Zdjecia tu, opis bedzie pozniej
********
Dzien pierwszy.
Cudem chyba udalo sie wszystkim zdazyc na czas przyjazdu shuttle a potem do samolotu. Kiedys bylam taka sama, ale dzis wkurwia mnie, ze pol grupy co 10 minut musi leciec i KONIECZNIE zapalic bo jak nie to zdechna.
Po wyladowaniu samolotu na Long Beach to samo: polgodzinna sesja palenia, bo co jeden skonczy, to drugi zaczyna i tak w kolko.
Dojazd do dokow taksowka, oplata ustalona z gory, $27. Musielismy czekac w dosc duzej kolejce, bo jeszcze nie wpuszczali na poklad.
Terminal przypominal wielka banie ucieta w pol, w srodku ogromne przestrzenie i linie wytyczone sznurkiem, zeby jakos upchnac tlum 2500 ludzi. Na szczescie nie wszyscy zwalili sie na raz.
Do wejscia na poklad potrzebny byl numer rezerwacji bilietu, paszport, wiza (dla tych co nie sa obywatelami i nie maja stalego pobytu) oraz karta kredytowa. Potem dostawalo sie kawalek plastiku z nazwa statku i miejsca obiadowego, karta sluzyla w zasadzie jako karta kredytowa. Do dzis nie wiem czemu tak.
Po drodze zatrzymano nas dwa razy w celu zrobienia “pamiatkowych” zdjec, lamerskich strasznie, z palemkami i innymi pierdolami w tle. Ogladalam je potem, wyszly beznadziejnie ale widocznie ktos to kupuje potem placac 15 dolcow za jedno zdjecie…
Do kabin nie moglismy jeszcze wejsc, dopiero o 16.00, zaczeli jednak podawac lunch w poludnie. Nie powiem, zarcie calkiem dobre, wymyslne, niestety niedietetyczne. Mieli bar salatkowy, ale przeciez nie najem sie sama salata, pomidorem i ogorkiem. Zjadlam wiec pare innych rzeczy, potwornie tlustych, a pozniej zaczelo sie rozwolnienie, ktore towarzyszylo mi juz do konca wycieczki…
obiad serwowano o 20.15, po rozlokowaniu sie w kabinach i obmyciu towarzystwo poszlo na dziesiaty poklad, gdzie miescil sie basen a obok basenu wydzielone miejsce dla palacych i bar. Utkneli tam na pare godzin, ja chcac nie chcac razem z nimi. Odtad bylo to ulubione miejsce spotkan calej grupy i nasiadowek, ochrzczone oczywiscie Okraglym Stolem na Wyjezdzie.
Po obiedzie odmaszerowalam do pokoju, poczytac w spokoju ksiazke a reszta towarzystwa, z wyjatkiem dwoch osob, poszla dalej chlac oraz oddawac sie hazardowi.
Luby wrocil do pokoju o piatej nad ranem, pijany w trzy dupy.
************
Dzien drugi
Mial byc przystanku na wyspie Katalina. Umowiona godzina dziesiata oczywiscie nie wypalila, towarzystwo niewyspane i nachlane bowiem nie ponioslo dupy z wyra prze 14.00, ja jednak koniecznie chcialam udac sie na wyspe i szantazem niemalze sciagnelam Lubego z wyra i poplynelismy mala lodzia motorowa na brzeg.
Miasteczko jak miasteczko, widac na zdjeciach, ze zyje w zasadzie wylacznie z turystow. Pieknie tam, ale jesli ktos nie przyjechal z zamiarem obejscia wyspy dokookola albo nurkowania czy tez zeglowania, to bedzie sie nudzil, bo zadnych innych atrakcji nie ma.
Chcialam wypozyczyc rowery i objechac troche wyspe, Luby jednak kategorycznie odmowil wymawiajac sie kacem. Pochodzilismy wiec tylko troche po glownej ulicy, zjedli quesadille, wypili margarite i wrocili spowrotem na statek.
Towrzystwo wygrzebalo sie na nogi o godzinie pietnastej, zjadlo lunch poczem poszli chlac znowu. Potem obiad, chlanie, stand-up comedy show, calkiem niezly zreszta; ja do kabiny poczytac i isc spac, reszta towarzystwa znow do kasyna i kontynuowac chlanie.
************
Dzien trzeci.
Ensenada. Uradzono udac sie na brzeg cala grupa i to byl, przynajmniej moim zdaniem, blad.
Oczywiscie zanim sie towarzystwo zebralo byla godzina druga po poludniu. Statek przycumowal do doku i nie musielismy czekac na motorowke. Po zejsciu na lad Meksyku nikt nie chcial od nas paszportow ani tez nie kontrolowal. Bardzo przyjemnie :). Normalne panstwo, a nie panstwo policyjne USA.
samo miasto, co widac na zdjeciach, jest dosc niewielkie. Bardzo malownicze, domy rozciagaja sie na okolicznych wzgorzach, calkiem zadbane, chociaz na ulicach calkiem sporo roznnego rodzaju zebrakow (najczesciej indianki z malymi dziecmi) oraz biedakow sprzedajacych standardowy turystyczny szajs.
Chodzenie w grupie okazalo sie nieszczesciem, bo przejscie stu metrow zajmowalo godzine. Jeden wstapil tu, drugi tam, trzeci chcial piwa. Osiagniecie zgody w temacie w ktorym barze sie zatrzymujemy zajelo prawie godzine ![]()
Bylam bliska zwariowania. Na szczescie wysmienite jedzenie - ceviche, tacos i margarity wynagrodzily mi trudy ![]()
Bar mial na drugim pietrze otwarte patio (vide zdjecia) i widok na trzy strony swiata. Grali tez niesmiertelnego Boba Marleya. Zyc nie umierac, chcialam tam zostac ale towarzystwo uparlo sie isc do innego baru. Jeden z nich, najbardziej zreszta upierdliwy, zapragnal absyntu.
I tak do wieczora. Od baru do baru, w koncu szlag mnie trafil i stwierdzilam, ze wracam na statek. Zdazylismyy z Rainerem na obiad i bardzo dobrze
Alkohol: dosc drogi. Butelka Corony, Samuel Adams czy Heinekena 6 dolcow. Kieliszek wina Cabernet (podlej jakosci) 7 dolcow. Margarita - siedem i pol. Zamowilam jedna i zrezygnowalam z dalszych, bo oczywiscie robiona z gtowego “margarita mix”, ktory to mix jest wyjatkowo syfiasty i nafaszerowany chemia.
Zamowilam sobie raz drinka “cruise special” i byl to blad. Sam drink owszem calkiem dobry, jakies likiery i rumy pomieszane, ale… nieco zdebialam jak pani podala rachunek do podpisania: dziewiec i pol dolara. Z tego drink w promocji $2.5 a “pamiatkowa szklanka” plastikowa oczywiscie, bo wszystko w plastikach serwowali, $7. Drobnostka, szkoda tylko, ze barmanka wczesniej mnie nie uprzedzila. Zamowilabym sobie w normalnej szklance i zaplacila dwa i pol dolara tylko…
Dzien skonczyl sie jak zwykle zwalka reszty towarzystwa, ja kolo polnocy odmaszerowalam do kabiny.
************
Dzien czwarty
Powrot. Statek prol po falach spowrotem do Long Beach a ja stwierdzilam ze dosc juz mam przesiadywania z towarzystwem, wachania dymu z papierosow i gadania o niczym. Wzielam ksiazke i poszlam poszukac jakiegos zacisznego kata. Nie bylo to latwe, bo w koncu dwa i pol tysiaca luda gdzies sie pomiescic musialo, ale.
Dopadlam cichych lezaczkow na pokladzie osmym, zaraz za rufa. Przynajmniej bahory tam nie lataly i nie wrzeszczaly. Bylo ich pelno w okolicach basenu i z tego powodu wlazlam do wody tylko raz, pod wieczor.
Pilnowalam sie bardzo, zeby zlazic ze slonca, nieskutecznie jednak bo pod wieczor przy obiedzie ledwo zalozylam sukienke na piekacy dekolt i nogi. Aaaaaa!
Towarzystwo z atrakcji dnia zaliczylo gre w mini golfa na najnizszym pokladzie, ja sie wykrecilam spalona skora i po obiedzie, ktory zwykle przeciagal sie do dziesiatej, poszlam do kabiny poczytac ksiazke :)))
Nastepnego dnia trzeba bylo rano wstac i wymeldowac sie ze statku.
Stanie w kolejkach przy odprawie celnej, potem na lotnisku okazalo sie, ze zepsul sie nasz samolot… zanim podstawili nastepny minely trzy godziny, upal potworny, kolejka do kontroli security szla przez plyte lotniska, chyba z piecdziesiat stopni tam wtedy bylo…
Do domu dotarlismy juz dobrze po siodmej i nic mi sie nie chcialo oprocz pojscia spac…
*****************
Podsumowanie.
To byla moja pierwsza i ostatnia podroz typu “cruise”. Nie bylo zle, nie powiem, sa ludzie ktorzy to uwielbiaja i wracaja co roku…. jednak ja nie. Wole bardziej aktywny wypoczynek, kiedy sie cos dzieje, chodze, wspinam sie, zwiedzam, ogladam nowe krajobrazy….no i nie musze przebywac non-stop w dzikim tlumie.
Dla kogos, kto ma nature cmy barowej taka wycieczka jawi sie bardzo atrakcyjna jednak. Zarcie pod bokiem, alkoholu w brod (o ile ktos nie cierpi na skapstwo), tu bar z pianinkiem i muzyka na zywo, tam kasyno, tu wystawa sztuki, sklepy, jakies aukcje…
Ta… i przez te 4 dni rejsu przybylo mi dwa funty. Tia….
Nie dalo sie jednak inczej. Sniadanie na przyklad bylo typowym amerykanskim sniadaniem, czyli:
tosty, tosty francuskie, pancakes, omlety, szynka, jajka na bekonie, kielbaski, wsyzstko ociekajace tluszczem oczywiscie…dla dietetykow dwa rodzaje brei owsiankowej, banan albo kantalupa i finito. Cos jesc musialam…