Napisane przez: futrzak | 11 kwietnia 2017

Poznaj samego siebie czyli dylematy wieku średniego

Motto:

Co za ironia, żeby o swoim życiu decydować za młodu, kiedy jest się kretynem..

„Ale ja nie wiem czego chcę”.
„Ale ja nie wiem, co chcę osiągnąć”.
Często słyszę takie stwierdzenia, zwłaszcza z ust ludzi, ktorzy zblizaja się do wieku średniego i czują się swoim dotychczasowym zyciem rozczarowani. Najczęściej nie wiedza, czego chcą dlatego, ze zinternalizowali sobie zewnetrzne cele i wartosci dyktowane przez innych – przyjeli za własne cos, co wcale nie bylo ich, ale zrobili tak, bo „tak trzeba”, bo „takie jest życie”, bo „oni wiedzą lepiej”, a dziś są bezradni jak dzieci, co dopiero uczą się siebie i świata.

Tymczasem sposób na określenie tego, co zewnętrzne i tego, co faktycznie JA chcę, jest prosty. W zyciu robimy wiele rzeczy i należy się przyjrzeć każdej z nich pod kątem tego, jak na nią reagujemy.
Na przykład: jesli kazdego dnia zmuszamy się, zeby wstać rano i pojść do pracy, a potem w pracy zmuszamy się, zeby robić okreslone zadania (niewazne, czy ma to byc napisanie jakiegos pisma, uporzadkowanie dokumentow, napisanie linijek nowego kodu czy wykonanie telefonu) – to nie są to rzeczy, których faktycznie chcemy. Jeśli odkładamy coś na ostatnią chwilę, a potem robimy to najszybciej jak sie da – albo na odwrot, robimy to zaraz na samym początku, zeby mieć już „z głowy” – to znaczy, ze robimy to z obowiązku.

Proszę nie zrozumieć mnie źle. Ileś-tam rzeczy robić z obowiązku trzeba – bo nie żyjemy na pustyni, tylko wśrod ludzi. W związku z tym, zeby zycie na codzien nie stalo się męką, pewne obowiązki odbębnić trzeba: sprzątać, gotować, byc uprzejmym dla bliźnich, pracowac zarobkowo, placic rachunki, zmieniać pieluchy, itd. etc.
Jesli dla kogos któraś z tych czynności jest interesująca i robi ją z pasją i chęcią (dajmy na to gotowanie) – to świetnie. Jednak zwykle większość z nich ludzie robią, bo muszą.
I TO JEST OK. Problem zaczyna się, gdy ich życie zaczyna składać się z samych obowiązków i nie ma w nim żadnych przyjemności oraz gdy zaczynają sobie wmawiać, że na tym polega szczęście. Albo inni im to zaczynaja wmawiać…

W tym kontekście wypadałoby wspomnieć o wielce toksycznej maksymie „jak się nie ma co się lubi, to się lubi, co się ma”. Sednem tego durnego powiedzonka jest właśnie próba przekonania ludzi do tego, zeby brali za źródło szczęścia wartosci, powinności i obowiązki narzucane przez innych. A to tak nie działa! Tysiące ludzi na tym świecie codziennie próbują i jedyne, z czym kończą, to frustracja, rozczarowanie, złość i poczucie winy. Bo nie da się zmusić siebie do lubienia i cieszenia się czymś, co nam przyjemności nie sprawia. NIE DA SIE.
Niektórzy w tym samooszukiwaniu potrafią zajść całkiem daleko, i tylko czasem, w samotności dociera do nich bezsens tego co robią – szybko wtedy zasypują go nawałem organizowanych zajęć, obowiązków i szczelnym wypełnieniem sobie kalendarza – byle tylko nie mieć czasu na bolesne rozmyślania. Inni przez przypadek w poznych latach zycia wpadna na to, co ich uszczesliwia – i rzucają cale swoje dotychczasowe zycie (prace, malzenstwo, rodzinę etc.) i znikaja. Społeczenstwo oczywiscie premiuje zachowania tych pierwszych, a piętnuje tych drugich…

A przeciez można inaczej. Jasne, ze 99% populacji nie moze sobie pozwolic robienie tego, co im sprawia przyjemność i np. na porzucenie pracy zarobkowej. Albo nie mogą robić tego, co kochaja ze względu na ostracyzm społeczny, bo urodzili się nie tam i nie wtedy, kiedy trzeba. Tyle, ze z tego nie wynika, ze trzeba sobie coś wmawiać i oszukiwać się. Od strony psychicznej lepiej znosić sytuacje kiedy wiemy, ze przez 5 dni w tygodniu robimy cos, bo musimy, za to przez 2 dni będzie święto lasu. Albo: męczyć się przez jakiś czas ale ze świadomością, że dążymy do czegoś, co absolutnie kochamy robić. W ten sposób można bardziej pozostać przy zdrowych zmysłach niż wmawiać sobie każdego dnia: no ale przecież mam dobrą pracę, mam dom, mam rodzinę, więc powinienem być szczęśliwy. Co ze mną nie tak?

Reklamy

Responses

  1. Hmm… ważny i dobry tekst. Zastanawiam się jednak kiedy zaczyna się i… kończy, tzw. wiek średni. Czy 35+ to już jest „średnio”, czy może 45+, a może wiek średni zaczyna się po 60+, albo gdy jesteśmy na emeryturze. Żyjemy coraz dłużej, więcej mamy na Ziemi 90+ i 100. latków – więc kiedy? Patrzę na bliskie mi osoby i zupełnie nie widzę, aby ci co mają 60+, 70-+, a nawet 80+ różnili się od tych znacznie młodszych. Większość pracuje, korzysta z dóbr kultury, z internetu, podróżują, biegają, jeżdżą rowerami itp. Są mili, zabawni i świetnie wyglądają – lubią modę. Więc kiedy ten wiek średni i co to tak naprawdę znaczy…

  2. Fajny tekst, ale – wrzucę parę kamyczków ;) Od razu drobna uwaga – piszemy o realiach krajów pierwszego i drugiego świata, w warunkach pokoju, bo zaraz zacznie się jatka o „głodujących murzynkach” i „ludziach w obozach koncentracyjnych”.
    1. Jeśli ktoś mówi „nie wiem czego chcę” to już jest początek podróży, znaczy, że coś zauważył i to coś go uwiera. Ważne, żeby wykonać następne kroki.
    2. Robić to co się lubi – do tego potrzebna jest ODWAGA. Niestety wychowanie nie premiuje odwagi, uporu, konsekwencji. Te rzeczy są dość skutecznie rugowane z młodych głów.
    3. „Jak się nie ma…” – ten zwrot to plaster na ranę. Bardzo pożyteczny, dający milionom ludzi ulgę, ale jednak tylko plaster. Nie można leczyć ran (zwłaszcza tych głębokich) plastrami.
    Pozdrawiam!

  3. @Futrzak: Jest na te problematyke calkiem fajna technika,

    Przez okres 3 miesiecy zbiera sie liste czynnosci jakie do glowy przychodza.
    Najlepiej na przygotowanych karteczkach… na zasadzie, siedzi sobie pacjent przed TV, widzi jakas czynnosc albo cos mu do glowy przyjdzie, to zapisuje (scielenia lozka, prasowanie koszul, klepanie arkuszy kalkulacyjnych, rozwiazywanie rownan rozniczkowych etc). Jak sie zbierze tego jakos 300-400, to nastepna faza.
    Bierzemy te karteczki i na kazdej zaznaczamy czy aktywnosc umiemy, w skali 1-10.
    W nastepnej rundzie oceniamy czy czynnosc lubimy, tez w skali 1-10.
    Z tego powstaje lista rzeczy, ktore wiemy na ile umiemy i ktore ocenilismy na lubienie.
    Wtedy mozna sobie zrobic rachunek sumienia, ile z tych rzeczy, ktore lubimy i z tych ktore nie lubimy a dobrze umiemy mamy w swoim zyciu… wtedy to jest pewna nie tylko jakosciowa ale i ilosciowa informacja, ktora mozna (lub nie) odpowiednio wykorzystac do dalszych przemian w zyciu.

  4. Jak się nie ma co się lubi to mimo wszystko można zmusić się do znoszenia tego, czego się nie lubi. Jako środka prowadzącego do celu.

    Gorzej jeśli ktoś nie ma takiego celu…

  5. nikt:
    tak, oczywiscie tekst dotyczy ludzi z pierwszego i drugiego swiata, ktorzy dół piramidy Maslowa maja juz zapewniony. Co do trzech podanych przez ciebie punktow – zgadzam sie, jak najbardziej. Chociaz z drugiej strony koncept, zeby ODWAZYC sie robic to, co cie jara, jest mi jakos obcy.

    MK:
    ale wlasnie caly moj wpis jest o tym, jak zalezc to, co sie chce, czyli ow CEL.

