutaj wygląda zycie, ceny wynajmu, nieruchomosci, nie wiesz co uwaza sie za wartosc premium, nie wiesz jaki styl zycia maja Urugwajczycy, ale WIESZ LEPIEJ BO W UK.
    WTF? I jeszcze łaskawie stwierdzasz ze nooooo “to co w Uy ewentualnie MOZE byc inne, to…” pierdolę, to nie jest zadna dyskusja tylko pouczanie z wysokości przekonań wyciągnietych z dupy.

    Aktywność ekonomiczna zawsze odbywa się tam, gdzie są skupiska ludzi

    GOWNOPRAWDA. W Urugwaju, podobnie jak w Brazylii oraz Meksyku (o tych krajach wiem na pewno bo mam bliskich przyjaciol, ktorzy tam od dekad zyja) drobni rzemieślnicy oraz spora część uslug odbywa sie za pomoca Whatsapp i na dowóz. Nie jest uwiązana do miejsca. Można mieszkac kilka kilometrów od centrum/plazy/targu i nadal życ z tego samego. No ale kurwa nie, tobie sie nie przelumaczy, bo w UK, wiec to niemozliwe zeby gdzies indziej bylo inaczej. WTF?

    ja jestem za istnieniem budownictwa komunalnego, tylko że to poprawia sytuację jedynie najuboższych, a nie klasy średniej, która nie chce komunalnych (nie dziwię się) i mieszka albo w swoich mieszkaniach skredytowanych na dekady, albo w wynajętych prywatnie. Komunalne ustalają jakiś minimalny standard, ale tylko minimalny.

    Wychowalam sie z rodzenstwem w mieszkaniu komunalnym. Podobnie jak moi rowiesnicy ze szkoly. Mam bliskich przyjaciol z Finlandii i Norwegii, ktorzy mieszkaja w mieszkaniach komunalnych. Standard jest taki sam jak w innych mieszkaniach budowanych prywatnie na wynajem, a w zasadzie wyzszy (nie dotyczy to Polski neoliberalnej), bo panstwo parę rzeczy jest w stanie zagwarantowac.

    W dyskusji z Tobą najbardziej wkurwia mnie to: bierzesz realia z kraju neolibskiego (UK+Polska) i na tej podstawie rozciągasz złote reguly co to niby obowiązuja na calym świecie no bo przeciez “zasady ekonomii sa wszedzie takie same”. Nie przyjmujesz do wiadomości, ze gdzie indziej po prostu jest INACZEJ.

    Wiesz weź idz se strzel baranka w ścianę, może coś do ciebie doleci, bo mnie sie wyczerpala juz cierpliwosc do udowadniania, ze nie jestem wielbłądem.

  25. skoro sama piszesz, że jednym z warunków bycia drobnym rzemieślnikiem jest mieszkanie “na ojcowiźnie”?

    Wiesz co, naucz sie czytac ze zrozumieniem. “Sporo” to nie rowna sie “jednym z warunkow jest mieszkanie na ojcowiznie”.

    Ah i jeszcze ocenianie kraju za pomocą jednego tylko kryterium: ile procent spoleczenstwa jest wlascicielami nieruchomosci.
    Japrdl…

  26. to jeszcze mi wytłumacz (i innym), dlaczego to jest takie fajne, że w Szwecji tylko 8.65% ludzi mieszka we własnym mieszkaniu.

  27. Okay, zdecydowanie nasze światopoglądy się różnią. Rzeczywiście uważam, że istnieją uniwersalne zasady ekonomii, regularności i przewidywalne reakcje gospodarek na konkretną politykę rządu i dlatego doświadczenia jednych krajów mogą być pouczające dla innych nawet, jeśli te kraje w wielu aspektach się różnią.

    Różnimy się też tym, co uważamy za wartościowy cel w polityce. Dla mnie rzeczywiście daleko ważniejszym celem jest, żeby jak najwięcej obecnych dorosłych i później ich dzieci, jak dorosną, mogło mieszkać w swoich, nieskredytowanych mieszkaniach, niż np. jakich słów używa się na zarodki i embriony lub od którego momentu liczymy ciążę, lub czy osoby LGBT mają coroczną paradę równości.

    Nie mam problemu z tym, żeby osoby, które uważają odwrotnie (że ważniejsze są parady równości niż dostęp do własnych mieszkań albo że uniwersalne, obserwowalne reguły ekonomii nie istnieją), głosowały na lewicową socjal-demokrację, w Polsce reprezentuje “Razem”.

  28. @Piotr Wasik:

    Dla mnie rzeczywiście daleko ważniejszym celem jest, żeby jak najwięcej obecnych dorosłych i później ich dzieci, jak dorosną, mogło mieszkać w swoich, nieskredytowanych mieszkaniach, niż np. jakich słów używa się na zarodki i embriony lub od którego momentu liczymy ciążę, lub czy osoby LGBT mają coroczną paradę równości.

    Jeżeli tylko tyle zrozumiales z protestów Strajku Kobiet to znów – idz i walnij se baranka w ścianę. Bo najwyrazniej nie dolecialo do ciebie jeszcze, ze wyrokiem TK w Polsce kobiety są zmuszane do tortur czyli donoszenia ciąży patologicznej zagrazajacej ich życiu i zdrowiu oraz do porodu kiedy wiadomo, ze płód nie ma szans na przeżycie.
    O ubezwlasnowolnieniu polegającym na rozporządzaniu narządami kobiet już nawet nie wspomnę.

    No ale nie ma to jak własciwa perspektywa aksjologiczna: ubezwlasnowolnianie ludzi i zarządzanie ich cialami sprowadzasz do kwestii językowej i daleko ważniejsza jest wg ciebie potrzeba posiadania. Korwinizm czystej wody.

  29. Uniwersalna zasada ekonomii #1: elity zawsze przejmują strumień dochodów.
    Uniwersalna zasada ekonomii #2: gdy elity zawsze dążą do ekstrakcji wartości z majątku.

  30. @mall:

    Dokladnie.
    I w niektórych krajach elitom udaje sie przekonac masy do tego, ze taki stan jest normalny, pożądany i nie nalezy nic z tym robic, a jak ktos gloduje to widocznie źle sie stara albo jest glupi i to jego wina.

    W innych krajach wystarczajaco duzo normalnych obywateli zdaje sobie sprawe z powyzszego i wybieraja rządy oraz stosuja naciski w stronę tego, zeby ekstrakcje wypracowanych zysków jakos zastopowac i sprawiedliwiej rozdzielać między wszystkich.
    Urugwaj ciągle nalezy do tych drugich krajow, chociaz niestety elity nie śpią :(

  31. Fajny opis i gratuluje. Sam mam srednie doswiadczenia z targami/rolnikami. Jak juz ktos wczesniej napisal
    1. jest bardzo drogo i to nie tylko w Warszawie
    2. jakosc wcale nie jest lepsza niz w sieciowych sklepach, a czesto i gorsza.

    I o ile numer 1 to rzecz wzgledna, poki co mnie stac, to juz 2 – ze drogo i gorzej, a raczej kontroli sanepidu tu nie ma, mnie kompletnie odrzucil. Przykladami moge sypac, bo mocno sie spinalem, by znalezc sobie dostawcow bezposrednich, ale mimo wielu prob, od kilku lat nie znalazlem np. jajek klasy sasiadki z gor. Albo chleba, jak piekla moja babcia (raz mi sie jednak udalo znalezc, niestety w gorach, nie w Warszawie… i w sklepie centrum, czyli sieciowce, a nie u lokalnego piekarza).

    Jest jeszcze punkt
    3. drogo i dobrze
    ale tu najczesciej udaje sie np w lokalnej sieciowce ABC, ktora skads ma tych dostawcow, i pewnie ich wyzyskuje, ale ja nie wiem jak zdobyc ich bezposrednie namiary… musialbym w oknie zainstalowac kamere i robic sledztwo… i po co, zeby dac komus ciut wiecej zarobic kosztem pan sklepowych?

    Probowalem z lokalnymi pierogami, kielbasami, jajami, warzywami… O przypomnialem sobie, awokado bylo dobre i tanie na targu… i tyle.

    Zastanawiam sie, co sprawia, ze w Urugwaju to dziala, a w Polsce nie. Zgaduje, ze u nas na targach to sa jednak typowi handlarze o typowej polskiej etyce katolickiej, czyli oszusci…

  32. @Wojtek Inżynier

    Zastanawiam sie, co sprawia, ze w Urugwaju to dziala, a w Polsce nie. Zgaduje, ze u nas na targach to sa jednak typowi handlarze o typowej polskiej etyce katolickiej, czyli oszusci…

    Szukasz wyjaśnienia tam, gdzie go nie ma.
    Zwróć uwagę, że polscy rolnicy żyją w Polsce, a nie Urugwaju. Czyli chociażby koszty mają inne, z samego tylko powodu, że u nas występuje coś takiego jak zima i okres grzewczy ;-)
    Czyli okres, kiedy się w większości przypadków nie produkuje i nie zarabia, a za coś żyć trzeba. A maszyny rolnicze przy zakupie i utrzymaniu kosztują tyle co i na zachodzie Europy.
    Poza tym weź sobie taką Maltę dla porównania. Tam religią dominującą jest rzymski katolicyzm. A z kim bym nie rozmawiał (ludzie z różnych krajów), to doświadczenia ma, iż ludzie tam są niezwykle uczciwi i fair. Prędzej to jest jeszcze ciągle efekt PRLu i kombinatorstwa. To tak łatwo z krwi się nie ulatnia.

    Ja mam za to doświadczenia z targami w Bawarii. Jest tak samo dobrze, a i często lepiej niż w drogich sieciówkach (REWE, EDEKA), na 100% lepiej niż w tanich sieciówkach (ALDI, LIDL).
    Ceny porównywalne do drogich sieciówek, a czasami droższe.
    Tak bezpośrednio kupuję sobie miód od lokalnych pszczelarzy oraz mleko od jednego gospodarstwa z sąsiedniej miejscowości.
    Czasami sery, owoce lub warzywa albo jakieś przetwory. Jajka też od czasu do czasu.
    Jednak w dobrych sieciówkach mam wybór lokalnych i nielokalnych wyrobów dobrej jakości, więc targ nie odgrywa u mnie ważnej roli.

  33. @Wojtek Inżynier

    P.S. Od jakiegoś czasu mam u siebie w Regensburgu polski sklep (https://www.lukullus-laden.eu/index.php/pl/).
    Kupuje sobie tam sporo polskich produktów. W tym ręcznie robione pierogi, naleśniki, uszka czy flaczki. Tak samo wędliny albo pieczywo. Albo nawet ciasta i torty od czasu do czasu. Wszystko w rewelacyjnej jakości, super smakuje i zaledwie niewiele droższe od produktów niemieckich.

  34. Z punktu widzenia wieśniaka, który hobbystycznie wytwarza dla siebie i najbliższych zdrową żywność:

    Zacznijmy od tego, że większość osób ma wdrukowany poziom cen w marketach jako bazę i punkt odniesienia do innych cen.
    Stąd mleko ma kosztować 2,69 zł za litr
    jajko 0,50 zł
    ser żółty 23 zł/kg
    wędlina 25 zł/kg
    Z tym, że nikt nie patrzy, że są to ceny za produkt masowy/przemysłowy nastawiony na maksymalne zbicie kosztów za cenę jakości produktu.

    I później cena 3 zł za litr mleka od krowy wydaje się kosmiczna, bo nie liczy się, że można z niego zebrać śmietanę, zrobić masło, albo twaróg i ser.
    Jajko za 80 groszy to zdzierstwo, mimo, że kura chodząca po podwórku zużywa więcej kalorii na bieganie, termoregulację i poszukiwanie jedzenia, więc rośnie wolniej, potrzebuje więcej pokarmu i czasem nawet trafi na jakiegoś lisa w obejściu, co z pewnością nie zdarzy się na fermie.

    A ser, czy wędliny wędzone naturalnie za 50 – 60 zł/kg toż to już w ogóle rozbój w biały dzień.

    I potem narzekanie, że ja szukam zdrowych i dobrych produktów, a te wredne wieśniaki ze mnie zdzierają…

    Kury, kaczki, mleko, sery, twarogi, masło, śmietana, kiełbasy i wędliny, warzywa, owoce, grzyby – ile dusza zapragnie. Dla zaufanych znajomych również swojej produkcji piwo, nalewki, czy bimber – wszystko jest tylko, czy zaakceptujesz cenę i fakt, że nie będzie tak ładnie opakowane jak w markecie?

  35. @Marek W.

    O to to to, dokładnie.
    Ja za mleko w markecie (ALDI, LIDL) mógłbym płacić 0,89€/litr. Ale płacę trochę ponad 2,5€/litr, bo wiem, że jakość nie bierze się z powietrza.

    A jeszcze kombinuję skąd mógłbym dostawać surowe mleko, bo takie zwiększa odporność organizmu.

  36. @Marek W.: do tego, żeby na rynkach na prowincji ktoś kupował luksusowe towary potrzeba by masowy klient miał wpierw hajs w portfelu. Za PIS ten hajs zaczął się pojawiać.

    A mentalność sprzedawców jest taka jaka bywa mentalność ludzi. Parę przykładów:
    – pani co przywozi pełen bagażnik jaj dużego sedana Audi lub VW co tydzień i ludzie je kupują sądząc, że to od wolnych kurek;
    – jest też starszy pan co ma świetny szpinak;
    – są też tacy co sprzedają tyle krwi z kaczek na czarninę, że musieliby całe stado na sobotnią sprzedaż wybić;
    – są też tacy co próbują coś dla siebie w handlu wywalczyć, ale konkurencja rysuje im karoserię auta.

    I zawsze, ale to zawsze, decyduje hajs w portfelu.

  37. Jak to dobrze ze mieszkam w kraju, gdzie neoliberalizm nie zrył ludziom mózgów i gdzie przecietny maly rzemieslnik/wytwórca jest uczciwy i nie stawia sobie za cel wyruchac wszystkich dookola, bo KASA i byle sprzedac więcej.

    Jak to dobrze, ze dla wiekszosci Urugwajczykow punktem odniesienia są ceny i jakośc z targowisk, a nie z supermarketow. Jak to dobrze, ze Urugwajczycy wolą kupowac od lokalnych rolnikow i wytworcow, a nie od obcych sieci supermarketow.

    Jak to dobrze, ze proste produkty rolne lepszej jakosci niz przemyslowe byleco z supermarketu nie sa uwazane za super-hiper-duper-extra-value-ceny-z kosmosu tylko za cos normalnego.

    Jak to dobrze, ze neoliberalizm nie spierdolil tego kraju doszczetnie tak jak Polski…

    A teraz maly hincik dla was kochani. W Urugwaju ceny w supermarketach sa wyzsze niz od drobnych rolnikow, bo w duzej mierze to jest efekt CELOWEJ POLITYKI PODATKOWEJ PANSTWA KTORA WYMUSZA NA SIECIACH SUPERMARKETOW PLACENIE ZNACZNIE WYZSZYCH PODATKOW NIZ PLACA DROBNI MIEJSCOWI WYTWORCY.
    Oprocz tego wszystkie produkty zywnosciowe importowane są obciazone clem, co automatycznie przerzuca je do kategorii luksusowych.

    W Polsce w latach 90-tych zdecydowano sie zniszczyc malych polskich rolnikow i wytworcow a dac fory wielkim obszarnikom i produktom importowanym sprzedawanym z zachodnich sieci supermarketow. No to jest, co jest. Efekt swiadomej polityki panstwa tak w jednym jak i w drugim kraju. Tyle, ze wladze co innego obraly sobie za cel.

  38. Dzieki za odpowiedzi, Futrzak wyjasnil. A z mallem sie zgadzam z tym, ze placac 2 razy wiecej niz w supermarkecie, oczekuje lepszej jakosci niz w Biedronce. A byla zwykle podbna/gorsza, np najbardziej premium jaja z bladym zoltkiem.
    Co ciekawe 30 m ode mnie jest osiedlowy sklepik ABC i tam maja same dobre rzeczy, recznie robione pierogi, pyszne wedliny, pieczywo, kaszanki, czy wypieki. Ceny sa kosmiczne dla Polakow, ale jakos sie interes kreci, jedynie na jakosci. Dlatego jestem zepsuty, jadac na targ, lub zamawiajac od znajomych-znajomych rolnikow jajka, oczekuje czegos lepszego, lub rownie dobrego, za sklepowa cene. A za cene produktu premium w ABC dostawalem to co w biedronce za 2-4 razy taniej

    Mam znajomych na osiedlu domkow w Piasecznie i tam jest spozywczak pani Halinki, sytuacja identyczna. Ceny co najmniej 2 razy ponad market, jakosc produktow genialna. I chyba to jest, przynajmniej w Warszawie, przepis na przetrwanie takich sklepow. Bo przeciez cena z marketem nie wygraja, i nawet nie chodzi o obroty, ale wspomniane przez Futrzaka podatki, ktorych markety niemal nie placa. Nie ukrywam, ze poszukiwania dostawcow bezposrednich mialy podloze finansowe. Okazalo sie jednak, ze to bardzo trudne. Obecnie w Polsce jakosc kosztuje prawie tyle co na Zachodzie, oczywiscie nie jak w Norwegii, ale w stosunku do sredniej krajowej zgaduje ze co najmniej tak samo drogo.

  39. @mall
    “Ekstrakcja wartości z majątku”
    Czy ktoś, kto w swoim garażu zauważył 6 nieużywanych, ala sprawnych rowerów i postanowił je wypożyczać w weekendy turystom, podpada pod tę zasadę?”

  40. @Łukasz: Miałem na myśli ekstrakcję wartości z wynajmu majątku w postaci, powiedzmy, 6 mieszkań przy jednoczesnym wsparciu państwa w postaci 2- a nawet 3-krotnie mniejszej stawki podatkowej za dochód z wynajmu niż normalnie.

  41. @Futrzak

    bo w duzej mierze to jest efekt CELOWEJ POLITYKI PODATKOWEJ PANSTWA KTORA WYMUSZA NA SIECIACH SUPERMARKETOW PLACENIE ZNACZNIE WYZSZYCH PODATKOW NIZ PLACA DROBNI MIEJSCOWI WYTWORCY.
    Oprocz tego wszystkie produkty zywnosciowe importowane są obciazone clem, co automatycznie przerzuca je do kategorii luksusowych.

    Jeżeli tak jest, to respekt
    1. dla rządu, że potrafił to zrobić i utrzymać
    2. dla ludzi, że sobie potrafili taki rząd wybrać i utrzymać

  42. @mall – to nie tyle jest ekstrakcja wartości z majątku osoby X przez osobę X, co prawo osoby X do ekstrakcji majątku z osób Y i Z. To jest odwrotnie – nie osoba X ma jakiś majątek i zastanawia się, jak wyekstrahować z niego wartość, tylko wartość majątku osoby X jest po prostu wartością bieżącą netto ile może w przyszłości osoba X wyekstrahować majątku z innych osób. W twoim przykładzie państwo ustalając wysokość podatku od dochodu z najmu jednym podpisem zmienia wielkość majątku osoby X, im niższy podatek, tym wyższy majątek osoby X (bo może więcej zatrzymać dla siebie majątku osób trzecich), tym samym bezpośrednio regulując ceny mieszkań na tzw. “wolnym rynku”.

    To jest przykład jednej “reguł ekonomii” – wartość przyszłych dochodów jest równoważna jednorazowej cenie zapłaconej obecnie przy jakichś konkretnych założeniach dotyczących ryzyka i oprocentowania pożyczek :-)


Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

Categories

%d bloggers like this: