od paru dni nieco sloneczko przygrzalo i temperatury na zewnatrz takie trzydziesci pare stopni celsjusza w cieniu.
Nic nadzwyczajnego, w koncu to Kalifornia prawda? Ja nie mam w chalupie klimy i jakos se zyje. Wystarczy biegac w samych majtkach i koszulkach i pamietac o nawadnianiu sie i jest ok.
Tymczasem w pracy sadne dnie, kataklizm, tragedia i w ogole oh! Panie mdleja a panowie szarzuja. Bo mamy system klimatyzacji dzialajacy nie do konca jak trzeba. Kazdego roku powtarza sie to samo, nikt nie potrafi naprawic, w efekcie czego scenariusz wyglada jak nastepuje:
- temperatura na zewnatrz dowala
- ustawia sie na max cool wszystkie termostaty
- jedna czesc budynku jest zimna
- druga czesc budynku niezimna.
W momencie kiedy temperatura spada nastepuje odwrocenie, i ta czesc budynku ktora byla zimna jak lodowa zamienia sie w cieple przyjemne miejsce, ta druga zas w antarktyke pingwinia.
I co? Temperatura tu gdzie siedze oscyluje w granicach 28 st C - normalne wiec. Wkladam sobie t-shirta i krotkie portki do pracy, gut.
Jak ktos potrzebuje dmuch to moze sobie podlaczyc maly przenosny wentylatorek.
Ale nie…. rozwydrzeni amerykanie MUSZA kurwa no MUSZA miec te 18 st C w biurze bo jak nie to UMRA! Prosze panstwa no UMRA!! Aaaaa!!!!
Bosz. Alez mnie ich podejscie wpienia.
W tym momencie przychodzi na mysl terminal lotniczy na Big Island Hawaii, gdzie staly sobie fajne budki, z zadaszeniem jedynie, obsluga w hawajskich koszulkach i luz. Mozna? MOZNA.
wyglada to tak
tak
i tak