czy w moim zyciu faktycznie nie dzieje sie nic ciekawego czy to po prostu moje wrazenie wynikajace z natretnie powtarzajacych sie czynnosci.
Nigdy nie lubilam rutyny, starczy mi ze codziennie musze na ta sama godzine stawiac sie w pracy i juz samo to w sobie jest wystarczajaco przygnebiajace. Nie wyobrazam zapisania sie dodatkowo na jakies zajecia po pracy, obojetnie czy byloby to doksztalcanie sie czy tez hobby. Nie rozumiem, jak ludzie moga sobie planowac co do minuty czas kazdego dnia. Zwariowalabym.
Najpierw cieszylam sie nowym mieszkaniem - bo pierwsze, bo wreszcie sama moge zdecydowac na jaki kolor se pomalowac sciany i jaki mebel kupic. Stac mnie bylo. Mieszkanie urzadzone (w miare) a mysl o kolorze na jaki pomalowac szafki w kuchni oraz sciane przyprawia mnie raczej o bol zebow. Bo to tyle pracy bedzie.
Wakacje byly a tak jakby ich nie bylo. Niecale dwa tygodnie, ot pryszcz na tylku. Juz po paru dniach martwilam sie, ze trzeba bedzie znow wlezc w codzienna rutyne. Ktorej nie znosze.
W pracy sie nudze i szlag mnie trafia bo robie wciaz te same rzeczy uzerajac sie z tymi samymi problemami. Kolejny projekt przy ktorym naczalstwo powtarza dokladnie te same bledy co przy ostatnim. Psu na bude sie zdaly “post mortem” i obiecania poprawy.
Eh.
Trzeba mi pomyslu na zycie, a tu nie ma. Z realizacja juz sobie jakos sama poradze…