Wreszcie kupilam nowa, sliczna matere….
A tak poza tym, sytuacja z praniem wyglada tutaj dosc dziwnie. Argentynczycy, ktorzy wynajmuja mieszkania na dluzej, z guarantia, maja zwykle miejsce na podlaczenie pralki. W mieszkaniach dla turystow niczego takiego nie ma (przynajmniej tych mniejszych albo znajdujacych sie w starym budownictwie). W efekcie trzeba nosic ubrania do pralni – tyle, ze pralni samoobslugowych niet (moze sa, ale napewno nie w tych dzielnicach gdzie mieszkamy). Oddaje sie pranie rano, a odbiera wieczorem albo na drugi dzien poskladane.
Teoretycznie rewelacyjna opcja – ale tylko teoretycznie. Po pierwsze jest to prane w duzych pralkach typu industrial, z uzyciem bardzo jadowitych detergentow, a potem suszone. Widze po bieliznie i t-shirtach ze jeszcze z miesiac, i zaczna sie rozlatywac po takim traktowaniu. Poza tym zapach tegoz mni odrzuca.
Gdybym byla w USA – no problem. Sa samoobslugowe laundromaty, albo po prostu kupilabym sobie jedna z tych malych przenosnych turystycznych pralek. Podlacza sie toto do kranu, wsadza wąż odplywowy w kratke i juz. Po uzyciu odstawiamy na balkon albo do szafy i z glowy.
Niestety, z jakichs dziwnych powodow takich pralek w Argentynie NIE MA. Obszukalam juz cala mase sklepow z AGD, szukalam na sieci – NIET.
Ciekawe, dlaczego.

i dzien dobry ponownie :)
nie tylko w mieszkaniach dla turystów nie ma pralek. u nas w normalnym domu miejsce na pralkę było na tarasie i cala “instalacja” (duze slowo na gowniana prowizorke polegajaca wlasnie na tym, ze woda m.in odplywala do sedsu lub w wersji tarasowej do rynny). budynek nowy (z 2005 bodajze) a rozwiazania jednak klasyczne ;)
Inna rzecz,ze wielu tubylczych znajomych nie mialo wlasnej pralki bo ceny są zabójcze agd. wiec my sobie wlasnej pralki nie kupilismy bo za byle co szkoda kasy a dobra byla zawsze srednio za ok. 2k ars czyli wiecej niz polowa naszych dochodow wspolnych. wiec sorry.
pralismy w rękach dziecka rzeczy,nasze na dwa sposoby- albo z dziewczynami czasem sie umawialysmy u jednej, ktora w tym samym barrio miala dom i pralke i miejsce na patio zeby powiesic i robilysmy lavarropas party albo ostatecznie prał chińczyk. bo to chinczycy- jak juz pewnie zauwazylas (a w przeszlosci japonczycy) -glownie maja pralniowe biznesy. a naprawy i szycie ukrainki :)- tak na marginesie.
lavarropas party byly kosztowniejsze od chinczyka, ale bylo warto.
to z niszczeniem rzeczy w tych pralniach to się zgadzam. a w dodatku zeby potem sobie kupic cos dobrej jakosci na miejscu to dramat, bo szmaty w dostepnyh cenach to po prostu szmaty a jak juz ma znosny wyglad to jakosc koszmarna. ech
takiego zmyslnego ustrojstwa do prania o jakim mowisz nigdy na oczy nie widzialam w arg, chyba faktycznie nie ma turystycznych pralek .
saludos! i dobrego piątku.
Przez: magdalenalopez w 2 Marzec 2012
o 00:50
magdalena:
w sumie to ciekawe, bo przenosne i kompaktowe pralki mozna kupic w Brazylii – maja calkiem niezle. A tutaj nie ma….
Przez: futrzak w 2 Marzec 2012
o 09:43
Kurczę, tak patrząc na te przeciwności losu zastanawiam się… czy jednak nie lepiej było zostać w USA? I nie ma w moim komentarzu żadnej złośliwości. Jednak wydaje mi się, że poziom życia w USA jest, szczególnie w tzw. “codziennych sprawach”, wyższy…
Przez: f w 2 Marzec 2012
o 16:28
F:
oczywiscie, ze poziom zycia w codziennych sprawach w USA jest wyzszy – to widac od razu i bynajmniej z tym dyskutowac nie zamierzam :)
Tyle, ze.
Po pierwsze, trzeba miec zrodlo dochodow. Pracujac przez kilkanascie lat w branzy software eng widze jak to wyglada. Albo pracujesz dla duzej corpo (tudziez mniejszej firmy) – i musisz sie podporzadkowac wszystkiemu.
Ja przez ostatnie pare lat mialam najnormalniejsza w swiecie “cofkę” kazdego dnia rano jak musialam isc do roboty i uzerac sie z debilizmem dnia codziennego. Niby dostajesz dobra kase, ale kosztuje to psychicznie i mentalnie tyle, ze ja p*****lę….
Startup? Fajna rzecz, tez probowalam. Tyle ze dzis pracujesz, a jutro nie.
A ze kryzys jest, to najczesciej NIE pracujesz.
Wlasny biznes? I tu jest problem. Musisz miec kupe kasy (moja branza) zeby cokolwiek zrobic. Albo – dajmy na to branza typu spozywcza – mniejsza kasa ale cale stosy pozwolen. Te pozwolenia tlumacza sie na kase, czas i problemy.
Podsumowujac: posiadac maly biznes w USA – jesli chcesz zaczynac od zera – jest w tej chwili prawie niemozliwe w sposob legalny.
Najlatwiejsze sa uslugi rzecz jasna, ale to z drugiej strony najgorsza branza jesli sie wezmie pod uwage, ze wszyscy na wszystkim oszczedzaja bo im sie kurcza pensje. Dodaj do tego koszty healthcare, edukacji… i juz nie wyglada tak fajnie.
Owszem, dla kogos, kto jest mlody, JUZ skonczyl studia gdzies indziej (czytaj nie jest obciazony potwornym kredytem), jest zdrowy – przyjechanie do USA na pare lat na legalna robote wysoko wykwalifikowana jest rewelacyjne.
Potem juz przestaje takie byc. A ja juz najmlodsza nie jestem :)
Przez: futrzak w 2 Marzec 2012
o 19:08
Rozumiem. Wydaje mi sie, ze jednak pewien spokoj zycia w Argentynie wynagradza w duzym stopniu te niedogonosci zycia codziennego, o ktorych czasami tu pisujesz.
Choc nie pracowalem na stale w Stanach, wiem o czym piszesz odnosnie “kultury” korporacyjnej. Pracowalem 2 lata w korporacji w Polsce (tez w IT) i tez nie moglem zniesc tanczenia do rytmu jaki wyznacza sobie wielki moloch, polityki, itp. No i w zasadzie bezwzgldnej dyspozycyjnosci…
Zaraz ktos tu moze sie odezwac, ze zalezy od tego jak dobry jestes i jak potrafisz sobie zorganizowac prace. Otoz nic z tego, mam przyklady dobrych, lepszych od siebie ludzi, ktorzy mieli tez wyzsze stanowiska (lead tech, itp.) i… i oczywiscie, zarabiaja wiecej, ale musieli byc jeszcze bardziej dyspozycyjni niz ja, czesto nie maja zycia prywatnego (calkowity brak czasu na to itp.)… Taki juz jest ten zachodni swiat. Moze wiec Twoj wyjazd do Argentyny byl dobra decyzja. W sumie wiecej masz wpisow optymistycznych niz pesymistycznych, wiec wnioskuje, ze decyzja byla dobra :)
Przez: f w 5 Marzec 2012
o 03:28
f:
cos w tym jest. Na kazdy wk** potem jest pozytywne zaskoczenie. Nic tak czlowieka nie odstresowuje jak usiasc z przyjaciolmi przy parilli, popic dobrego winka, pogadac, odprezyc sie…. tego w USA nie ma, zawsze kazdy gdzies sie spieszy, zawsze jescze ma cos do zrobienia, jak nie w pracy, to z rodzina, to dziecko przywiesc/odwiesc/zrobic cos-tam etc. itd.
A tutaj sie nikt nie spieszy zbytnio, co oczywiscie jest bronia obosieczna…
Przez: futrzak w 5 Marzec 2012
o 08:13