Napisane przez: futrzak | 10 Maj 2017

Soft skills

Ze takie niby są poszukiwane w branży IT i w ogóle.
Poszukiwane może i są, ale….

Problem z soft skills polega na tym, że są ciężko weryfikowalne podczas połgodzinnej czy nawet godzinnej rozmowy kwalifikacyjnej. No bo niby jak to sprawdzić? Odpowiedzi na tzw. „kluczowe” pytania każdy się moze nauczyc i wygra ten, kto jest lepszym aktorem. Bo rekruterzy zawsze zadają pytania ze skryptu czy książki, będącej tak samo na czasie, jak pięć razy odgrzewane kotlety.

W tym samym czasie weryfikacja „hard skills” jest relatywnie prosta tj. dajemy konkretne zadanie programistyczne do rozwiązania w języku X (o który nam chodzi, framework etc.) – i albo ktoś rozwiąże, albo nie.
A soft skills? Jak sprawdzić w pół godziny, że ktoś sobie poradzi w stresowej sytuacji? Że co, obrazimy go na rozmowie, a potem rozesmiejemy się w twarz jak stwierdzi, że ma do czynienia z nieprofesjonalnymi gówniarzami? Albo sprawdzimy jego zdolności komunikacji belkotając coś do sufitu?

Tego sie nie da sprawdzić w rozmowie kwalifikacyjnej.
Ale załóżmy, że ktoś z odpowiednimi kwalifikacjami został zatrudniony i faktycznie wykonuje swoją robotę. Jakie są efekty? Wszystko działa znakomicie, ale nie widać, że ten ktoś się „napracował”. Bo wungla nie przerzuca, nie koduje tysięcy linii, nie raportuje setek bugów, nie pisze manuali na tysiące stron.
Co robi? Dogaduje sie z dziesiątkami ludzi, w piętnaście minut wie, na czym polega nowa feature i potrafi to w następne piętnaście wytlumaczyc dowolnej osobie z firmy. Zawsze wie kiedy, gdzie, co i na jaki termin. Rozumie architekturę produktu. Potrafi się dogadać tak z autystycznym programistą jak i ekstrawertycznym klientem, który drze się do sluchawki przez godzinę, bo tak ma i już. Potafi tchnąć ducha nadziei na 3 dni przed release, jak już wszyscy mają dość, a on jeden jak nienormalny jakiś, skupia się na pozytywach ludzkich.

Czy ktoś to na codzień docenia? Na ogół nie, albo bardzo rzadko.
Czy jest wielka dziura, jak się taką osobę zwolni? Nie, na początku nikt nic nie zauważa, aż do czasu nowej release — bo każdy przecież zasuwa, pisze kod, testuje, nikt nie ma czasu na takie „pierdoły”. Taczki zasuwają puste, bo nikt nie ma czasu na nie ładować… że puste to wychodzi dopiero, jak się okazuje, że ci co kodowali, zaimplementowali coś zupełnie innego niż to, co testowali testerzy, a to co chciał zobaczyć product manager to było jeszcze coś innego. I wszyscy robią „check!!” (jak przy pokerze) za pięć dwunasta. Ale wtedy jest za późno, i zaczyna sie szukanie winnego. Kto zgadnie, kto pierwszy jest do odstrzału?

Koderzy dalej dziobią swój kod (niewazne ze potrafia nadziobać tysiące linii nikomu niepotrzebnych albo niezrozumialych – nikt tego i tak nie czyta). Testerzy dalej dziobią testy (niewazne ze potrafia nadziobać tysiące lini raportow nikomu niepotrzebnych albo niezrozumialych – nikt tego i tak nie czyta). Product manager zasłania się usability tests i innymi raportami od userów. A co robi taka osoba, która jest go-between, nie ma nawet pięknie brzmiącego stanowiska, ramek, certyfikatów, patosu i powagi korporacyjnej?

NIC NIE ROBI. JEST ZWALNIANA.

Co potem? A znowu jest jeden wielki chaos, dopóki nie znajdzie sie kogoś na to miejsce, nie wyssa, nie splunie i nie porzuci.

Amen. Smutne.
Jeszcze smutniejsze jest to, że w branzy High-Tech zwykłym ludziom można prawie-że dowolne bzdury wmówić i się nie zorientują, bo będą myśleć, że tak trzeba. Klasyczny przyklad: ile ludzi przyzwyczailo sie, ze ich komputer osobisty (z OS Windows) nalezy codziennie wyłączać, a jak sie zawiesi, to nalezy zrobic hard reboot – bo ten system „tak ma”?

Reklamy

Responses

  1. @Futrzak:
    „Jeszcze smutniejsze jest to, że w branzy High-Tech zwykłym ludziom można prawie-że dowolne bzdury wmówić i się nie zorientują, bo będą myśleć, że tak trzeba.”

    Kiedys staralem sie tlumaczyc tym „zwykłym ludziom” kwestie High-Tech… ale sie w ktoryms momencie zorientowalem, ze to donkiszoteria i walka z wiatrakami. Przykre to jest, ale argument autorytetu/wiedzacego kaplana wiedzy oszczedza mnostwo, bezproduktywnej czesto, pracy :-(
    Ale skoro zwykli ludzie nie maja wiedzy, ktora jest na wyciagniecie dwoch klikniec… to czy nie sa sami sobie winni?

    A co do takiego komunikatywnego midlemana, to nie nanazywa nazywa sie to „kierownik projektu”? Przynajmniej z mojego doswiadczenia w projektach rozwoju nowych produktow high-tech z branzy elektro-energetycznej zawsze jest techniczny kierownik-podprojektu i to jest jego dzialka, robienie tego o czym napisalas.

  2. PawelW:

    W starych, przedagilowych czasach taki ktos nazywal sie project manager. W firmach hardware i civil engineering w USA tacy ludzie w istocie rekrutuja sie z inzynierow, co swoje w branzy przepracowali, maja doswiadczenie, wiedze i pojecie o temacie.

    Ale w branzy software nie. W starych czasach jesli trafiles na project managera z kwalifikacjami inzynierskimi to bylo swietnie. Jednak w miare uplywu lat na tych stanowiskach zaczeli sie coraz czesciej pojawiac ludzie nie majacy ani wyksztalcenia ani doswiadczenia inzynierskiego – przychodzili po MBA i jakichs innych takich byznesowych kierunkach. Ich praca sprowadzala sie w zasadzie tylko do koordynacji, bo nie mieli kompetencji na nic wiecej. Potrzebny byl ktos „techniczny” kto bylby w stanie podejmowac kluczowe decyzje. Takich ludzi brakowalo, bo bardzo czesto jak ktos juz byl na tym poziomie i NA DODATEK mial znosne human skills to odchodzil zakladac wlasny biznes. Jego obowiazki spadaly wiec na grunt niczyi (i to byla tragedia), albo albo byly wykonywane z doskoku przez koderów.

    Dzisiaj w czasach agile wyglada to jeszcze bardziej smutno. Otoz, teoria agile glosi, ze zespol pracujacy na jakims projekcie to powinni byc projesjonalisci, ktorzy sami sie organizuja i wiedza co robic….więc zespol agile sklada sie z programistow, QA, product managera (osoba stricte biznesowa/marketingowa co ma okreslac jakie sa requirements produktu) oraz tzw. „scrum mastera”. Rola takiej osoby teoretycznie jest usuwanie wszelakich przeszkód stojacych na drodze zespolowi.
    Ci ludzie co powyzej codziennie maja tzw. „Daily Meetings” na ktorych kazdy raportuje nad czym pracowal wczoraj, co bedzie robic dzis i z czym ma problemy. Robota rozdzielana jest na tzw. „stories”, ktore wpisuje sie w soft do zarządzania agilowego. Te stories maja byc nie wieksze niz dajace sie zrealizowac w czasie jednej release, ktora zwykle jest w tempie tydzien-3 tygodnie (wypchanie nowego softu do klienta).

    Przy takim trybie pracy jesli trafi sie na scrum mastera ktory sam jest inzynierem/programista to jest szczescie niepojęte, bo to sie w miare sensownie kręci, o ile oczywiscie jeszcze pozostali czlonkowie zespolu cos soba reprezentuja. Ale jesli to osoba po jakims MBA czy innych kursach….. to zamienia sie to w farse liczenia tabelek, raporcikow i podobnyc bzdetow. Ludzie zaczynaja spedzac wiecej czasu na statystykach i wykazywaniu, ze, niz faktycznej robocie. Bo scrum master nic nie rozumie z ich roboty.

    No ale niestety tendencja jest taka, ze co, ktos po szkole byznesowej nie bedzie umial projektem zarzadzac????

  3. Co po sensownym kierowniku projektu, jeśli ma nad sobą prezesa, a ten mówi „ten projekt ma się udać takimi siłami i środkami do xxxx”. Jedynie szaraki mają względny spokój. A jak kierownik przejmie pkt widzenia prezesa to …… jak piszesz.

  4. korposzczur:
    wlasnie.

  5. @Social skills&rozmowa kwalifikacyjna

    Kiepskie te social skillsy jak się idzie na rozmowę. Jak ktoś ma rozbudowane social skillsy to sobie załatwia zatrudnienie jeszcze przed rozmową, a rozmowa to powymienianie się plotkami o znajomych.

    „jak ktos juz byl na tym poziomie i NA DODATEK mial znosne human skills to odchodzil zakladac wlasny biznes.”

    Ano tak to działa.

    „Dogaduje sie z dziesiątkami ludzi, w piętnaście minut wie, na czym polega nowa feature i potrafi to w następne piętnaście wytlumaczyc dowolnej osobie z firmy.”

    Ale nie potrafi przekonać przełożonych że jest przydatna?

    Żeby nie było wątpliwości, spotkałem masę ludzi którzy robili sporo dobrej roboty, ale potrafili zadbać o przekonanie kierownictwa że są potrzebni. Ale ich wspólnym problemem był brak social skillsów.

  6. Korekta: „NIE potrafili”

  7. gszczepa:
    „Kiepskie te social skillsy jak się idzie na rozmowę.”

    No to moze w Polsce tak jest. W USA w mojej branzy dobre social skills pozwalaja ci pominac etap rekruterow i dostarczyc resume bezposrednio na biurko hiring manager, ale rozmowe potem masz normalna – tyle ze z czlonkami zespolu, z ktorym bedziesz pracowal. Owszem, zdarzaja sie wyjatki, ale to nie jest nawet jeden procent zatrudnianych no i trzeba byc na poziomie Linusa albo mojego eks-mauzonka, zeby w ogole pominac ten etap.

    Co do przekonywania swoich przelozonych o wlasnej przydatnosci: owszem, jak ktos z toba pracuje bezposrednio i masz z taka osoba do czynienia, to tak. Ale decyzje o layoffs zapadaja o wiele szczebli wyzej i albo upieprza sie cale dzialy albl idzie procentowo i wtedy wywala sie caly middle management, project managerow i podobnych a zostawia po kilka szeregowych pracownikow.


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Kategorie

%d blogerów lubi to: