Posted by: futrzak | czerwiec 24, 2008

Lód

Powiesc rzeka, powiesc monumentalna.
Dukaj zafascynowal sie historia, filozofia dziejow i logika. Tematy te ma (na ile moge powiedziec, nie tykajac fizyki, bo na owej sie nie znam) opanowane niemalze do perfekcji, podobniez jak obserwacje psychologiczne.

To dla owych rozwazan i koncepcji historii, lodu i czym wlasciwie jest prawda, klamstwo czy jestesmy czy nie, przeczytalam owa ksiazke.

Osobiscie (wbrew opinion krytykow) sadze, ze znajslabszym punktem tejze powiesci-rzeki byla akcja wlasnie. Na poczatku rozwijajaca sie niemrawo, rwaca wrecz i przechodzaca w nude zwlaszcza pod koniec podrozy transsibem i jakis czas po.
No ale, czytajac Tolstoja mozna zanudzic sie jeszcze bardziej :) , niektorzy twierdza tez, ze Solaris Lema albo Pokoj na Ziemi rowniez niestrawny.

Na pohybel im.
Wlasciwie teraz moge od nowa zaczac czytac, zwracajac bardziej uwage na szczegoly.

Posted by: futrzak | czerwiec 22, 2008

Wrocilam

Zdjecia tu, opis bedzie pozniej ;)

********
Dzien pierwszy.
Cudem chyba udalo sie wszystkim zdazyc na czas przyjazdu shuttle a potem do samolotu. Kiedys bylam taka sama, ale dzis wkurwia mnie, ze pol grupy co 10 minut musi leciec i KONIECZNIE zapalic bo jak nie to zdechna.
Po wyladowaniu samolotu na Long Beach to samo: polgodzinna sesja palenia, bo co jeden skonczy, to drugi zaczyna i tak w kolko.
Dojazd do dokow taksowka, oplata ustalona z gory, $27. Musielismy czekac w dosc duzej kolejce, bo jeszcze nie wpuszczali na poklad.
Terminal przypominal wielka banie ucieta w pol, w srodku ogromne przestrzenie i linie wytyczone sznurkiem, zeby jakos upchnac tlum 2500 ludzi. Na szczescie nie wszyscy zwalili sie na raz.
Do wejscia na poklad potrzebny byl numer rezerwacji bilietu, paszport, wiza (dla tych co nie sa obywatelami i nie maja stalego pobytu) oraz karta kredytowa. Potem dostawalo sie kawalek plastiku z nazwa statku i miejsca obiadowego, karta sluzyla w zasadzie jako karta kredytowa. Do dzis nie wiem czemu tak.
Po drodze zatrzymano nas dwa razy w celu zrobienia “pamiatkowych” zdjec, lamerskich strasznie, z palemkami i innymi pierdolami w tle. Ogladalam je potem, wyszly beznadziejnie ale widocznie ktos to kupuje potem placac 15 dolcow za jedno zdjecie…

Do kabin nie moglismy jeszcze wejsc, dopiero o 16.00, zaczeli jednak podawac lunch w poludnie. Nie powiem, zarcie calkiem dobre, wymyslne, niestety niedietetyczne. Mieli bar salatkowy, ale przeciez nie najem sie sama salata, pomidorem i ogorkiem. Zjadlam wiec pare innych rzeczy, potwornie tlustych, a pozniej zaczelo sie rozwolnienie, ktore towarzyszylo mi juz do konca wycieczki…

obiad serwowano o 20.15, po rozlokowaniu sie w kabinach i obmyciu towarzystwo poszlo na dziesiaty poklad, gdzie miescil sie basen a obok basenu wydzielone miejsce dla palacych i bar. Utkneli tam na pare godzin, ja chcac nie chcac razem z nimi. Odtad bylo to ulubione miejsce spotkan calej grupy i nasiadowek, ochrzczone oczywiscie Okraglym Stolem na Wyjezdzie.
Po obiedzie odmaszerowalam do pokoju, poczytac w spokoju ksiazke a reszta towarzystwa, z wyjatkiem dwoch osob, poszla dalej chlac oraz oddawac sie hazardowi.

Luby wrocil do pokoju o piatej nad ranem, pijany w trzy dupy.

************
Dzien drugi
Mial byc przystanku na wyspie Katalina. Umowiona godzina dziesiata oczywiscie nie wypalila, towarzystwo niewyspane i nachlane bowiem nie ponioslo dupy z wyra prze 14.00, ja jednak koniecznie chcialam udac sie na wyspe i szantazem niemalze sciagnelam Lubego z wyra i poplynelismy mala lodzia motorowa na brzeg.

Miasteczko jak miasteczko, widac na zdjeciach, ze zyje w zasadzie wylacznie z turystow. Pieknie tam, ale jesli ktos nie przyjechal z zamiarem obejscia wyspy dokookola albo nurkowania czy tez zeglowania, to bedzie sie nudzil, bo zadnych innych atrakcji nie ma.
Chcialam wypozyczyc rowery i objechac troche wyspe, Luby jednak kategorycznie odmowil wymawiajac sie kacem. Pochodzilismy wiec tylko troche po glownej ulicy, zjedli quesadille, wypili margarite i wrocili spowrotem na statek.

Towrzystwo wygrzebalo sie na nogi o godzinie pietnastej, zjadlo lunch poczem poszli chlac znowu. Potem obiad, chlanie, stand-up comedy show, calkiem niezly zreszta; ja do kabiny poczytac i isc spac, reszta towarzystwa znow do kasyna i kontynuowac chlanie.

************
Dzien trzeci.
Ensenada. Uradzono udac sie na brzeg cala grupa i to byl, przynajmniej moim zdaniem, blad.
Oczywiscie zanim sie towarzystwo zebralo byla godzina druga po poludniu. Statek przycumowal do doku i nie musielismy czekac na motorowke. Po zejsciu na lad Meksyku nikt nie chcial od nas paszportow ani tez nie kontrolowal. Bardzo przyjemnie :). Normalne panstwo, a nie panstwo policyjne USA.

samo miasto, co widac na zdjeciach, jest dosc niewielkie. Bardzo malownicze, domy rozciagaja sie na okolicznych wzgorzach, calkiem zadbane, chociaz na ulicach calkiem sporo roznnego rodzaju zebrakow (najczesciej indianki z malymi dziecmi) oraz biedakow sprzedajacych standardowy turystyczny szajs.

Chodzenie w grupie okazalo sie nieszczesciem, bo przejscie stu metrow zajmowalo godzine. Jeden wstapil tu, drugi tam, trzeci chcial piwa. Osiagniecie zgody w temacie w ktorym barze sie zatrzymujemy zajelo prawie godzine :(
Bylam bliska zwariowania. Na szczescie wysmienite jedzenie - ceviche, tacos i margarity wynagrodzily mi trudy :)
Bar mial na drugim pietrze otwarte patio (vide zdjecia) i widok na trzy strony swiata. Grali tez niesmiertelnego Boba Marleya. Zyc nie umierac, chcialam tam zostac ale towarzystwo uparlo sie isc do innego baru. Jeden z nich, najbardziej zreszta upierdliwy, zapragnal absyntu.

I tak do wieczora. Od baru do baru, w koncu szlag mnie trafil i stwierdzilam, ze wracam na statek. Zdazylismyy z Rainerem na obiad i bardzo dobrze :)

Alkohol: dosc drogi. Butelka Corony, Samuel Adams czy Heinekena 6 dolcow. Kieliszek wina Cabernet (podlej jakosci) 7 dolcow. Margarita - siedem i pol. Zamowilam jedna i zrezygnowalam z dalszych, bo oczywiscie robiona z gtowego “margarita mix”, ktory to mix jest wyjatkowo syfiasty i nafaszerowany chemia.
Zamowilam sobie raz drinka “cruise special” i byl to blad. Sam drink owszem calkiem dobry, jakies likiery i rumy pomieszane, ale… nieco zdebialam jak pani podala rachunek do podpisania: dziewiec i pol dolara. Z tego drink w promocji $2.5 a “pamiatkowa szklanka” plastikowa oczywiscie, bo wszystko w plastikach serwowali, $7. Drobnostka, szkoda tylko, ze barmanka wczesniej mnie nie uprzedzila. Zamowilabym sobie w normalnej szklance i zaplacila dwa i pol dolara tylko…

Dzien skonczyl sie jak zwykle zwalka reszty towarzystwa, ja kolo polnocy odmaszerowalam do kabiny.

************
Dzien czwarty
Powrot. Statek prol po falach spowrotem do Long Beach a ja stwierdzilam ze dosc juz mam przesiadywania z towarzystwem, wachania dymu z papierosow i gadania o niczym. Wzielam ksiazke i poszlam poszukac jakiegos zacisznego kata. Nie bylo to latwe, bo w koncu dwa i pol tysiaca luda gdzies sie pomiescic musialo, ale.
Dopadlam cichych lezaczkow na pokladzie osmym, zaraz za rufa. Przynajmniej bahory tam nie lataly i nie wrzeszczaly. Bylo ich pelno w okolicach basenu i z tego powodu wlazlam do wody tylko raz, pod wieczor.
Pilnowalam sie bardzo, zeby zlazic ze slonca, nieskutecznie jednak bo pod wieczor przy obiedzie ledwo zalozylam sukienke na piekacy dekolt i nogi. Aaaaaa!

Towarzystwo z atrakcji dnia zaliczylo gre w mini golfa na najnizszym pokladzie, ja sie wykrecilam spalona skora i po obiedzie, ktory zwykle przeciagal sie do dziesiatej, poszlam do kabiny poczytac ksiazke :)))

Nastepnego dnia trzeba bylo rano wstac i wymeldowac sie ze statku.
Stanie w kolejkach przy odprawie celnej, potem na lotnisku okazalo sie, ze zepsul sie nasz samolot… zanim podstawili nastepny minely trzy godziny, upal potworny, kolejka do kontroli security szla przez plyte lotniska, chyba z piecdziesiat stopni tam wtedy bylo…
Do domu dotarlismy juz dobrze po siodmej i nic mi sie nie chcialo oprocz pojscia spac…

*****************
Podsumowanie.
To byla moja pierwsza i ostatnia podroz typu “cruise”. Nie bylo zle, nie powiem, sa ludzie ktorzy to uwielbiaja i wracaja co roku…. jednak ja nie. Wole bardziej aktywny wypoczynek, kiedy sie cos dzieje, chodze, wspinam sie, zwiedzam, ogladam nowe krajobrazy….no i nie musze przebywac non-stop w dzikim tlumie.
Dla kogos, kto ma nature cmy barowej taka wycieczka jawi sie bardzo atrakcyjna jednak. Zarcie pod bokiem, alkoholu w brod (o ile ktos nie cierpi na skapstwo), tu bar z pianinkiem i muzyka na zywo, tam kasyno, tu wystawa sztuki, sklepy, jakies aukcje…

Ta… i przez te 4 dni rejsu przybylo mi dwa funty. Tia….
Nie dalo sie jednak inczej. Sniadanie na przyklad bylo typowym amerykanskim sniadaniem, czyli:
tosty, tosty francuskie, pancakes, omlety, szynka, jajka na bekonie, kielbaski, wsyzstko ociekajace tluszczem oczywiscie…dla dietetykow dwa rodzaje brei owsiankowej, banan albo kantalupa i finito. Cos jesc musialam…

Posted by: futrzak | czerwiec 16, 2008

Godzina zero zbliza sie

do wyjazdu.
O 7 rano super shuttle, ktore zawiezie nas na lotnisko. Kosztuje toto $75 z Mountain View do San Jose airport. Biorac pod uwage, ze koszta dziela sie na siedem osob to tanio. Parking na tydzien na dwa samochody kosztowalby znacznie wiecej.

Ceny za podroz cruise sa zwodnicze. Niby jest wszystko “all inclusive” ale z wyjatkiem alkoholu. Ten zas bedzie pewnie kosztowal majatek, oczywiscie na stronach Carnival czegos takiego jak cennik nie ma, o nie, zeby sie ludzie nie pooprzestraszali.
Oczywiscie, swojego alkoholu na poklad wnosic nie mozna.

W czasie 4 dni rejsu jest przewidzianych wiele dodatkowych atrakcji, na przyklad wycieczka quadami do winnic w okolicach Ensenady. Oczywiscie, dodatkowo platne.
Wszystkie zdjecia zrobione na pokladzie cruise nie moga byc wykorzystane w zadnych celach komercyjnych; zdjecia zrobione przez pracownikow linii Carnival za to moga byc przez nich dowolnie wykorzystane.

Jesli sie ktos nie zgadza, biletu nie kupi i na poklad wpuszczon nie bedzie.

Dostep wi-fi do Internetu reklamuja sie, ze maja, ale oczywiscie dodatkowo platny. Znajac zreszta rzeczywistosc, to bedzie bardziej brak dostepu niz dostep.

Nie biore wobec tego komputera, relacja z podrozy i zdjecia ukaza sie dopiero po powrocie :)

Na pokladzie nie ma zadnego obrotu gotowka ani placenia kartami kredytowymi. Zorganizowali to tak, ze w momencie check-in trzeba im podac numer karty kredytowej. Po wejsciu na poklad otrzymuje sie specjalna karte, ktora bedzie sie placic za wszystkie dodatkowe atrakcje.

Posted by: futrzak | czerwiec 13, 2008

Kotom nie zawsze sie udaje

Posted by: futrzak | czerwiec 11, 2008

Z doniesien od znajomych

Bo to Polska wlasnie.
Dyrektor dzialu jednego z najwiekszych portali internetowych (informacyjnych hehe) w Polsce nie zna angielskiego. To jeszcze daloby sie jakos przebolec, bo firma organizowala kurs w/w jezyka dla pracownikow, Derehtor jednak zrezygnowal: musialby siedziec na tym samym lektoracie z wlasnymi podwladnymi….

PS: dawno nie bylo zdjec, to sa: Japanese Tea Garden, jak ktos lubi takie klimaty. Ja lubie.

Posted by: futrzak | czerwiec 10, 2008

Wracajac do cenzury

bardzo to irytujace jest, ze nie da sie ludziom powiedziec wprost tego, co sie o nich mysli.

Bo sie obraza. Bo oni sa inni, bo widza to inaczej. Na mur beton jednak sie obraza, nawet jesli bedziemy krytykowac zachowania i mowic o tym, co sami czujemy, a nie robic negatywne przytyki ad personam.

Jak przetlumaczyc, ze “ale glupote palnales” dotyczy tejze glupoty i jest ok, bo kazdy ma szanse nauczyc sie na wlasnych bledach i nie rowna sie zdaniu “jestes glupi”?

Wpienia mnie, ze kultura nasza naklada na ludzi ograniczenia typu “oh alez to rodzice no po co bedziesz im mowic takie rzeczy, lepiej przemilczec” i to w sytuacji, kiedy robia cos, co nas rani albo uprawiaja umiejszctwo pelna geba.
O tesciach w tym kontekscie juz nawet nie wspomne.

Cala rodzina obrazi sie nie na osobe ktora “zawinila” tj. zachowala sie niepieknie ale na ta, ktora powie glosno, ze zachowanie niepiekne. zamiesc pod dywan i udawac, ze wszystko jest ok w imie “nie bedizemy prac starych brudow (albo swierzych)”. Ten kto poruszy temat jest frajer, wylamal sie i nalezy go ukarac.

Co za hipokryzja.

Hm….

Po namysle: reakcja w postaci obrazenia sie to pryszcz. Najgorzej, jak reakcja jest placz i memlanie “oh jak moglas mi to zrobic” “ty potworze” i inne takie reakcje majace w nas wywolac poczucie winy. POCZUCIE WINY W KIMS KTO WCALE NIE ZAWINIL.

Ja przynajmniej dostaje furii.

Ale nic to. Juz mi troche przeszlo :)
Jeszcze tylko 4 dni i urlopik. Bede przy basenie, pod parasoleczka saczyc margarite serwowana przez przystojnego kelnera oraz obserwowac blyski slonca na falach oceanu :)

Brzmi ckliwo ochydnie, prawda? Ale za to jak milo sie wykonuje :)

Posted by: futrzak | czerwiec 10, 2008

Znowu

doszlam do punktu, w ktorym bylam ze starym blogiem pare lat temu. Albo zahaslowac, albo sie przeniesc, albo kontynuowac z autocenzura.

Zadne z tych wyjsc nie jest zbyt dobre, z drugiej strony jednak zbyt wiele osobzna/znalazlo ten adres.

Hm.

Hm….

Posted by: futrzak | czerwiec 9, 2008

Korporacyjne idiotyzmy - ciag dalszy

Testuje jedna feature, jako ze nie pierwszy raz i wiem co robie, to zajmuje mi 5 minut.

Za to:
- update arkusza, gdzie trzeba odnotowac poczynione “postepy” - 10 min (zakladajac, ze nikt przez przypadek nie wykonal “lock” na tym arkuszu);
- update “oficjalnego” websajtu gdzie zarzadzajacy projektem zagladaja - 15 min (zakladajac, ze to gowno straszne znowu sie nie zwiesi i wgra wszystko co trzeba);
- update istniejacych test cases - 10 min.;
- wytlumaczenie Nowej o co chodzi - 30 min.

To sie kurwa nazywa genialna wydajnosc pracy a co.
Potem sie szef przypierdala a na co mi tyle czasu trzeba. Jak wyliczam i mowie ze ja z checia zrezygnuje z niepotrzebnych czynnosci, to sie krzywi.

Nigdy nie zrozumie, bo on sam tego nie robi i wydaje mu sie, ze calosc w/w czynnosci bedzie w sumie trwala 5 min. Na uwagi ze ja moge sie zajac poszukaniem, instalacja i wdrozeniem porzadnego test case tracking and repository odburkuje ze nam nie trzeba.

Glupi cwok. Dodam, ze szef moj przeprowadza tzw. “new hire” szkolenie. Tak przeprowadza, ze mnie potem 3 razy wiecej czasu zajmuje wytlumaczenie i odkrecenie jego bledow. Poniewaz po poprzednim szkoleniu nie naniosl moich uwag poprawiajacych bledy merytoryczne, to dalam sobie spokoj.

Posted by: futrzak | czerwiec 6, 2008

….

Czytam takie cos i zastanawiam sie, dlaczego ta kobieta nie zglosila sie na policje wczesniej?

Dlaczego generalnie kobiety pozwalaja na to, zeby znecano sie nad nimi fizycznie i psychicznie?

Posted by: futrzak | czerwiec 5, 2008

Z czego smieja sie Amerykanie

na przyklad z tego

albo z tego :)))

Ubawilam sie niezle :)))

Posted by: futrzak | czerwiec 5, 2008

Strzelanie

podejscie pierwsze.

Nawet nie bylo najgorzej. Ruger kaliber 22 okazal sie latwy w obsludze i wlasciwie bez odrzutu. Na 10 wystrzelonych kul (3/4 dystansu, cel w ksztalcie czlowieka) osiem trafilo w dziesiatke a dwie w osemke.

Nastepnym razem sproboje wiekszy kaliber :)

Posted by: futrzak | czerwiec 3, 2008

Dalam sie namowic

na pojscie na strzelnice. Na poczatek zaczelam od lekcji (darmowe tu sa) dwugodzinnej na temat budowy roznej broni palnej i obchodzenia sie z nia, co bylo polaczone z demonstracja.
Dzieki temu wiem juz, ze raczej rewolweru do strzelania sobie nie pozycze ;) - za bardzo upierdliwy. Napewno chce semi-automatic double action only, wydaje mi sie ze dalabym sobie rade z kalibrem 22.

Nic, zobaczymy. Kiedys daaaawno wieki cale temu, w Polsce jeszcze, strzelalam z kalasznikowa ale to sie zupelnie nie liczy, bo z pozycji lezacej i z podporkami. W ten sposob znacznie latwiej niz z pozycjji stojacej zwyklym malym polautomatycznym pistoletem ;).

Posted by: futrzak | czerwiec 2, 2008

Weekend pod znakiem imprez

Najpierw w piatek, w ulubionej knajpie, potem w sobote - urodziny trzech znajomych, pod haslem slodkie lata 80-te.
Solenizanci wpadli na pomysl zrobienia tablicy-billboardu ze zdjeciami ludzikow z lat osiemdziesiatych. Na poczatku uwazalam, ze to kiepski pomysl.. ale okazal sie bombowy. Ubaw nieziemski z ogladania zdjec z tamtych lat i obserwowania, jak sie ludzie zmienili… eh.

Te afro, getry, obcisle rajtuzy i spodnie pumpy :))) cos pieknego po prostu :)))

Poza tym w miedzyczasie udalam sie z lubym na zakupy dzinsow. Porazka, jak zwykle.
Znalazlam 2 pary nadajace sie, ale w Macy’s i stwierdzilam ze dwustu dolarow za jedna to nie zaplace. Na mozg mi jeszcze nie padlo.
Sknczylam w GAPie przymierzajac narecze roznych fasonow i rozmiarow, z czego jeden sie nadajacy i oczywiscie mojego rozmiaru juz nie mieli. Wzielam nieco wiekszy, w efekcie czego wygladam nieco baloniasto, bo portki w dupie i udach za szerokie, ale coz. W czyms chodzic musze :(

Doprawdy, cholery mozna dostac.

Posted by: futrzak | maj 30, 2008

Burdel i cyrk na kolkach

Cos mi sie zdaje, ze na najblizsze miesiace moglabym smialo przemianowac moj blog na “glupoty korporacji - przyklady z zycia wziete”.
Bo co dzien, to lepiej, nieprawdaz.

Dzisiejsza historia zaczyna sie tak:
produkt, ktory testowalam przez ostatnie pare miesiecy wreszcie zostal wypuszczony do klienta. Jest to aplikacja, ktora pozwala wystawic na aukcje dowolne auto, cos jak ebay motors, tyle ze sprzedajacym i kupujacym sa tylko i wylacznie dealerzy samochodow.

Ta aplikacja w odroznieniu od starych miala jedna feature: mianowicie na stronie domowej pokazywala jak wol wszystkie niezaplacone faktury, podawala laczna cene, mozna bylo se fakturke wydrukowac i co miesiac ludziki dostawaly emaila z zawiadomieniem, ile zalegaja.

I zaczela sie jazda. Jak dealery zobaczyly, to sie wsciekly. Dalej wydzwaniac, ze oni nam nie wisza z pieniedzmi, ze to jakas pomylka, skandal i tak dalej.

Problem w tym, ze niestety rachunki sa prawidlowe. Po prostu sales representatives uznaniowo sobie przez telefon mowili ze ah oh w ramach srutytuty zwalniamy pana od oplat za umieszczenie samochodu na naszej aukcji.. a potem tych danych nie wprowadzali do systemu. Nie bylo tez mechanizmu egzekwowania naleznosci. Piekne, nie?

Ale najlepsze jest to: jak firma planuje sobie poradzic z problemem? Otoz tadaaaaam. Po pierwsze, usunac ta feature z produktu. Po drugie: potem sie bedziemy martwic.

Tak wiec dzis bede owego patcha testowac.

Normalnie kurwa dom wariatow.

Posted by: futrzak | maj 29, 2008

Najgorzej maja ci, ktorzy daja sobie wejsc na glowe

bo jak pisal Sartre (i wielu przed nim wszak) jestesmy wolni na tyle, na ile sami chcemy byc.

Wiem, wiem, wiekszosc ludzi zaraz skoczy mi na glowe ze strasznymi historiami i opluje “no jak to a…”.

Prawda jednak taka, ze na otoczenie nie mamy wplywu albo mamy wplyw minimalny, za to mamy wplyw na samych siebie i na to, jak reagujemy na bodzce zewnetrzne.

Ot taki przyklad z roboty. Rozmawiam z kumplem, ktory niedawno przeniosl sie z dzialu qa do programistow. Mlody jest, to jego pierwsza wieksza praca w zawodzie. Przejmowal obowiazki po dziewczynie, ktora jest “senior” (ta…. jak ona senior programmer to ja baletnica) i idzie na 3 miesiace na maciezynski.
Zrzucila mu na glowe cala mase zaleglych spraw w tym kilkanascie skryptow, ktore teoretycznie dzialaly. Okazalo sie, ze nie dzialaly i nie mialy prawa dzialac, bo podprogramy, ktorych uzyla, byly po prostu nigdy nie zainstalowane na serwerze, uparcie jednak twierdzila ze to powinno dzialac. Kumpel usilowac uruchomic poczem wkleil do maila zrzute z ekranu z bledem. Ona na to:
- ale na serwerze xxx dzialalo. Prosze uruchom to tam i kontynuuj prace.
Kumpel sprobowal, efekt taki sam, poszedl do admina i sie go pyta czy na serwerze xxx w ogole byly rzeczone programy kiedykolwiek zaisntalowane?
- a skad. Prowadzimy dosc dokladny spis inwentarza, nigdy tego tu nie mielismy.

Kumpel odpisal jej wiec cytujac admina. Kulezanka seniorka zas na to:
- no to popraw je tak zeby dzialaly. Potraktuj to jako cwiczenie dla junior programmera.

Jak mi to mowil, to az mnie zatrzeslo ze zlosci. Co za bezczelnosc i zwalanie swojej nieudolnosci na cudze glowy. Kumpel poslusznie jednak siedzial przez nastepne 3 dni do pierwszej w nocy i pisal od nowa te cholerne skrypty. I teraz.

Co zrobilabym ja? Poszla do mojego szefa i powiedziala mu jak kolezanka sie zachowala, przygotowujac zawczasu wydrukowane emaile i odpowiedz od admina. Poprosilabym go zeby z nia pogadal, coby takich milusinskich numerow wiecej nie robila.

