Napisane przez: futrzak | 26 marca 2014

Co warto (ponoć) zobaczyć w LA

No właśnie. Nie powiedziałabym nic, gdyby nie tytuł. Ale jeśli ktoś mieni się być podroznikiem, zaczyna relacje od „Co warto zobaczyc w LA” – to az palec świerzbi.
W związku z tym poniżej bedą moje wyjątkowo zlośliwe, kąśliwe i zgryźliwe komentarze. Dodam od siebie, ze ja sama nie jestem miłośnikiem tego miasta i za żadne skarby świata….no…. tutaj przesada: za zarobki pół miliona, bądź wiecej rocznie, mogłabym tam mieszkać :)
Wrażliwe sarenki oraz turystów wrażliwych na sarenki uprasza się o dalsze nie czytanie :)

Przyzwyczajeni do nowojorskich standardów, że wszędzie można „złapać” wifi wyciągnęliśmy laptopa i zaczęliśmy szukać zasięgu. I tu pojawił się problem, musieliśmy jechać specjalnie do Downtown, żeby złapać jakikolwiek sygnał. Kafejki internetowe? Zapomnij.

Coż. Wszystko zalezy, w jakiej dzielnicy się wyląduje. Metropolitan area LA jest ogromne i jak wyladuje sie w gównianej z przeproszeniem dzielnicy to w istocie – wyjatkowo tam paskudnie i ch*wo. I internetsów, faktycznie, niet na zawolanie, zwlaszcza niezahasłowanych. Oczywiscie, kafejek internetowych tez nie – bo z jakiej racji ktos mialby zawracac sobie gitare takim biznesem, skoro kazdy ma w domu, a jak nie ma, to idzie do w miare porzadnej knajpy/restauracji/starbucksa etc. i tam ma za darmo? Tylko trzeba, prawdaz, usiąść, coś zamówic i poprosić o hasło…

To dalej USA, ale większość osób używa tu języka hiszpańskiego i jak się dowiedzieliśmy wkrótce (za 5 – 10 lat) mieszkańcy LA będą chcieli by język hiszpański stał się głównym językiem w tym stanie

Ciekawa jestem, kto tez im takich pierdół nagadał. Chcieć to oni sobie mogą – rzeczywistość to inna sprawa. Poza tym byłam i nie zauwazylam, zeby _wiekoszosc_ uzywala hiszpanskiego. No ale inna sprawa, ze nie mieszkalam, ani nie spędzałam czasu w dzielnicach/gettach zamieszkalych przez latynosów. Tam pewnie to zdanie będzie prawdziwe.

Już pierwszej nocy zobaczyliśmy słynne pościgi policyjne. Akurat niedaleko nas policja szukała jakiegoś zbiega. Wszędzie było pełno policji, dodatkowo nad obszarem poszukiwań latał policyjny śmigłowiec, który oświetlał różne zaułki. Akcja zupełnie jak w filmie i jedno z ciekawszych przeżyć.
W Los Angeles takie sytuacje są całkiem normalne. Przestępczość jest tu na wysokim poziomie.

Blah, blah blah. LA jak kazda wielka metropolia w USA ma swoje lepsze i gorsze dzielnice. W tych gorszych jest tak, jak powyzej. Ale wystarczy pojechac w lepsze rejony – Beverly Hills, i nic takiego nie ma tam miejsca. Autorzy wychwalaja San Francisco – a tam tez sa dzielnice z duza przestepczoscia i gangi i inne tego typu przyjemnostki – stosownie do skali. Ze po ulicach łażą bezdomni i umysłowo chorzy? A w innych miastach nie łażą? Zalezy chyba tylko od skutecznosci miejscowej policji i energii w przeganianiu bezdomnych skąd się da.

Co do poruszania się po mieście – przed przyjazdem wszyscy ostrzegali nas przed tym, że tu każdy ma samochód i że bez niego nie damy sobie rady. Oczywiście dawaliśmy sobie radę i to całkiem dobrze. Metro nie jest tu jakoś szalenie rozwinięte, ale np. z Downtown do Hollywood dojeżdża się w 20 minut. Zdecydowanie częściej poruszaliśmy się autobusami, których jest tu znacznie więcej.

I byc moze to, oraz fakt pomieszkiwania w latynoskiej dzielnicy wyjasniaja, czemu to miasto wydawalo sie autorom takie straszne. Ja za powszechnymi rozrywkami nie przepadam, ale jestem w stanie przyjąć, ze dla wielu ludzi zainteresowanych filmem i jego historia wycieczka do Universal Studios, muzeum of Jurasic Technology, LACMA, objazd po wzgórzach Beverly Hills czy Disneyland moze byc interesujacy. Tylko, ze te rozrywki kosztuja. Podobnie jak wyprawa po klubach nocnych i innych takich przybytkach. Ja nie gustuje – ale znów, są ludzie co sobie chwalą.
Jedno trzeba przyznac: LA to nie jest miasto dla biednych backpakersów pomykających wszędzie na piechotę albo autobusem.
Mnie na przyklad z calego miasta najbardziej podobał się Desert Garden i Botanical Garden – no ale tam trzeba sie dostać.
Podzielam zdanie autorów odnośnie wizyty w obserwatorium – ale już nie zachwytu nad plażami LA. Ok, Santa Monica czy Venice Beach mogą być dla kogos spoza Kalifornii ciekawym zjawiskiem socjologicznym, oraz oczywiscie upragnionym piaskiem i słoncem – ale to by bylo na tyle.

Jak juz powyzej pisalam – ja sama LA nie lubię, uważam, ze Połnocna Kalifornia jest znacznie lepsza do zycia i mieszkania. Niemniej, pisząc relacje pt. „Co warto zobaczyć w X” starałabym się być bardziej i doinformowana i obiektywna. Czym innym jest moje własne prywatne zdanie – ktore np. odnośnie Las Vegas brzmi „stolica kiczu i hazardu, nic ciekawego” a czym innym jakiś opis dla jakiejś gazety/portalu. W tym drugim wypadku niewątpliwie zaczęłabym od czegoś w stylu „Las Vegas napewno nie jest dla każdego bo..”. Bo że nie dla mnie, to nie znaczy, ze nie dla wszystkich. Bo znam masę ludzi, którzy tam z chęcią wracają i oddają sie z lubością hazardowi, nurzaniu w tej poetyce kiczu, która dla nich wiąże się ze wspomnieniami z dzieciństwa etc.

Podobne odczucia ludzie mają odwiedzając Hollywood. Dla jednych to mekka, wiążąca się z określonymi zdarzeniami, historią, i wspomnieniami, a dla innych krzykliwy kicz i pretensjonalność…Jedni będą się podniecać widokiem Statue of Liberty w NYC albo głaskaniem jaj metalowemu bykowi z okolic Wall Street – a inni wyłupiać oczy na Alei Gwiazd czy zachwycać spacerem po butikach i restauracjach Rodeo Drive.

Różny jest ten świat i tylko zadziwia mnie, że ludzie mieniący się być „podróżnikami” tak często mają skrajnie subiektywne, zawężone i z brakiem informacji pole widzenia. Tak właśnie rodzą się stereotypy…

PS: tutaj tekst nad którym się znęcałam.

Advertisements

Responses

  1. I to mi się u ciebie podoba- zgryźliwość i uszczypliwość w pozytywnym kontekście.Zazdroszczę ci tego ,że masz odwagę wprost mówić o tym co uważasz za debilne. Masz rację, absolutną. Takie wyssane z kontekstu historyjki nie oddają całości obrazu. Żeby móc coś prawdziwego powiedzieć o danym miejscu trzeba w nim naprawdę pomieszkać, a nie tylko zwiedzić na zasadzie „w trzy dni dookoła świata” a potem mieszać ludziom w głowach podróżniczymi informacjami o dupę rozbić, nie sprawdzonymi, nie przeżytymi i nie przetrawionymi kilkakrotnie.Najpowszechniejszym hasłem na moich dziennikarskich studiach było: „zawsze ,ale to zawsze zaczynaj od źródła” i wiesz co? Teraz dopiero zaczynam rozumieć jego znaczenie i wielką prawdę w nim zawartą….

  2. No coz, jaki kraj, taki poziom „dziennikarstwa”. Pierdoly w koncu sie lepiej sprzedaja niz wiedza/fakty/prawda.

  3. @Basia:
    otoz to.

    @monsun:
    niestety :-/
    Smutne jedynie to, ze wlasnie takie cos powtórzone x razy staje się potem stereotypem dla ludzi, ktorzy nigdy na miejscu nie byli…

  4. „LA jest ma mocno wykreowany wizerunek przez media, który nie do końca pokrywa się z rzeczywistością.”

    A niby ich relacja pokrywa sie z rzeczywistoscia? LOL. Bo nic wiecej powiedziec sie tu nie da.

    Mieszkalam w LA przez dwa lata, ale chyba najwyrazniej w jakims innym LA.


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Kategorie

%d blogerów lubi to: