odbylo sie w stylu iscie hedonistyczno-leniwym.
Zanim wytoczylismy sie z domu bylo juz poludnie. Sniadanio-lunch i w trase ruszylismy o trzynastej. Kierunek: San Francisco.
Miasto podejrzanie puste i dobrze. Bedac juz tam doszlam do wniosku, ze nigdy nie bylam w Sausalito. To takie marino-turystyczne miasteczko na polnoc od San Francisco. Pojechailismy. Tlumy zastalismy. Bardzo podobaly mi sie hacjendy pobudowane na stromych zboczach dookola zatoki, gdzie samochod parkuje sie na dachu i przez dach wchodzi do domu
- z powodu roznicy poziomow miedzy droga a parterem domu.
Niestety, ceny zawrotne, jak zwykle tam, gdzie ladnie i przyzwoicie. Wizyte uwienczylo znalezienie butiku z tybetanskimi i hinduskimi rzeczami. w ten sposob stalam sie posiadaczka wielkiej recznie robionej “tapety” na sciane w stylu “kutch”. Zaplacilam jedyne $75 dolarow i musze przyznac, ze cena niewygorowana. Oprocz tego dwie bluzki haftowane w hinduskim stylu oraz srebrna bransoleta z jakimis czarnymi kamieniami (zapomnialam oczywiscie z jakimi, tia..). Na to ostatnie luby szarpnal sie.
Obiad w San Francisco w dzielnicy wloskiej. Wreszcie normalne porcje (wielkosci dla czlowieka ze zwyklym zoladkiem, a nie dla przecietnego Amerykanina ktory posiada chyba podobnie jak krowa, dwa zoladki) i przepyszny halibut z krewetkami, mieta w sosie pesto. Kiedy wyszlismy juz sie sciemnialo i zupelnie przez przypadek wylezlismy razem z tlumem na jakas gore miedzy wiezowcami i stamtad mozna bylo obserwowac pokaz sztucznych ognii. Tym razem nad zatoka San Fran byl zrobiony symultanicznie. Wow.
Slowem: bardzo leniwie, bardzo mieszczansko i standardowo. Chociaz ponoc tradycja spedzania 4 lipca wyglada tak:
od rana grill zapijany hektolitrami sikowatego piwa amerykanskiego, w miedzyczasie obejrzenie jakiejs lokalne parady, wieczorem ogladanie sztucznych ognii.
W Polsce, jakby sie kto pytal,, tez sa parady. Np. procesja Bozego Ciala :))))