Napisane przez: futrzak | 3 grudnia 2018

The grass is greener…

Są takie wady emigracji, o których mało się mówi i z których nie zdają sobie sprawy ludzie, co czytają tylko lukrowane opisy fantazmatów z tropików, Karaibów, Azji, etc.

1. JĘZYK
Poruszanie się w obszarze języków indoeuropejskich to jest łatwizna można by rzec, ale wcale nie.
Bo to jest tak: ciągle i do rzygu słyszę od wielu znajomych mantrę „ja znam dobrze język”. Aha. No to jak dobrze, to zakładam, ze z komunikacją nie masz człowieku problemu, z napisaniem czegos w miare poprawnie tez nie, z pójściem do lekarza, co nie mowi po polsku, też nie.
A potem teksty: „No on dobrze mówi po angielsku, ale sie zgubił, bo jak pytał lokalnych, to go nie rozumieli”. Albo: „no wiesz, ona dobrze zna hiszpański, ale z bankiem się nie skontaktuje”. Albo: dostaję emaila od znajomego (tak w USA było), który się pyta, o co chodzi, bo dostal emaila od Polaka. Ja czytam, i mam ochotę baranka w ścianę strzelić, bo poziom angielskiego jest typu „cara stoi za ciucią i giw mi this job”.
Eeeeee Yyyyyyy…???
A przecież nie trzeba wyjeżdzać poza Europę nawet. Mowisz po francusku z akcentem? Oh życzę powodzenia w wynajęciu sensownego mieszkania.
A teraz, psze państwa, mówimy o emigracji do kraju typu Chiny…. Japonia… Tajlandia….
Ludziom sie wydaje, że z kulawym angielskim zawojują kraj. Really?
A zdarzają się egzemplarze, które potrafią się dziwić, że JAK TO, Ameryka Południowa, a oni mówią w jakimś dziwnym języku??? (chodziło o Brazylię….)

2. PRZYJAŹNIE
Jest bosko i cudownie przez pierwsze miesiące. A potem kurz osiada, człowiek zaczyna funkcjonować w codzienności i okazuje się, ze faktyczne zaprzyjaźnienie sie, tak bardzo, prawdziwie… jest bardzo, niezmiernie trudne. Oczywiście, zalezy to od kraju i kultury, ale nie czarujmy się: dla większosci ludzi pozyskanie w nowym kraju przyjaciół na przysłowiowe śmierć i życie prawdopodobnie nie będzie możliwe…
Tak, gdy pytam, to każdy odpowiada, że „tak tak, mam świetnych przyjaciół, mogę na nich polegać”.
A potem się okazuje, że w razie kłopotów zostają po prostu sami i wracają do kraju ojczystego bo albo psychicznie, albo finansowo nie potrafili sobie dać rady i nikt jakoś nie kwapił się z pomocą.
No ale hej! Świat stoi przed nami otworem – zwłaszcza, jak się jest pięknym i młodym.
Potem też stoi, ale pytanie, czy nadal tym samym otworem…

3. ZWIERZĘTA
Jak masz zwierzaki, a chcesz emigrować do innego kraju to… masz przerypane. Wydasz kupę kasy na certyfikaty, zaświadczenia i całą resztę, a i tak jesteś zależna/y od lokalnych urzędników, bo jak im się coś nie spodoba, to twoje zwierzę zatrzymają w kilkumiesięcznej kwarantannie. I nic nie zrobisz. A potem masz problemy z wynajęciem mieszkania, bo jednak większość wlascicieli zwierząt wolałaby nie mieć (przynajmniej w mieście i w bloku, bo jak jest to dom poza miastem to nie ma to aż takiego znaczenia… ale to kasa większa).

4. FORMALNOŚCI
Ludzie w Polsce przyzwyczaili się, że od wejścia Polski do UE to mogą sobie pojechać do np. UK, Irlandii, Niemiec i praktycznie żadnych formalności, podpisują umowę o wynajem od jutra, takoż samo umowę o pracę. HA!
Tyle że poza tą strefą trzeba mieć wizę, potem rezydencję i tak dalej. Załatwianie formalności jest zależne od kraju, ale większość ludzi nie zdaje sobie sprawy z tego, że jak urząd emigracyjny coś spieprzy, to NIE MA INSTANCJI ODWOLAWCZEJ. Na przykład: dostarczyleś wszystkie dokumenty, ale w urzędzie ci jakiś kluczowy zgubili. Odmawiają rezydencji i MOZESZ IM GUME STRZELIC. Można się cieszyć, jeśli to nie jest kraj typu USA, gdzie wsadzą cię (dziś) prawie od razu do aresztu (detention center) i będą traktować jak przestępcę, bez żadnych praw i czegokolwiek. Niemniej, deportacja nigdy nie jest miła…

5. BANKI
Ileż to ja się nie nasłuchałam. „Ale jak to, że nie mozesz zrobic przelewu?” „Ale jak to, ja w swoim banku..” etc. itd. Otóż, tak to. Regulacje bankowe nie są dla normalnych ludzi, a banki nie lubią, jak ktoś się chce zrobić eksterytorialnym. Bankowość elektroniczna, ha ha. Robisz przelew, ale potwierdzenie SMSem. LOKALNYM. A jak jesteś na drugim kontynecie, a nie masz w kraju siedziby banku kogoś, kto ma dostęp do twojego konta, lokalny numer, i może potwierdzić – to spadaj Fela.
Przerabiałam, po wyjeżdzie z USA do Argentyny….
Ba. Większosc ludzi nie zdaje sobie sprawy, jaką kupę kasy kosztuje przelew zagraniczny, i żeby go wykonać, trzeba być na miejscu w lokalnym oddziale – zeby osobiscie otworzyc albo zlecenie stałego przelewu, albo jednorazowe. Globalization my ass – tj. dla corpo, ale nie dla zwyklych Kowalskich.
Bo nagle bariery znikają, jak ma się „premium services” czyli konto np. w HSBC z depozytem sto tysięcy dolarów. Oh, wtedy nie ma żadnego problemu. Tak, w ten sposób miliardy dolarów pierze i przelewa z kontynentu na kontynent mafia; bank nawet jak przegra proces, to dostaje śmieszną karę (typu kilka miliardów dolarów) i interes toczy się dalej. A przeciętny Kowalski musi płacic kilkadziesiąt dolarów za durny jednorazowy przelew z kontynentu na kontynent i nie ma przeproś. Tak, jest PayPal, ale proszę sobie używać, jak nie ma sie podpiętego konta bankowego z pierwszego świata. Oplaty was zabiją.

Na pozycji szóstej, a może i wyżej, powinny być kwestie podatkowe, ale to jest już w ogóle kompletna abstrakcja. Światowy system polityczno-finansowy jest tak urządzony, ze przeciętny Kowalski pojdzie do więzienia na długie lata, bo nie był czegoś świadom, a korporacje unikają podatków za biliony zysku i NIC się im nie dzieje.

I na tym dziś zakończymy…

Reklamy

Responses

  1. Piekny wpis. Ktos powinien go dodac na Wykop czy podobna strone, gdzie co jakis czas jest jakis „hitowy” artykul / material video, gdzie ktos spuszcza sie nad rewelacyjnym zyciem w XYZ.

    Gdzie XYZ to aktualnie modny / egzotyczny kraj.

  2. Pal licho, albo i nie pal, ale wszystkie te cholernie bezsensowne, imho, obostrzenia dotyczące przelewów, rezydentur, ubezpieczeń itp można jakoś ścierpieć. Ciężko, denerwując się, i narażając na nieprzyjemności. Natomiast te zwierzęta, no kurcze, ale nie zrobiłabym swojemu psu takiej jazdy. I przecież na pokład samolotu, też mi go nikt nie pozwoli zabrać. Albo rybka albo pipka w tym życiu, nie można mieć wszystkiego: im szybciej się z tym człowiek pogodzi tym spokojniej żyje. Lepiej sobie czasem odciąć od internetu i nie paść się informacjami: rzucili korporację i zaczęli cudowne życie w Tajlandii. Jakby nie patrzeć, w takiej Tajlandii nigdy nie będę miała całego zastępu rodziny i przyjaciół gotowych do pomocy i wygodnej korpo posadki, z płatnym urlopem, ubezpieczeniem, zwolnieniami itp. Bez wywrotki pieniędzy trzeba dokonać wyboru, nic się na to nie poradzi.

  3. Co do Azji to z Twojego bloga jest polecenie „breakdacycle.com”. Kiedyś wszedłem i przeczytałem od deski do deski. Mnie zatkało. Gość bez znajomości lokalnego języka na pozimie, o którym piszesz, bez kontaktów ożenił się, wybudował chatę, potem (w domyśle) zaliczył rozwód skutkujący odebraniem wszystkiego co udało mu się tam uciułać, potem kolejny ślub i (co zajęło kilka lat) na dziś ma własny dom na plaży, firmę, szacunake lokalsów itp. Po tej lekturze zostanawiałem się, jakie są szanse na to, by po podobnych przygodach Filipińczyk w Polsce skończył z własnym domem np. w Ustce…

  4. @Malwina:

    Z zabieraniem na poklad samolotu jest roznie – zalezy od linii i od wielkosci psa. Jesli jest maly i razem z kontenerkiem zmiesci sie na twoje kolana, to mozesz go na kolanach trzymac. Jesli nie, to idzie do luku bagazowego… i tu niestety moga zdarzyc sie przykre wypadki :-/

    Co do pracy na wyjezdzie. No niekoniecznie trzeba miec wywrotkę pieniędzy, czegom sama najlepszym przykladem. Ale fakt, oszczednosci mialam, bo nikt na piękne oczy nie daje niczego za darmo, i dopoki sie czlowiek nie umocuje, to trzeba z gory zaplacic za wynajem na kilka miesiecy, papu etc.
    No chyba, ze jest sie manadżemą Wielkiej Korpo. Wtedy wielka korpo posyla cie na „placówkę” i oprocz pensji masz allowance tj. miesięcznie doplacaja ci iles-tam dularków w myśl zasady, ze twoj poziom zycia nie moze byc nizszy niz w kraju macierzystym… oprocz tego często refundują przeprowadzkę z cala graciarnią z kraju macierzystego, np. z USA do Tajlandii czy Peru etc.
    A to w sumie kilka tysiecy dolarow spokojnie wychodzi (zalezy oczywiscie od odleglosci i ilosci gratow) – jak sama emigrujesz i sobie organizujesz, to nie ma sensu, po prostu pozbywasz sie calego dobytku, a potem na miejscu kupujesz niezbędne rzeczy i tyle.

    @Blablozaur:

    Nie czytuję takich artykułów, ale powiedzmy sobie tak: jesli jestes przypadkiem opisanym powyzej tj. manadżemą Wielkiej Korpo, to twoje zycie w kraju trzeciego świata faktycznie bedzie wyglądać klawo, bo z perspektywy srednich zarobkow ludzi w takiej Tajlandii, Laosie, Boliwi czy Kolumbii ty zarabiasz kupę szmalu, zyjesz w zamkniętym osiedlu ze wszystkimi luksusami i masz na wszystko wylane, bo o wszystko troszczy sie korpo. I nawet nie musisz znac miejscowego języka.

    Albo: masz pasywne zrodlo dochodu – ktore w kraju pierwszego swiata nie musi byc wcale duze (np. 2 tys USD miesiecznie), za to pozwala na wygodne zycie w enklawie ekspackiej np. w Belize.

