Napisane przez: futrzak | 16 grudnia 2018

Bożonarodzeniowe firmowe party, czyli Flores w środku nikąd

Na początku byłam bardzo negatywnie nastawiona. Poprzednie firmowe parties zwykle oznaczaly dla mnie nudę i bardzo kiepskie jedzenie; nuda brała się z tego, że ogromna większość pracowników to ludzie bardzo młodzi – studenci lub trochę starsi, nie za bardzo miałam wręcz o czym z nimi rozmawiać, poza standardowym small talkiem.
Kiepskie jedzenie brało się stąd, że mam nietolerancję glutenu i na dodatek nie mogę też już trawić laktozy.

W tym roku już nie mogłam się wykręcić, trzeba więc było jechać…

Miejsce imprezy to środek nikąd – w departamencie Flores, połowa drogi między Montevideo i Salto czyli miastami, gdzie firma ma swoje biura. To oznaczało wstanie o 6.30 rano, żeby zameldować się w biurze o 8.15. Oczywiście wyjazd nie odbył sie o oznaczonej godzinie, bo przecież to Urugwaj. Ruszylismy spod biura wynajętym autobusem dopiero o 8.45…

Tutaj koordynaty do obejrzenia sobie miejscowki na mapach google. Prawdziwie w środku nikąd :)

Cała droga zajęła trzy godziny, dojechaliśmy około poludnia, lunch był wyznaczony na 13.30.
Troche się przegłodziłam, bo zaraz po dojechaniu serwowano przekąski, oczywiscie nic bezglutenowego – ale za to mieli bardzo przywoite piwo – Coronę niechrzczoną (słód jęczmienny i kukurydza i nic więcej), mogłam więc ją pić.

Miejsce docelowe okazało się być ogromną estancią. Dawno, dawno temu właściciel w jej środku posadził… eukaliptusowy las, który rozrósł się tak, jak chciał i wytworzył już swój mikroklimat: chłodne, wilgotne powietrze, niesamowity świergot ptaków i cudowne powietrze….
W środku lasu znajdują się stajnie, budynki mieszkalne, sala restauracyjna, basen, plac do grania w piłkę, plac zabaw dla dzieci…
Genialne miejsce.

Tutaj centralny plac:

Grupa z Motevideo wysiadła właśnie z autobusu i wkracza na zalesiony teren posiadłości :)

Basen. Nieduży, ale w zupełności wystarczający, żeby kilkadziesiąt osób mogło sie pochlapać i zrelaksowac :)

Pokoje do wynajęcia, a na pierwszym planie zabytkowa studnia.

Widok na głowny plac, budynki od lewej to ogromne stajnie dla koni.
Podejrzewam, że całe miejsce służy jako obozy jeździeckie dla duzych grup. Co ciekawe – nie reklamują się nigdzie, nie da się ich znaleźć. Na moje pytanie to skąd i kto w ogóle wpadł na pomysł, żeby tutaj, powiedziano mi że osoba organizująca (nasza HR/sekretarka) jest stąd i jej rodzina zna to miejsce i właścicieli od zawsze…

Danie główne na lunch, czyli parilla dla ponad stu osób. Od góry przykryte blachami.
Mięso było znakomite! Prosiaczki pieczone w całości, wołowina i jagnięcina.

Wejście na prywatny teren posiadłości. Podejrzewam, ze tutaj mieszkają pracownicy ją obslugujący. Może i właściciele?

Nie mam pojęcia, co to za drzewo, ale jest niesamowite. I kłujące strasznie :)

Panorama reszty posiadłości – tam gdzie kończy się las jest otwarta pampa, po której biegają krowy i owce.

W środku zalesionej części były nawet małe ni to jeziorka, ni to bagienka…

Za tym płotem pasło się wielkie stado owiec. Gdy szliśmy w ich stronę najpierw z ciekawością się przyglądały, ale potem niestety uciekły w popłochu i zdązyłam zrobic jedynie zdjęcia ich wełnistych tyłkow znikających w oddali…

Cały zalesiony teren jest ogrodzony od reszty terenów, prawdopodobnie po to, zeby owce i krowy nie wchodziły w szkodę.

Zadaszona część restauracyjna, tutaj jedliśmy lunch.

Największa opuncja, jaką w życiu widziałam. Dorosła aż do wysokości drugiego piętra, a główne „kawałki” były wielkości mojej nogi. Musiało zając dobre kilkadziesiąt lat, zanim taka wielgachna urosła…

Rozrywki dla nerdów, czyli gramy w szachy na wolnym powietrzu :)

Jeszcze zbliżenie opuncji. Fascynująca roślina…

Najpierw jadły dzieci, bo zaczęły marudzić….

Tu już rozrywka na wolnym powietrzu…

Nie zabrakło i tańców, oczywiście pod wodzą sekcji kubańskiej :)

Jeszcze jedno ujęcie parilli. Na pierwszym planie całe prosiaczki. Pod blachami wołowina i jagnięcina. Zwroćcie uwage na to, GDZIE jest główne ognisko – na lewo od grilla, gdzie lezy mięso. Pod samym grillem nie ma nigdzie otwartego ognia, są tylko żarzące się węgle.

I znowu monstrualnych rozmiarów kaktus. Miał wysokość jakichś 5 metrów.

Wynajęty autobus, którym przyjechała grupa z Montevideo.

A na otwartym słońcu, na płocie, suszyły się skóry…

W sumie wyjazd był bardzo udany, a miejscówka przecudna! Dobre wspomnienia zakłóciła jedynie droga powrotna. Ludzie byli zmęczeni i chcieli spać, niestety sekcja kubańska pod wodzą Arkadio wpadla na pomysl urządzenia sobie KARAOKE. Darli mordy przepotwornie, ogluchnąć można bylo. Nie muszę chyba dodawać, że nikt z nich śpiewać nie umiał…. I TAK PRZEZ DWIE GODZINY. OJP….
Eh.

Reklamy

Responses

  1. „Ludzie byli zmęczeni i chcieli spać, niestety sekcja kubańska pod wodzą Arkadio wpadla na pomysl urządzenia sobie KARAOKE. Darli mordy przepotwornie, ogluchnąć można bylo.”

    No i wlasnie dlatego ja od dluzszego juz czasu odpowiednio wczesnie przewiduje, ze takie gowna moga sie przydazyc i zostawiam sobie furtke, by sie w nich nie znalezc, albo moc sie szybko ewakuowac :D. Im wiecej ludzi wokolo i im bardziej jestem na nich zdany tym wieksze prawdopodobienstwo, ze mnie czyms wkurwia i.e. bardziej egoistyczna i nietaktowna jej czesc cos mi nieprzyjemnego narzuci.

    Tekst: „I have a liver disorder” zalatwia sprawe zmuszania do chlania, a wlasny srodek transportu na przyjecie zalatwia sprawe bycia zmuszonym do znoszenia dziecinnych zachowan pijanych ludzi, bo moge wybyc kiedy chce.

  2. Aha, i Corona to nie piwo. To gazowana woda mineralna, do ktorej wymyslili sobie, ze niby podaje sie ja z limonka haha. Chyba dlatego, ze bez limonki nie mila by zadnego smaku. Ile to ma IBU? 2?
    Czego nie moge pojac, to dlaczego ludzie zmuszaja sie by pic cos co jest ewidentnie dziadowskie, tylko dlatego, zeby nie wystawac poza social norm?

  3. @wszystkobedziezle:

    Zaraz chwilunia. Mowisz ze alkoholu nie pijesz, a tutaj robisz od eksperta od piw? Zdecyduj sie na jakas wersję.

    BTW: Corona to owszem piwo. Nie wiem jak u ciebie, ale tu ta normalna Corona ma 4% alkoholu.
    I owszem, mnie smakuje. I nie, nie mam zamiaru pić niczego, co ma większą zawartość alkoholu w dzien, kiedy słonce nasuwa w czachę, a na zewnatrz jest temperatura ponad 30 st C.

    Jeśli ty masz potrzebę bycia gierojem i walenia wysokoprocentowych trunków w upał, to sobie wal, mnie to rybka, tylko moze bądz uprzejmy i nie rzucaj pogardliwych tekstów w stosunku do ludzi, którzy nie mają na to ochoty.

  4. Fajne klimaty :) Mnie zaintrygowała parilla. Te blachy leżały bezpośrednio na mięsie? Czuć było jakąś rdzą? ;)
    A ognicho paliło się obok, ale węgle były podgarniane z ogniska pod parillę, czy tak?
    Pozdrawiam!

  5. @nikt:

    Nie wiem, czy blachy lezaly bezposrednio na mięsie, podejrzewam ze chyba byly czyms podparte. Zadnej rdzy ani niczego takiego nie bylo czuc.

    Tak, juz zrobiony węgiel drzewny byl podgarniany pod parillę.

  6. Miejsce wyglada bajecznie. Wyhodowanie takiego kaktusa pewnie zajmuje sporo czasu. A co do darcia… Raz w roku jak sie wydarzy, to chyba nie ma az takiej tragedii, co? Sama mnie wkurzaja akcje na rauszu, ale raz kiedys przymykam na to oko, dopoki nie wyleje sie piwo ;)

  7. @Shaza:

    Tak, miejsce bylo bajeczne. Moglabym tam zyc.. eh!

    Dobrze, ze darcie bylo raz w roku, byc moze zdarza sie czesciej, ale na innych firmowych imprezach wlasciwie nie bywam, na cale szczescie :)

  8. Świetna miejscówka. Nie wypowiem się co jest piwem a co nie, bo każdy ma to co lubi i nie ma w tym nic złego. Jedynie uważaj na slod jęczmienny bo zawiera gluten :(

    Przygoda bezglutenowa to dopiero przede mną na razie czytam i się doszkalanie, czekam na ostateczne badanie (biopsja jelita) by potwierdzić bądź wykluczyć celiakię.

  9. @Agata:

    nie jestem celiakiem, jakieś tam niewielkie ilości glutenu w przerobionych formach mogę konsumowac. Po tej Coronie troche spuchłam, ale dało sie przeżyc. Po zwyklym piwie pszennym mam wyjęte z życiorysu dwa dni :-/ Z kolei znalezc piwo, ktore bedzie skladalo sie TYLKO z syropu chmielowego, wody i alkoholu jest niemalze niemozliwoscia, zadnych popularnych i dostepnych wszędzie takich nie ma :(((

  10. Świetne fotki!

  11. @gszczepa:

    Dzięki!!!

  12. U mnie na osiedlu sprzedają piwo bezglutenowe, pyszne! Syn lat 7 chciał się dorwać, bo wszystko ze znakiem przekreślonego kłosa zwykle jest jego :-)
    Dzięki za relację, widzę że integracje wszędzie na świecie wyglądają bardzo podobnie, najwyżej drzewa trochę inne :-)

  13. @Wojtek:

    A bo ja wiem, czy podobnie?

    W USA w tejze samej branzy integracje/company party zwykle mialy dwa scenariusze:

    1. Christmas party. Czyli wynajęta duuza knajpa, uroczysty obiad, wszystko w granicach dojazdu samochodem nie dluzej niz godzina

    2. Tzw. spotkania integracyjne – czyli wynajęty znow konkretny teren i tzw. „zabawy integracyjne” czyli jakies kretynizmy typu dzielimy ludzi na dwa obozy i trzeba cos-tam zdobyc, znalezc, wygrac etc.

    Te drugie to byl koszmar.
    To co opisalam powyzej nijak nie przypominalo moich doswiadczen z USA. Nikt nikogo do niczego nie zmuszal i nie organizowal sztucznie czasu. Ci co chcieli, to se grali w piłkę. Ci co chcieli, siedzieli nad basenem. Albo tanczyli do muzyki. Czesc pojechala na koniach diabli wiedzą gdzie.
    Jedynym stalym punktem programu byl lunch oraz filmik zmontowany na dziesięciolecie firmy i wręczenie prezentów.

  14. Ok, masz rację – te „gry i zabawy” u nas jednak są… ale wynika to z polskiego prawa. Musimy coś przez około 1 h”popracować”/zrobić szkolenie, żeby to można było rozliczyć. Reszta czasu (te około 4h) to czas dowolny ze zwykle fajnym jedzeniem z grilla i nie tylko (i tu też widzę podobieństwa). To czy na integracje jedzie się 15 minut, czy 3 h to chyba nie ma znaczenia? Natomiast samo miejsce z różnymi atrakcjami na łonie przyrody to wg mnie dość standardowa i bardzo fajna opcja – ja przynajmniej bardzo to lubię i widzę Futrzaku, że też Tobie się spodobało.
    To na imprezach integracyjnych poznałem po raz pierwszy parki linowe, quady, samochody terenowe, ratling – później już sam za te rzeczy płaciłem, ale zapewne nigdy bym się tym nie zainteresował, gdyby nie imprezy firmowe.

  15. No właśnie piwo najtrudniej zamienic i czasem warto się troszkę pomęczyć a przyjemność z picia jest. W Australii powoli wchodzą na rynek piwka bezglutenowe i z ponad 600 browarów rzemieślniczych, jest nadzieja! Co prawda puryści się kłócą że mi są to prawdziwe piwa ale co tam. Ktoś zawsze będzie nie zadowolony

  16. @Agata:

    wiesz, ja juz w Kalifornii zrezygnowalam z piwa (bo jednak w normalnych pubach bezglutenowych nie ma) na rzecz cydru wytrawnego. I ok, cydr wytrawny jest bardzo fajny i lubie.
    Ale w Urugwaju… w Urugwaju wszystkie cydry są słodkie, ba, mało tego: DOSLADZANE jeszcze. Bo oni maja „sweet tooth” i zadne wytrawne cydry sie nie sprzedaja :-/


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Kategorie

%d blogerów lubi to: