czyli czwartego lipca, dzien niepodleglosci.
Wszedzie w mediach trabia jak to ludzie rezygnuja z podrozowania bo ceny benzyny..
Cos w tym jest, dzis do pracy jechalam z predkoscia 60 mph i TYLKO 12 min. Rekord normalnie.
Paczka pijakow znajomych (sie by obrazili za takie okreslenie, ale na szczescie nikt z nich nie zna polskiego :))) planuje jutrzejszy dzien: ida na impreze pt. “kto najlepiej ugotuje chili”.
Jest to impreza otwarta, cos w rodzaju zbiorowego pikniku w parku, bedzie konkurs, rozne inne atrakcje i oczywisicie drinki serwuja tez. Nie wiem czy za oplata, ale.
Znow, wizja niespecjalnie mnie interesujaca, bo od stania badz lazenia w kolko tylko plecy mnie bola, nazre sie, napije i co. Znow kilogramow przybedzie. Tymczasem w tym tygodniu wykonalam juz dwa hikes (w niedziele o malo co nie umarlam z powodu przegrzania i zle wyliczonej trasy hyhyh, wpadki sie zdarzaja..) i wartoby kontynuowac ten trend.
Dzis nawet heroicznym wysilkiem i rzutem na tasme przeszlam z wzrokiem obojetnym wobec darmowych bajgli z serkami, ktore v-ce prezes firmy zakupil z okazji swieta i porozkladal w kuchni biurowej.
Eh. Chudniecie to ciezka praca, nerwy jak postronki i zelazna sila woli.
PS: znowu zapomnialam zdjec wrzucic na www. Tym razem z niedzielnego hike.