Napewno nie dam rady wstawac codzien o 5.30, nie ma bata.
Dzis musialam, zeby odwiezc A. na lotnisko.
Do polowy dnia dociagnelam, teraz ledwie wegetuje i zmuszam sie, zeby nie zasnac – bo jak usne za wczesnie, to znow sie wszystko poprzestawia, obudze sie rano i znow bede niezywa przez pol dnia.
Nie wiem tez, kto wpadl na koncept, ze im czlowiek starszy, tym mniej snu potrzebuje. A WAŁA.
Jest dokladnie odwrotnie. Jak mialam lat nascie i dwadziescia pare, to notorycznie nie dosypialam i jakos zylam, jeszcze mialam sile na impreze pod koniec dnia, uchlac sie i pare kilometrow na piechote do miejsca noclegu zasuwac.
Teraz? NO WAY.
Trup, zwis, niezywosc i w ogole zabijcie mnie. Oczywiscie spacer trzygodzinny w 35 stopniowym upale nie pomogl, ale umowmy sie – od tego sie nie usypia. Od braku snu jednakowoz, a jakze :)
Nastepny problem to rozregulowanie ukladu trawiennego. Juz sie bylam ustanowilam w 4 posiłkach dziennie, małe dawki, minimum carbs, GUT.
Nawet o dwie dziurki sie przestawilam w pasku (chociaz waga twardo taka sama).
I co? Jajco. Dzis wpieprzam jak dzika, bo moj organizm CIAGLE CHCE ŻREC NIEBOTYCZNE ILOSCI NIE WIADOMO CZEGO.
No kurde, bez przesady?
Oczywiscie, z biegania chwilowo nici, bo w niedziele paintball (3 godziny), poniedzialek za bardzo sie ruszac nie moglam, dzis to wstanie o dzikiej porze, a potem 3 godziny łazenia i niezywa jestem.
Podziwiam ludzi, ktorzy potrafia sobie dokladnie zaplanowac caly dzien I SIE TEGO TRZYMAC. Nawet, jakby mi wyszlo, to po 3 dniach ani chybi umarlabym z nudow.
Wystarczy, ze praca jest powtarzalna, jak jeszcze zycie poza praca zacznie byc rutyna, to czas umierac….
PS: niewatpliwie jest to jeden z powodow, dla ktorego nie mam dzieci. Posiadanie dzieci do czasu, dopoki nie dorosna w miare wyklucza calkowicie przypadkosc z zycia, wprowadza rutyne i CHRONICZNE NIEWYSPANIE.
to przesada, ale oczywiście zależy od dziecka, a to loteria. mój śpi od 3 miesiąca. jest tylko ten problem że się budzi rano o 6, a ja jestem sowa. teraz się staram chodzić spać o 10, ale niestety kiepsko mi to wychodzi – ale jeśli kto umie zasypiać o 10, to miałby 8-9 godzin snu nawet z moim dzieckiem…
a tak a propos, naprawdę nigdy nie chciałaś mieć dzieci? myśleć jakie by było i jak byś je wychowała?
Przez: ds w czerwiec 24, 2009
o 01:41
hehe chyba zartujesz… z dzieckiem rutyna? Wrecz przeciwnie jeden dzien drugiemu niepodobny.
Przez: Angelika w czerwiec 24, 2009
o 01:55
Na temat dzieci to się zgodzę z Angeliką. Kiedy przez parę dobrych lat byłam nianią (live-in) a jednocześnie studiowałam, najbardziej dobijała mnie nieprzewidywalność: kiedy kto zachoruje czy kogo kiedy złapie tantrum, co bezpośrednio wpływało na plany. Teraz mam koleżankę w pracy z małym dzieckiem i u niej ciągle coś się dzieje. Czasem myślę, że trudno musi być rodzicom skupić się na pracy, skoro nie znają dnia ani godziny kiedy zadzwoni telefon ze żłobka/przedszkola/szkoły i będą musieli wszystko rzucić i lecieć! To jest właśnie brak rutyny.
Co do spania, mam podobne spostrzeżenia. Niedosypianie u mnie w ogóle nie wchodzi w rachubę, a jak się nie wyśpię to bez kija nie podchodź – nie jestem w stanie prawidłowo funkcjonować. Za to odkryłam, że z wiekiem coraz trudniej mi siedzieć do późnia (10 max i już padam), i coraz łatwiej mi się wstaje rano (np. chcąc nie chcąc o 6:30 w sobotę).
Przez: AnetaCuse w czerwiec 24, 2009
o 02:53
ds: na prawde nigdy nie chcialam. Nie ciekawilo mnie, nie mialam instynktu macierzynskiego i nadal nie mam. Dzieci mnie wylacznie denerwuja, nie mam cierpliwosci ani ochoty sie nimi zajmowac. Moja blizsza i dalsza rodzina wielokrotnie probowala mnie “przekonac”, glownie w postaci “podrzucania” mi wlasnych dzieciakow. Obrazali sie smiertelnie, kiedy odmawialam i mowilam, ze dzieci nie lubie i nie bede sie nimi zajmowac. W koncu pogodzili sie z tym, ze jestem “potwor” co sie “wyrodzil”.
Rutyna z dzieckiem w sensie, ze:
- jak jest male, musze powtarzac do znudzenia ciagle te same czynnosci jak przewijanie, karmienie, kapanie, wychodzenie na spacer etc.
- to dziecko dyktuje kiedy mam wstac, a nie ja. Nie ma mozliwosci ze np. sobie pospie do dziesiatej, bo dziecior wstaje o szostej rano i drze gebe zeby go nakarmic a potem chce, zeby sie nim zajac.
- nie mam mozliwosci na spotaniczne wypady/wyprawy gdziekolwiek – kazdy dzien musi byc zaplanowany starannie BO DZIECKO i co ja z nim zrobie.
I tak dalej. Moja przestrzen prywatna i moje zycie staje sie na wiele lat podporzadkowane DZIECKU.
Przez: futrzak w czerwiec 24, 2009
o 10:58
5:30 to nie jest tak wcześnie, tylko kwestia o której się kładziesz spać. Po pewnym czasie na pewno byś się przyzwyczaiła.
Przez: anhydryt w czerwiec 25, 2009
o 05:44
anhydryt: uwielbiam, pasjami wrecz kocham takie teksty jak twoj.
Tak sie sklada, ze przez 2 lata szkoly sredniej musialam wstawac przed szosta I NIC. Pol roku pracowalam w firmie, gdzie musialam na siodma byc w pracy – I NIC.
Nie rozumiem, skad sie biora ludzie ktorzy swiecie wierza, jak w boga, ze DO WSZYSTKIEGO SIE MOZNA PRZYZWYCZAIC?
Setki badan potwierdzaja, ze sa ludzie z roznymi cyklami dobowymi, pospolicie zwanymi “skowronkiem” i “sowa”.
Ale, nie. DO WSZYSTKIEGO SIE MOZNA PRZYZWYCZAIC.
Przez: futrzak w czerwiec 25, 2009
o 09:59
Spokojnie, bez agresji. Na swoje wyżyny intelektualne rano się może nie będziesz wspinać, ale jeśli wcześniej się wstaje, to wcześniej jest się zmęczonym. Jak się wcześniej położysz to jakieś minimum snu sobie zaliczysz.
Czasami jak sama napisałaś nie ma wyboru.
Przez: anhydryt w czerwiec 25, 2009
o 11:26
anhydryt: pozwol ze Ci opisze jak wygladalo moje zycie wtedy, gdy wstawalam do pracy na siodma.
Rano: zwlekam sie z lozka, nic nie widze na oczy, nie funkcjonuje. Jakos sie ubralam, wpakowalam w autobus, dojechalam. W pracy kanapka, kawa, jeszcze jedna kawa. Do godziny 1-2pm zero jakiejkolwiek roboty, bo moj mozg nie funkcjonuje. Potem zostawala mi raptem godzina – bo o 3pm koniec pracy, skoro zaczynalam o siodmej.
Zanim dojechalam do domu, juz byla prawie czwarta. Cos tam zjadlam, zwalilam sie na kanape i od razu SPAAAAAAAC. Zebym nie wiem jak sie starala, moj organizm domagal sie snu. Potrafilam usnac na stojaco, jak sie zmuszalam do nie-spania. Budzilam sie po ok. 3 godzinach, czujac sie jak potluczona, cos znowu zjadlam, posnulam sie po mieszkaniu, cos tam obejrzalam w TV – na nic wiecej nie mialam sily – i kolo 22.00 – 23.00 spac.
Nastepny dzien powtorka i to samo, toczka w toczke, do weekendu. W weekend jako tako odsypialam, potem znowu to samo…
I tak przez pol roku.
Po pol roku nie wiedzialam, jak sie nazywam, po co zyje, co ja tu w ogole robie.
Dziekuje za takie zycie.
Nie kazdy jest taki sam, nie kazdy tak samo funkcjonuje i nie kazdy moze sie do wszystkiego przyzwyczaic.
Sa ludzie co potrafia wypic butelke wodki i nic im nie bedzie (poza kacem rano) a sa tacy co wypija i padna trupem.
Dlaczego to tak ciezko zrozumiec, ze w kwestii snu nie kazdy ma tak samo??
Przez: futrzak w czerwiec 25, 2009
o 11:39