    PawelW:
    wydaje mi sie ta metoda pchaniem pary w gwizdek. Jakies karteczki, rozmienianie sie na drobne, i po calej tej czynnosci nie bedziesz ani troche mądrzejszy w temacie co chcesz od zycia, imho. To normalnie brzmi, jakby wymyslil jakis amerykanski inzynier – z ich obsesja quantitative measuring wszystkiego…

  6. Bardzo ciekawy tekst. I ważny. Nie da się ukryć, że chyba większość osób zmusza się do robienia różnych rzeczy i jeszcze potrafi mówić, że to ich pasja, sposób na życie, że kochają to robić! Ja mam czasem tak, że z jednej strony kocham coś robić, a z drugiej odczuwam irracjonalny lęk, stresuję się i idę z duszą na ramieniu np. na jakieś zajęcia. Nie wiem dlaczego tak mam, bo naprawdę lubię to robić i w trakcie zajęć czuję się jak ryba w wodzie. Dziwna jest ludzka natura :)

  7. Ola:
    anxiety zwykle związane jest z jakimiś traumami z przeszłości. To się nie bierze znikąd. Jesli BARDZO ci to przeszkadza, powinnas wybrac sie do psychologa.

  8. Brawo dla Ciebie :) Wyjście z wanny z ciepłą wodą, w której tkwi wielu ludzi wymaga odwagi. Bo tam za rogiem może być chłodno i głodno, a tu – w sumie mam zapewniony byt. Ot takie „dobre jest wrogiem lepszego” ;)

  9. Jakoś umknęła mi pointa. Rozumiem, że mam szukać jakiś drobiazgów w swoim życiu, które jakoś lubię, żeby nie marudzić? To nie działa i nie będzie działać. Pomijam że, większość że marudzi (nie jest zadowolona, że musi coś czego nie lubi) i nic z tym nie zrobi. Jednak dość szybko się okazuje (w moim przypadku), że świat jest zbudowany ze ścian, a jeżeli rozbijesz jedną za nią stoi następna. Ani się obejrzysz zauważasz, że całe życie jest zmarnowane na rozbijanie ścian – a potem szukanie sensu w tym bajzlu ;]

  10. nikt:
    mysle, ze to bardziej kwestia strachu przed nieznanym. Bo jednak powiedzmy se, dla przecietnego Polaka pensja (dominanta) jest w Polsce bardzo gowniana. Jak to ma byc „zapewniony byt” to uhm….

    bagienny:
    masz szukac tego, co cię kręci, niezaleznie od „kalibru” tego czegos. Oczywiscie, w swiecie jest wiele scian dla przeciętnego Joe – ale od tego masz mózg i inteligencję zeby zdecydowac, którą warto rozbic, ktora lepiej ominac, przez która przejdziesz jak se drabinę podstawisz, a pod którą se piknik urządzic :)
    Oczywiscie, ze jesli masz podejscie do zycia pod tytulem „rzucam sie z motyka na slonce bo motywacja dziala cuda!” to bardzo prędko sie wypalisz, zniechecisz i bedziesz w punkcie, ktory opisales.

    Dla mnie zycie sklada sie (pod tym wzgledem) z dwoch czesci: obowiazkow i przyjemnosci. Staram sie przez nie tak nawigowac, zeby tych pierwszych bylo jak najmniej, a tych drugich jak najwiecej.

    Ludzie bardzo czesto nie zauwazaja, ze do poczucia szczescia bardzo przyczyniaja sie rzeczy na pierwszy rzut oka male. Jak juz zaspokoisz potrzeby z dolu piramidy Maslowa (dach nad glowa, zarcie, poczucie bezpieczenstwa) to okazuje sie, ze wiecej radosc przynosi przebywanie z przyjaciolmi (ba, w ogole posiadanie przyjaciol, dla ktorych jestes wazny!) albo samotny hike w gory, albo dluga wycieczka rowerem niz zakup kolejnego telefonu czy pary butów.
    Jak tkwisz w pracy, w ktorej panuja toksyczne relacje a pracownikow sie nie szanuje, to stres bedzie cie zjadal od srodka i wykanczal kazdego dnia powolutku, wrecz niezauwazalnie. Dopiero rzucenie takiej pracy powoduje uczucie, jakby ci ktos ogromnego garba zdjął z pleców. Zaczynasz inaczej patrzec na swiat.

  11. @Futrzak: Widzisz, ja o tej metodzie uslyszalem jakos 8 lat temu. Z wykladu Very Birkenbihl (niemieckiej, niestety juz zmarla trener).

    Na poczatku tez uwazalem, ze to pchanie pary w gwizdek. Ale na przelomie 2015/2016 przez 4 miesiace zbieralem sobie tak te czynnosci…
    Potem jakos przez miesiac ocenialem poziom umiejetnosci a potem nastepny miesiac moje do nich nastawienie… nastepnie wrzucilem w excela… i mi wyszlo sporo fajnych rzeczy. Jak mnie nachodzi uczucie, ze nie wiem co chce w zyciu robic wracam i mam twarde fakty czarno na bialym, co akurat takie uczucie wywoluje.

  12. PawelW:

    Po pierwsze – to jest jednak quantitavie measuring, a nie qualitative. Ja nie musze sobie wypisywac na kartkach kazdej jednej pierdoły, bo wiem doskonale, ze nie znosze robic mnostwa rzeczy. Wpisywanie ich dodatkowo na kartki i do excela wydaje mi sie ogromnym marnotrawstwem czasu.

    Po drugie – poziom umiejetnosci uwazam za irrelevant – jesli czegos nie lubie robic (sprzatanie, obieranie warzyw, wstawanie przed dziewiąta etc.) to nie widze, do czego tenze poziom umiejetnosci mialby sluzyc? Ze co, jak ocenie, ze (w skali 1 do 10) obieranie warzyw mam na pozimie 2, to powinnam poswiecic czas na doskonalenie tej umiejetnosci? No bez jaj. I w druga strone – powiedzmy ze osiągam poczucie uspokojenia i szczęscia siedząc na plazy sluchajac szumu fal i obserwujac zachód slonca. Czy tu w ogole moga byc jakies „umiejętnosci” ktore mozna „doskonalic”?

    Po trzecie – twoja wlasna ocena swoich umiejetnosci zmienia sie wraz z wieloma czynnikami, np. nastrojem, sytuacja ogolna, to z kim sie porownujesz. Jest bardzo subiektywna i za kazdym razem moze byc inna.

    Po czwarte – ludzie sie zmieniaja. To, co oceniles pol roku temu czy rok temu jako „przyjemne, level 3” moglo sie przez ten czas zmienic, bo zdazyles opanowac dana czynnosc i np. jazda po stoku na desce czy nartach juz nie jest nieprzyjemna, ale bardzo przyjemna, bo zaczales robic to na polprofesjonalnym poziomie i zalapales bakcyla. A ty mi teraz mowisz, ze jak sie w zyciu pogubisz, to wracasz do tych starych ocen i odczuc jakie miales rok temu i na ich podstawie wyciagasz wnioski odnosnie siebie dzisiejszego i tego, co dzisiaj chcesz?

    Slabe to. Nie wiem kim byla ta kobieta, ale jej metoda po glebszym zastanowieniu sie pachnie mi tanim kołczingiem – takim co to da duzo do zrobienia i trenowania delikwentom oraz dostarczy im zludzenia, ze mozna w sposob zupelnie bezmyslny i bezrefleksyjny dowiedziec sie o sobie rewolucyjnych tresci.
    A to tak nie dziala – co powie ci kazdy sensowny psycholog.

    Owszem, metody z kartka i zapisywaniem dzialaja, ale do czego innego.

  13. @Futrzak: Metoda w założeniu ma inne przeznaczenie. A konkretnie aby sobie zrobić inwentaryzację umiejętności, które można spożytkować zawodowo. Kwestia użycia jej do spraw osobistych i życiowo-orientacyjnych to bardziej dodatek. Ja używam jej do obu aspektów. Być może będzie więcej osób, które tę metodę będzie chciała wykorzystać…
    Innym wariantem jest analiza własnego podejścia (optymista/pesymista)… i paru innych.
    Widzisz, napisałaś długiego posta, żeby zaprzeczyć czemuś czego nie spróbowałaś :-) nie, bo nie.

    A tak się składa, że ona (Vera Birkenbihl) przez ostatnie 40 lat była odnoszącą sukcesy aktorką wielu książek (też na polski przetłumaczonych), metod nauki dopasowanych do pracy mózgu i operowania informacjami…
    http://lubimyczytac.pl/autor/9592/vera-f-birkenbihl
    Widzisz, tani coaching się tyle na powierzchni nie utrzymuje.

  14. PawelW:

    Jakby to powiedziec. Ta metoda uzyta do inwentaryzacji umiejetnosci zawodowych ma sens. Do tego, zeby sluzyc odnalezieniu tego, co sie w zyciu chce i celu tegoz zycia – nie. Z powodow, o ktorych napisalam wyzej, a do ktorych – ZADNEGO z nich – sie w ogole nie odniosles.

    „Widzisz, napisałaś długiego posta, żeby zaprzeczyć czemuś czego nie spróbowałaś :-) nie, bo nie”
    — odnies sie do ktoregokolwiek z podanych wyzej 4 argumentow, to bedziemy dalej dyskutowac. Jesli nie, to nie widze sensu dalszego dywagowania na ten temat.

    Ja nie zwyklam bylam w zyciu na hurra, bez przemyslenia robic czegokolwiek. TYM BARDZIEJ jesli mowimy o uzywaniu NARZEDZI, ktore to narzedzia z definicji maja sie do czegos konkretnego nadawac.

    Dokladnie na tej samej zasadzie nie bedę do ścinania trawnika uzywac pilnika do paznokci, bo i bez próbowania łatwo wydedukowac, ze bedzie to czysta strata czasu. Nie będę próbować uczyć sie latać za pomocą machania rękami i skakania z dziesiątego piętra. Nie będę stosować jako metody antykoncepcji kalendarzyka małżeńskiego, bo ktoś powiedział, ze to dziala w stu procentach. Itp. Itd. Czaisz różnicę? W tym miejscu zarzut, ze „zaprzeczasz czemus, czego nie probowalas” jest po prostu absurdalny i nie jest argumentem merytorycznym. A ja nie mam ochoty bawic sie w demagogię i erystykę.

    Wszedzie, zawsze i na kazdym kroku nalezy uzywac wlsnego mózgu i dostępnej informacji. Jak ludzie przestaja, to popadaja w klopoty.

    Odnosnie zas pani Birkenbihl. Kobieta zajmowala sie konkretna dziedziną. Wynalazla konretna metode nauki jezyków. Wynalazla metode na sposob oceny kompetencji zawodowych. Ok.
    Ty sugerujesz, zeby tą metodę uzywać do okreslania celu w zyciu i jak narazie jedyny argument, ktory uzyles, to argumentum ad autoritatum. Ja ci podalam, dlaczego ta metoda nie za bardzo ma sens do stosowania jw. Nie odniosles sie do zadnego mojego argumentu i dopóki się nie odniesiesz, temat uwazam za zamknięty.

  15. @Futrzak:
    Po pierwsze/trzecie – jest jakosciowe, bo tworzysz subiektywny zbiór czynności, które Ci do głowy wpadną, a nie absolutną listę wszelkich możliwych czynności. Samo to daje ogląd w to w jakich rejonach wędruje Twoja świadomość i nieświadomość. Ilościowy charakter nadajesz temu poprzez ocenę od 1-10, z tym że jak sama zauważyłaś jest to bardzo subiektywna ocena w danym momencie, zatem znowu nic absolutnego/ilosciowego. Ale znowy zyskujesz informację o sobie.

    Po drugie/czwarte – w zależności od tego jak używa się tej metody, do kwestii rozwoju zawodowego czy jako kompasa osobistego, postępuje się inaczej. Określenie poziomu umiejętności i sympatii do czynności pozwala mi na przykład zdecydować jakie obszary zawodowo chcę(my) aktywnie rozwijać. Natomiast w kwestii kompasu osobistego mogę się przyjrzeć co wypełnia mój codzienny zegear, jakie czynności, czego mi w nim brakuje i ogólnie mam kotwicę do refleksji dlaczego czegoś mi brakuje lub czegoś jest w nadmiarze mimo, że to bardz lubię/nie lubię. I owszem ludzie zmieniają się, ale właśnie poprzez posiadanie takiej historii własnych odczuć i ocen mogę świadomie odpowiedzieć sobie na pytanie dlaczego wtedy czułem tak i tak, a teraz oceniam/czuję inaczej. Bo sama wiesz, to pokazują badania, własne oceny swoich przeszłych ocen zmieniają się z czasem. Mając taki rejestr widzę, że w przeszłości myślałem tak i tak, a teraz myślę tak i tak a nie okłamuję się, że zawsze tak myślałem. To daje perspektywę w innych kwestiach. Przy niewielkiej odrobinie analizy można zaobserwoawać w sobie zachodzące procesy zmiany i je zrozumieć. I wypracować sposób postępowania ze samym sobą.


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Kategorie

%d blogerów lubi to: