sniadanie: herbata z mlekiem i garscia platkow kukurydzianych
lunch: small wheat bread veggie kanapka z quiznos. Nie mieli nic mniej kalorycznego. W miedzyczasie zeby mnie nie zasysalo: mandarynka i kiwi.
Po pracy usiluje Lubego wyciagnac do miejsca gdzie w sali mozna sie powspinac po scianach - w uprzezy oczywiscie. Jutro pewnie nie bede sie mogla ruszac z tego powodu, ale kij.
I drugi, znacznie lepszy set zdjec z Halloween. Na tych zdjeciach ewidentnie widac, dlaczego MUSZE sie odchudzic.
—————–added later—————————-
Wyjscie do wspinania po scianach oczywiscie nie wypalilo bo Luby zrejterowal. Poszlam wiec na swoj godzinny marszobieg z ciezarkami. Co smieszne najbardziej bola po mnie tych 3 dniach nie miesnie ale stawy. Wczoraj na obiad zjadlam mala miske pasta (durum semolina al dente) z wegetarianskim sosem marinara. Na samej diecie warzywno-rybej jednak chyba nie dam rady wytrwac. Dzis od rana nic nie jadlam, oprocz herbaty, bo przez 3 godziny siedzialam na przeroznych meetingach…