W sobote po odchorowaniu kaca piatkowego udalismy sie byli na wyscigi gokartow. Indoor, niestety, ale i tak mnostwo zabawy bylo.
Nie zdawalam sobie sprawy, ze gokart to taki prymitywny pojazd. Silnik jak do kosiarki od trawy, plastikowa butla na paliwo, plastikowe rurki od tej butli do silnika, kierownica polaczona siermieznymi metalowymi przekladniami i pretami z kolami. Zeby nia krecic trzeba zdrowo miesnie nadwerezyc, nie powiem.
Troche przesrane sa reguly. Nie mozna wchodzic w kontakt z innymi gokartami, w wyniku czego jesli sie startuje ostatnim to szanse na wyprzedzenie sa zadne, bo jak? Ludzie z reguly jada srodkiem toru, dopiero jak ktos zjedzie na bok to mozna sie zmiescic. Zjezdzaja na bok, jak pracownicy stojacy miedzy torami podniosa niebieska flage. Nie zawsze ten, co sie wlecze, zauwazy. Mozna wiec przejechac pare okazen siedzac komus na ogonie i sie wlec. Normalnie moznaby na chama sie wepchnac i tak robi sie na prawdziwych wyscigach, ale jesli pracownicy zauwaza to dostaje sie czarna flage i wykopuja z toru, zero zwrotu pieniedzy.
Niemniej, i tak fajnie bylo. Troche to drogie. Dwa wyscigi po 10 min kazdy, w sumie $50.
Na drugi dzien w niedziele pojechalismy do Santa Cruz. Lazenie po sklepach, knajpach… nawet zero ogladania oceanu
Po zmroku downtown zmienia sie nie do poznania. Wypelzaja na ulice rozne nacpane mety, hippisi i inne takie elementy. Mozna slyszec wrzaski, ktos sie gdzies tlucze…policja jezdzaca w dzien czesto gesto nagle znika.
Jakie to typowe…