Co zrobil kumpel? Nic.

efekt bedzie taki, ze za 3 miesiace jak ona wroci, bedzie robic dokladnie to samo i nawet nie zauwazy, ze spedza dlugie noce (po godzinach oczywiscie) poprawiajac kod po jakiejs pizdzie, ktora to pizda wychodzi sobie do domu o godzinie siedemnastej zadowolona.

I taki wlasnie jest mechanizm wykorzystywania, wszystko idzie od rzemyczka do koniczka, zaczyna sie od malych rzeczy. Podobnie jest z ofiarami przemocy. Zaczyna sie od rzeczy malych, malutkich. Podniesienie glosu. Klaps tu czy tam. Ofiara nie reaguje, bo boi sie, bo nie wie jak.. bo ma nadzieje ze on/ona magicznie sie zmieni. Bo jutro bedzie lepiej. Jest co prawda coraz gorzej, ale.
Po jakims czasie niemozliwym juz jest odkrecenie wszystkiego bez fachowej pomocy.

Smutne to.

Posted by: futrzak | maj 28, 2008

Zdumiewajace

Rozwalil mnie dzis nasz project manager. Wyslal raport dotyczacy projektu przy ktorym robie, projekt ow jest opozniony o co najmniej 3 tygodnie, zero nowego kodu jak narazie.

Co widze: iterations * 1-3 COMPLETED.

Pytam sie go jakim cudem wpisal “completed” skoro NIC nie zostalo zrobione???

- a bo termin minal.

Opadlo mi wszystko, normalnie opadlo.

* iteration oznacza tutaj okreslony przeciag czasu (konkretnie tydzien) podczas ktorego programisci musza napisac nowy kod i oddac go do testowania.

Posted by: futrzak | maj 27, 2008

Warto zacytowac

“Co jest dzisiaj największym problemem świata arabskiego?

- Dyktatura. To nasze przekleństwo, straszna choroba, która po kolei wykańcza wszystkie państwa arabskie. Wiele mówi się o problemach ekonomicznych, o łamaniu praw człowieka, zacofaniu. A to wszystko to tylko objawy jednej choroby. Proszę mi wybaczyć lekarski język, ale nie ma sensu leczyć symptomów, trzeba szukać przyczyn.

Egipcjanie, Arabowie naprawdę zasługują na coś lepszego. Na demokrację, wolność i szacunek. Na system, który pozwoli utalentowanym i ciężko pracującym ludziom osiągnąć to co im się należy. Przecież Arabowie przez stulecia tworzyli wspaniałe cywilizacje i bogate kultury. Potem zachwycili się Zachodem, który na zachwyt odpowiedział kolonializmem. Proszę mi wierzyć, to nie jest dobre dziedzictwo, a dźwigają je do dzisiaj wszystkie kraje arabskie.

Także dzisiaj Zachód wspiera bliskowschodnich satrapów. I nie ma się co dziwić - łatwiej robić interesy z przekupnym dyktatorem niż z niezależnym parlamentem, który mógłby dziewięć na dziesięć razy mówić Zachodowi “nie”.

Na Zachodzie często mówi się, że Arabowie potrzebują dyktatora, bo inaczej zapanuje chaos. Przykładem ma być Irak bez Saddama Husajna.

- Historia nie od dziś zna stwierdzenia, że rasy dzielą się na nadludzi i innych, którzy nie zasługują na wolność i wzniosłe idee, bo i tak nie potrafią z nich skorzystać. Twierdzenie, że Arabowie czy jeszcze szerzej muzułmanie nie nadają się do życia w wolności i demokracji, to rasizm w najczystszym wydaniu. A stawianie jako przykładu Iraku jest po prostu śmieszne. Jak można się dziwić, że Irakijczycy nie doceniają demokracji przyniesionej przez Atlantyk i narzuconej siłą. Irak jest krajem okupowanym i ogarniętym wojną. Trudno wyobrazić sobie demokrację i wolność, które zakwitłyby w takich warunkach gdziekolwiek na świecie.

Oj, to ja coś panu zacytuję: “Egipcjanin trzyma głowę spuszczoną przez całe życie, jeśli tylko ma co jeść. To najłatwiejszy na świecie naród do rządzenia. Kiedy tylko obejmujesz władzę, oni poddają ci się, zaczynają się przed tobą czołgać i odtąd możesz z nimi robić co chcesz. Tak już stworzył ich Bóg” - tłumaczy wpływowy polityk w “Imara Yacoubian”.

- Taką opinię wygłasza jeden z bohaterów - bezwzględny, skorumpowany polityk, który próbuje nieudolnie tłumaczyć świństwa, które robi. Jestem przekonany, że w Egipcie u władzy jest cała masa ludzi, którzy tak właśnie myślą. Tyle że oni nie mają racji.

A czy nie jest tak, że jeśli Arabom da się wolność, biegną do urn wybierać skrajnych islamistów? Tak było w Algierii i w Palestynie.

- Czy demokracja to wolność i poszanowanie woli wyborców, jaka by nie była, czy może raczej poszanowanie woli wyborców głosujących zgodnie z wizją Zachodu? Kiedy do arabskiego parlamentu wchodzi wielu deputowanych z partii muzułmańskich, na Zachodzie podnosi się krzyk. A ja się zastanawiam, skąd w takim razie w europejskich parlamentach biorą się skrajnie prawicowe partie chrześcijańskie?”

Calosc tu

Posted by: futrzak | maj 27, 2008

Ludzie ludziska…

zastanawiawiam sie co powoduje, ze z niektorymi ludzmi mozna rozmawiac po 10 latach przerwy i czuje sie, jakby ostatni raz rozmawialo sie z nimi wczoraj, a inni po tych dziesieciu latach staja sie zupelnie obojetni i po polgodzinie small talku zapada krepujaca cisza?

Czy to my sie nie zmieniamy, czy tez moze zmieniamy sie w ta sama strone?

Po latach widze, ze zadne przyjaznie z lat szczeniecych nie przetrwaly. Mialzeby racje Marks twierdzac, ze byt okresla swiadomosc? Tj. ja w zasadzie sie z nim zgadzam, okresla i to bardzo, ale chyba jednak nie do konca.

Jedno jest pewne: z ludzmi, ktorzy zyja tylko przyziemnoscia i codziennoscia, nie robia retrospekcji, nie zastanawiaja sie nad swiatem dookola, nie pytaja dlaczego - z takimi ludzmi nie mam za bardzo o czym rozmawiac….

PS: obejrzalam “Juno” i rozczarowalam sie. Po pierwsze: w zyciu nie spotkalam tak tolerancyjnych i supportive rodzicow. Strasznie sa nierealni. Podobnie sama Juno. Brzmi jak trzydziestolatka doswiadczona przez zycie, na dodatek trzydziestolatka ktora odpowiada gladkimi i doskonale dowcipnymi frazami - przemyslanymi na dlugo przed dialogiem…
No i zakonczenie, typowo happy idiotycznie hollywoodzkie.

Po wszystkich piejno-pochwalnych artykulach na temat spodziewalam sie czegos wiecej.
To nie jest tak, ze brak dobrych scenarzystow, aktorow czy rezyserow, alez nie. Utalentowanych ludzi jest w Hollywood zatrzesienie, maja tylko jeden problem: jesli ich produkt sie nie sprzeda, nikt o nich nie uslyszy i filmu nie bedzie. Czyli, ambitniejsze produkcje sa skazane na niepowodzenie, bo przecietna amerykanska publika, ktora decyduje o kasowosci filmu ma posta srednio rozgarnietego, zeby nie powiedziec przyglupiego, nastolatka.
Pod takich sie pisze scenariusze i rezyseruje.. eh.

Posted by: futrzak | maj 23, 2008

Ogien

Jak to w Kalifornii.

Dymy rozposcieraja sie nad cala Silly Valley, jadac autostrada do pracy nie widzialam okolicznych wzgorz, widocznosc ograniczona do jakiegos kilometra…

w zeszlym roku hajcowalo sie w poblizu Morgan Hill, teraz w Santa Cruz mountains. Cale szczescie narazie nikt nie zginal…

…sezon suszy mozna uznac za rozpoczety…

Posted by: futrzak | maj 21, 2008

Wreszcie poszli po rozum do glowy

Narazie tylko w Roseville, ale lepsze to, niz nic.

Szkoda tez, ze zupelnie od dupy strony z przeproszeniem, bo zamierzaja placic po $1000 kazdemu, kto pozbedzie sie ogrodka z trawa na rzecz roslin odpornych na suchy klimat.

Stan Kalifornia powinien wreszcie przestac subsydiowac cene wody - wtedy w trymiga wszyscy usuneliby sobie trawniczki sprzed chalupy. No ale coz. Zdaje sie ze wtedy lobby rolnicze podniosloby larum.

« Newer Posts - Starsze wpisy »

Kategorie