    Problem rodzi sie w momencie, kiedy te wszystkie „hitowe” naganiania na „klawe” zycie w tropikach zaczynaja kupowac przeciętni Kowalscy, ktorym codziennosc w Polsce bokiem wylazi, a ktorych doswiadczenia podroznice ograniczaly sie do kilku wycieczek all-inclusive do Egiptu czy innej Tunezji.

  5. Lukasz:

    Jesli czytales od deski do deski, to pewnie zauwazyles (tak samo jak ja) ze po pierwsze:

    – językiem oficjalnym (jednym z) na Filipinach jest angielski, a on JAKOS angielski znał, mógł więc spokojnie sie z miejscowymi dogadac;
    – na starcie mial oszczednosci oraz przede wszystkim stale zrodlo dochodu w postaci mieszkania w Polsce, ktore odnajmował. Co pozwalało nie umrzec z głodu na wiosce filipińskiej. Potem to mieszkanie sprzedal i za pozyskana kasę wybudował chałupę z noclegami dla turystów.
    – próby roznych biznesów, ktorych się imał, roznie mu wychodzily, na początku wcale
    – ożenić się białemu facetowi z miejscową Azjatką nie jest strasznie trudno, bo bardzo, bardzo wiele Azjatek z biednych rodzin szuka białych facetów z Europy, zeby przynajmniej w razie czego miec łatwiejsza emigracje do pierwszego swiata, jak juz zupelnie nic nie wyjdzie.
    – Filipińczycy są relatywnie otwarci na emigrantów (pracowalam kiedys z drużyną z Filipin, trochę z nimi sobie rozmawiałam o zyciu tam).

    Podsumowując: nie, mnie szczęka na jego bloga nie opadła. No ale ciut o zyciu na emigracji wiem, znam realia wielu krajów, umiem zwracac uwage na informacje, ktore większosc ludzi pomija, bo widzą same lukrowane śliczności i nic więcej. A każda historia ma pozytywy i negatywny. Oczywistym jest, ze ktos, kto prowadzi publicznego bloga, który jest po cześci zrodlem jego utrzymania, nie bedzie pisał o negatywach – bo podcinałby se gałąź na której siedzi.
    Ja mam w sumie niezle porownanie, bo oprocz doswiadczenia wlasnego jestem tez czlonkiem spolecznosci „Polki na Obczyźnie”. One maja oficjalny portal, instagrama etc. Oraz zamknięta prywatna grupę na fejsie.
    Na codzien mogę sobie oglądać różnice między tym, co na zewnątrz pokazywane ludziom a tym, z jakimi faktycznie problemami dziewczyny zmagają się na codzien. Różnice są duuuuuże….

  6. Volenti non fit iniuria, czyli chcącemu nie dzieje się krzywda. Jak ktoś ma taki sposób, jak Wy, na ciekawe i fascynujące życie w wielu krajach, to niestety musi się liczyć z tym, że przez jakiś czas, pieska czy kotka, mieć nie będzie.
    Wam się udało, przeżyć kilka ciekawych lat w Kalifornii, Argentynie i Urugwaju.
    Wielu, z pewnością Wam zazdrości. Z tego, co piszecie w Urugwaju jest całkiem, całkiem jeżeli chodzi o sprawy urzędowe, sprawy wynajmu mieszkań, sprawy pracy, czy sprawy bankowe. Jest w TV taki program „Polacy w Świecie”, gdzie Polacy mieszkający w różnych krajach opisują, jak ich życie tam wygląda. Z reguły wszyscy są zadowoleni, lub bardzo zadowoleni. No chyba, że mieszkają w Szwajcarii i narzekają na ceny wołowiny ( 100 franków / kg ), ale to absolutny wyjątek.

  7. Ładne i prawdziwe. Z jednym zastrzeżeniem:
    Jest (z czym się zgadzam): „nie czarujmy się: dla większosci ludzi pozyskanie w nowym kraju przyjaciół na przysłowiowe śmierć i życie prawdopodobnie nie będzie możliwe…”
    Powinno być (dodatkowo):
    ” nie czarujmy się: dla większosci ludzi pozyskanie w starym kraju przyjaciół na przysłowiowe śmierć i życie (po skończeniu 30 roku życia) prawdopodobnie nie będzie już możliwe…”

    Jest taka granica wiekowa, 30 lat plus/minis 5. Po jej przekroczeniu szukanie przyjaciół na śmierć i życie staje się „mission impossible”.

  8. @ZQW:

    I dlatego nie mam ani psa, ani kota.

  9. @telemach:

    Zgadzam się z Twoją uwagą :)

    Niemniej, mnie się to w USA udało, a zaczynałam od zera absolutnego i pustki wokół siebie po rozwodzie.
    Myślę, że skoro mnie, to innym też – chociaż trzeba moim zdaniem spelnic dwa warunki: byc otwartym na ludzi, umieć słuchać no i szukac sobie podobnych. Byc moze mialam duzo szcześcia, mieszkając w Dolinie Krzemowej, gdzie zjeżdzaja sie (przynajmniej wtedy tak bylo) ludzie z całego świata i kazdy moze „znalezc cos dla siebie”. Znacznie trudniej jest to osiągnąć w kraju odległym kulturowo – by nie rzec obcym. W takiej Japonii, Chinach, Korei do konca zycia będzie się tym „obcym” – no chyba, ze wejdzie sie w szczesliwy zwiazek malzenski z tubylcem i jeszcze jego rodzina nas zaakceptuje….

  10. Futrzak, tak sie zastanawiam skad ty czerpieszte informacje …….
    Wyemigrowalem z pieskiem i kotkiem,
    bilety lotnicze im kupilem, badanie
    u weterynarza i tyle.
    Ani to wielkie koszty ani klopot wielki.
    Wynajecie mieszkania tez nie bylo specjslnie trudne do USA byla nasza emigracja.
    Ale tak sie mowi zle baletnicy….

  11. @blueboston:

    wszystko zalezy od kraju docelowego, przepisów w nim obowiązujących, linii lotniczych i paru innych szczegolow. Rozmawialam na ten temat z kolezankami z wielu roznych krajow (docelowych emigracji) i wyobraz sobie, ze ROZNIE z tym jest w zaleznosci od kraju! No niesamowite, ze nie wszedzie tak samo jak w USA, a nawet w samym USA nie jest tak rozowo – poczytaj sobie:

    https://www.marketwatch.com/story/5-ways-to-keep-your-pet-safe-while-flying-2017-04-26

  12. Co do śmierci zwierzaków podczas transportu lotniczego:

    „Animal deaths on flights, though tragic, are relatively rare. According to DoT statistics, 26 animals died while being transported on planes in 2016”.

    Takze sorki, to ze twoim zwierzakom nic sie nie stalo nijak nie udowadnia, ze nikomu nigdy nic i wszystko jest ok.

  13. >1. JĘZYK
    >A przecież nie trzeba wyjeżdzać poza Europę nawet. Mowisz po francusku z >akcentem? Oh życzę powodzenia w wynajęciu sensownego mieszkania.
    W kraju wymienionym w artykule możesz nawet mówić bez akcentu, ale masz złe (czyt. nietutejsze) obywatelstwo, i koniec z myślą o wynajmnie najlepszych (czyt. najtańszych, najlepiej położonych) mieszkań… :/

    >2. PRZYJAŹNIE
    Z własnego doświadczenia.. głównie to wychodzi między emigrantami, z tutejszymi owszem, ciężko…

    (3-5 sry ale z braku doświadczeń nie wypowiem się)

    >Na pozycji szóstej, a może i wyżej, powinny być kwestie podatkowe,
    Owszem, lol… sam żyję w związku z tym w pewnym stresie… OTL

  14. @Matt Macief:

    slyszalam, ze oni tam hm… uwazaja za obcych ludzi, co w 2-3 pokoleniu mieli przodków nie z ich kraju…?
    Jesli tak, to kurcze, nieźli szowiniści…

  15. „Jest taka granica wiekowa, 30 lat plus/minis 5. Po jej przekroczeniu szukanie przyjaciół na śmierć i życie staje się „mission impossible”.”

    To przeciez wiek najostrzejszego wyscigu szczurow doslownie o wszystko wiec nie dziwi.

  16. Sądzę, że prawdą jest, co słyszałaś..

    Koreańczycy osiedli przed II WŚ/sprowadzeni przymusowo w trakcie (a raczej jak piszesz, ich potomstwo) to, chyba nadal w oczach większości właśnie obcy Koreańczycy (Chińczycy to samo).
    I jakkolwiek jest to bardzo niepraktyczne*, to w większości wypadków z koreańskimi paszportami, z racji, jak przypuszczam, takiego sprężenie zwrotne – mimo bycia urodzonym tu, skoro nazywają Cię tak, a nie inaczej, no to na przekór społeczeństwu i dla pielęgnacji własnej tożsamości właśnie taki paszport sobie taki zostawiasz…(kraj nie akceptuje podwójnego obywatelstwa).

    Więc, nie, w żadnym razie nie jest tak, jak sobie osobiście wyobrażam Nowy Świat – gdzie, w zależności od, hmmm, starań? (przyswojenia języka, obyczajów..) może jeszcze człowiek sam nie, ale jego dzieci raczej będą tamtejsze w zasadzie z automatu… [no chyba że w getcie żyjesz i dzieci do szkół nie posyłasz by z miejscowymi kontakt miały].
    Tutaj bardzo, ale to bardzo głębokie IMO jest przekonanie, że integralną częścia bycia tutejszym jest posiadanie tych konkretnych tutejszych** genów – wskutek czego drugie pokolenie czy trzecie emigracji do np. Brazylii przybywające tu jest lepiej traktowane, niż potomstwo bardziej zakorzenionych tutaj rodzin pochodzących z Azji.

    No i niestety, nawet posiadanie jedynie jednego tutejszego rodzica nie wystarczy – … o czym przekonały się koleżanki z konkursów miss..:/

    http://america.aljazeera.com/articles/2015/9/9/hafu-in-japan-mixed-race.html
    https://www.theguardian.com/world/2016/sep/06/hafu-and-proud-miss-world-japan-won-by-mixed-race-woman-for-second-year

    *bo jak sądzę, to przeszkadza np. w tym przykładowym wynajmie mieszkań (czasem jest biuro mówi ‚wszyscy obcokrajowcy niet’, a czasem ‚powiedz skąd jesteś, to spytamy właściciela’ – jako dwie prawdopodobnie najbardziej znienawidzone przez rasistów nacje mają najbardziej przerąbane w takich przypadkach >_>)

    **to jest podobnie zabawny temat jak czasem ludzie mówią o „czysto polskich genach” (lol) – akurat koreańskie są tu od dość dawna: https://en.wikipedia.org/wiki/Korean_influence_on_Japanese_culture#Immigration_from_the_ancient_Korea_to_Japan

    (Sorry, następny komentarz postaram się wrzucić bardziej pozytywny……)

  17. @Matt:

    Nie zdawalam sobie sprawy z tego, ze AZ TAK szowinistycznym krajem jest Japonia…. eh….

  18. @Futrzak/Matt: Nie tylko Japonia tam jest taka szowinistyczna. Chiny i Korea jak i inne państwa regionu wcale nie są takie wiele lepsze. Tego po prostu Europejczyk czy Amerykanin, który nawet tam zamieszka, tak nie widzi, ale to tam jest w stosunku do innych Azjatów względnie do Afrykanów.

  19. ABT zwierzaki to ciekawym przypadkiem jest Australia: by móc mieć więcej niż trzy sztuki, trzeba zarejestrować hodowlę.

    Oczywiście takie rzeczy jak zgoda landlorda czy regulamin budynku pozwalający na trzymanie zwierząt, to już „drobiazg”. W praktyce pewnie zostaje tamagochi.

  20. Szukanie przyjaciół – to już zależy od człowieka. Mam kolezanki bardzo otwarte na innych i mają bdb kontakt z osobami z róznych krajów. Ja z kolei nie bardzo, ale u mnie to kwestia charakteru, natomiast dzięki ciązy poznałam pare fajnych dziewczyn z 10 lat temu (wiek 30 z duzym plusem) i mysle, że kilka z nich moge juz nazwac przyjaciółkami – ale to tez Polki – imigrantki jak ja. Fakt, że trzeba starannie dobierac towarzystwo…
    Do Twoich punktów dodalabym jeszcze życie socjalne – z którym jest róznie, a na co czesto slysze narzekania w porównaniu oczywiście do Polski. Ze tam lepiej, bo koledzy, bo rodzina, bo jest gdzie pójść, wszystko znane, otrzaskane. A na emigracji trzeba zakasac rękawy i – tak jak szukasz ludzi, żeby się zaprzyjaźnić – jest tak samo i jesli chcesz np. się pobawić przy disco polo to organizujesz taka imprezę – bo samo się nie zrobi, chcesz pograc w siatę? Miejscowi nie znają tej gry – wiec trzeba się skrzyknąc, poszukac sali itp, itd.
    Własnie obserwuję od 14 lat jak to sie buduje – nie polskie getto, ale różne działania kultywujące kulture polską za granicą – cos, co znamy, wiemy jak działa, coś co chcielibysmy, żeby i nasze dzieci poznały i to fajne jest. Tylko wymaga pracy i czasu, a nie wszystkim sie chce – łatwiej narzekać.
    Oczywiście jest łatwiej działac w większym skupicku emigrantów – przypuszczam, ze u Ciebie może byc to trudniejsze.

  21. @miss:

    Tak, u mnie to jest trudniejsze, ale ja z kolei nie tęsknię za niczym z Polski az tak, zeby wysilac sie na organizowanie specjalnie nie-wiadomo-czego i wprowadzac polskie zwyczaje etc. wśród miejscowych.

    Ja jestem z tych ludzi, ktorzy dostosowywują się do zwyczajów miejscowych. To, co mi odpowiada akceptuję, to co nie – omijam.
    Tak bylo w Kalifornii, tak jest tutaj. W Kalifornii oczywiscie bylo mi o niebo latwiej, bo zylam w Dolinie Krzemowej – miejscu, ktore jak soczewka skupialo ludzi mi podobnych z calego świata. Więc platforma do porozumienia byla zawsze (chociaz i tak, jak napisalam znalezienie przyjaciol zajelo mi ładnych kilka lat). Plus o wiele większe otwarcie na innych i na inność. Urugwajczycy sa inni, ale ja nie mam potrzeby zmiany ich mentalnosci czy czegokolwiek. Co najwyzej jest mi znacznie trudniej znalezc ludzi podobnych do mnie, z ktorymi łatwo byloby sie porozumiec na innej plaszczyznie niz codziennego zycia.

  22. Znalezienie przyjaciół nigdy nie jest na pstrykniecie palców, wręcz nie ufam osobom, które szybko zaczynają gadac o przyjaźni;)
    I też mi nie chodzi o zmianę miejscowych, czy wprowadzanie swoich zwyczajów do ich kultury, tylko o kultywowanie własnych, przy okazji czego można poznac fajnych ludzi myślacych podobnie:)


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

Kategorie

%d blogerów lubi to: