Napisane przez: futrzak | 19 sierpnia 2016

Cywilizacja rzeczy…

Ludzie w pierwszym świecie mają całą kupę zbędnych sprzętów w domu.

Weźmy taką kanapę. Kanapa, fotele i tzw. jamnik, a wszystko zgromadzone dookoła przedmiotu kultu: telewizora. Kącik tzw. wypoczynkowy. Przy przeprowadzcce przyprawia o ból zębów.
Na co taki klamot? Ja na przykład od kilkunastu lat nie mam telewizora, a od ładnych kilku kanapy. Doszłam do wniosku, że jest ona całkowicie zbędna…

…albo takie wyposażenie kuchni. Jakies kopiate komplety talerzy, talerzyków, misek, miseczek, pierdoletów, sztucców, urządzen, garnków i gadżetów (np. na co komu chocolate fountain???)… łojezu. Dwa garnki i 3 patelnie na ogól w zupełności wystarczają…food processor fajny jest, ale więcej mycia tego po, niż faktycznego używania…

.. ubrania. Ludzie mają całe stosy ubrań, wręcz wyłażą one z szafy, a i tak chodzą w jakichś 20 procentach tego, co mają. Reszta leży, łapie kurz i pleśnieje, albo jest zżerana przez mole…

…albo tak zwane „dekoracje” czyli małe popierdółki, które może i są fajne, ale w ilości kilkudziesięciu zaczynają przyprawiać o ból zębów oraz gromadza kurz w tempie olimpijskim. Na co to komu? Albo jakieś z przeproszeniem kominki-atrapy. Serio. W zyciu do glowy by mi to nie przyszlo, ale po zetknieciu sie z polonia, która bywała dumna z posiadania kominka w domu to…. szczęka mi opadła i cała reszta. Why????
Kominek jako źródło ciepła, urządzenie do robienia mięsa…palenisko… ale funkcja DEKORACYJNA????

O samochodach już w ogóle nie wspomnę, bo zasadniczo powinny to być urządzenia do przewozu ludzi i towarów, a zrobiło się z tego targowisko próżnosci i demonstracja statusu. Nawet psy – biedne zwierzaki – są demonstracją statusu, bo przecież nie każdego stać na mastiffa!

Czemu ludzie sobie to robią? Od przybywania ilości klamotów szczęścia nie przybywa przecież.
Co innego, gdy kogoś stać na życie bez pracy zarobkowej w miejscu, które im się podoba. O, to jest zupełnie co innego i przyznam szczerze, zazdroszczę tym, którzy mogą to robić. W wiekszości wypadków jednak do takiego życia trzeba się po prostu urodzić w bogatej rodzinie, albo co najmniej we właściwym kraju, w którym dzieci pochodzące z biednej rodziny będą miały szansę skończyć studia i dopchać się do klasy średniej. Nawet jednak w takim wypadku typowy scenariusz jest inny: pracujesz całe życie, zarabiasz, żebys miał na starość na jakąś emeryturę, wtedy będzie czas na „cieszenie się życiem bez przymusu pracy zarobkowej”.

Jednak nawet taka perspektywa odjeżdza w siną dal w coraz większej liczbie krajów rozwiniętych – np. w USA. Po kryzysie 2008 roku sytuacja wygląda następująco:
– 33% Amerykanów nie ma żadnych retirement money (czyli emerytury);
– 23% ma mniej niz 10 tys USD (hehe starczy na kilka miesięcy życia…)

Proszę zwrócić uwagę, że to są ludzie, którzy całe życie płacili podatki, w tym większość z nich wpłacała jakąś kasę na retirement fund – tak jak ja. I co? Figa. Po zawale giełdy w 2008 roku zostało mi z moich oszczędności raptem….4%. Żegnaj domku w jakimś tanim kraiku na końcu świata. Dom w Dolinie Krzemowej też szlag trafił (został przejęty przez bank) – oczywiście dom był na kredyt, ale żeby dostać kredyt, musiałam wpłacić gotówką 20% ceny zakupu, i te pieniądze poszły sie paść. I tak dobrze, że wyszłam bez długów.
W takiej sytuacji jak ja, oraz znacznie gorszej, znalazły się miliony Amerykanów – obywateli kraju-imperium, ponoć rozwiniętego, ponoc potęgi, ha ha. O sytuacji ludzi w krajach biednych lepiej w ogóle nie wspominać. Mają fuksa, jeśli nie lecą im bomby na głowę i jeśli nie glodują.

A Polska? Ilu ludzi urodzonych między 1960-2000 będzie w ogóle miało jakąś emeryturę? W jakiej wysokości? Że co, prywatnie sobie odłożą z tej olbrzymiej kasy na śmieciówce, albo etatu za 2600 brutto? Eh.

Ciężką pracą ludzie się bogacą. Ta, jasne. Ciężką pracą dorabia się człowiek garba, i tyle.
Po co się więc wysilać? Czy nie lepiej cieszyć się chwilą i nie myśleć o dniu następnym, skoro i tak, jakby się człowiek nie wysilał, to z gównianej wegetacji dnia codziennego nie da rady wyjść, chyba że wygra jakąś loterię? To już nie te czasy, co kilkaset lat temu podczas kolonizacji, albo chociażby lat 50-tych zeszłego wieku, gdzie dzieci przeciętnej rodziny z klasy średniej miały szansę na lepsze perspektywy niż ich rodzice. Dzisiaj, jak mało kiedy w historii, mobilność społeczna i income inequality jest ogromny i ciągle rośnie.
A licznik tyka.

Advertisements

Responses

  1. A nie przeraza Cie , ze bedac przed 50 nie masz doslownie nic poza patelnia i dwoma garnkami? nie masz zadnej emerytury wypracowanej i zadnego zabezpieczenia? o ile jeszcze teraz masz jakas tam prace to co bedzie za lat 10? nie ludzilabym sie ze firmy tak chetnie zatrudnia prawie „babcie” chocby o ponadprzecietnych zdolnosciach. Nie pisze tego zlosliwie tak tylko luzno soebie mysle.

  2. thomasmiamor:
    a moglabyś wyjaśnić, jak te twoje luźne myśli mają się do wpisu, bo ja nie widzę związku?

  3. To chyba dość częsta reakcja, gdy proponuje się mówienie o czymś, co podważa nie jeden czy drugi element naszych przekonać, ale sugeruje się, że całość ma potworne pęknięcia grożące katastrofą mentalną. Ludzie wywijają się jakimiś odruchami w stylu „co z ciebie za biedactwo”. Nie ma wtedy potrzeby mówienia o przesłaniu, można wdać się w wygląd listonosza.

  4. andsol:
    tak, to typowa podświadoma reakcja invalidatora, wynikająca ze strachu.
    Widocznie utrafiłam w jakiś czuły punkt.

  5. Co do wpisu: Moze ludziom sprawia frajde otaczanie sie klamotami, moze lubia miec ladna kanape wiecej ciuchow i garnkow moze to ich uszczesliwia? Przeciez nie kazdy jest w twojej sytuacji , nie kazdy sie przeprowadza z kraju do kraju z mieszkania do mieszkania co kilka miesiecy. Juz nie wspomne , ze ludzie ktorzy maja rodziny sa zmuszone miec jakies tam graty:) Czemu ludzie sobie to robia? bo moze lubia, ja tam chce miec fajna kanape zeby sobie na niej TV poogladac to znaczy ze krzywde sobie robie? :) Co do zabezpieczenia na „stare lata” jakie masz wizje ? w koncu zegar tyka jak sama napisalas, luzne nie zlosliwe sama czesto mysle bo jestem w podobnej sytuacji.

  6. thomasmiamor:
    od gromadzenia klamotów szczęścia nie przybywa – to pokazują wszystkie rzetelnie robione badania psychologiczne, co oczywiście nie wyklucza chwilowej euforii i zadowolenia wypływającego z kupna czegoś.

    Ale zebys nie wiem ile kanap, kominków i samochodów kupiła, to bez bliskich ludzi, którzy kochają ciebie i dla których jestes wazna, nie będziesz szcześliwa. Taka jest po prostu psychika ludzka.

  7. Oj Nina marze o wielu klamotach ktore by mnie uszczesliwily:) I dzieki Bogu mam pelna „chate” bliskich ktorzy sa dla mnie najwazniejsi i wzajemnie.

  8. thomasmiamor:
    co to za klamoty?

  9. calkiem przyziemne, jak chocby dobry robot kuchenny czy maszyna do pieczenia chleba (pomiedzy dlugaaa lista) konczac na fajnej kanapie:) TV mi zbedne bo nie mam w domu nic grajacego ze wzgledu na syna ale to nie zmienia faktu , ze chcialabym takowa posiadac:)

  10. thomasmiamor:
    i naprawde myslisz, ze ta kanapa, robot kuchenny czy maszyna do tego czy tamtego sprawi ci wiecej radosci, niz zabawa z wlasnym synem?

  11. a co to ma do rzeczy ? Dlaczego ustawiawiasz tak rozmowe? Co ma z tym wspolnego zabawa z moim synem ktoremu poswiecam 24 godziny na dobe? To prymitywne bardzo chwyty, ponizej twoich mozliwosci.

  12. Gdzies napisalam ze te klamoty sprawily by mi wiecej radosci niz zabawa z moim synem ? sama to wydedukowalas?

  13. Ma do rzeczy o tyle, ze bardzo, bardzo duzo ludzi, ktorzy sa u schylku zycia pytani o to, czego zaluja, najczesciej wymieniaja:
    – za duzo pracowali
    – za malo czasu spedzali z bliskimi
    – nie wykorzystali okazji do tego czy owego.

    Na ogol nikt z nich nie mowi, ze zaluja, ze nie kupili sobie kanapy, robota kuchennego czy nowego odkurzacza.
    Just saying…

  14. To ci wspolczuje bardzo, bo wielu rzeczy bedziesz zalowac. Niestety na zabawe z wlasnym synem juz chyba za pozno, a jedyna rzecz jaka ci sie udalo w zyciu zbudowac to lozko z palet obite guma i poczytnego bloga.

  15. Spoko.
    Kupie se kanape, robota kuchennego i odkurzacz i umre szczesliwa :))))

  16. tylko tyle juz mozesz:)

  17. Myślę, że najszczęśliwsi są podróżnicy. Ale nie tacy, którzy podróżują z wypasioną kartą bankomatową. Obecnie czytam kilka blogów cyklistów podróżujących po całym świecie. Nikt z nich nie myśli o emeryturze!
    Posiadanie magazynu klamotów, które potrzebuję raz na kilka lat również jest zbędne.
    Też miałem okres w życiu, w którym zabiegałem o zgromadzenie jak najwięcej dóbr materialnych. Całe szczęście, że szybko doszedłem do przekonania, że to nie ma sensu.

  18. @Bronek
    Skad wiesz, ze nie mysla? Duzo ludzi tak pierniczy dla pozy, a zycie lubi byc nieprzewidywalne. Nie patrz na innych, bo ludzie potrafia klamac w zywe oczy, patrz na siebie. Moj byly szef rozchorowal sie na artretyzm tak, ze przez jazde na srodkach przeciwbolowych nie moze normalnie funkcjonowac i ostatnio jak go widzialem, to przyznal, ze obowiazkowy pension fund, do ktorego musial przystapic za czasow British Rail to bylo najlepsze co go moglo spotkac, bo zajzalo mu w oczy widmo wczesnej emerytury.

  19. W Polsce jest wspaniale. Ubezpieczenie emerytalne jest obowiązkowe. Chyba tu w Europie wszędzie jest składka na emeryturę obowiązkowa. Moja siostra pracowała u prywaciarza w małej firmie i naskładała na minimalną emeryturą (950 PLN?). Ja się spodziewam ok. 3000 – firma prywatna, ale dość duża. Martwię się o syna któremu chyba płacą część pod stołem, ale może się mylę. Można też zbierać na emeryturę w banku., Państwowym. Najważniejsze to pracować.
    Mam ze 20 koszul z długim rękawem (zima) i 20 z krótkim. Przecież nie będę prał codziennie. Deskę do prasowania.No i miewamy gości. Wtedy musisz mieć jakieś talerze i garnki. Ja miałem stary TV i namawiany byłem, przez rodzinę na wymianę. Zwłaszcza młodzi. W końcu przy którejś naprawie spadł mi na podłogę i się roztrzaskał, dałem spokój. Teraz mam smarta. Tylko, że ja mieszkam tu w tym mieszkaniu 32 lata. I chyba się już nie wyprowadzę.
    Wojny nie będzie, prywatnych OFE też. Że też w stanach nie było rozruchów w 2008 roku. Lubię pić kawę w szklance. Mam schowane 4. Jedną używam. 7 par różnych butów.
    Ty tam jesteś w rozjazdach. Pewnie gości zapraszasz do knajpy. Co ze śniadaniem, dla gości? Ech, trudne masz życie.

  20. Bronek:
    jasne, ze jak sie podrozuje to nie mysli sie o emeryturze. Po co zatruwac sobie radosc trwania?

    poles go home:
    wlasciwie to hm… o ile sie mieszka w normalnym kraju, to taka sytuacja nie powinna byc straszna – o ile pracujesz legalnie i placisz podatki, w razie zapasci zdrowotnej bedziesz pobierac rentę. Akurat niestety nie jest to przypadek USA, gdzie ludzie z powodu niezaplaconych rachunkow medycznych bankrutuja (ok. 60% prywatnych bankructw jest wlasnie z tego powodu).

    prezio:
    wiesz, spodziewasz sie. Problem jednak taki, ze ZUS w Polsce robi bokami i w koncu sie zawali. Zbieranie na emeryture w banku panstwowym to tez jest zly pomysl. Nastepny kryzys, dewaluacja i masz duze g* a nie emeryture. Napisalam o tym powyzej. Czemu ludzie nie czytaja?

    Odnosnie „zapraszania gości”.
    Nie mam z tym problemow odkad wyjechalam z Polski (za rok minie 20 lat…).
    Od spotykania sie z wieksza iloscia ludzi sa knajpy, restauracje – ba – sa specjalne miejsca, ktore mozna wynajac. Nawet tutaj, w Urugwaju, salons de fiesta nie kosztuja jakiegos majatku jesli sobie chcesz zarezerwowac na jeden wieczor.
    Mieszkajac w Kalifornii tez nie robilam zadnego „sniadania dla gosci”. Imprezy na kilkadziesiat osob urzadzalo sie w znajomej knajpie – wyjatkowo wygodne rozwiazanie. Przynosilo sie swoje zarcie, ludzie napitki kupowali za swoja kase, byly jednorazowe talerze i plastikowe sztucce.
    Tak to zreszta wygladalo na imprezach domowych tez: grill za domem, stol z zarciem, jednorazowe talerze i sztucce i szklanki.
    „Przyjmowanie gosci” – tak, zeby stol nakryc, rozstawic ten serwis po babci na 24 nakryc, etc – to bardzo polska specyfika. Notabene rzecz calkowicie zbędna.
    A tu, gdzie teraz mieszkam, mam jeszcze latwiej: na dachu budynku jest ogromna parilla, wystarczy rozstawic rozkladany stol (jest na stanie budynku), nakupic miesa, zaprosic znajomych i juz!

  21. Dokładnie Zus się zesra jak zacznie za parę lat przechodzić na emerytury pokolenie 45-50 wyżu powojennego (już zaczęli). A nawet jak wtedy się nie zesra, to na pewno się zesra jak zaczną przechodzić ludzie z „wyżu jaruzelskiegio” czyli także ja. Bo takiej matematyki jeszcze nie wymyślili żeby to się zbilansowało.

    @futrzak

    Masz dokładnie takie samo podejście do rzeczy materialnych jak ja. Ja jestem uznawany w rodzinie za „czarną owcę” z tego powodu.

  22. gajger:
    dokladnie, sie nie zbilansuje. Jedyna mozliwosc to zapewnic dodatkowe wplywy (co musi sie rownac dodatkowym podatkom, cudow nie ma), albo obnizyc wydawane juz swiadczenia. Nie wiem czemu ludzie w Polsce otrzymujacy emerytury mysla, ze beda one niezmienne do konca ich dni. Przeciez to jest w gruncie rzeczy jeszcze jeden podatek i swiadczenie z budzetu – moze ulec zmianie w kazdym roku, zalezy od tego, co sobie parlament uchwali a prezydent przyklepie.
    No, ale jak zwykle bedzie tak, ze sie kupa ludzi obudzi z ręką w nocniku.

    BTW: czarna owca bo nie uznajesz za cel zycia zgromadzenia klamotów a potem chwalenia się rodzinie tym, co zgromadziles? czy z jakichs innych tez powodow?

  23. Niegromadzenie dóbr, nie rodzenie/płodzenie dzieci, brak solidarności ze „swoimi” – to wszystko jest sprzeczne z naszą zwierzęcą naturą (a przynajmniej z naturą statystycznego zwierzęcia stadnego, jakim jest człowiek). Odejście od obowiązującego schematu jest niemal zawsze przyjmowane z co najmniej rezerwą, często – z niechęcią. Trzeba się z tym pogodzić.

  24. Zwolennicy minimalistycznego stylu życia też ulegają przeświadczeniu, że wiedzą lepiej, co jest dobre dla człowieka. I często bezsensownie stawiają „być” w opozycji do „mieć”. Można mieć dużo sprzętu i cieszyć się nim, a przy tym być w znakomitych stosunkach z rodziną i mieć zaufanych przyjaciół. Nie trzeba wybierać.

  25. Kiedyś praludzie prowadzili wędrowny tryb życia. I jakoś żyli. Potem zaczęli się osiedlać. I powstały społeczeństwa. Na pewno człowiek jest stworzeniem stadnym (Politikon zoon) . Niektórzy pewnie jeszcze maja w genach jakieś ślady koczowników.

    @futrzak

    Z tych, ale przede wszystkim z tego że nie chce mi się robić kariery (mam nabyte uczulenie na korpo) i zakładać rodziny. Jest to uznawane za słabość.

  26. @Kira, to daleki strzał z tą „zwierzęcą naturą” (a zastrzeżenie o zwierzęciu stadnym albo rozmontowuje tę obserwację, albo sugeruje, że pewne typy zwierząt mają naturę zmodyfikowaną). I nie zupełnie rozumiem z czym trzeba się pogodzić? Z tym, że sąsiedzi swoimi uwagami determinują co mam mieć i kupować, bo jest moda na dżinsy w dziurki, na woki sushi i na kominek? Brak pożądania takich elementów wcale nie musi prowadzić do „minimalistycznego stylu życia”. Wybór tego, co mamy za istotne to coś zupełnie innego.

    Ów minimalizm to chyba reakcja na chorobę wmawiania w ludzi, że prawdziwym szczęściem jest olbrzymie mieszkanie z modnymi meblami. Cenię tyle własnej, prywatnej przestrzeni, by nie być skazany na bezustanne oglądanie twarzy moich bliskich, ale ile trzeba normalnej rodzinie? Jeśli wymiar domu czy mieszkania przekracza okolice 150 m2 to nieuchronnie mamy wybór jednej z czterech niemiłych opcji: godzimy się, że jest dość brudno, wraz z żoną spędzamy czas na czyszczeniu całości zamiast na spacerach, robimy z żony niewolnicę domową, uzależniamy się od pracownika z zewnątrz, który ma dostęp do naszej intymności, którego najlepsi przyjaciele nie mają.

    Moje doświadczenia mówią, że jak będzie koło 90 m2 dobrze rozplanowanej przestrzeni (na ogół budowane mieszkania czy domki bardzo daleko padają od tego), a wszyscy w 4-osobowej rodzinie dokładają nieco starań, to w mieszkaniu można mieć tak pożądaną bliskość jak i momenty koniecznej samotności. A salony na przyjmowanie gości… Czy to nie taka odmiana Porsche wyciąganego tylko na niedzielną przejażdżkę?

  27. @ Andsol

    „to daleki strzał z tą „zwierzęcą naturą” (a zastrzeżenie o zwierzęciu stadnym albo rozmontowuje tę obserwację, albo sugeruje, że pewne typy zwierząt mają naturę zmodyfikowaną)”

    Pisząc o „naturze” mam na myśli, iż człowieka zawsze cechowały: stadność (konformizm), terytorialność, skłonność akumulacji dóbr, dążenie do wspięcia się na wyższy poziom w tzw. drabinie społecznej. Wyjątki nie przeczą regule.

    „I nie zupełnie rozumiem z czym trzeba się pogodzić?”

    Pogodzić się z tym, że ludzie są, jacy są. Oczywiście można PRÓBOWAĆ ich zmienić, ale to chyba syzyfowa praca.

    „Ów minimalizm to chyba reakcja na chorobę wmawiania w ludzi, że prawdziwym szczęściem jest olbrzymie mieszkanie z modnymi meblami.”

    Bardzo mi się taka odpowiedź podoba, o ile nie wpycha takiego minimalistę w pychę i fanatyzm.

    „Jeśli wymiar domu czy mieszkania przekracza okolice 150 m2 to nieuchronnie mamy wybór jednej z czterech niemiłych opcji: godzimy się, że jest dość brudno, wraz z żoną spędzamy czas na czyszczeniu całości zamiast na spacerach, robimy z żony niewolnicę domową, uzależniamy się od pracownika z zewnątrz, który ma dostęp do naszej intymności, którego najlepsi przyjaciele nie mają.”

    Święta racja. I dlatego od wielu lat jestem zwolenniczką niewielkich domków. Ale niektórym te wielkie powierzchnie są jednak potrzebne do zadowolenia z życia. :)

    „A salony na przyjmowanie gości… Czy to nie taka odmiana Porsche wyciąganego tylko na niedzielną przejażdżkę?”

    Zależy od stylu życia, znajomych – ich ilości i zwyczajów, środowiska, w jakim się obracasz.

  28. „Próbować zmieniać ludzi”? Chyba nigdy nie wdawałem się w to – nie tylko z powodu przekonania, że to prawie niewykonalne, ale przede wszystkim dlatego, że wystarczy mi bezustanna troska o własne wyzwalanie się od dyktatu otoczenia. To jednak sporo roboty i z pewnością ma jakiś koszt, ale jak dla mnie to warto.

    Mam wrażenie, że agresywność, a nawet wrogość ludzi, którzy oceniają czyjeś wybory sposobu bycia bierze się z wewnętrznej obawy, że to, co wybrali, nie jest tak wiele warte. Mam podziwiać nie jakąś wieżę czy wodospady, ale ich zdjęcia na tle tej wieży czy wodospadu. Well, tę wieżę to przez rok oglądałem własnym okiem, bo mieszkałem dość blisko, ten wodospad widziałem już cztery razy, tamtego nigdy i może nigdy nie zobaczę, bo jazda tam droga jest, ale czemu uraza, że grzecznie dziękuję, że nie chcę oglądać kolekcji 400 selfies? Czym ona wzbogaci moje rozumienie świata?

  29. Zauważ, że Futrzak też krytykuje cudzy styl życia. Dla niej „być” wyklucza „nadmierne mieć”. A przecież można pogodzić posiadanie wielu fajnych rzeczy z udanym życiem rodzinnym i towarzyskim.

    Oglądanie cudzych zdjęć to często męka, ale w imię utrzymania dobrych relacji z kimś wartościowym warto ją znieść. Oczywiście to moje zdanie…

  30. Kira:
    piszesz, ze czlowieka zawsze cechowala sklonnosc do „gromadzenia dóbr”. Otoz nie. Gromadzenie dóbr zaczelo sie odkąd ludzie zaczeli prowadzic osiadly tryb zycia, a to przyszlo wraz z wynalazkiem rolnictwa – czyli jakies 10 tysiecy lat temu. Nasza ewolucja to prawie 2 mln lat – na tym tle 10 tys lat to jest jakis smieszny okres. Przedtem ludzie pędzili koczowniczy tryb zycia, a dóbr mieli tyle, ile im bylo niezbędne i ile mogli ze sobą przenieść. Raczej niewiele, patrząc z dzisiejszej perspektywy. Takze nie, gromadzenia dobr nie dziedziczymy po przodkach.

    Co do stawiania „być” w opozycji do „mieć”. Otoz w dzisiejszym swiecie to „mieć” kosztuje. Jesli nie urodzilas sie w bogatej rodzinie, to musisz na owo „miec” sobie zarobic. To sie przeklada na ilosc pracy. A im dluzej pracujesz, tym mniej czasu spędzasz na przyjemnosciach.
    Mam cala mase znajomych, ktorym praca wypelnia prawie cale zycie. Zasuwaja jak male samochodziki, bo musza splacac kredyt za chalupe, kredyt za samochod…
    Ja jestem jak najdalsza od jakichkolwiek fanatyzmow typu „mam tylko 100 rzeczy i nic wiecej”. Z drugiej strony uwazam za idiotyczne prace po 12 godzin na dobe po to, zeby miec nowy samochod za 50 tys USD a nie na przyklad uzywany za 5 tys USD; chalupe z czterema sypialniami, jadalnia, bawialnia, salonem i tarasem a nie zwykle mieszkanie gdzie kazdy ma swoj pokoj.

    To jest mania, ktora tez i do Polski dotarla, ale w USA jest w pelnym rozkwicie od paru dekad. Nie wiem czy wiesz, ale średnia wielkosc domu w USA w ciagu ostatnich lat rosnie w obłędnym tempie. W 1983 roku przecietny dom mial powierzchnie 1725 square feet (160 m2), w 2013 juz 2600 (241 m2) square feet. Czy to dlatego, ze raptem zwiekszyla sie dzietnosc w przecietnej rodzinie i dlatego potrzebne sa duze domy? Nie. Dlarego, ze ludzie dali sobie wmowic, ze im wiekszy dom, tym lepszy „investment”.
    Podobnie jest z cala masa innych rzeczy. Ludzie po 2-3 latach wymieniaja samochod na nowy czy telewizor czy smartfon na nowszy model nie dlatego, ze stary przestal dzialac, ae dlatego, zeby pokazac, ze ich stac.
    Nawet ta durna kanapa: mozna kupic taka za kilkaset zlotych, a mozna taka wypasiona, z najnowszej kolekcji jakiejs slawnej firmy, za 8 tys zl. Czy jest jakas znaczaca roznica jakosciowa? Nie.

  31. A i tak poeci najsprawniej ujmują problem:
    http://andsol.blox.pl/2007/09/Miec.html

  32. Tutaj jest tajemnica rynku nieruchomości – ludzie wiedzą że na tym można stracić ale powiedzmy 40% a nie że zostaniem nam 4%.
    Tak przy okazji to oczywiście całe to tergowisko prózności jest absurdalne.
    Problem jest jeśli wszysty znajomi wokół bawią się w tej piaskownicy. Mam obecnie problem z wytłumaczeniem synowi że nie potrzebuje nowego iphona – jakieś pomysły jak wytłumaczyć to 14 latkowi ? ( proponowałem mu nowe Mi5 za 2/3 ceny więc logika odpada ;)

  33. karroryfer:
    wiesz, na nieruchomosciach, jesli je kupujesz na kredyt, mozna spokojnie skonczyc z dlugiem a bez domu. Wystarczy, ze zaciagasz kredyt w kraju, w ktorym odpowiadasz calym majatkiem (a nie hipoteka tylko) oraz tracisz prace na odpowiednio dlugi czas. Karne odsetki rosna bardzo szybko, potem sie do konca zycia juz z dlugow nie wygrzebiesz…

    Co do tlumaczenia synowi – to dosc proste. Pytasz sie, czy stary telefon dziala jeszcze? Jesli dziala, to nie widzisz najmniejszej potrzeby kupowania nowego. A jak strasznie MUSI miec – coz, niech sobie sam na niego zarobi.

  34. Hmm, coś nie można wstawić komentarza…

  35. Raz jeszcze…

    @ Futrzak

    Tu nawet nie chodzi o dziedziczenie, tylko o to, co się ujawniło w naszej naturze, kiedy pojawiły się dogodne po temu warunki. Nie gromadzenie dóbr wynikało z konieczności dźwigania na plecach majątku w trakcie jego przenosin z jednego miejsca na drugie. Kiedy tylko stało się to możliwe, czyli kiedy przenosiny stały się niepotrzebne lub stały się rzadkością, lub też zaczęto do nich używać wozów, ludzie zaczęli kumulować dobra. Skąd się to wzięło? Znikąd?

    Nie napisałam, że nie ma na świecie zarzynających się dla zdobycia kolejnego gównianego gadżetu czy wypasionego samochodu pracusiów. Jest takich mnóstwo i uważam ich za ofiary reklamy, ale i konformizmu oraz czysto zwierzęcej chęci dążenia do polepszenia swojego statusu społecznego. Niemniej istnieje też sporo ludzi, którzy potrafią pogodzić pracę z życiem rodzinnym i zabawą. Którzy lubią się otaczać ładnymi przedmiotami, ale nie zapominają o ludziach. Myślę, że na dzień dzisiejszy można uznać Thomasmiamor za taką osobę. Ty zaś zasugerowałaś jej, że jej radość z gadżetów stoi w opozycji do radości z obecności bliskich.

    Nie wiem, jaką inwestycją są domy, wydawało mi się, że dom raczej traci na wartości niż zyskuje, jeśli chcemy w nim mieszkać przez 20-30 lat. Ale chyba jednak lepiej mieć dom i ładować w niego pieniądze, niż na starość nie mieć nic.

  36. @ Futrzak

    Tu nawet nie chodzi o dziedziczenie, tylko o to, co się ujawniło w naszej naturze, kiedy pojawiły się dogodne po temu warunki. Nie gromadzenie dóbr wynikało z konieczności dźwigania na plecach majątku w trakcie jego przenosin z jednego miejsca na drugie. Kiedy tylko stało się to możliwe, czyli kiedy przenosiny stały się niepotrzebne lub stały się rzadkością, lub też zaczęto do nich używać wozów, ludzie zaczęli kumulować dobra. Skąd się to wzięło? Znikąd?

  37. Nie napisałam, że nie ma na świecie zarzynających się dla zdobycia kolejnego gównianego gadżetu czy wypasionego samochodu pracusiów. Jest takich mnóstwo i uważam ich za ofiary reklamy, ale i konformizmu oraz czysto zwierzęcej chęci dążenia do polepszenia swojego statusu społecznego. Niemniej istnieje też sporo ludzi, którzy potrafią pogodzić pracę z życiem rodzinnym i zabawą. Którzy lubią się otaczać ładnymi przedmiotami, ale nie zapominają o ludziach. Myślę, że na dzień dzisiejszy można uznać Twoją pierwszą komentatorkę za taką osobę. Ty zaś zasugerowałaś jej, że jej radość z gadżetów stoi w opozycji do radości z obecności bliskich.

    Nie wiem, jaką inwestycją są domy, wydawało mi się, że dom raczej traci na wartości niż zyskuje, jeśli chcemy w nim mieszkać przez 20-30 lat. Ale chyba jednak lepiej mieć dom i ładować w niego pieniądze, niż na starość nie mieć nic.

  38. Kira:
    nie wiem dlaczego twoje komentarze wyladowaly w spamolapie, juz wyciagnelam.

  39. Przepraszam za powtórkę, komentarz się nie pojawiał.

  40. Kira
    Niemniej istnieje też sporo ludzi, którzy potrafią pogodzić pracę z życiem rodzinnym i zabawą.

    Tak, tylko nie o tym byl wpis.
    Wpis traktuje o ludziach, ktorzy nadwyzki finansowe przeznaczaja na nabywanie kolejnych przedmiotow, ktore potem leza i sa nieuzywane ewentualnie takie, ktore sluza do chwalenia sie sąsiadom, ze oto mamy. Oni pracuja wiecej nie po to, zeby przebywac dluzej z rodzina czy przyjaciolmi ale po to, zeby wreszcie kupic sobie wymarzony samochod albo kanape. A potem nastepny gadzet.
    TAKA postawa jest dla mnie absurdalna. To TACY ludzie osądzają innych na podstawie ich stanu posiadania (np. samochodu) i sekuja ich jesli uznaja, ze „niczego się nie dorobili”. Tak jakby drozszy samochod, kanapa czy dom mialyby byc moralnym probiezem kogos. Absurd.
    „Gołodupiec, przez całe zycie niczego sie nie dorobil, albo glupi albo leń”.

    Wlaściwie taką krytyke mozna slyszec pod adresem kazdego, kto nie podąża utartą sciezka pracy, domu, samochodu a potem emerytury.

    Przeczytaj sobie to. Swietnie podsumowuje cala dyskusje…
    View story at Medium.com

  41. Przejrzałam. Nie moja bajka, ja bym tak nie mogła. Ale rozumiem ludzi, którzy CZUJĄ, że powinni ciągle zapieprzać, żeby osiągnąć wyższy poziom życia. Moi rodzice do takich należą. Zarabiają naprawdę dużo (jak na polskie warunki), wydają jeszcze więcej. I – tak, tak – kupili kanapę oraz dwa fotele za kilkanaście tysięcy złotych. Kiedy o tym usłyszałam, zajęczałam ze zgrozy. Kupili niezłe siedziska, ale czy warte swojej ceny? Wg mnie – NIEEEEEE!!! A najlepsze jest to, że mój partner pokazał mi, iż identyczne fotele i kanapa były do nabycia przez Internet za znacznie niższą kwotę. Ale moi rodzice (a raczej mama) nie szukają okazji, oszczędności, etc. Mama wręcz szuka najdroższych rzeczy (o ile ją na nie „stać”, a to oznacza także branie kredytu), to daje jej – jakże cholernie złudne – poczucie, że kupiła coś naprawdę wartościowego, luksusowego, godnego podziwu. I uwielbia się tym chwalić przed ludźmi. UWIELBIA.

    Tata jest z natury raczej oszczędny, ale też lubi podziw i poczucie, że „coś osiągnął”. I to go – uważam – gubi.

    Obgadałam trochę rodziców, ale nie ze złośliwości, gdyż są to wspaniali ludzie, a jedynie dlatego, że z całego serca nie znoszę tej ich absolutnie niepotrzebnej rozrzutności, która skutkuje tylko długami (na szczęście cały czas spłacanymi). Oczywiście to ICH pieniądze, a ja nie powinnam nawet pisnąć słówka krytyki, zważywszy na moją sytuację finansową. Niemniej warto o takich rzeczach pisać, bo skala problemu jest zatrważająca.

    Tylko czy jest to jakiś wyjątkowy problem? A co z sarmackim „zastaw się, a postaw się”? A co z podążaniem za kretyńskimi modami, co z tak rozpaczliwą chęcią zachowania młodości i urody, że decydujemy się na ryzykowne operacje plastyczne? W człowieku tkwi potrzeba zaimponowania bliźniemu. Za błysk podziwu w cudzych oczach gotów jest cierpieć, poniżać się i odrzucić swoje wartości (o ile kiedykolwiek je miał). Jest to tak naturalne, jak syfy na buzi nastolatka. Tylko że to akurat nie przemija wraz z przejściem w „stan” dorosłości.

  42. @Kira & @Futrzak:
    Dlaczego Homo Sapiens tak robi? Poniewaz gromadzenie przedmiotow „wysokiej wartosci” daje mu iluzje utrzymania ale bardziej podwyzszenia pozycji w „hierarchi dziobania”: https://pl.wikipedia.org/wiki/Porz%C4%85dek_dziobania

    Troche wiecej na ten temat jest w tej ksiazce:

    Howard Bloom – The Lucifer Principle

    Ot co… :-)
    Milego dnia!

  43. Coś w tym jest. W końcu jak ktoś odstaje od innych, to często zbiera „baty”. Raczej słowne, ale i to przykre…

  44. @futrzak,

    a mi rzeczy materialne dają frajdę. Może dlatego, że pochodzę z biednej rodziny i zawsze w dzieciństwie miałem najmniej z kolegów, albo prawie najmniej. Za to najwięcej rodzeństwa, albo w czołówce. I rodzice w teorii fajnie podróżujący po demoludach maluchem z przyczepką, ale spanie po lasach i strach, że nas coś zje, albo handlowanie by mieć co jeść w Jugosławii.
    Może dlatego cieszy mnie prawie spłacone małe mieszkanie w Warszawie (2 pokoje w dobrym miejscu, brakuje mi jednej pensji do spłaty, a mam 35 lat), wakacje podczas których stać mnie na wszystko, cudowny syn (i brak potrzeby większej ilości dzieci), moje samochody (za każdym razem gdy wciskam gaz, albo lecę austostradą .2 Macha czuję ogromną radość – fakt moje samochody są leciwe, mają średnio 11 lat, ale wydaję na nie więcej niż na nowy samochów rozłożony w kredycie na 5 lat), mój sprzęt hifi (ma już 10 lat i kocham go za każdym razem, gdy go słucham, czyli praktycznie codzinnie), mój rower (a mam ten sam dobry sprzęt od 18 lat). I marzę o prawdziwie sportowym kabriolecie do latania po górskich serpentynach Rumunii/Włoch (to najlepsze drogi świata do tego, może poza wybrzeżem USA) itd.

    O tak, i wolę zrobić nadgodziny w listopadzie, by pieniądze wydać na nartach/w ciepłych krajach. W zeszłym roku byłem na wakacjach 5 razy, w tym roku tylko 2 – za to spłaciłem (prawie) mieszkanie. I daje mi to szczęście. Pieniądze dają mi szczęście, będąc głodnym nie cieszyłby mnie mój syn, a nie mając gdzie mieszkać nie cieszyłaby mnie moja piękna żona. Nie miałbym też nastroju do czytania książek – co uwielbiam na równo z oglądaniem filmów (mam duży nowy tv).

    Wiem, że możesz mieć inaczej, bo moi rodzice są tego przykładem – btw ultra katolicy.

  45. „I marzę o prawdziwie sportowym kabriolecie do latania po górskich serpentynach Rumunii/Włoch” Mam nadzieję, że jako rozsądny, dorosły człowiek, który nie ma zamiaru zabijać niewinnych ludzi na szosach ani spędzić dojrzałego wieku w więzieniu, interpretujesz „latanie” jako jazdę zgodnie z ograniczeniami prędkości, wyznaczonymi przez specjalistów od unikania katastrof drogowych.

    Ale ja nie o tym. Otóż myślę, że wszyscy biorący udział w rozmowie – a więc skomputeryzowane towarzystwo – wie doskonale jaki olbrzymi wysiłek wkładają producenci komputerów (czyli maszynka wraz z oprogramowaniem), by uniknąć potanienia ich produktów. Już od dobrych 5 lat (a może i od dłuższego okresu) jest możliwe sprzedawanie w handlu detalicznym świetnego komputera (wszystko jedno, pc czy laptopa) z wszystkimi programami potrzebnymi kulturalnemu człowiekowi do szczęścia, za cenę nie przekraczającą US$250. Ale z rozpaczliwym zapałem rozwija się gry, które wymagają więcej i więcej pamięci, coraz lepszych graphics card, audio card i kupy oprogramowania, które w ciągu długich lat (na ogół dłuższych niż życie komputera) będzie potrzebne. I udaje się stworzyć psychozę społeczną, że bez jakiegoś iPad-a czy czegoś podobnego nie ma życia.

    No i potem wydziwiają, że jakiś młody Chińczyk sprzedaje nerkę, żeby móc kupić iPad-a – a to przecież nie on ma źle w głowie.

  46. @andsol
    właśnie frajda jest na drogach, na których to nie eksperci ustalają maksymalną bezpieczną prędkość, a umiejętności kierowcy – większość serpentyn w Austrii ma dopuszczalną prędkość nieograniczoną (czyli 100 kmh), a w praktyce 60 kmh może zabić. To tak jak z autobahnami, w większości gorszymi niż polskie autostrady, tyle że na pustych drogach Niemiec może jechać 400 kmh swoim Veyronem, a Polak i polonezem 2000 przekroczy dopuszczalne 140 kmh. Na pustej suchej drodze żadna z tych rzeczy nie jest jakoś niebezpieczna, jeśli kierowca jest dobry.
    To takie smutne polskie, że drogi dla kierowców przez las, puste, mające ciekawsze zakręty, mają przed nimi ograniczenia prędkości czasem do 30-40 kmh (gdy dobry kierowca spokojnie przejdzie je 2 razy szybciej).
    Przez ostatnie 50 000 km (a jeżdżę wyłacznie dla frajdy, więc zajęło mi to z 4 lata) zapłaciłem jeden mandat i to przez roztargnienie (wigilijna noc, jadąc 81 kmh – włączałem się do ruchu po tankowaniu na stacji paliw, na końcu rozbiegówki był fotoradar…, inaczej pilnuję licznika).

  47. PawelW:
    Dokladnie, i dlatego pisalam, ze to jest zludne poczucie tzw. szczęscia. Jakiekolwiek szczescie, ktorego induktorem są rzeczy zewnetrzne, jest iluzoryczne.

    Wojtek inzynier:
    oczywiscie, posiadanie tyle, zeby zylo sie wygodnie, to jest jedno. Ale w wypadku ludzi budujacych swoje szczescie na materialnych przedmiotach na ogol na tym sie nie konczy – zdobędą jedna rzecz, chcą następna. Bo bez ciąglej demonstracji i wywolanego tym podziwu nie czuja sie zadowoleni z zycia i siebie.
    Całe tlumy jezdza na wakacje nie po to, zeby wypocząć, ale po to zeby sie pokazac na nartach w modnym kurorcie, zrobic sobie zdjecie na sloniu w Tajlandii etc. Jadą, natrzaskają kupę selfie i wciskają je wszystkim do gardla, ale jak są na miejscu, to nie interesuje ich nic z otaczajacego swiata, nie wykazuja chęci poznawania czegokolwiek nowego. Rownie dobrze mogliby nigdzie nie wyjezdzac, tylko zaszyc sie w takim samym standardowym hotelu z takim samym zarciem i napitkami i basenem i obsluga – tylko pogody jeszcze sie na taka skale nie da zasymulowac :)

  48. Wojtek inzynier:
    upajanie sie prędkością na zasadzie na jakiej piszesz To takie smutne polskie, że drogi dla kierowców przez las, puste, mające ciekawsze zakręty, mają przed nimi ograniczenia prędkości czasem do 30-40 kmh (gdy dobry kierowca spokojnie przejdzie je 2 razy szybciej).

    otoz zapewniam cie, ze przechodzi jak ręką odjął, kiedy na tej pustej drodze, zamiast jadąc z przepisowa predkoscia pojedziesz 2 razy szybciej, a potem obudzisz sie sparalizowany w szpitalu, bo rypnąłeś w jelenia albo łosia, co ci nagle wylazł przed maskę, a potem zakonczyles malowniczo na przydroznym drzewie.
    Nie mowiac juz o tym, ze jak taki kretyn zabije kogos z twoich bliskich, to zupelnie zmienia sie ogląd.

    Wiesz, ja kiedys podejscie do jazdy samochodem mialam takie samo jak ty – ale wyroslam z niego kiedy wyjechalam do USA i naoglądałam sie wypadkow oraz kiedy sama 2 razy zobaczylam śmierc – i to nie dlatego, ze JA jechalam z nadmierną prędkościa, ale jakis inny debil, ktory wylecial z drogi i o malo co sie ze mna nie zderzyl.

    Na udowadnianie sobie i innym, ze sie jest dobrym kierowca, sa specjalnie do tego skonstruowane miejsca: tory wyścigowe.
    Jak widzę dupka, który po publicznej drodze zasuwa 2-3 razy więcej niż ograniczenie prędkości to tylko zycze mu, zeby sie rozpieprzyl tak, zeby nikogo wiecej postronnego nie zabił.
    I tyle.

  49. @futrzak
    Akurat drogi w USA są superniebezpieczne, dla mnie jest szokiem, że tak szybko po nich jeżdżą i tak mało Amerykanów się na nich zabija. Opony w samochodach amerykańskich też są megaśliskie.
    I nawet w USA raczej nie ogranicza się prędkości przed zakrętami.
    Fakt znam może 1/4-1/5 stanów.
    Z jazdą szybką jest tak, że wiedzą jak to robić nieliczni – i jest to drogie hobby (ciągły trening, topowe hamulce/opony, znajomość tras z dobrą widocznością, bez możliwości spotkania pieszych/skrzyżowań). Ale daje satysfakcję podobną do zdobywania trudnych gór (to też lubię robić). I oczywiście jedzie się po publicznych pustych drogach na maks 80% – jazda na blisko 100% jest możliwa wyłacznie po torze, z klatką, w kasku, z karetką kilkaset metrów obok.
    Najgorsze jest to, że z 10 % kierowców uważa się za szybkich i dobrych. I stąd wiele wypadków. Sam już wyrosłem z głupiego zwyczaju jazdy szybkiej przez zakręty, gdy dojeżdża do mnie jakiś mistrz i siada na zderzaku. Bo kilka razy widziałem obracające się za mną auto (mnie bawią niemal wyłacznie zakręty). Teraz biorę te zakręty z 10-20 kmh wolniej, a i tak taki mistrz zdąży się przestraszyć i potem nawet nie trąbi na mnie gdy zwalniam przy skrzyżowaniach/w zabudowanym.

    A co do kabrioletu – służy do wolnej jazdy i cieszenia się przyrodą dookoła, czego nie daje „puszka” nawet z otwartymi szybami. A zakręty bierze jeszcze ładniej i ma napęd na tył. EOT

  50. Wojtek inzynier:

    Opony w samochodach amerykańskich też są megaśliskie
    Co to są „megaśliskie” opony???
    Jak zjedziesz do łysego, to masz „śliskie”. Poza tym, jak sie nie zmieni opon na odpowiednie do pory roku (letnie, zimowe tudziez łańcuchy w górach) to tez jest niefajnie.
    Ale zeby jakies opony byly defaultowo „śliskie” to ja nie slyszalam.

    I nawet w USA raczej nie ogranicza się prędkości przed zakrętami.

    Ogranicza sie, ogranicza. Nie jezdziles przez żadne większe góry, prawda?
    Oczywiscie, jak jedziesz przez Sierra Nevada autostradą międzystanową 80, to nie ma zadnych ograniczen, bo wszystkie miedzystanowki sa tak robione, ze da sie po nich jechac z maksymalną prędkościa (chociaz nie w zimie);

    Ogranicza sie rowniez prędkość na autostradach: we wszystkich stanach (chyba za wyjatkiem Montany) masz ograniczenie albo do 65 mph albo do 75 mph.

  51. Wojtek inzynier, w Twoich opisach widzę wielki talent literacki, sądzę, że agencja reklamowa bardzo by pragnęła mieć takie osoby, szczególnie przy próbie spopularyzowania rosyjskiej ruletki. Ale nawet bez studiów nad rozwojem szos mogę wysunąć podejrzenie, że nie budowano ich „dla frajdy” i ograniczenia prędkości oprócz troski o całość użytkowników biorą też pod rozwagę taką eksploatację, by nie było częstych kosztownych napraw. Oczywiście nie każdy kierowca, chce o tym myśleć, ale to część ogólnego problemu, że nie każdy człowiek chce myśleć.

    Imponują ludzie mogący powiedzieć: „za każdym razem gdy wciskam gaz, albo lecę autostradą .2 Macha czuję ogromną radość”. Wspaniale ustawiona fizjologia. Rozumiem o co chodzi z tą regularnością, bo niektórzy mi zazdroszczą, że po obudzeniu się bez kłopotu ewakuuję, ale po pierwsze jak tu się chwalić żołądkiem (po prawdzie, wspomaganym rozsądnym wyborem jadła i napitku), no i w towarzystwie trudno w chwili milczenia wrzucić tę informację: „a wiecie, że ja…”

    Ale przypomina mi się jakiś wywiad, w którym Ayrton Senna (parę miesięcy przed rozbiciem się na śmierć przy wysokiej szybkości, w dość kontrolowanych warunkach i w specjalnym pojeździe) opowiadał, że częstym jest przy wychodzeniu z samochodu szybkie zmienienie spodni, z powodu wytrysku. Może w istocie jest coś magicznego w dobrze używanym pedale gazu.

    Mam tylko dwie uwagi do Twojego hymnu Człowieka Spełnionego. Pierwsza
    dotyczy Twojej sugestii, że jesteś „dobrym kierowcą” – czy też, że posiadasz „umiejętności”. Parę miesięcy temu, przy okazji słynnej zamachowej opony (linkę do tekstu łatwo wyguglujesz, jeśli zechcesz) pisałem:

    Czy już chwaliłem się tu, że jestem niezgorszym kierowcą? Nie? No i bardzo mądrze, bo o czym tu gadać. Gdybym od czterdziestu lat zasuwał w wielgachnej ciężarówie, najlepiej z przyczepą, we wszystkich możliwych obrzydliwych klimatach i po najobrzydliwszych szosach, goniąc pod groźbą opieprzu dyspozytora i trzymając się kierownicy przez 14 czy 16 godzin dziennie, to warto by było wspomnieć, że mam się dobrze, bez wywrotek i zdejmowania słupów drogowych. Ale ktoś, kto czując się zmęczony albo prawie nic nie widząc w okropnym deszczu może gdzieś się zatrzymać, przeczekać, odpocząć, czym ma się chełpić? Że jeszcze żyje? No, udało mi się.

    I nadal tak myślę. Prawdziwie dobry kierowca, ten od ciężarówki, a nie od szpanowania kupioną drogą maszyną, nie wybiera sobie warunków, a jest dobry zawsze, systematycznie, w najbardziej nieoczekiwanych okolicznościach. Nawet na szosie pełnej idiotów, nierozważnych czy potencjalnych samobójców.

    A druga uwaga jest taka: wskazujesz, że Twoja satysfakcja tak ze spłacanego mieszkania jak i z dociskania pedału jest związana z biedą z czasu młodości. No, nawet w polskich warunkach nie była ona tak okrutna, skoro na (rozumiem, skromnych) wyjazdach poznawałeś demoludy. Ale to znaczy, że byłeś bardzo daleko od dna biedy, poniżej Twoich możliwości było 3/4 żyjących na świecie osób, a może i więcej. Czy jest w Twojej opowieści wskazanie, że wszyscy oni powinni chcieć szusować po autostradach?

  52. @ Wojtek Inżynier

    No tak, jeśli ktoś biedował w dzieciństwie, to kiedy już się z tej biedy wygrzebie – odreagowuje. Czasami myślę, że minimalizm w wydaniu białego człowieka jest dla tych, którzy już się zdążyli „nachapać”.

  53. @Futrzak
    Ja znam w USA tylko samochody nowe i wierz mi, że to są śliskie opony, bo drogi w USA są tragiczne, moje Dunlopy SP Sport Maxx pewnie rozpadłyby się po 1000 km highwaya. Znam tylko północne Stany od Ohio wzwyż i chyba mam spore doświadczenie z jazdy po tamtejszych drogach (bo jako zapalony driver/turysta wolę jechać [przez 2/3 Stany niż lecieć).
    Niezależnie czy to była Toyota 4Runnner, czy Chevy Maliby, czy Camry, czy Corrolla, czy … (cokolwiek Hertz mi dał), to zawsze opony były twarde, a przez to śliskie.
    Jadąc przez piękne góry Oregonu spotkałem różne kręte drogi, co ciekawe w grudniu większośc jechała na oponach letnich/całorocznych. A padał śnieg.
    Samochody w USA nie mają ESP, a prowadzą się źle/tragicznie. (ze względu na inne opony niż stosowane w Europie od samochodów średniej klasy w górę). Nie jeździłem Corvette, ani lepszymi wersjami Mustangów/Camaro, zapewne tam opony są już europejskie/klasy ultra high perfomance.

    A co do zakrętów, czy to na bocznych drogach może 100 km od NYC, czy to w kanionach Oregonu, spotkałem takie, na których było 55 mph, a frajda zaczynała się w zakręcie znacznie szybciej (i to na suchym).

    Generalnie tym powyżej chciałem pokazać jak różni się poczucie od bycia dobrym kierowcą do jakiekogolwiek bardziej poważnego do jazdy podejścia.

    A gdzie temat krytycznego w jeździe na więcej niż 50% ciśnienia opon, dobrze ustawionej geometrii kół.

    W ostatnie 15 lat jeden wypadek/stłuczka jaką miałem to wjechał mi w tył samochód, gdy zatrzymałem się przed przejściem dla pieszych. Człowiek za mną nie stosował się do ograniczenia prędkości, miał słabe opony. Ważne, że dzięki mnie przeżyły 2 staruszki. Argument pana z tyłu „przecież byś zdążył przed nimi przejechać”. W terenie, w którym są skrzyżowania, piesi,przejścia jestem najwolniejszy. Wydaje mi się, że prawda jest dość brutalna – nie mogą zrozumieć mnie Ci, którzy nie panują do końca nad samochodem – stąd hejt i niezrozumienie. Tak jak ja dziwię się, że ludzie jadą w pewnych sytuacjach za szybko i stąd tyle ofiar na drogach – ktoś dla kogo 300 kmh po pustej gładkiej autostradzie to za szybko, nie zrozumie że 30 kmh po drodze osiedlowej to potencjalna śmierć dziecka.

  54. @andsol
    akurat kierowcy ciężarówek to potencjalnie zabójcy – 90% z nich jeździ po wioskach 85 kmh, mają drogę hamowania potężną. I giną przez nich piesi, najczęściej wiejskie dzieci.
    Za to na autostradach potrafią zmienić pas bez patrzenia w lusterko – bo jadą 85 kmh, a kolega przed nim jedzie 84 kmh.
    Różnie rozumiemy więc kryteria oceny dobrego kierowcy.
    Senna to bohater z dzieciństwa, prawie wszystko o nim czytałem i wszystko o nim czytałem. Niemniej bliżej mi do Alaina Prosta, który powiedział Sennie – „wiem, że jesteś wierzący, ale nie wszyscy wierzą, że po śmierci pójdą do innego lepszego świata. Ja np chcę żyć i proszę nie ryzykuj naszym życiem”.

    A co do biedy, dziecko porównuje się z resztą swojej klasy czy w podstawówce, czy liceum, czy na studiach. I jeśli jest w dolnych 10 %, to ma gdzieś, że wówczas cała Etiopia umierała z głodu. Choć strach przed głodem też był, gdy miałem 15 lat, ale na szczęście się udało z pomocą rodziny.

  55. @futrzak
    i w USA nie ma autostrad w rozumieniu Europy w 2016 roku. Może krókie odcinki jak między Bostonem a Berlinem CT. Reszta wygląda jak autostrady budowane przez Hitlera, i nigdy nie modernizowane. Jak można nazywać autostradę, na której nawierzchnia jest nierówna, śliska (beton często zerodowany), nie ma poboczy zabezpieczonych przed zwierzyną, a na pónocy prawie wszędzie lasy, zjazdy są często nawet z lewej strony, bywają i skrzyżowania równorzędne, a ruch z naprzeciw oddzielony jest tylko trawą (więc możliwość zderzeń czołowych).

    Oni mają jedną potężną zaletę – dużo dróg, ale nie nazwał bym ich drogami szybkiego ruchu, te 75 mph plus 10 mph, które toleruje policja to i tak granica i to na tych najlpeszych z najlepszych dróg, w środku nocy z zerowym ruchem i licząc na szczęście, że żaden zwierz nie wskoczy pod koła (stąd myślę popularność jeżdżenia ciężarówkami zamiast normalnymi samochodami)

  56. akurat kierowcy ciężarówek to potencjalnie zabójcy – 90% z nich jeździ po wioskach 85 kmh, mają drogę hamowania potężną Ech…

    Myślę, że gdybym to ja zdecydował wystąpić z takimi rewelacjami w Sieci, zadbałbym o dobry research, żeby pokazać, że wiem o czym mówię. Bez niego te informacje upodobniają się do przekonania JKM, że najbezpieczniejszym sposobem kierowania jest jak najszybsza jazda, bo najkrócej pozostaje się na szosie.

    Nie znalazłem statystyk rozdzielających wypadki w zależności od typu pojazdu, ale są inne, mówiące, że ok. 1/3 wypadków to efekt nadmiernej szybkości oraz (gdy mowa o warunkach jazdy) 57% wypadków jest na prostym odcinku szosy. Jeśli chcesz uniknąć zarzutu powielania urban legends, podaj źródła swojej informacji. Ale może być ciężko, bo w parę sekund po wrzuceniu pytania na gugla widzę:

    large trucks are involved in fewer accidents than other types of vehicles per 100 million miles driven, but these accidents have a higher rate of fatalities.

    Co do innej rewelacji, że mają drogę hamowania potężną, może wyjaśnisz na jakiej fizyce opierasz to stwierdzenie. I dlaczego w zadaniach szkolnych na drogę lądowania samolotu czy na hamowanie pociągu mówi się o ich prędkości a nie o masie.

  57. andsol:
    W zadaniach szkolnych nie ma we wzorach dodatkowych elementow, mowi sie o prędkości tylko, bo jest ona głownym czynnikiem, ale to jest uproszczenie na warunki szkolne. Rzeczywistosc jest nieco bardziej skomplikowana, bo:

    Mimo że wzór na drogę hamowania nie uwzględnia masy pojazdu, to jednak jest to parametr decydujący o jej długości. Im większa jest masa samochodu, tym bardziej obciążony zostaje układ hamulcowy, szczególnie ten znajdujący się jego na przedniej osi. Wzrost masy powoduje, że przednie tarcze i klocki muszą wykonać większą pracę by zatrzymać auto, przez co ulegają szybszemu rozgrzaniu. Jeśli nie zostaną w odpowiednim czasie schłodzone mogą ulec przegrzaniu, czego efektem jest tzw. „miękki” pedał hamulca

    Im większa masa, tym wieksza praca musi zostac wykonana zeby wyhamowac dany obiekt, do tego potem dochdza parametry takie jak tarcie. I dlatego droga hamowania skladu pociagu, ktory ma kilkadziesiat wagonow po kilka ton kazdy, jest taka dluga – bo współczynnik tarcia (szyny i kola) jest na tyle niewielki, ze calkowite zatrzymanie kół powoduje dalsze sunięcie sie po szynach ogromnej masy.
    Z ciężarówkami jest podobnie: W wysokich gorach, przy dlugich zjazdach w dol sa specjalne miejsca do wyhamowywania ciagnikow siodlowych: pas z boku drogi wysypany zwirem i wnoszacy sie ostro pod gore. Sa one po to, zeby zatrzymac ciezarowke ktorej przegrzeja sie hamulce (lub zawioda w inny sposob).

    Natomiast przynajmniej w USA ciągniki siodłowe faktycznie maja mniejszy udzial w liczbie powodowanych wypadkow – przepisy dotyczace ich poruszania sie, wymagania stawiane kierowcom no i przede wszystkim potem problemy z firma, ubezpieczeniem i cala reszta powoduja, ze kierowcy wielkich ciezarowek naprawd jezdza bardzo uwaznie, nie przekraczaja ograniczen i stosuja sie do wszelkaich przepisow.

  58. Wojtek inzynier:
    po polskich drogach nie jezdzilam, wiec sie nie bede wypowiadac. Natomiast w USA nie spotkalam sie z takim czyms zeby kierowca trucka zmienial pas bez patrzenia w lusterko.
    NATOMIAST nie wiem czy wiesz, jak wielki blind spot maja osiemnastokolowce. Ogromny. Rozsadny kierowca o tym wie i zasadniczo na austostradzie nie bedzie jechal w tymze blind spot – dla wlasnego bezpieczenstwa.
    W USA zreszta ciezarówki sa ograniczone do prawego pasa na ogol i wyprzedzaja tylko wtedy, kiedy musza (np. ktos sie wlecze prawym pasem 55 mph).

  59. nie wdajac sie w sedno dyskusji ( miec/byc) stwierdze ze istotnie jedna droga ktora jechalem w Polsce (uutostrada a2) byla znakomitej jakosci – nowiutki asfalt ladnie sporofilowane zakrety . Co z tego jednak jak co kilkanascie(?) kiometrow trzeba sie zatrzymac i stac w kolejce do zaplaty gotwka :)

    O innych drogach z uprzejmosci nie wspomne…

  60. @andsol
    „Droga hamowania dla ciężarówki z naczepą i ładunkiem z prędkości 80 km/h to około 150 m”
    Pierwszy link z googla:
    http://www.szkola-jazdy.pl/artykuly/single/id/1544

    Mój samochód potrzebuje na to około 20 m maks, ale i tak jadę tam maks 60 kmh by zatrzymać się znacznie szybciej. I czuję oddech sciekłego tirowca na plecach. A gdy możliwy jest ruch pieszych, jadę tyle ile można czyli 50 kmh. Wtedy TIRy migają długimi.

    Obawiam się, że choć wykazujesz godną pochwały chęć szukania źródeł naukowych, nie czujesz w ogóle fizyki jazdy. Nie rozumiem po co drążysz temat – ja nie analizuję krytycznie Twoich wierszy, bo ten temat jest dla mnie równie obcy jak Tobie jazda samochodem. Ja opowiadam o moich doświadczeniach/ewentualnie o rzeczach przczytanych.
    Mogę dodać jeszcze ten tekst:
    http://wyborcza.pl/1,95891,6828746,Morderca_jest_kims_innym__niz_to_opisuja_media.html

    I oczywiście zgadzam się, że wielu szybkich kierowców to przy okazji zabójcy (czasem niedoszli), jak chociażby Frog z Warszawy. Ale ja piszę o sobie i jestem wolniejszy w mieście/na skrzyżowaniach niż większość ruchu, także tych kierowców, którzy autostradami jeżdzą 110 kmh lewym pasem w piękny słoneczny dzień (za to po miastach jeżdzą ponad 80 kmh).

    Ci sami znajomi/koledzy/rodzina, którzy oburzają się na mnie jak mogę latać z rodziną na wakacje z prędkościami średnimi dla nich szokujący, łapią mandaty 500 zł za wyprzedzanie na przejściu dla pieszych (a przecież nikt nie przechodził akurat)/przekraczanie prędkości.

    Pod jednym z filmów Polskie Drogi wdałem się w polemikę z kolesiem, który uważał, że hamowanie przed przejściem dla pieszych powoduje stłuczki, bo nikt tego się nie spodziewa…

  61. Wojtek inzynier – Twoje opisy jak widzisz swoje sukcesy życiowe pozwalają mieć pewne pojęcie o tym kim jesteś, jak jeździsz i jak w życiu zachowujesz się. Ale ja przecież Ci nie sekunduję w opisach kim ja jestem, i w ciągu 20 lat obecności w Sieci nigdy tego nie robiłem, więc Twoja uwaga „nie czujesz w ogóle fizyki jazdy” nie jest oparta na wiedzy o mnie, której przecież nie posiadasz. (W całej sekwencji wywodów przedkładasz mówienie o swoich doświadczeniach niż rozmowę o problemach – z sugestiami, że masz coś, czego inni nie mają). Ponieważ ciąg dalszy takich rozmów z Rodakami znam, pozwolę sobie w tym momencie grzecznie się ukłonić i odejść.

  62. @andsol
    ewidentnie bardziej ubodły Cię oba linki powyżej, które dałem bo poprosiłeś (czyli inne argumenty niż moje doświadczenie – przeczytałeś choćby tekst z wyborczej?). Bo nie zgadzają się z Twoją tezą.
    W sumie straciłem czas, myślałem że to dyskusja na argumenty, a nie przekonania. Trzeba było o tym uprzedzić, tych minut nie odda nikt.

  63. „cywilizacja” internetu:

    http://time.com/4457110/internet-trolls/?xid=homepage&pcd=hp-magmod

    nic odkrywczego…


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Kategorie

%d bloggers like this: